NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"

Ryan, Anthony - "Królowa ognia"

Ukazały się

Mammay, Michael - "Przestrzeń"


 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Duncan, Emily A. - "Niegodziwi święci"

 Wlazło, Alicja - "Iskra"

 Lisińska, Małgorzata - "Bajki krasnoludzkie"

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Bonowicz, Karina - "Nie wywołuj wilka z lasu"

 Mróz, Remigiusz - "Echo z otchłani"

Linki

Ford, Jeffrey - "W labiryncie pamięci"
Wydawnictwo: Solaris
Cykl: Ford, Jeffrey - "Cley"
Tytuł oryginału: Memoranda
Tłumaczenie: Iwona Michałowska
Data wydania: Sierpień 2009
ISBN: 978-83-7590-007-1
Oprawa: miękka
Liczba stron: 250
Cena: 31,90
Rok wydania oryginału: 1999
Tom cyklu: 2



Ford, Jeffrey - "W labiryncie pamięci" #2

Rozdział 2

Gdy słońce w końcu wzeszło, ujawniając, że Drachton nie czai się na mnie w mroku, zesztywniały podniosłem się z krzesła, na którym przesiedziałem całą noc, i powlokłem do łóżka, opadając na nie mniej więcej w ten sam sposób, w jaki wcześniej wpadłem do rzeki. Ledwie jednak zmrużyłem oczy, rozległo się pukanie.
– Cley, jesteś tam? – usłyszałem znajomy głos.
Rozpoznałem Semlę Hood, młodą kobietę, której poród przyjmowałem i której mąż, Roan, chadzał ze mną na ryby.
– Nie – odparłem z ciężkim westchnieniem i uniosłem się do pozycji siedzącej.
– Cley, błagam, musisz przyjść. Stało się coś strasznego!
Powoli wstałem i poczłapałem do drzwi. Jedyną pociechą było mi to, że nie musiałem się przebierać, bo spędziłem całą noc w ubraniu, gotów do natychmiastowego działania w razie potrzeby. Otworzyłem.
– Cley – rzekła Semla – Roan zasnął.
– Zazdroszczę mu – skomentowałem, unosząc rękę, by osłonić oczy przed słońcem.
– Nie rozumiesz. Nie mogę go dobudzić – powiedziała. Miała wyraźnie zatroskaną twarz.
Koszmar poprzedniego dnia przedarł się przez zmęczenie i znalazł drogę do mojej pamięci.
– Długo przebywał w zasięgu żółtej mgły? – zapytałem.
– Nie było go wczoraj na targu – odparła. – W ogóle tam nie poszedł. Ale nocą czuwał przy jednym z dzieci uśpionych przez mgłę. Rodzice dziewczynki byli znużeni, lecz nie chcieli zostawiać jej bez opieki, więc Roan zaoferował się, że posiedzi przy niej do świtu.
– W jaki sposób starałaś się go obudzić?
– Robiłam wszystko. Nie poruszył się nawet, gdy wbiłam mu igłę w dłoń.
Zaklinała, żebym z nią poszedł do ich domu i przyjrzał się Roanowi. Zrobiłem to, by ukoić jej trwogę.
– Myślisz, że to coś poważnego? – zapytała.
To było bardzo poważne, ale po co miałem ją straszyć? Początkowo sądziłem, że mgła w jakiś sposób podziałała na układ nerwowy osób, które bezpośrednio się z nią zetknęły, ale teraz pojąłem, że mamy do czynienia z chorobą, i to zakaźną. W przypadku Roana okres inkubacji wyniósł zaledwie kilka godzin. Nie specjalizowałem się w zarazkach, ale wiedziałem o nich co nieco z uniwersyteckiego kursu podstaw biologii. Miałem też świadomość, że odkrycie lub stworzenie pasożyta wywołującego takie objawy leży w granicach możliwości Drachtona Nadolnego.
W domu Hoodów rzuciłem okiem na Roana, którego złożono już do łóżka, i na widok uśmiechu na ustach zaliczyłem go do grona ofiar.
– Co możemy zrobić? – zapytała Semla.
Pokręciłem głową.
– Dbaj, żeby mu było wygodnie – powiedziałem. – Spróbuj od czasu do czasu napoić go wodą, ale uważaj, żeby się nie zadławił.
– To wszystko? Miałam nadzieję, że znasz jakąś roślinę, która mogłaby mi go przywrócić.
– Zioła nic tu nie pomogą, Semlo – odparłem. – Muszę spróbować czegoś innego. – Po tych słowach odwróciłem się i opuściłem dom. Gdy tylko zamknąłem za sobą drzwi, ruszyłem biegiem.
Zatrzymałem się dopiero na targu. Był całkiem wyludniony. U jego północnej bramy znajduje się dzwon, który zwykle służy do zwoływania ludności Wenau na zgromadzenia. W dotychczasowej historii osada tylko raz stanęła w obliczu kryzysu: było to trzy lata wcześniej, gdy po ulewnych deszczach rzeki wystąpiły z brzegów i zalały część kolonii. Z nadzieją, że niektórzy z mieszkańców wciąż pozostają przytomni, pociągnąłem za sznur i zadzwoniłem na alarm. Potem przez kwadrans przechadzałem się w tę i z powrotem, czekając.
Jeden po drugim zaczęli się pojawiać ci, których nie dopadła jeszcze choroba. Każdy jednak, jak się okazało, miał w rodzinie przynajmniej jedną osobą, która w nocy zaraziła się śpiączką i nie dało się jej dobudzić. Gdy zebrała się nas już spora gromadka i wyglądało na to, że nikt więcej nie przyjdzie, donośnym głosem poprosiłem o ciszę.
– Wiadomo już – zacząłem – że Drachton Nadolny zesłał na nas nie tylko eksplozję. Chce, byśmy wszyscy zasnęli i nie obudzili się więcej. Moglibyśmy zaryzykować i trwać w nadziei, że nasi najbliżsi się obudzą, ale znając Mistrza, nie liczyłbym na to.
Zarówno mężczyźni, jak i kobiety poczęli ronić łzy, a dzieci z konsternacją przypatrywały się rodzicom. To właśnie ich spojrzenia dodały mi sił, by przedstawić swoją propozycję.
– Nie mamy ani chwili do stracenia. Musimy jeszcze dziś wyruszyć do Dobrze Skonstruowanego Miasta. Jedyna nadzieja w tym, że odnajdziemy Drachtona i jakimś sposobem zmusimy go, by zdradził nam antidotum na zesłaną przezeń chorobę. Oby okazała się uleczalna.
– Jak chcesz go zmusić do współpracy?! – wrzasnął z głębi tłumu Miley Mac. – Wszyscy go pamiętamy! Wycierpieliśmy tyle samo co ty!
– Nie wiem – odparłem – ale jeśli będziemy bezczynnie czekać, obawiam się, że koniec z nami i naszą osadą.
– Wolałbym się mocować z samym diabłem – wyznał Jensen.
– Ja też – przytaknąłem.
– Może to przejdzie – odezwała się Hester Lon, ale w jej głosie było tak mało przekonania, jakby w istocie przyznawała mi rację.
– Nie mamy czasu na dyskusje. Ja idę. Czy ktoś do mnie dołączy? – Odpowiedziała mi cisza. Dobrzy obywatele Wenau w obliczu tragedii utracili wszelką odwagę. Nikt nie patrzył mi w oczy.
– Potrzebny mi koń i pistolet – oznajmiłem, niezupełnie wierząc, że podejmuję się takiego szaleństwa.
– Możesz wziąć mojego konia – odezwał się ktoś z tłumu.
Ktoś inny zaproponował mi broń, a jeszcze inny – psa myśliwskiego.
– Kto zatem idzie ze mną? – zapytałem.
Nikt się nie odezwał.
Przez chwilę czekałem, sądząc, że cisza może skłonić kogoś do wystąpienia z szeregu. I rzeczywiście, z ulgą spostrzegłem, że Jensen wysuwa się naprzód. W miarę jak się zbliżał, zauważyłem jednak, że gałki oczne uciekają mu w głąb głowy. W końcu zamknął oczy, stęknął cicho i zwalił się na ziemię. Kilka osób oddaliło się pospiesznie, wiedząc, że to objawy choroby; inne na odmianę podeszły, chcąc pomóc. Gdy stanąłem przy nim, chrapał już lekko.
Wymogłem na tych, którzy obiecali wyposażyć mnie na wyprawę, obietnicę, że o zmroku przyniosą mi do domu potrzebne przedmioty. Zamierzałem wędrować pod osłoną nocy, na wypadek gdyby obserwowali nas szpiedzy lub zabójcy na usługach Drachtona. Paranoja, wierna towarzyszka z czasów Dobrze Skonstruowanego Miasta, znów krążyła wśród nas, przyjacielskim uściskiem ściskając mi ramiona.
W drodze do domu wypatrywałem na niebie metalicznego blasku i wciąż przyglądałem się krzewom i linii drzew, by w razie czego wychwycić nagły ruch. Najwyraźniej Drachton nie tylko uśpił obywateli miasta: wywołał też chorobę o przeciwnych objawach, zmieniając zwykły spokój i senność tego miejsca w chroniczną nerwowość i napięcie. By nie czuć się tak samotny, przemawiałem do siebie. Cley, mówiłem, jeśli uważasz, że już jesteś zdenerwowany, poczekaj, aż znajdziesz się na pogrążonych w mroku równinach i w lasach, zmierzając ku siedlisku tego potwornego zła.
W tym momencie z wysokich traw po mojej lewej stronie wyrwał się nagle dziki indyk, a ja odskoczyłem, wydając krótki wrzask. Ptak przez chwilę przyglądał mi się pytająco, nim znów zniknął w trawach. Wyglądał, jakby mówił: „Beznadziejny z ciebie przypadek, Cley”. Parsknąłem śmiechem. Oto ja, samozwańczy obrońca Wenau, wybieram się na wyprawę w celu zabicia smoka. Szedłem dalej ku domowi, myśląc o dniu, w którym będę mógł znów zasiąść z Jensenem nad rzeką, popijając dzikie piwo.
Nietrudno sobie wyobrazić, że tego popołudnia nie miałem najmniejszej ochoty na sen, ale wiedziałem, że po nieprzespanej nocy muszę wypocząć. Początkowo nie potrafiłem się rozluźnić. Niepewność jutra atakowała mnie pod postacią przeróżnych makabrycznych, zatrważających myśli, wśród których niepoślednią rolę odgrywał lęk przed klęską mojej misji. W końcu jednak udało mi się zapaść w niespokojny sen. Śniłem, że Drachton Nadolny stoi pośrodku placu targowego w otoczeniu leżących na wznak ciał wszystkich mieszkańców Wenau. Trwali pogrążeni w głębokim śnie, a twarze ich zakrywały skrawki zielonej tkaniny. Otoczony kłębami żółtego dymu Drachton skinął na mnie.
– Twoja kolej, Cley – powiedział i cisnął w moją stronę garść połyskującego pyłu. Obłok poruszał się jak rój owadów, lecz gdy przyjrzałem się bliżej, ze zdumieniem spostrzegłem, że tworzy go stado mikroskopijnych metalowych ptaszków, które sekundę później wpadły mi do oczu, oślepiając. Padłem na ziemię i usłyszałem głos Mistrza.
– Podejdź – rzekł, a ja poczułem, jak na twarzy ląduje mi woalka. „Zaraziłem się!” – pomyślałem przerażony tym snem we śnie… i zbudziłem się gwałtownie, słysząc szczekanie psa.
Wyczołgałem się z łóżka, ubrałem pospiesznie i podszedłem do drzwi. Gdy je otwarłem, przywitał mnie obraz nędzy i rozpaczy. Do żurawia studni stała przywiązana najsmutniejsza i bodaj najstarsza siwa szkapa, jaką dane mi było w życiu oglądać. Grzbiet miała wklęsły, ogon jak postrzępiona zmiotka, a łeb skulony, jakby wstydziła się stanu, do jakiego doprowadziło ją brzemię lat. Pomiędzy studnią a brzegiem lasu krążył nerwowo niedożywiony czarny psiak, któremu pod cienką skórą można było policzyć wszystkie kości. Miałem wrażenie, że widywałem już jego podobizny na alegorycznych malowidłach antycznych malarzy. Często przedstawiano go w towarzystwie ślepego żebraka, a całość tytułowano „Bieda z Nędzą”.
Obrazu dopełniały kusza i leżący obok niej kołczan z dwunastoma bełtami. Trzynasty tkwił wbity w ziemię, a na jego czubek nabity był skrawek niebieskiego papieru. Wydobyłem bełt z ziemi i odczytałem wiadomość.

Cley!

Oto rzeczy, o które prosiłeś. Koń, Quismal, nie jest szybki, lecz nie brak mu siły. Pies, Wood, bywa czasem groźny. Daj mu kawał mięsa, a będzie za Tobą podążał przez dwa dni. Daj mu więcej, a wykona każdy Twój rozkaz. Chcielibyśmy dać Ci strzelbę, ale ci, którzy je mają, uznali, że lepiej mieć je przy sobie na wypadek ataku. Kusza jest sprawdzoną bronią. Potrafi śmiertelnie trafić z odległości stu jardów. Powodzenia, Cley. Nigdy Cię nie zapomnimy.

Twoi przyjaciele,

obywatele Wenau

Liścik nie pozostawił mi złudzeń co do opinii sąsiadów na temat moich szans. Może powinienem posłuchać ostrzeżenia, tak jak większość z nich poddać się strachowi i pozostać, obserwując bieg wypadków. Ze wszystkich podarków najbardziej złośliwym wydała mi się kusza: jak mógłbym trafić z odległości stu jardów w nacierającego wilkołaka pokroju Grety Sykes czy jedno z mechanicznych monstrów Mistrza?
Równie dobrze mógłbym po prostu splunąć na przeciwnika, co strzelać z tego starego badyla – pomyślałem, podnosząc kuszę. Nie miałem jednak lepszej broni, więc w końcu przytroczyłem kuszę do juku wraz z kołczanem. Gdyby sprawy źle się potoczyły, w ostateczności mogłem przynajmniej nadziać się na jedną ze strzał.
Wróciłem do domu i spakowałem resztę rzeczy: węzełek ziół, otrzymany od Ea nóż z kości, trochę suszonego mięsa, pled, no i oczywiście zieloną woalkę. Nim zamknąłem za sobą drzwi, raz jeszcze rzuciłem okiem na niewielką izbę i ogarnęła mnie tęsknota za tym, by jeszcze kiedyś tu wrócić i przez resztę życia zażywać spokoju i pociechy.
Wyszedłem na dwór i zawołałem psa. On jednak nadal biegał wokół mnie chaotycznie szerokimi kręgami, z wywieszonym ozorem i szalonym wzrokiem, póki nie wyjąłem kawałka mięsa i nie wyciągnąłem na dłoni.
– Wood! – zawołałem. – Do mnie, psiaku!
Na widok mięsa zwierzak natychmiast zeskoczył ze swej meandrującej orbity i rzucił się ku mnie. Ledwie zdążyłem uskoczyć, nim wystrzelił w powietrze, chwytając zębiskami pokarm i omal nie odgryzając mi przy tym dwóch palców. Odszedł ze swą zdobyczą o kilka stóp i zaczął ją pożerać, wydając przeróżne nienaturalne dźwięki. Zbliżyłem się powoli z wyciągniętą ręką.
– Dobry pies – powiedziałem. – Wood, Wood, Wood – zaintonowałem łagodnie.
Niewdzięczna bestia warknęła i skoczyła na mnie. W ostatniej chwili uskoczyłem w tył, a gdy pies przelatywał obok, wymierzyłem mu sążnistego kopniaka w tylną część ciała. Zaskowyczał i uciekł w trawy.
Nim po wielkich zmaganiach udało mi się dosiąść konia, słońce zdążyło niemal zajść. Ponad drzewami na zachodnim horyzoncie widniała jeszcze czerwona poświata. Zapowiadała się piękna noc, ciepła, lecz schładzana ożywczą bryzą. Nad moją głową pojawiło się kilka gwiazd; modliłem się, aby wzeszedł księżyc i rozświetlił nieco las, przez który przyjdzie mi jechać.
W całym dotychczasowym życiu siedziałem na koniu raz czy dwa, i to w dzieciństwie, gdy mieszkałem nad rzeką Chottle. Teraz odnosiłem wrażenie, że od siodła do ziemi jest bardzo, ale to bardzo daleko. Biedna szkapa ugięła się nieco pod moim ciężarem, a do tego śmierdziała, jakby śmierć już zagnieździła się w jej wnętrznościach.
– Wio – powiedziałem, ale siwek się nie poruszył.
– Galop! – zarządziłem i ubodłem go piętami. Wtedy zwierzak wypuścił długi, głośny, gulgoczący strumień gazów, po czym ruszył naprzód niczym pijak wyprowadzony z równowagi przez ruch planety.
I tak rozpoczęła się moja wyprawa. Gdyśmy powoli zmierzali w stronę linii drzew, czarny pies wyskoczył z traw i popędził za nami, jakby rozumiał, że jest częścią alegorii i nie wolno mu się odłączyć od ślepego dziada. Nie zastanawiałem się nad swoimi szansami ani nad rodzajami podstępnej śmierci, która może mnie czekać. Zamiast tego myślałem o Drachtonie Nadolnym i jego potwornej żądzy władzy.



Dodano: 2009-08-16 11:28:24
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wojnę makową"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"


 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King, Stephen - "Instytut"

Fragmenty

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

 Dick, K. Philip - "Możemy cię zbudować"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

 Archer, K.C. - "Instytut" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS