NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Przybyłek, Marcin - "Gamedec: Zabaweczki"

Denfeld, Rene - "Zaczarowani"

Ukazały się

Hoare, Andy - "Polowanie na Voldoriusa"


 Žamboch, Miroslav – "Zakuty w stal"

 Kossakowska, Maja Lidia - "Zakon Krańca Świata", tom 1 (wyd.3)

 Ishiguro, Kazuo - "Pogrzebany olbrzym" (2017)

 Ishiguro, Kazuo - "Nie opuszczaj mnie" (2017)

 Larson, B.V. - "Imperium"

 Carson, Rae - "Złotowidząca. Księga 2. Schronienie"

 Hałas, Agnieszka - "Pośród cieni" (Rebis)

Linki

Silverberg, Robert - "Roma eterna"
Wydawnictwo: Solaris
Tytuł oryginału: Roma Eterna
Tłumaczenie: Dariusz Kopociński
Data wydania: Czerwiec 2009
ISBN: 978-83-7590-023-1
Oprawa: miękka
Liczba stron: 420
Cena: 43.90 zł
Rok wydania oryginału: 2003



Zapis spotkania z Robertem Silverbergiem cz. I

W dniach 11-14 czerwca 2009 r. w Nidzicy odbył się XVI Międzynarodowy Festiwal Fantastyki. Jego gościem honorowym był słynny amerykański pisarz Robert Silverberg. W sobotę, trzeciego dnia festiwalu, odbyło się z nim dwuczęściowe spotkanie, które zgromadziło większość uczestników konwentu. W spotkaniu brali udział również m.in. tłumacz Krzysztof Sokołowski i żona Silverberga, Karen. Najpierw autor opowiedział trochę o sobie, a następnie odpowiadał na pytania z sali. Poniżej prezentujemy zapis z pierwszej części spotkania, przez przerwą na obiad. Zapis drugiej części opublikujemy w późniejszym terminie.

Robert Silverberg: Bardzo mi miło być pierwszy raz w Polsce, która jest krajem moich przodków. Rodzina mojej matki pochodziła z Polski i mieszkała tutaj przez wieki. Wydaje mi się również, że rodzina mojego ojca pochodziła z Polski, choć wtedy była to Rosja. Nawet rodzina ojca mojej żony pochodziła z Łodzi. Jednakże nie będę udawał, że jestem Polakiem; i nigdy nie udawałem. Jestem ze Stanów, piszę science fiction i cieszę się, że wy wszyscy czytacie science fiction. Cieszę się również, że Solaris wydaje science fiction... w tym także moje książki.
Pewnie jesteście ciekawi, jak to się stało, że całe życie – teraz już całkiem długie życie – spędziłem na pisaniu fantastyki. To dziwne zajęcie do robienia przez blisko sześćdziesiąt lat. Kiedy byłem małym chłopcem, w czasach wojny, ojciec zabrał mnie do wielkiego muzeum w Nowym Jorku. Zobaczyłem tam dinozaury. Patrzyłem na szkielety tych dziwnych stworzeń, które zginęły miliony lat temu, i pomyślałem jak cudowny, jak fantastyczny, jak inny był świat w przeszłości. Byłem zafascynowany odległymi, obcymi istotami i ich czasami. Kilka lat później trafiłem na dwie książki, które okazały się science fiction – nie wiedziałem o tym, bo nie zdawałem sobie sprawy, że coś takiego jak science fiction w ogóle istnieje. Były to „20000 mil podmorskiej żeglugi” Juliusza Verne’a i „Wehikuł czasu” H.G. Wellsa. Książka Verne’a nauczyła mnie, że nawet na naszej własnej planecie, w naszym czasie, są cuda i niesamowitości. Powieść Wellsa natomiast odsłoniła przede mną wizję dalekiej przyszłości. Okazało się to dla mnie równie ciekawe, co epoka dinozaurów. Pokazało mi czasy i miejsca, które mogę zobaczyć jedynie za sprawą książek tych autorów – tak samo, jak wyprawa do muzeum pokazała mi świat dinozaurów. Te odległe cuda zafascynowały mnie i zmieniły mój umysł.
Zacząłem czytać każdą science fiction, jaką tylko udało mi się znaleźć. Wiecie, jak to jest... W końcu trafiłem na książkę „Before the Dawn” Johna Taine’a. W tej książce naukowcy konstruują wehikuł czasu, by wyprawić się w czasy dinozaurów. I nagle moje fascynacje się spotkały: przeszłość, przyszłość, nauka, cuda – wszystkie w jednej historii. Uzmysłowiłem sobie, że science fiction ma w sobie coś specjalnego. Był to fascynujący świat dla chłopca: wtedy, sześćdziesiąt lat temu.
Wiecie, co stało się później: powiedziałem sobie, że również mogę pisać coś takiego. W wieku trzynastu lat zacząłem pisać okropne opowiadania. Wysyłałem je do czasopism z nadzieją, że zostaną opublikowane. Oczywiście nie były. Jednakże redaktor jednego z pism zdał sobie sprawę, że autorem tych tekstów nie był upośledzony na umyśle dorosły, ale mały chłopiec. Napisał mi, że mam talent i kiedy dorosnę, i nad nim popracuję, prawdopodobnie będę dobrym pisarzem. Brzmiało to dla mnie dobrze. Kontynuowałem więc pisanie i robiłem się coraz lepszy. Byłem coraz bliższy publikacji, ale czegoś jeszcze brakowało. Gdy miałem siedemnaście lat pomyślałem, że gdyby mi się udało opublikować jedno opowiadanie, byłbym dozgonnie szczęśliwy. W wieku osiemnastu lat miałem już jedno opowiadanie wydane... i nie byłem szczęśliwy na zawsze. Napisałem kolejne opowiadanie i ono również zostało wydane. A potem jeszcze jedno. W wieku dziewiętnastu, już w college’u lat pisałem opowiadania tak szybko, jak tylko potrafiłem... i wszystkie były wydawane. Wtedy już wiedziałem, czym będę zajmować się w życiu: będę pisał science fiction.
Było to pięćdziesiąt pięć lat temu. Nadal piszę science fiction. Na początku chciałem tylko publikacji jednego opowiadania. Potem chciałem móc pisaniem zapłacić za czynsz. Udało mi się. Następnie chciałem napisać taką fantastykę, jaką podziwiam jako czytelnik. Nie tylko tworzyć historie, które są wydawane, ale także takie, które są w jakiś sposób wyjątkowe. Bardzo mocno się starałem, by to osiągnąć. W tym czasie trafiłem na polskiego autora; polskiego autora piszącego po angielsku. Oczywiście wiecie, o kogo mi chodzi: Józef Korzeniowski, czyli Joseph Conrad. Czytałem jego książki z myślą, że jest on jednym z najlepszych pisarzy na świecie. Przeczytałem wszystko, co napisał. Nie we wszystkim był świetny, ale gdy był wspaniały, to był wielki. Jedną z rzeczy, które powiedział Conrad o swym celu w pisarstwie było: „Moim zadaniem, które chcę osiągnąć, jest to, byście poprzez moją prozę usłyszeli, byście poczuli, i przede wszystkim, żebyście ujrzeli”. Pomyślałem, że ma rację; też chcę tak pisać. Chcę, by moi czytelnicy usłyszeli, poczuli, zobaczyli rzeczy, których tak naprawdę nie ma, które istnieją tylko w wyobraźni. Przez ostatnie pięćdziesiąt lat starałem się więc, żeby moi czytelnicy ujrzeli cuda, tak samo jak ja będąc małym chłopcem je zobaczyłem czytając Wellsa. On i inni pisarze sprawili, że widziałem rzeczy niesamowite.
By spłacić swój dług wobec Conrada, kilkukrotnie opowiedziałem w formie science fiction na nowo jego historie. „W dół, do Ziemi”, „Tajemny gość” oraz inne teksty, nie tak oczywiście Conradowe, są moim podziękowaniem za to, czego mnie nauczył.
Nie sądzę, bym był tak dobrym pisarzem, jak Conrad, ale... chyba jestem całkiem niezły. Sprawia mi więc ogromną przyjemność obecność tutaj, w kraju urodzin Josepha Conrada, wśród tak wielu czytelników. Dziękuję.

Mam pytanie po spotkaniu w Krakowie, może nie do końca dotyczące twórczości czy fantastyki. Tam padły takie ciekawe zdania o Stanach Zjednoczonych i o tym, jak pisarze patrzą na rolę USA we współczesnym świecie. Robert Silverberg powiedział, że Ameryka chyli się ku upadkowi, że zafundowała światu być może najpoważniejszy kryzys w historii. Czy współcześni amerykańscy pisarze zabierają głos w sprawie tego, co USA robią ze światem?

Cóż, pisarze science fiction piszą zwykle o przeszłości lub dalekiej przyszłości. Jednakże tak naprawdę zawsze pisze się o teraźniejszości, nawet gdy pozornie jest ona odległa o tysiące lat. Tak więc podczas zimnej wojny pisaliśmy o wojnie demokracji z tyranią, choć oczywiście odbywała się ona gdzieś na odległej planecie. Obecnie nie czytuję dużo science fiction, ale jestem przekonany, że obecnie są autorzy piszący o zmierzchu imperium... choć być może w odległej galaktyce.

Czy kiedykolwiek podczas pisania zakończyłeś książkę inaczej, niż początkowo zaplanowałeś? Czy nigdy nie miałeś pokusy, żeby skręcić z zakończeniem w zupełnie innym kierunku?

Dobre pytanie. Pisanie książki jest jak budowanie mostu: musi dokądś prowadzić. Kiedy nie widzisz drugiego brzegu, nie możesz zbudować mostu. W związku z tym zawsze gdy piszę książkę, wiem, jakie będzie jej rozpoczęcie, i wiem, jakie będzie jej zakończenie – a potem próbuje je powiązać. To, co się dzieje pośrodku, jest dla mnie, jako pisarza, najbardziej ekscytujące. Ten moment, w którym buduję most nad wodą i staram się do niej nie wpaść.
Tylko dwukrotnie podczas swojej kariery miałem problem. W jednym przypadku, to co budowałem, zajęłoby mi milion lat, by ją napisać. Po sześciu tygodniach pracy uświadomiłem sobie, że nigdy tej książki nie skończę. Przestałem ją pisać. To jedyna książka, której nie skończyłem.
Druga powieść to „Prądy czasu”, której tłumaczenia obecny tu Krzysztof Sokołowski się wypiera. Gdy byłem mniej więcej w dwóch trzecich książki, uświadomiłem sobie, że nie dotrę do miejsca, do którego zmierzam, że to niemożliwe. Definicje i pomysły, które na potrzeby książki stworzyłem, nie mogłyby mnie logicznie doprowadzić do obmyślonego zakończenia. Przestałem pisać i przemyślałem całość jeszcze raz. Udało mi się to zrobić, dokończyłem książkę i chyba zrobiłem to nieźle; wiele osób tak mówi – również Krzysztof.
Odpowiadając na pytanie: tak, planuję swoje książki. Z tego co wiem, robi tak również większość pisarzy, których znam.

Tworzysz już kilkadziesiąt lat. Przez ten czas fantastyka przeszła wiele przemian. Jak się na nie zapatrujesz? I czy sam wolałeś pisać zgodnie z trendami, czy też obierałeś własną drogę?

Mieliśmy wiele zmian, czasem wielkich, w fantastyce. Niektóre były dobre, inne złe. Kiedy zaczynałem pisać, science fiction dopiero zaczynała wychodzić z mrocznych wieków – z czasów, kiedy pisało się proste, przygodowe historie. Przeważnie, bo oczywiście nie robili tego Heinlein czy Asimov. Jednakże większość fantastyki była bardzo surowa, niedojrzała. Tak było sześćdziesiąt lat temu.
W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku grupa nowych pisarzy zaczęła próbować tworzyć dzieła bardziej ambitne, pisząc o poważnych rzeczach, używając tematów fantastycznych, ale nie wykorzystując ich w prosty sposób. Byli to pisarze tacy jak Roger Zelazny, Samuel R. Delany, John Brunner, Thomas M. Disch, Brian W. Aldiss, J.G. Ballard i... Robert Silverberg. Pisaliśmy w nowy, ekscytujący sposób. Świetnie się przy tym bawiliśmy. Mieliśmy wtedy wspaniałą rewolucję.
W Stanach Zjednoczonych ta rewolucja się nie powiodła. W 1974 roku większość z wymienionych przed chwilą pisarzy nie była już wydawana. Byli wydawani we Francji, w Niemczech, pojawiali się także powoli w Polsce. W Stanach, swego rodzaju kolebce science fiction, nastąpił odwrót w kierunku prostych, przygodowych historii. Paradoksalnie, przyczyną tego była ogromna popularność science fiction. Po Star Treku, Gwiezdnych Wojnach i innych hollywoodzkich produkcjach fantastycznych, pojawiły się miliony nowych czytelników, którzy chcieli czytać prozę taką, jak Gwiezdne Wojny. Gwiezdne Wojny są świetną rozrywką, ale nie są najlepszą, najbardziej stymulującą intelektualnie formą science fiction.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat nastąpił w USA rozwój dwóch niezależnych nurtów wydawniczych. Mamy komercyjne wydawnictwa wydające popularne książki i serie, oraz mamy mniejsze wydawnictwa wydające prawdziwą science fiction. Istnieją one koło siebie. Można więc pisać wysokonakładową science fiction, albo pisać dobrą science fiction. Lepiej nie próbować pisać obu naraz. Cieszę się, patrząc na polskie księgarnie, tutaj wydawcy nadal widzą różnicę pomiędzy tymi dwoma drogami.

W jednym z wywiadów przeczytałem, że piszesz, czy też pisałeś, w sztywno określonych godzinach, dzień w dzień. Czy w takim razie nie wierzysz w pisanie pod wpływem natchnienia, wenę pisarską? Nie zdarzały ci się dni, w których miałeś pustkę w głowie?

Szczerze? Nie. Oczywiście im jestem starszy, tym mniej piszę. Czasu jest coraz mniej, a jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia; innych, poza pisarstwem. Jednakże zawsze traktowałem pisarstwo jako swoją pracę. Zawsze starałem się ją wykonywać sumiennie, tak samo jak człowiek, który budował to sklepienie nad nami – i zbudował je przed wiekami tak, że nie spadło jeszcze nam na głowę. Kiedy pracuję, mam ustalone godziny, ustalone dni na to. Od poniedziałku do piątku, od śniadania do lunchu. Kiedy przestaję pisać, przyjeżdżam na przykład do Polski, zwiedzam zamki. Nie wierzę w coś takiego, jak natchnienie. Jeśli czekasz na wenę, prędzej doczekasz się śmierci głodowej. To kwestia talentu i umiejętności. Połączenie sztuki i czysto technicznych umiejętności. Musisz posiadać oba, żeby mieć wieloletnią pisarską karierę. Zatem jest to praca i traktowałem ją jak pracę, nie zabawę.

Powiedziałeś, że nie czytasz już w zasadzie science fiction. W takim razie jakie książki czytasz?

Oczywiście w swoim życiu przeczytałem za dużo science fiction, by mogło być to dobre dla kogokolwiek. Obecnie czytam klasykę – Tołstoja, Conrada. W tym momencie czytam rosyjską powieść, zabrałem ją nawet do Polski. Czytuję sporo książek historycznych, pamiętników i biografii. Tak naprawdę czytam całymi dniami. Kiedy biorę do ręki powieść science fiction, myślę zwykle jedną z dwóch rzeczy: że napisałbym to lepiej (i wtedy źle się czuję), albo że w życiu bym tego nie napisał.

Jaki był tytuł tej jedynej książki, której nie skończyłeś?

Hmm... Nie pamiętam. To miała być trylogia o innym rodzaju przesunięcia: nie przesunięciu ku czerwieni, a przesunięciu ku niebieskiemu. Nie wiem jednak czy kiedykolwiek miała ona tytuł. Wziąłem z niej kawałki i wykorzystałem w innych tekstach. Nie miała sensu, więc jej nie skończyłem.

Niektórzy polscy twórcy fantastyki ostentacyjnie nie używają telefonów komórkowych czy komputerów. Czy twoim zdaniem możliwe jest napisanie wiarygodnego science fiction bez znajomości najnowszych zdobyczy techniki?

Oczywiście, że jest możliwe. Wells nie korzystał z komputera, a napisał jedne z najlepszych tekstów science fiction. Jednakże w dzisiejszych czasach głupio tak się ograniczać i nie korzystać z tego, co daje nam świat. Nie jestem ekspertem od najnowszych technologii. Jestem XX-wiecznym człowiekiem i nie mam telefonu komórkowego, ale używam komputera od 1982 roku. Pisanie za jego pomocą jest znacznie mniej żmudne.

Jeśli dobrze zrozumiałem, to określasz siebie jako opowiadacza historii. Tak jak zawodem budowniczego było budowanie zamków, tak twoim jest opowiadanie historii. W jednym wywiadzie przeczytałem, że według ciebie cała fantastyka to fantasy; science fiction jest fantasy i fantasy jest fantasy. Fantastyka wywodzi się z czasów, kiedy ludzie opowiadali sobie historie. Pytanie, które mnie nurtuje, brzmi: po co w ogóle opowiadać sobie historie?

Jaki jest cel opowiadania historii w ogóle czy historii fantastycznych? W pierwszym przypadku trzeba się chyba cofnąć do początku istnienia ludzkości. Opowieści pełniły funkcję magicznego sposobu leczenia, oczyszczenia. Rytuału, w którym postaci przechodząc z powodzeniem przez konflikt, przeżywają oczyszczenie z tego, co mroczne w ich życiu. Najwcześniejsze opowieści właśnie tego dotyczą – epos o Gilgameszu, dzieła Homera. Uważam, że najlepsza proza bazuje na schemacie bohatera i jego problemu, walki i rozwiązania, które wyprowadza nas z ciemności ku światłu. To samo dzieje się z osobami, które słuchają lub czytają.
W przypadku science fiction i fantasy – uważam, że science fiction jest tylko specyficzną odmianą fantasy – mamy do czynienia z takimi samymi zasadami, schematami. Cel historii fantastycznych jest taki sam. Ten sam cel przyświecał Szekspirowi piszącemu „Hamleta” czy Sofoklesowi „Edypa”, tylko scenografia i narzędzia się różnią. Pisarz fantastyki posiada wielką wolność w tworzeniu... czegokolwiek. Jednakże siła opowieści płynie z człowieka, problemu i jego rozwiązania. Pisarze science fiction piszą taki rodzaj fantasy, który jest technologiczny... sami doskonale wiecie, jaki jest. Jeśli jest elf i czarodziej, to nie jest science fiction, ale jeśli mamy robota albo wehikuł czasu, to prawdopodobnie jest. Generalnie jednak pisarzowi zawsze przyświeca ta sama idea.
Cytowany już Conrad powiedział, że rolą pisarza jest, by czytelnik usłyszał, poczuł i zobaczył. Tak jak budowniczy ma narzędzia, by postawić budowlę, pisarz ma odpowiednie środki przekazu. Za ich pomocą osiąga się odpowiednią strukturę, formę, styl. Celem budowniczego jest, by budynek stał, a pisarza, by czytelnik usłyszał, poczuł i zobaczył. Przeżył opowiadaną historię i odniósł wrażenie, że ta historia go w jakiś sposób przemieniła i wzmocniła za sprawą walki bohatera; tego jak ją usłyszał, zobaczył i poczuł.
Czasami bohater odnosi sukces – tak jak Odyseusz, który dociera do domu. Czasem jednak postać nie odnosi sukcesu: Hamlet umiera na końcu sztuki... de facto wszyscy umierają na końcu. „Źle się dzieje w państwie duńskim” – to jest problem Hamleta. Na końcu sztuki królestwo duńskie zostaje oczyszczone. Scena jest pełna trupów, ale można rozpocząć wszystko od nowa. W Polsce z pewnością doskonale rozumiecie, co to znaczy, że wszystko można rozpocząć od nowa. Szekspir pisał o sytuacji, w której się coś psuło, gniło. Pojawił się człowiek, który chciał to zmienić i mu się udało, choć już tego nie dożył.

Chciałbym jeszcze spytać o sztuczność podziałów w fantastyce. Czy Majipoor jest właśnie tego wyrazem? „Zamek Lorda Valentaine’a” rozpoczyna się jak typowe fantasy, lecz później okazuje się, że za konstrukcją świata stoją elementy sf. Potem, już w „Czarnoksiężnikach z Majipooru” i późniejszych tomach, znów pojawiają się elementy nadnaturalne, tym razem już bez późniejszego wytłumaczenia naukowego.

Cóż, w trzech pierwszych powieściach majipoorskich mamy do czynienia zarówno z elementami fantasy, jak i science fiction. Być może nie wszystko jest wyjaśnione wprost, w logiczny sposób, ale działa logicznie. W drugiej trylogii, która się jeszcze nie ukazała w Polsce (nakładem Prószyńskiego i S-ka w 1999 roku ukazał się pierwszy tom „Czarnoksiężnicy Majipooru” – przyp. red.), ale jest w zapowiedziach Solaris, bawię się pomysłem, że fantasy, magia mogą rzeczywiście istnieć. Kiedy mówię, że fantasy i science fiction w mojej książce są powiązane, spekuluję, że magia działa. To wszystko jest grą wyobraźni. To jest trochę mój problem z szufladkowaniem gatunkowym. Wiadomo, większość tego, co napisałem, to science fiction, ale staram się unikać takich podziałów. Jeśli miałbym klasyfikować, to cykl majipoorski dzieje się na obcej planecie, co czyni go science fiction. Jednakże, jeśli udało mi się stworzyć logiczne zasady działania magii (według logiki tamtejszej, nie ziemskiej), to również ten element sprawia, że książkom jest bliżej do science fiction. Choć tak naprawdę, w tym świecie może wydarzyć się wszystko. W „Czarnoksiężnikach Majipooru” jest sporo magii, ale bohater – Lord Prestimion – nie może uwierzyć, że ona działa.

Preferujesz w pisarstwie katharsis, rozwiązanie problemu uprzedmiotowionego. Czy kiedykolwiek napisałeś komedię, rzecz dla czystej rozrywki? Jaki jest twój stosunek do tego typu literatury?

Myślę, że nawet komedia stosuje się do klasycznych zasad. Niekoniecznie katharsis, ale sposoby prowadzenia akcji. Napisałem powieść „Prądy czasu” – tak, tę którą Krzysztof Sokołowski wykreślił z pamięci i bibliografii <śmiech i gorące zaprzeczenia tłumacza>. Ta powieść jest komedią, z powodu fabuły i bohatera, który w wyniku błędów, które popełnia, jest wymazany ze świata. Jest to całkiem śmieszne. To niemożliwe, by oddzielić rozrywkę, śmiech i rzeczy poważne. Było wielu świetnych twórców komedii, jak choćby Szekspir, Molier. Śledząc ich dzieła dostrzeżecie, że nie ma czegoś takiego, jak wielka historia, która o niczym nie opowiada i jest pusta. Zawsze, gdy spojrzy się na wybitną komedię, to pod przykrywką śmiechu w rzeczywistości jest w niej mnóstwo poważnych tematów.

Science fiction zawsze poruszała współczesne tematy dotyczące otaczających nas zagrożeń. Czy mógłbyś wskazać kilka zagrożeń, które fantastyka mogłaby mocniej niż do tej pory poruszyć?

Nigdy nie uważałem, by fikcja literacka miała za zadanie rozwiązywać jakiekolwiek problemy. Przykładem może być „Rok 1984” George’a Orwella – powieść, którą uważam za science fiction, gdyż został w niej przedstawiony wymyślony świat, choć nie tak do końca wyobrażony, jak doskonale wiecie. Tak naprawdę jedyne, co powiedział Orwell w tej książce, to że totalitaryzm – czyli na przykład stalinizm – jest zły. Nie jest to chyba dla nikogo żadna nowość. On po prostu powiedział to w inny sposób. Nie rozwiązał natomiast żadnego problemu.

Jak zrozumiałem, nie czytujesz współczesnej fantastyki i znasz raczej wyłącznie starsze tytuły anglojęzycznych autorów. Wspomniałeś również, że uważasz Wellsa za jednego z najwybitniejszych twórców science fiction. Czy mógłbyś to uzasadnić?

Myślę, że Wells tworzący ponad sto lat temu, wywarł ogromny wpływ na science fiction: inwazja z Marsa, podróż do końca wszechświata, lot na księżyc, a to tylko powieści. W swoich tekstach budował utopie. Przez pięćdziesiąt lat stworzył podwaliny pod wszystko, co zostało później napisane. Napisał kilkadziesiąt świetnych dzieł, nie będę wymieniał wszystkich tytułów. Ten jeden człowiek pisał na całym polu fantastyki i jego teksty są tak dobre, że nadal się je czyta. Nie są antyczne, są żywe. Uważam, że jest najlepszym pisarzem science fiction, bo wymyślił to wszystko i zrobił to dobrze.

Pytanie do Karen: jak trudno jest żyć z tak sławnym pisarzem, jak Robert Silverberg?

Karen Silverberg: Cóż, chcecie znać prawdę? Jest to zawsze bardzo interesujące. Prawdopodobnie życie z gwiazdą jest czasem nawet zbyt interesujące. Mam jednak nadzieję, że Robert powiedziałby o życiu ze mną dokładnie to samo.

W tym momencie nastąpiła przerwa w spotkaniu, spowodowana zmęczeniem gości, jak i niską temperaturą panującą w sali. Spotkanie zostało wznowione po mniej więcej godzinie. Zapis dalszej części spotkania przedstawimy w późniejszym terminie.
Spisał Tymoteusz „Shadowmage” Wronka.



Autor: Tymoteusz "Shadowmage" Wronka


Dodano: 2009-08-23 08:56:05
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

MORT - 19:18 23-08-2009
Super. Czekam na więcej.

Asturas - 12:41 23-08-2009
Świetny wywiad. Czekam na resztę z niecierpliwością! :)

Komentuj


Konkurs

Wygraj "Młody świat" i gadżety


Artykuły

Drugi wywiad z Rafałem Kosikiem


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

Recenzje

Brooke-Hitching, Edward - "Atlas lądów niebyłych"


 Małecki, Jakub - "Rdza"

 Wexler, Django - "Działa imperium"

 Delaney, Joseph - "Kroniki Gwiezdnej Klingi"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Janusz, Aleksandra - "Cień Gildii"

 Willis, Connie - "Pojedynek na słowa"

 Liu, Cixin - "Ciemny las"

Fragmenty

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

 Kisiel, Marta - "Dożywocie"

 Kańtoch, Anna - "Niepełnia"

 Hudner, Kennedy - "Cel uświęca środki"

 Jadowska, Aneta - "Szamańskie tango"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #2

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS