NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

Ukazały się

Mammay, Michael - "Przestrzeń"


 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Duncan, Emily A. - "Niegodziwi święci"

 Wlazło, Alicja - "Iskra"

 Lisińska, Małgorzata - "Bajki krasnoludzkie"

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Bonowicz, Karina - "Nie wywołuj wilka z lasu"

 Mróz, Remigiusz - "Echo z otchłani"

Linki

Ford, Jeffrey - "W labiryncie pamięci"
Wydawnictwo: Solaris
Cykl: Ford, Jeffrey - "Cley"
Tytuł oryginału: Memoranda
Tłumaczenie: Iwona Michałowska
Data wydania: Sierpień 2009
ISBN: 978-83-7590-007-1
Oprawa: miękka
Liczba stron: 250
Cena: 31,90
Rok wydania oryginału: 1999
Tom cyklu: 2



Ford, Jeffrey - "W labiryncie pamięci" #1

Rozdział 1

W latach, które nastąpiły po ukończeniu pisemnej relacji z upadku Dobrze Skonstruowanego Miasta, opowiadającej zarazem o mojej osobistej przemianie z fizjonomisty w skromnego obywatela i zapoczątkowaniu będącej niegdyś zaledwie mrzonką osady Wenau, nie sądziłem, że jeszcze kiedyś przyjdzie mi sięgnąć po pióro, ale po tym, co wydarzyło się w ciągu ostatnich tygodni, czuję się zobowiązany ostrzec żyjących w nieświadomości sąsiadów. W naszym raju panoszy się demon – demon, który mami, ożywiając przeszłość. Jego ofiary stają się głuche na świat i zatracają w pożądaniu tego, co minione, aż dusze ich rozpadają się z braku kontaktu z bieżącą rzeczywistością. Wokół mnie tłoczą się wspomnienia, tak żywe, jakbym przeniósł się w czasie. Spróbuję uwięzić je w tym rękopisie, jak gdybym zatrzaskiwał wieko szkatułki pełnej pszczół. Potem polecę na północ i zagubię się w rozległym pustkowiu Zarubieży. Gdyby kto myślał, że skoro własnoręcznie kreślę te słowa, używając czasu przeszłego, to uszedłem z owych przygód z życiem, spieszę go rozczarować. Śmierć, jak widać, niejedno ma imię.
Wkrótce po założeniu osady targ w Wenau rozwinął się w tętniące życiem centrum handlowe. Członkowie nowej społeczności nie tylko wymieniali towary między sobą, lecz przyciągali także farmerów z dość oddalonej na wschód Latrobii. Nadrzeczna ludność z wiosek niekiedy tak odległych jak Konstancja przypływała na barkach wyładowanych tkanym ręcznie odzieniem, przyprawami i własnej roboty sprzętem rybackim, pragnąc wymienić te towary na świeżą zwierzynę i warzywa. Nasi ludzie wyspecjalizowali się w pozyskiwaniu żywności, ale przybysze niczego nie pożądali bardziej niż pamiątek technologicznych wyniesionych przez nas z Dobrze Skonstruowanego Miasta.
Za coś tak bezużytecznego jak jedno mosiężne kółko zębate można było dostać najwyższej jakości pled. Mieszkańcy nadrzecznych wiosek nosili te pamiątki na łańcuszkach u szyi jako amulety, nie mając pojęcia, z jaką radością się ich pozbywamy. Dzięki temu wszystko udawało się załatwić bez niepotrzebnej przemocy i oskarżeń. Rdzenna ludność, od dawna żyjąca na łonie natury, była bardziej wojownicza niż my, ale zaakceptowała nasz pokojowy sposób bycia. Miejsce, które wybraliśmy na swoją osadę, leżało nad dwoma krzyżującymi się rzekami i było tak piękne, że tłumiło wszelkie wojownicze zapędy.
Raz w tygodniu udawałem się na targ, by sprzedawać lecznicze zioła, korzenie i korę, pozyskiwane z okolicznych pól i lasów. Zielarstwa nauczyli mnie Ea i jego syn, nim odeszli ku Zarubieżom. W te dni spotykałem się także z sąsiadami i umawiałem na wizyty u kobiet spodziewających się dziecka. Odkąd odebrałem poród Arli, rozeszła się wieść, że jestem zdolnym akuszerem, wskutek czego stałem się współodpowiedzialny za pojawienie się na tym świecie co najmniej piętnaściorga niemowląt. Rola uzdrowiciela podobała mi się i miałem nadzieję, że w hipotetycznym rejestrze moich uczynków zdołałem nieco zrównoważyć dawne winy.
Przed kilku tygodniami zabrałem ze sobą na targ coś, czego nigdy dotąd nie zamierzałem sprzedawać: fragment zielonej tkaniny. Woalka pozostawiona mi przez Arlę przez lata pozostawała dla mnie zarówno dręczącą tajemnicą, jak i wielką pociechą. W szczególnie samotne noce wyjmowałem ją z kufra i mocno zaciskałem w dłoni, czując ukojenie. Kiedy indziej przemawiałem do tkaniny, jakby wciąż skrywała twarz Arli, i domagałem się odpowiedzi, dlaczego mi ją dała. Nie mogłem przestać zadawać sobie pytania, czy podarek miał oznaczać, że Arla mi wybaczyła, czy też przypominać mi o mej winie.
W noc poprzedzającą wizytę na targu zostałem wezwany do odebrania porodu. Jeśli chodzi o zdrowie matki, wszystko poszło dobrze, lecz dziecko urodziło się martwe. Przez ponad godzinę usiłowałem przywrócić je do życia, choć niemal od początku wiedziałem, że moje wysiłki są próżne. Nikt nie obwiniał mnie o tę tragedię, a co dziwniejsze, nawet ja sam, choć czułem się podle, nie potrafiłem siebie winić. W drodze do domu przystanąłem, by popatrzeć na ogrom rozgwieżdżonego nieba, i z jakiejś nieznanej mi przyczyny poczułem się nagle uwolniony od ciężaru minionych win. I wtedy w mojej głowie ni stąd, ni zowąd pojawiła się myśl: „Cley, sprzedasz zieloną woalkę. Nie wystarczy po prostu się jej pozbyć. Niezależnie od tego, jak nędzna będzie materialna wartość przedmiotu, który za nią otrzymasz, musisz znaleźć kogoś, kto ją zechce”.
Targ rozbrzmiewał gwarem spierających się kupców, rozbawionych dzieci oraz starców bawiących tłum wesołymi lub pouczającymi opowieściami. Niosąc swój tobołek z medykamentami przerzucony przez lewe ramię, torowałem sobie drogę wśród zgiełku, rozglądając się za potencjalnymi klientami.
Początkowo zająłem się sprzedażą leków. Bywalcy dobrze mnie znali i wiedzieli, że moje specyfiki naprawdę pomagają. Opisywali mi swe dolegliwości, ja zaś zawsze znajdowałem coś, co mogło im przynieść ulgę. Wymieniwszy kilka mikstur na nici, igły z ości, sól i sproszkowany orian (fasolę z południa, która rozpuszczona we wrzątku dawała kiepską imitację kopa, uwielbianego przeze mnie napoju z czasów Dobrze Skonstruowanego Miasta), wyjąłem zieloną woalkę i podjąłem próbę jej sprzedania.
Osoby, którym ją oferowałem, zachowywały się nie mniej uprzejmie niż zwykle; widziałem jednak, że pamiętają, jakiemu celowi służyła niegdyś owa tkanina, i nie mają nawet ochoty na nią patrzeć. Choć minęły już lata od odejścia Arli, w oczach mieszkańców Wenau wciąż była ona mityczną postacią. Legendarna groza jej twarzy, niegdyś skrywanej pod tą woalką, i jej moc zadawania śmierci sprawiały, że ludzie do dziś drżeli na jej wspomnienie. Równie dobrze mógłbym próbować sprzedać całun zdarty z któregoś z jej krewnych.
Jensen Watt, właściciel wytwórni alkoholu znanego jako dzikie piwo, a zarazem mój serdeczny przyjaciel, podszedł i położył mi dłoń na ramieniu.
– Cley – rzekł – po co sprzedawać coś tak osobistego? Czego ci trzeba? Przyślę ci to do domu przed zachodem słońca.
– Muszę ją sprzedać – odparłem.
– Dzięki tobie urodziła się moja córka. Nic za to nie wziąłeś, a do tego wciąż jestem ci winien za ostatnią przegraną w karty, ale nawet ja nie przyjąłbym od ciebie tego przedmiotu. Wymachując nim, straszysz wszystkich obecnych na placu.
– Nie mogę dłużej trzymać w domu tego widma – wyjaśniłem.
– Więc przymocuj je do kamienia i wrzuć do rzeki – poradził.
Pokręciłem głową.
– Muszę znaleźć kogoś, kto zechce to kupić.
Zdjął rękę z mojego ramienia, odchylił się i przeczesał palcami brodę.
– Przynieś ją do mojego kramu. Siedzi tam sześciu Latrobiańczyków, którym płacę piwem za pożyczonego zeszłej wiosny muła. Może któryś okaże się dość pijany, by kupić ten drobiazg, nie znając jego historii.
Pomyślałem, że to rozsądna propozycja. Nie dotarliśmy jednak do prowizorycznej tawerny Wattsa. Ledwieśmy bowiem wyruszyli, kupcy na różnych straganach zaczęli pokrzykiwać „Patrzcie, patrzcie!”. Przez chwilę sądziłem, że to reakcja na widok woalki, którą wciąż dzierżyłem w lewej dłoni, lecz obróciwszy się, dostrzegłem, że wskazują coś na niebie.
Nad naszymi głowami, schodząc coraz niżej, krążyło stworzenie przypominające nieco wronę. Rozpiętość jego skrzydeł wynosiła jednak co najmniej pięć stóp, a przy tym lśniło metalicznie, odbijając blask słońca. Na targu zapadła cisza i wszyscy zebrali się wokół miejsca, w którym ptak miał osiąść. Już po chwili z idealnym mechanicznym wdziękiem stwór osadził chromowe szpony na sześciostopowym maszcie stojącym pośrodku targowiska.

Serce zadrżało mi na widok owego ptaszyska, obracającego głowę to w jedną, to w drugą stronę, jakby chciało ogarnąć stalowym spojrzeniem wszystkich zgromadzonych. Jego ruchom towarzyszył warkot przekładni wewnątrz blaszanopiórego cielska. Moi towarzysze uśmiechali się w zachwycie, ja jednak wiedziałem, że tę połyskującą istotę mogła zbudować tylko jedna osoba.
Moje najgorsze przypuszczenia potwierdziły się, gdy tylko stwór otworzył dziób i wydobyły się z niego słowa wypowiadane mechaniczną imitacją głosu Drachtona Nadolnego. Wszystko, co stało się potem, przypominało koszmarny sen. Najwyraźniej w ciągu ośmiu lat, które upłynęły, odkąd ostatnio go słyszeli, moi sąsiedzi zdążyli zapomnieć brzmienie owego głosu. Próbowałem ich ostrzec, nawoływać do ucieczki, lecz moje słowa brzmiały jak bzyczenie owada, a nogi jakby wrosły w ziemię.
– Witajcie, mieszkańcy Wenau – rzekł ptak, po czym zatrzepotał skrzydłami, wzbudzając oklaski wśród dzieci. – Wieleście się napracowali, odkąd ostatnio was widziałem. Teraz czas spocząć. Wypatrujcie mnie w swoich snach.
Gdy wrona zamilkła, na twarzach dorosłych poczęło wykwitać zrozumienie. Potem ptak zaskrzeczał potwornie, jakby go podłączono do zbyt silnego źródła mocy, a ludzi ogarnęło przerażenie.
– Nadolny! – zdążył wrzasnąć Jensen. Sekundę później maszyna eksplodowała z ogłuszającym hukiem, strzelając wokół kółkami, śrubami i metalowymi odłamkami oraz wyrzucając kłęby żółtego dymu.
Wokół mnie ludzie krzyczeli i kaszleli, tratując się nawzajem w próbie ucieczki i depcząc po nieszczęśnikach przewróconych przez wybuch. Jakiekolwiek chemikalia znajdowały się w dymie, oczy piekły mnie od nich tak potwornie, że widziałem tylko wodnistą plamę. Na szczęście nie wypuściłem z dłoni woalki i gdy tylko się zorientowałem, że żółta chmura to coś więcej niż zwykły dym po wybuchu, natychmiast zakryłem usta i nos zieloną tkaniną.
Zataczając się, dotarłem na oślep do rzeki, znajdującej się zaraz za placem targowym. Pocierając oczy, zdołałem jakoś dostrzec brzeg, a gdy się przekonałem, że woda jest pode mną, upuściłem swój węzełek, a następnie osunąłem się jak kłoda, idąc na dno i dając się nieść powolnemu nurtowi, który obmywał moje oczy i odzież z cierpkiej trucizny. Pozostałem pod wodą najdłużej, jak mogłem, a następnie wynurzyłem się i wciągnąłem wielki haust czystego powietrza. Gdy już poczułem się wolny od zła, które zesłał na nas Mistrz, popłynąłem do brzegu i wyczołgałem się.
Od strony targowiska wciąż dobiegały krzyki poszkodowanych. Wiedziałem, że muszę wrócić i pomóc im, ale czułem zawroty głowy. „Odpocznę chwilę” – pomyślałem i padłem na plecy jak kłoda. Gapiłem się w bezchmurne niebo, wdychając głęboko powietrze, by ukoić skołatane nerwy. Nie potrafiłem myśleć o niczym z wyjątkiem Drachtona Nadolnego. Jakże byliśmy głupi, sądząc, że pozwoli nam żyć z dala od swych wpływów! Gdy tak leżałem, pamięć powiodła mnie z powrotem do Dobrze Skonstruowanego Miasta, w którym chlubiłem się tytułem Fizjonomisty Klasy Pierwszej, odczytując wskazane przez Drachtona twarze – mierząc mackami czoła, kości policzkowe czy brody, by określić stopień rozwoju moralnego mieszkańców miasta. Omamiony pewnością siebie, potężną magią i technologicznym geniuszem Mistrza, uwierzyłem, że jego standard fizjonomiczny pozwoli mi odpowiednio odczytać wszystkie te ludzkie księgi w oparciu o ich okładki. Gdy się tym zajmowałem, skazałem na zagładę wiele osób, wśród nich także dzieci, wyłącznie w oparciu o kształt ich płatków usznych, a inne wtrąciłem do więzienia za zbyt wydatne brwi.
Liczyło się jedynie to, co widoczne. U szczytu swej ignorancji uwierzyłem nawet, że mogę uczynić młodą kobietę bardziej cnotliwą poprzez zmianę jej fizjonomii za pomocą skalpela. Ostatecznie pokroiłem ją – kobietę, którą kochałem – tak straszliwie, że od tamtej pory musiała zasłaniać twarz zieloną woalką. Gdy sobie uświadomiłem ogrom brzydoty, którą własnoręcznie powołałem do życia, w końcu pojąłem, kim naprawdę jest Drachton, a następnie pomogłem obalić jego imperium. Po raz ostatni widziałem go stojącego pośród ruin Dobrze Skonstruowanego Miasta i trzymającego na smyczy biedną dziewczynę-wilczycę, Gretę Sykes. Wysoko ponad nimi krążył przywołany z Zarubieży demon. „Jest tyle do zrobienia” – rzekł mi wtedy Nadolny. „Ostatniej nocy miałem nowy sen. Olśniewającą wizję”. A teraz ta wizja urzeczywistniła się na targu w Wenau.
Nim się podniosłem, żółty dym zdążył się rozpłynąć. Ociekając wodą, ruszyłem na targ, spotykając po drodze innych, którzy uciekli, a teraz szli z pomocą. Wszędzie leżały ciała. Jęki umilkły, ustępując miejsca przerażającej ciszy. Znalazłem martwe dziecko z dziobem metalowego ptaka wbitym w czoło jak sztylet. Gdzie indziej leżała kobieta o twarzy zmasakrowanej przez wybuch. Od samej eksplozji zginęło pięć osób. Osiemnaście innych przeżyło, lecz żółta mgła pozbawiła je przytomności. Wyglądały, jakby po prostu ucięły sobie popołudniową drzemkę. Niemal im zazdrościłem spokojnego snu.
Opatrywałem niewielkie rany tym, którzy zapadli w mgielną śpiączkę. Inni posępnie sprzątali zwłoki. Rodziny ofiar zawodziły i klęły. Ale choć wszyscy byli oszołomieni i przerażeni, wspólnie staraliśmy się zapanować nad sytuacją. Nawet przybysze spoza Wenau pomagali nam z całych sił. Z radością odnotowałem, że Jensen przeżył eksplozję i teraz prowadzi swoich pijanych Latrobiańczyków ku rzece, by nabrali wody i spróbowali ocucić ofiary chemikaliów.
Z pomocą ziół i korzonków ze swego węzełka zrobiłem maści odkażające i nakładałem je na niewielkie rany. Matce zmarłego dziecka zaaplikowałem na uspokojenie dawkę „sowiej brody” – szczeciniastego mchu, rosnącego wyłącznie na wierzchołkach cisów. Wiedziałem jednak, podobnie jak jej roztrzęsiony mąż, że na dłuższą metę nic nie zdoła wyciszyć poczucia straszliwej straty, jaka ich dotknęła. Usiłowaliśmy przebudzić osoby, które zapadły w dziwny sen. Łamałem im przed nosami pałeczki mięty lodowej. Polewaliśmy ich wodą, policzkowaliśmy, a gdy ogarnęła nas frustracja, wykrzykiwaliśmy im do uszu ich imiona. Oni jednak wciąż spali tym niepojętym snem, wykrzywiając usta w karykaturalnie łagodnych uśmiechach, jakby śnili o raju.
Do domu wyruszyłem dopiero późnym wieczorem, gdy już pochowaliśmy wszystkie ofiary, a śpiących zanieśliśmy do łóżek. Nim się oddaliłem, pożyczyłem od Jensena suche ubranie i w towarzystwie jego oraz kilku innych osób topiłem smutki w dzikim piwie nad brzegiem rzeki. Rozmawialiśmy o tych, których już z nami nie było. Wszyscy zastanawialiśmy się, czym mogła być ta żółta mgła, choć nikt nie potrafił udzielić odpowiedzi. Łatwiej nam jednak było pytać o to niż zadawać sobie pytanie: „Czy oni kiedykolwiek się obudzą?”. Nie mieliśmy również ochoty myśleć o konieczności rozprawienia się z Nadolnym, co oznaczało powrót do ruin Dobrze Skonstruowanego Miasta. Wiedzieliśmy, że będziemy musieli go zabić.
Idąc przez łąkę ku swemu domowi, przystanąłem w tym samym miejscu co poprzedniej nocy i znów uniosłem wzrok ku niebu. Sięgnąłem do kieszeni, wyjąłem zieloną woalkę i przyglądałem się jej, myśląc o tym, że nawet gdybym znalazł kogoś, kto ją ode mnie kupi, nigdy nie pozbyłbym się jej naprawdę. Ponadto tego dnia być może ocaliła mi życie.
Spędziłem bezsenną noc przy płonących jasno świecach, niezdolny stawić czoła demonom, wilkołakom i wybuchającym mechanicznym ptakom, które mógłbym spotkać we śnie. W prawej ręce trzymałem kamienny nóż, przeznaczony dla Drachtona, gdyby ten nagle wyłonił się z mroku; w lewej zieloną woalkę, przeznaczoną dla mnie.



Dodano: 2009-08-16 11:26:12
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wojnę makową"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"


 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King, Stephen - "Instytut"

Fragmenty

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

 Dick, K. Philip - "Możemy cię zbudować"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

 Archer, K.C. - "Instytut" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS