NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Silverberg, Robert - "Skrzydła nocy"

Tidhar, Lavie - "Stacja centralna"

Ukazały się

Brooks, Terry - "Obrońcy Shannary. Tom 1. Czarne ostrze"


 Crouch, Blake - "Mroczna materia" (wyd. 2)

 Tidhar, Lavie - "Stacja centralna"

 Larson, B.V. - "Podbój"

 Lem, Stanisław - "Astronauci" (WL)

 King, Stephen - "Roland" (filmowa)

 Riordan, Rick - "Tajne akta Obozu Herosów"

 Mróz, Remigiusz - "Czarna Madonna"

Linki


Relacja z Worldconu 2009 (na żywo)

Ostatnia aktualizacja: 9 sierpnia 2009 ostatnie uzupełnienia

The times they're a changing

Tysiące ludzi z całego świata czekają na te kilka dni, kiedy do wybranego przez miłośników fantastyki miasta zjadą pisarze science fiction i rzesze fanów. Worldcon organizowany jest od 1939 roku przez World Science Fiction Society, głównie na terenie Stanów Zjednoczonych, z przerwą na lata 1942-1945. W ciągu swojego istnienia impreza zdobyła status najważniejszej na całym świecie i nic dziwnego. To właśnie podczas Worldconu przyznawane są najbardziej prestiżowe nagrody fantastyczne – Nagroda Hugo czy Nagroda Johna W. Campbella za najlepszy debiut. Co ciekawe, pierwszą Nagrodę Hugo wręczono dopiero w 1953 roku, a otrzymała ją powieść Alfreda Bestera „Człowiek do przeróbki”. Tak to się zaczęło.

Historia dzieje się na naszych oczach. Bodaj po raz pierwszy, polski portal internetowy poświęcony fantastyce przeprowadzi relację z Worldconu na żywo, dzień po dniu. Nasz zagraniczny korespondent Fabrice Doublet udaje się do Kanady, która gości konwent w tym roku, by zwiedzać i fotografować, i... przesyłać do Polski kilobajty danych. Nie jesteśmy w stanie sami lecieć do Montrealu, lecz od czego jest internet? Organizowanie takiego przedsięwzięcia to huk roboty, mamy więc nadzieję, że spodoba się Wam sam pomysł oraz jego realizacja i że docenicie polsko-francuską współpracę w języku angielskim. Aż chciałoby się zaśpiewać razem z wielkim Bobem Dylanem:

Come writers and critics
Who prophesize with your pen
And keep your eyes wide

(…)

For the times they are a changing

Właśnie tak - czasy się zmieniają.


6 sierpnia 2009 r.
5:45 PM czasu lokalnego
Sześćdziesiąta siódma edycja Worldconu organizowana jest w „Palais de Congres” w Montrealu, ogromnym labiryncie, wielkim kompleksie pełnym schodów i wind łączących dwa sektory budynku.



Konwentowa recepcja mieści się na drugim piętrze, gdzie mogę dostać oficjalny znaczek uczestnictwa w Anticipation, a także program imprezy.


Szybki rzut oka na zawartość i już wiem, że będę miał spory problem ze zdecydowaniem się gdzie iść i co robić! Na dobrą sprawę, każda godzina to kilka ciekawych wydarzeń dziejących się w tym samym czasie: szeroka gama paneli dyskusyjnych, spotkania autorskie, wykłady, podpisywanie książek, gry i atrakcje dla dzieci, zorganizowano nawet warsztaty kreatywnego pisania. Ups, chyba będę musiał zdecydować się na to, co przykuje moją uwagę właśnie w danej chwili. Problem z wyborem będę miał także jutro, bo spora część interesujących mnie rzeczy odbywa się w tym samym momencie. Do licha!

7:00 PM czasu lokalnego
No dobra, zobaczymy. Czas pozwiedzać trochę to całe miejsce. Obok biurek recepcji wybudowano duży pokój nazwany „gawrą dilerów”. Wędruję do środka, by sprawdzić, co takiego się tu znajduje, ale... sala jest trochę pusta, prawdopodobnie dlatego, że to dopiero początek konwentu i jeszcze nie wszyscy uczestnicy przyjechali (choć zdążyłem się zorientować, że część paneli już się odbywa tego popołudnia, ale widać wyraźnie, że konwent dopiero się rozkręca). W gawrze widzę coś, co wygląda najwyraźniej na rozkładaną właśnie księgarnię: wszędzie stosy książek, stoły są nimi zawalone. Na dobrą sprawę zauważam jedynie ofertę niszowych wydawnictw, takich jak Tachyon czy Nightshade. Opodal gawry sprzedawane są fantastyczne koszulki, paski, jakieś drobiazgi… O, jest też miejsce, gdzie podpisywane będą książki. Tak, zdecydowanie warto wrócić tu w wolnej chwili.

Pół godziny później
Jako że ceremonia otwarcia startuje za pół godziny, o ósmej wieczorem, zwiedzam piąte piętro. To właśnie tutaj staniemy się świadkami big bangu. Przechadzając się tu i tam, widzę mnóstwo małych sal, w których 3-4 osoby dyskutują z dwudziestoma w trakcie paneli. Tematy dyskusji są jednak całkiem interesujące: „Czy można osądzać ludzi po genotypie?”, „Najbardziej rzeźnickie seriale”, „Czy francuska SF jest seksowniejsza od amerykańskiej?” (chyba nie, bo na sali są tylko dwie właściwe osoby... - dop. Fabrice). Dziwny jest ten świat...

Godzina zero. 8:00 PM czasu lokalnego
Ceremonia otwarcia wystartowała. Prowadzą ją kanadyjscy autorzy SF Julie Czerndea (która pochodzi z anglojęzycznej części Kanady) i Jean Pierre Normand (z francuskojęzycznej), jako że konwent jest dwujęzyczny. Po prawdzie to plotki o dwujęzyczności Anticipation wydają się mocno przesadzone, bo z tego, co zdążyłem zobaczyć, zaledwie jakieś 5% gości mówi po francusku! Nie jest to ani bardzo zawiła ceremonia, ani bardzo długa, ale każdy z głównych gości wieczoru – i konwentu! – mówi parę słów od siebie. Wszyscy są zadowoleni i w dobrym humorze.
Rozpoczyna Marc Garneau, bardzo popularny w Kanadzie (pierwszy kanadyjski astronauta!), mówi o tym, jak ważna jest naukowa i techniczna strona science fiction w kontekście stymulowania ludzkiej wyobraźni.
Po czym następuje pięciominutowy show wychowanków z lokalnej młodzieżowej szkoły cyrkowej, a następnie kolejno zabierają głos:
Rene Weilling i Bourget – współorganizatorzy Worldconu
Taral Wayne – zaproszony Honorowy Fan
Tom Doherty – Honorowy Wydawca
David Hartwell – Honorowy Redaktor
Neil Gaiman i Elizabeth Vonaburgh – Honorowi Autorzy
Po wszystkim Mistrzowie Ceremonii ogłaszają otwarcie Worldconu.

9:15 PM czasu lokalnego
Wciąż jestem w tej samej sali, na dyskusji o ekonomii pomiędzy sławnym brytyjskim autorem Charlesem Strossem, zdobywcą nagrody Hugo, a laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie Ekonomii za rok 2008, Paulem Krugmarem. Rozmowa jest bardzo ciekawa. Chociaż różne tematy są poruszane, cały czas dotyczą w gruncie rzeczy tego samego: jak zmienia się ekonomia, jak zmiany te wpływają na ludzi i jak wyglądały w przeszłości (pisarze dyskutują o rozwoju transportu i jego wpływie na ekonomię, ale także o roli komputerów, informatyki i... urządzeń kuchennych) i jaki kształt mogą przybierać w przyszłości. Ci goście są niesamowici, mogą opowiadać o poważnych rzeczach i wciąż potrafią zachować dystans i poczucie humoru, więc trudno się dziwić reakcji; sala wybucha co chwila śmiechem.

10:30 PM czasu lokalnego
Wieczór kończę w Hotelu Delta, najważniejszym punkcie konwentu. To właśnie tutaj odbywa się nieoficjalna impreza otwarcia, naprawdę duża impreza otwarcia, z wielkimi ciastami rozstawionymi na stołach, upieczonymi z okazji urodzin Elizabeth Vonaburgh. Niezłe zakończenie pierwszego dnia, co?

7 sierpnia 2009 r.
10:00 AM czasu lokalnego
Pierwszy panel dyskusyjny tego dnia, w jakim wziąłem udział, został zatytułowany „Czego fani nie rozumieją o wydawaniu?”. Rozmowę mieli toczyć John Pitts, debiutant z wydawnictwa Tor Books, oraz David Hartwell wraz z Gardnerem Dozois, lecz niestety Gardner odstąpił od dyskusji, a Hartwell okazał się takim gadułą, że w efekcie spotkanie toczyło się między nim a publicznością, z Pittsem jako moderatorem dyskusji. To był prawdziwy show jednego człowieka. Bardzo ciekawy show, jako że Hartwell od wielu już lat jest redaktorem Tora i wydaje słynny zbiór opowiadań Best SF, jeden z najciekawszych zbiorów opowiadań ostatnich lat. Słynny redaktor i wydawca przybliżył proces wydawniczy, jaki odbywa się pod jego okiem. Zanim książka zostaje wydana trafia na stos manuskryptów rozsyłanych do beta-czytaczy, głównie studentów, wyszukujących najciekawsze elementy w powieści. Książki potem i tak trafiają do profesjonalnych redaktorów i gdy książka zostaje zaakceptowana do druku, rozpoczyna się normalny proces wydawniczy: negocjacje z agentami, redakcja pierwszej wersji książki, korekta i akceptowanie modyfikacji przez pisarzy, ustalanie planów wydawniczych, projektowanie okładki. Często bywa tak, że od momentu akceptacji książki do jej trafienia na rynek mijają dwa albo i trzy lata, przy czym okres ten ulega znacznemu skróceniu w przypadku wznowień – wtedy jest to zazwyczaj około dziesięciu miesięcy.
Hartwell podał też ciekawe dane statystyczne dotyczące sprzedaży. Przeciętna sprzedaż książki science fiction w wydaniu hardcoverowym rzadko przekracza pięćset sztuk, a sprzedaż edycji w miękkiej okładce przeznaczonej dla masowego czytelnika – dziesięć tysięcy. Kilka dekad temu liczba ta wynosiła siedemdziesiąt pięć tysięcy, przy czym dzisiaj wydaje się dużo, dużo więcej książek, ale liczba czytelników wcale nie rośnie w tym samym tempie, więc sprzedaż maleje. Co rzecz jasna nie dotyczy takich pisarzy, jak Neil Gaiman czy J.K. Rowling. David wyznał, że publikowanie przekładów prozy na rynku amerykańskim nie ma sensu, gdyż nie jest dochodowe. Średni koszt tłumaczenia (prawa, koszta tłumaczenia, druku) to równowartość 15.000 dolarów. Więc jedyną szansą dla pisarzy z rynków nie-anglojęzycznych, chcących zaistnieć w USA czy Wielkiej Brytanii, jest pisanie po angielsku lub wysyłanie już przełożonych książek do agentów.
Na zadane przeze mnie pytanie o rozwój niszowych wydawnictw, takich jak Nightshade czy Subterranean, Hartwell odparł, że ich wielkim plusem jest to, że... są właśnie niszowe i zatrudniają niewielką liczbę pracowników na pełny etat. W przypadku Nightshade Books są to zaledwie dwie osoby, a całą robotę odwalają przyjaciele wydawnictwa. Jednakże dodał, że niebezpieczeństwo dla tego typu firm leży w wydawaniu bestsellerów, ponieważ w przypadku wydania takowego trzeba wynająć kolejne dziesiątki osób, co znacznie zwiększa koszty logistyki. Jeśli natychmiast ci ludzie nie zostaną zwolnieni, istnieje ryzyko problemów finansowych.

11:00 AM czasu lokalnego
Następny panel, jaki odwiedziłem, zatytułowano „Powrót z odwyku”, czyli o powrotach pisarzy do czynnej pracy po dłuższej przerwie, zazwyczaj kilku latach. Obecni byli Michelle Sagara, która pisanie przerwała z powodu narodzin dziecka, Nick de Sario w roli moderatora oraz wielki Robert Silverberg. Życie i twórczość tego ostatniego wypełnić może kilka grubych tomów i właśnie on grał pierwsze skrzypce w dyskusji. Zgodnie z tym, co powiedział, trzykrotnie przerywał karierę autorską.


Pierwszą przymusową przerwę w latach 1953-1963/65 spowodował upadek dużego dystrybutora i wydawcy, co zaowocowało bankructwem trzech dużych magazynów SF, przy czym były to niestety te pisma, które publikowały opowiadania głównie Silverberga. Więc Robert pisał coś innego, by utrzymywać się przy życiu i płacić rachunki na czas, także coś, co nazywał utworami pornograficznymi. Potem wrócił w 1965 i stał się głównym autorem, obok kilku innych sław pisarskich. Nie wymienię ich nazwisk, przecież wiadomo, o kogo chodzi! :)
W 1974 zdecydował się zawiesić pióro na kołku, ale tym razem z własnej woli. W owych czasach publikowano coraz więcej fan fiction związanego z uniwersum „Gwiezdnych Wojen”, co spowodowało także duże trudności z przebijaniem się na rynek z jego własnymi pracami. Poza tym, był po prostu zmęczony trwającym dziesięć lat pisaniem. Powrócił jednak pięć lat później wraz z cyklem zapoczątkowanym przez "Zamek Lorda Valentine'a", na który podpisał gigantyczny kontrakt. Co ciekawe, większość tej sumy była potrzebna na sfinansowanie rozwodu z byłą żoną i to właśnie na jej konto poszły wszystkie pieniądze...Sam Robert przyznawał, że sądził wtedy, iż jest to powrót tymczasowy i nic więcej nie napisze, jednak mylił się i wrócił w dobrej formie w latach osiemdziesiątych...
W 2004 roku uznał, że z racji wieku nadszedł czas na emeryturę i ograniczenie jedynie do krótkich form, samo pisanie staje się zbyt męczące, jednak sądzę, że to wcale nie oznacza końca kariery. Jak na kogoś, kto skończył 74 lata Robert Silverberg wygląda co najmniej nieźle i chyba nie napisał jeszcze ostatniego słowa.

12:00 PM czasu lokalnego
Powrót do „gawry dilerów”. Ta sala jest jedną wielką i niebezpieczną pułapką! Nie zostanę w niej, bo inaczej wydam wszystko, co mam, na nowe książki. Na razie ograniczyłem się do nowych antologii Jonathana Strahana (redaktor między innymi The New Space Opera – dop. Katedra) oraz drugiego tomu Dzieł Zebranych Poula Andersona.




A teraz nieco inne spojrzenie na dzień drugi imprezy
Wstydem byłoby, gdybym nie napisał co nieco o samym Montrealu i nie zwiedził go chociażby odrobinę. Na szczęście Palais de Congres jest naprawdę położony w idealnym miejscu, jako że znajduje się w samym centrum historycznej części miasta, otoczony najbardziej interesującymi turystycznie miejscami. We wschodniej części znajduje się Stare Miasto oraz zabytkowy port, pamiętający czasy francuskiej obecności w tym rejonie. Ta część Montrealu ma bardzo europejski charakter: rynek pełen jest małych knajpek, restauracyjek, tarasów, kawiarni i wąskich uliczek prowadzących wprost do portu. Zlokalizowany obok przyjemny, zielony park przyciąga rzesze turystów i mieszkańców.
Na północy wyrasta Chińska Dzielnica, jak w niemal każdym dużym północno-amerykańskim mieście, a na zachodzie znajduje się Place des Arts (serce dzielnicy, będącej centrum kulturalnym Montrealu), z jego nowoczesną architekturą i przybytkami kultury. To właśnie tutaj Montrealczycy odwiedzają teatry, salę koncertową czy muzeum sztuki nowoczesnej; właśnie tutaj odbywa się obecnie festiwal muzyczny "Francofolies de Montreal", kanadyjska wersja imprezy będąca pozostałością po starym, jeszcze francuskim festiwalu pieśni, zapoczątkowanym wiele dekad temu w mieście Rochelle; każdego wieczora rozbrzmiewają aż do północy utwory z różnych gatunków muzycznych, od rapu po rocka, więc nic dziwnego, że w powietrzu czuć radość. Na południu położone jest prawdziwe centrum miasta, z jego wieżowcami, centrami handlowymi i siedzibami międzynarodowych korporacji.

Lecz Montreal to dzisiaj przede wszystkim Worldcon, więc znów kilka słów o samym konwencie. Jako że nie mogę się sklonować, a potrzebowałbym ze dwudziestu klonów by uczestniczyć w każdym ciekawym punkcie programu, nie mogłem napisać relacji ze wszystkiego, co wydaje się ważne na imprezie. Zresztą nie tylko ja mam problemy, na konwent przybywają całe rodziny z dziećmi, uczestnicy w rożnym wieku: starcy i nastolatkowie. Worldcon jawi się jako impreza dla wszystkich, niezależnie od daty w metryce. Tacy są też organizatorzy i fani.
Panele dyskusyjne prowadzą wydawcy, naukowcy, artyści, redaktorzy odpowiadający na pytania publiczności. Zdarza się niekiedy, że liczba gości na jednym panelu sięga - na oko - powyżej setki uczestników, ale czasem bywa i tak, że nie przekracza dwóch słuchaczy. Co oczywiście zależy od seks appealu prowadzącego i atrakcyjności tematu. No i są fani, fani wszędzie - na korytarzach z programem w ręku, długopisem zaznaczający, gdzie chcą się udać. A i na samych panelach poruszane są różne tematy, od samego fandomu po literaturę, przez naukę, kosmos, media i kursy kreatywnego pisania. Wieczorami odbywają się projekcje filmowe, a autorzy podpisują książki i czytają na głos ich fragmenty. Bywa, że dwadzieścia albo i trzydzieści punktów programu odbywa się w tym samym momencie. Tegoroczny Worldcon jest zatem doprawdy ogromny. Na tym tle europejskie konwenty wydają się jakieś takie małe i biedne...

Po południu uczestniczyłem w następujących panelach:
"Ucząc i pisząc" - prowadzili James Patrick Kelly i John Kessel
Rozmowa dotyczyła doświadczeń w uczeniu innych rzemiosła pisarskiego oraz po prostu bycia nauczycielem. John Kessel poznał tajniki fachu w latach siedemdziesiątych, gdy jeszcze nie istniały warsztaty pisarskie. Studiował wtedy na Uniwersytecie w Kansas, gdzie jednym z wykładowców był James Gunn, który jako pierwszy chciał i uczył innych pisania science fiction na amerykańskim uniwersytecie. Kelly uczęszczał na zajęcia razem Damonem Knightem i Joe Haldemanem. I potem, gdy już zostali zawodowymi pisarzami, przejęli pałeczkę. Choć niektórzy uważają, że pisania nie da się nauczyć, to jednak obaj paneliści zgodnie twierdzili, że nie ma tak naprawdę różnicy między początkującymi muzykami poznającymi arkana zawodu, a pisarzami, zgłębiającymi podstawowe zasady pisania.
Warsztaty literackie mają różne formy, na przykład Warsztaty Clarion, kosztujące kilka tysięcy dolarów, trwają sześć tygodni. Na zajęcia można przynieść swoje wypociny i porozmawiać o nich z nauczycielami, znanymi pisarzami, poznać zasady rządzące sztuką storytellingu i poprawić swój własny warsztat. Inna metoda polega na odbyciu kursu dwuletniego, w ciągu którego dwa razy przez dziesięć dni odbywają się spotkania z nauczycielami, a przez cały czas kursu trwają korespondencyjne dyskusje na temat wielokrotnie szlifowanych szkiców. Taki kurs kosztuje dwadzieścia tysięcy dolarów.
Warsztaty mają również jeszcze inną zaletę: dochodzi do wymiany opinii z innymi fanami science fiction chcącymi nauczyć się pisać SF, przy czym ludzie ci mają naprawdę silną motywację, więc można być pewnym, że mówią szczerze. W przeciwieństwie - czasem - do rodziny i przyjaciół. Jest to swego rodzaju osmoza, która pomaga wszystkim w czynieniu postępów. Kiedy kurs się kończy, nie oznacza to jednak końca nauki, a często nawet najzdolniejsi adepci dopiero po dwóch albo i trzech latach zaznaczają obecność na rynku, odnalazłszy własny "głos autora".

"Historia sukcesu Bragelonne" (panel w języku francuskim): prowadzi J.C. Dunyach (francuski redaktor SF - dop. Katedra), a uczestniczą autorzy i szefowa wydawnictwa Stephanie Marsann.
Opowieść ta jest niezwykle fascynująca. W 2000 roku pani Marsann założyła z trzema przyjaciółmi wydawnictwo specjalizujące się w science fiction, mając kapitał wynoszący 7.500 euro. Zaczęli wydawać książki fantasy w dużym formacie, dwa-trzy tytuły na miesiąc. Ich trzecią książką była "Legenda" Davida Gemmella, która przez piętnaście lat była odrzucana przez wszystkie inne francuskie wydawnictwa. Ale ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Marsann sprzedała sześćdziesiąt tysięcy egzemplarzy i zaczęła wydawać więcej książek, trzy na miesiąc, potem cztery, pięć... A teraz, w całym 2009 roku, wydali 220 książek (słownie: dwieście dwadzieścia), zarówno wydań luksusowych, jak i jedynie klejonych wydań w miękkiej okładce, czyli mniej więcej połowę całego rynku wydawniczego we Francji.
Dzisiaj zatrudniają trzydziestu dwóch pracowników i mają dziesięć milionów euro zysku oraz najaktywniejsze forum internetowe o SF w kraju. Ciekawostką jest fakt, że na forum właśnie zarekrutowali swojego menedżera ds. sprzedaży, który udzielał się tam jako bankowiec... Wykazał taki entuzjazm do SF, że nie mogli go nie zatrudnić. Był obecny na panelu i przyznał, że jest to jego wymarzona praca; nie może wyobrazić sobie innej niż sprzedaż, czytanie i produkcja takich książek, jakie kocha. Obecnie Marsann zmienia profil wydawniczy i ze sprzedaży głównie francuskich autorów przestawia się na przekłady, powieści graficzne i książki fantasy dla dzieci.

Nagroda Prometheus Award
Obok znajdowała się sala, w której wręczano Prometheus Award. Nie znałem tej nagrody, więc zajrzałem. W ogóle, podczas Worldconu wręcza się bardzo wiele nagród SF, nie tylko Hugo. Nagrodę Prometeusza otrzymują autorzy, którzy w swoich powieściach poruszają kwestię wolności. W tym roku laureatem został "Little Brother" Cory'ego Doctorowa, który wygłosił płomienną przemowę krytykującą zachodnie rządy za to, że pozbawiają wolności swoich własnych obywateli. Dostało się głównie Kanadzie, Stanom Zjednoczonym i Wielkiej Brytanii. Doctorow zarzucał politykom z tych krajów, że przestali być Reprezentantami Narodu, a stali się Zarządcami Narodu, że sami obywatele muszą wystąpić w wyborach przeciwko tej władzy, która ich ogranicza i bronić swoich praw. Po wszystkim rozgorzała polemika... Nie będę się rozpisywał o tym, gdyż amerykańska polityka to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. Powiem tylko, że sponsorem nagrody jest amerykańskie stowarzyszenie "Liberty Society". Hmmm...

Imprezy
Do udanego zwieńczenia dnia nie może zabraknąć imprez organizowanych w różnych zakątkach hotelu Delta. Jest zatem impreza poświęcona przygotowaniom do kolejnych Worldconów - w Reno w 2011 i w Teksasie w 2013, zabawy fanów ze Skandynawii, Japonii, a na każdej dyskusje, mnóstwo znakomitego jedzenia, piwo leje się strumieniami... Chyba na tym zakończę relację...

8 sierpnia 2009 r.
Sobota rano. Dla odmiany postanowiłem udać się na panel w dziale „Nauka i kosmos”, zatytułowany: „Alternatywne źródła energii i polityczne implikacje związane z ich zastosowaniem”.
Rozmawiają: Charles Stross i grupa ludzi związanych z science fiction i nauką jako taką, gość honorowy Worldconu Tom Doherty, wydawca z Tor Books, Bruce Rockwood, Nina Munteanu z Kanady i Peter Cohen.
Rockwood zaczyna od stwierdzenia, że dysponujemy ewidentnymi dowodami na zmianę klimatu (pamiętajcie, że wielu obecnych na sali gości to Amerykanie, którzy często zaprzeczają tej teorii) i że termin „globalne ocieplenie” powinien zostać zapomniany, jako że lepszym określeniem problemów planety jest po prostu „zmiana klimatu”. Wyznaje, że same Stany Zjednoczone nie są w stanie poradzić sobie z pogodowym kłopotem, to problem globalny, i że Unia Europejska, jak dotąd, więcej zrobiła w tej kwestii niż wszyscy inni. Chwalił również pomysł wprowadzenia podatku od emisji dwutlenku węgla, mającego sfinansować w części rozwój technologii umożliwiającej redukcję jego emisję.
Charles Stross tymczasem wskazywał, że w Wielkiej Brytanii tylko garstka ludzi NIE zdaje sobie sprawy (lub zaprzecza wadze problemu), że zmiany klimatyczne są faktem. Brytyjski rząd panikuje, ponieważ zrozumiał, że jest znacznie opóźniony w redukcji emisji dwutlenku węgla, a wszystkie atomowe elektronie są stare, często mają ponad pół wieku, a jedynie dziesięć nowych jest projektowanych. Skupia także uwagę na rozwoju technologii obsługującej energię słoneczną. Za wzór stawia Francję, gdzie ponad 85% energii pochodzi właśnie z atomu.
Według Toma Doherty'ego, to właśnie jest jeden z tematów, jakimi może zająć się science fiction w najbliższym okresie, by badać tak zagrożenia, jak i możliwości rozwoju. Zasugerował, że być może powinna powstać swoista koalicja krajów, przekonujących świat do tego, by państwa na Ziemi inwestowały w technologię przyjazną środowisku. Sam Doherty wielki potencjał dostrzega w wykorzystaniu głębin oceanicznych, a także prądów morskich, zwłaszcza Golfsztromu, by otrzymać czystą energię. Można również używać, według niego, za dnia farm słonecznych zainstalowanych na pustyniach, a w nocy farm wiatrowych. Dodaje również, że Stany Zjednoczone posiadają wystarczająco wiele ropy, by uniezależnić się od jej dostaw z zagranicznych źródeł, a zyski z zaoszczędzonych pieniędzy powinny zostać użyte do finansowania badań nad alternatywnymi źródłami energii. Rola science fiction polegałaby na uświadamianiu ludzi, jakie zagrożenia czekają na nich w przyszłości i sprawieniu, że dzięki ludzkim działaniom życie stanie się zdrowsze.
Pani Munteanu z kolei uważa, że bogactwem naturalnym Kanady jest woda. Rząd krajowy omawia obecnie z samorządami kwestie dotyczące zmian klimatu. Munteanu zgadza się, że międzynarodowa koalicja, przy wsparciu korporacji, na rzecz uzdrowienia klimatu jest bardzo dobrym pomysłem i powinniśmy podjąć to zadanie, a samo SF może nam pomóc w zrozumieniu kim jesteśmy i do czego dążymy.
Charles Stross dodaje, że zasadnym wydaje się postawienie pytania: „W jaki sposób zredukować nieunikniony zamęt związany z rozwiązywaniem problemu?”. Według niego clou problemu leży w gromadzeniu energii (koniecznie trzeba poprawić baterie słoneczne). Być może należałoby przestawić się na paliwo ekologiczne, na przykład z alg i wykorzystać do transportu istniejącą sieć gazociągów. Na przykład Chiny polegają niemal w całości na energii z węgla, a do jego transportu wykorzystywana jest połowa posiadanego taboru kolejowego, zresztą także napędzana węglem. Sądzi jednak, że technokraci chińscy są świadomi problemu i zaczynają wreszcie nad nim debatować. Dodaje, że cena ropy i tak będzie rosnąć, niezależnie od okazjonalnych spadków i że alternatywne źródła energii powinny być atrakcyjne cenowo. Z kolei Rockwood ostrzega, że wiatr jest niestabilnym źródłem, jako że rzeczywista moc elektrowni wiatrowych co roku jest inna – wahania te sięgają nawet +/-20% mocy nominalnej. Na szczęście fani science fiction są za działaniami pro-ekologicznymi; niemal cała sala, zapytana przez Strossa, podniosła rękę głosując za atomem.
Niestety, inwestycje w energię ekologiczną mają charakter długoterminowy, co stoi w wyraźnej sprzeczności z korporacyjną tendencją do maksymalizowania kwartalnych zysków i krótkoterminowej stopy zwrotu inwestycji. Że o krótkowzrocznym spojrzeniu polityków nie wspomnę – niezdolnych do spojrzenia w przyszłość dalej, niż poza koniec własnej kadencji.

Prezentacja wydawnictwa Tor
A teraz czas na zmianę. Sporo wydawców prezentuje się na panelach, spróbuję dotrzeć na jeden z nich – trafiłem na panel Tor Books. Kilku redaktorów z Tora już jest, sam Tor Doherty, David Hartwell (charakterystyczna postać – zawsze w szalenie barwnym, wręcz krzykliwym krawacie i takiejż koszuli), Beth Meacham, Moshe Feder, Patrick Nielsen Hayden.
Od początku występują problemy techniczne. Nie działa projektor, przygotowany do wyświetlania okładek książek, jakie mają zostać wydane przez Tor Books. Dla tych, którzy nie wiedzą, Tor jest jednym z największych wydawców SF w Stanach. Panel polega głównie na prezentacji okładek i ich omawianiu w kilku słowach przez redaktorów. Jako że większą część tytułów znajdziecie bez problemu w Internecie, nie będę wypisywał list. Co jest interesujące, to rosnąca przewaga fantasy nad SF, a także tytułów osadzonych w światach wykreowanych wcześniej na potrzeby gier video i gier komputerowych (seria Halo, Eve Online). Potwierdza się wiadomość, że cykl Roberta Jordana zostanie zakończony przez Brandona Sandersona, najnowsza część zatytułowana jest „The Gathering Storm”. Sanderson podejmie się kontynuacji wątków podjętych przez Jordana i będzie kontynuował sagę, obecnie mówi się o trylogii. Inną tendencją na rynku jest obecność dużej ilości wznowień: Asimov, Leiber, Dick, Matheson...
Dobra, czas coś zjeść z francuskojęzycznymi fanami. W Pałacu Kongresowym, a także nieopodal, jest trochę knajpek i restauracyjek. Specjałem dnia jest coś, co nazywa się „poutine” – danie z serem, frytkami, sosem pieczeniowym... Niezbyt zdrowe, ale bardzo smaczne. Kanadyjczycy mają też bardzo dobre piwa, nawiasem mówiąc znacznie lepsze od amerykańskich, ale to za duża dygresja... Hmm... Przed lunchem wpadłem na Gardnera Dozois, który wreszcie dojechał, i Michaela Swanwicka, więc skorzystałem z okazji i poprosiłem o podpisanie egzemplarza „The New Space Opera 2” kupionej rano. Więcej wkrótce.

Opowiadania z Analog (ASF)
A teraz czas na panel poświęcony magazynom SF, jako że to moja działka. :)
Obecni są Stanley Schmidt, redaktor pisma oraz autorzy: Paddy Fourde, Susan Forest, Henry Melton, Henri Stratman.
Temat panelu to: „Jakie są opowiadania z Analoga?”. No właśnie, jakie? Schmidt wskazuje, że wielu ludzi błędnie osądza zawartość pisma, są do niego uprzedzeni i operują stereotypami (wciągające utwory o szybkiej akcji ze szczęśliwym zakończeniem). Więc nie przysyłają do niego utworów, jakie spokojnie mogłyby się tam znaleźć. Paddy Forde zwraca uwagę, że opowiadanie powinno mieć wyważone elementy: wielkie idee, o których opowiada historia, muszą łączyć się z historiami po prostu o człowieku, jako takim. Jak w cyklu „Fundacja” Asimova. Schmidtowi nie przeszkadzają opowiadania skupiające się na emocjach, jeśli tylko emocje wynikają z działania bohaterów. Inaczej najpewniej tekst go nie zainteresuje. Opowiadania z Analogu dotyczą często silnych emocji, ale musi być fabularny powód ich wystąpienia. Jeśli czytelnik znienawidzi lub pokocha bohaterów opowiadania za to, co robią, to znaczy, że opowiadanie coś w sobie ma i może zostać wydrukowane. Także czytelnicy Analogu zwracają na to uwagę. Oczywiście pomysły SF także są istotne – dobrze byłoby, gdyby element naukowy (nawet niewielki) był integralną częścią utworu, a nie spełniał rolę wyłącznie gadżetu. To właśnie w Analogu pojawiły się pierwsze opowiadania dotyczące nanotechnologii czy Technologicznej Osobliwości.
Ale Schmidt nie ogranicza się tylko do naukowych tematów z jednego koszyka. Chciałby drukować opowiadania poruszające kwestie socjologiczne, uważa, że jest tutaj wciąż niewykorzystane pole do popisu, zwłaszcza w kontekście przemian ekonomicznych i ekologicznych. Oczywiście, im sprawniej napisane są opowiadania, tym lepiej. Niestety, o dobre pomysły coraz trudniej. Chciałby też dostawać teksty humorystyczne, a zwłaszcza łączące i humor, i powagę. Bohaterowie powinni działać, nie mogą być bierni, muszą myśleć i próbować rozwiązać zagadki, nawet jeśli problem ich przerasta. Nawet, jeśli wiedzą, że im się to nie uda. Nawet, jeśli zginą. Zatem, szczęśliwe zakończenie opowiadania nie jest wymaganiem redakcyjnym.

Wystawa sztuki
Postanowiłem nieco odetchnąć i odwiedzić wystawę sztuki. W trakcie konwentu organizowane są wystawy, niedaleko gawry dilerów. Galerie pisarzy, fanów, zdjęcia z poprzednich kanadyjskich konwentów, esefowe kostiumy, wystawa dziesiątków krzykliwych krawatów (przeznaczona zapewne dla Davida Hartwella...), modele statków kosmicznych, panele dla stowarzyszeń, wnętrze domu Fana Honorowego, artefakty i biżuteria zrobiona przez fanów, obrazy fanów... Fajne, ale chyba trochę zbyt surrealistyczne.

„Chrzcząc Plutona”
Czas na panel o Plutonie, prowadzony przez specjalistę z NASA Geoffa Landisa i kilku innych naukowców. Zaczyna się projekcją filmu o odkrywaniu najmniejszej planety Układu Słonecznego, której istnienie podejrzewano od 1840 roku, w związku z zakłóceniami orbity Urana, powodowanej najpewniej przez inne ciało niebieskie, lecz ostatecznie odkrytej w 1930 roku przez jedenastoletnią Brytyjkę Venetię Phair. To ona zresztą zaproponowała nazwę planety, co zostało zaakceptowane przez ówczesnych astronomów i autorytety naukowe. Młoda dziewczynka zdążyła się postarzeć, zanim w 2006 roku otrzymała zaproszenie do angielskiego obserwatorium, by nareszcie zobaczyć planetę, jaką odkryła. Niestety, i tym razem się nie udało – niebo było zachmurzone. Venetia musiała czekać jeszcze rok. Wreszcie, mając 89 lat, ujrzała planetę, której wiele lat wcześniej nadała nazwę.
Następnie dyskusja zeszła na temat „degradacji” Plutona jako planety przez Związek Astronomów, którzy uznali, że jest to zbyt małe ciało niebieskie, by mogło być nazywane planetą. Pluton został planetoidą, a Układ Słoneczny stracił jedną planetę. Tak, jest wiele planetoid wielkości Plutona wędrujących na krańcach Układu, lecz czy decyzja była słuszna? Dzieli ona nie tylko naukowców, ale nawet publiczność. Połowa ludzi była za degradacją, połowa przeciw...

Po panelu szybciutko wrzucam coś na ząb, bo za nic nie chciałbym się spóźnić – czeka mnie jeszcze wspaniały wieczorny show: Maskarada, która jest wielką tradycją wszystkich Worldconów. Jest to prezentacja na scenie Worldconu kostiumów zaprojektowanych przez fanów, jak i profesjonalistów, uczestniczących w konwencie, samemu lub w grupach, w ciągu dziesięciu sekund lub dwóch minut. Różne są scenografie, muzyka, od mitologii po SF. Oczywiście są też jurorzy wybierający zwycięzców. W ten czy inny sposób, każdy artysta zostaje uhonorowany: najlepsza prezentacja, najśmieszniejsza prezentacja, najbardziej zły robot... Miły sposób na skończenie soboty.

9 sierpnia 2009 r.
Niedziela rano. Aby uzupełnić relację z wczorajszego panelu o opowiadaniach z Analoga wybrałem się na dyskusję o różnicach w sposobach prowadzenia pisma, prowadzoną pomiędzy obecną Redaktor Naczelną „Asimov's” Sheilą Williams a Stanleyem Schmidtem. Tytuł panelu brzmi: „Sheila Williams i Stanley Schmidt dyskutujący o różnicach w filozofii wydawania magazynów”.
Firma Penny Publication, wydająca „Analog”, jest również wydawcą „Asimov's”, a także „Alfred Hitchcock Magazine” oraz „Ellery Queen Mystery Magazine’. Są one drukowane na tej samej drukarce, a kalendarz wydawniczy jest bardzo podobny. Wspólnie organizują także imprezy branżowe. Penny Publications, nawiasem mówiąc, wydaje jeszcze jakieś 75 tytułów prasowych poświęconych zagadkom... Obracają się więc w klimatach tajemnic i fantastyki.
Co powiedziawszy redaktorzy przyznają, że różnice najbardziej widać obecnie w zawartości drukowanej w pismach. Schmidt stara się kontynuować filozofię wydawniczą wyznaczoną przez wielkich poprzedników, do których należą sam John W. Campbell oraz Ben Bova, osobiście znani przez Schmidta. Różnicę widać też w wydawaniu czystego science fiction. Schmidt skupia się głównie na nim, podczas gdy Sheila Williams nie stroni od literatury fantasy czy new weird, choć, oczywiście, preferuje SF, które stanowi 70% drukowanych tekstów. De facto to dobrze, że jeden wydawca ma dwa magazyny SF skierowane do nieco innego odbiorcy, jako że w ten sposób może dotrzeć do większej ilości ludzi niż z jednym pismem, przy minimalnym wzroście kosztów produkcji (ta sama baza wydawnicza).
Oboje czytają nadsyłane manuskrypty (szybciej lub wolniej – w zależności od tego, czy autor jest bardziej lub mniej znany); czytanie właśnie pochłania połowę czasu spędzonego nad nowym numerem u Schmidta i 25% u Williams, która znacznie więcej wolnych chwil poświęca na robotę papierkową związaną ze sprawami wydawniczymi. Schmidt rozdziela więcej zadań swojej ekipie. Sporo czasu pochłania obojgu redaktorom praca z tekstami. Zarówno Williams, jak i Schmidt pracują z autorami, robią korekty nadesłanych opowiadań, dokonują poprawek redakcyjnych przed publikacją. Kochają zwłaszcza tych pisarzy, którzy wysyłają tekst odpowiednio sformatowany i perfekcyjnie zredagowany – niestety nie jest to standardem. A gdy trafi im się opowiadanie nie pasujące profilem do pisma, lecz po prostu dobre, wysyłają sobie utwory, jako że redakcje mieszczą się w tym samym budynku. Oboje chętnie czytają debiutantów, to w końcu część ich misji.

Spróbuję teraz dotrzeć na spotkanie autorskie. Odbywa się ich tak wiele w tym samym czasie, że nie sposób odwiedzić wszystkich. Nawet nie próbuję policzyć ilu jest pisarzy na Worldconie. Pewnie coś koło kilku setek! Trwają spotkania z autorami, o których zupełnie nie słyszałem – ci mało znani samotnie oczekują na fanów (chyba nie jestem jedynym człowiekiem, jaki o nich nie słyszał). Biedni goście. A z drugiej strony – aby dostać się na spotkanie z Gaimanem, prawdziwą gwiazdą konwentu, należy stanąć w kolejce po bilet do właściwej kolejki…

Wracając do spotkań autorskich - każdy z autorów ma trzydzieści minut na odczytanie fragmentów swojej prozy. Na spotkaniu, na jakim jestem obecny, Karin Lowachee (ma na koncie trzy opublikowane tytuły) czyta fragmenty najnowszej powieści, zapowiedzianej na rok 2010 „The Gaslight Dogs”. Jest też Aliette de Bodard, młoda autorka z Francji, pisząca w języku angielskim i nominowana do nagrody Campbella dla najlepszego młodego pisarza. Czyta opowiadanie „The Lonely Heart” właśnie wydrukowane w „Black Static”. Wspaniale opowiada swoją historię. Jej debiutancka powieść wychodzi w tym roku. I wreszcie David Levine prezentuje ekstrakt z powieści, której akcja toczy się w uniwersum Wild Cards stworzonym przez GRRM.

Co teraz? Mam wystarczająco dużo czasu, by przed ceremonią wręczenia Nagród Hugo zobaczyć jeden czy dwa panele. Sprawdzam więc program. Hmmm. Jeden brzmi dobrze i trwa całe 90 minut. Zatytułowany jest: „Stu jeden klasyków fantasy”.

Dyskutuje dwójka pisarzy fantasy, Trudi Canavan i May Thomson. W trakcie burzy mózgów powiedzą nam, jakich autorów (lub książki) uważają za tych najlepszych z najlepszych. Razem z publicznością ustalono listę, gdzie znalazły się takie dzieła i tacy autorzy jak: Aleksander Leird („Book of Three”), Tolkien ("Władca Pierścieni"), Beagle („Ostatni jednorożec”), LeGuin ("Ziemiomorze"), Eddings, Martin ("Pieśń Lodu i Ognia"), Louise Copper („The Timemaster Trilogy”), Pratchett ("Księgi nomów"), opowiadania Dunsany'ego, Gene Wolfe ("Księga Nowego Słońca"), Jack Vance, Tanith Lee, George McDonald („The Light Princess”), Fritz Leiber, Lovecraft, T.H.White, Marion Zimmer Bradley („Darkover”), McCaffrey ("Pern"), Charles de Lint, Cordwainer Smith (jego SF czyta się niczym fantasy), Sprague de Camp, C.J.Cherryh, Patricia McKillip i...Oscar Wilde, który popełnił kilka ciekawych utworów fantasy. Wybierzcie sami wasza klasykę. Tylko uważajcie, bo nawet jeśli pierwszy tom sagi jest dobry, to potem często jakość spada. Spadek jakości często jest proporcjonalny do wzrostu ilości tomów...

Nagrody Hugo
Czas na główną atrakcję dzisiejszego dnia: wręczenie Nagród Hugo 2009. I tak, w kategorii powieści uhonorowano Neila Gaimana za "Księgę cmentarną", w kategorii mikropowieści nagrodę otrzymała Nancy Kress za „Więź Erdmanna” (NF 8/2009 i 9/2009), nagroda za najlepszą nowelę powędrowała w ręce Elizabeth Bear za "Shoggoths in Bloom", a Ted Chiang z utworem „Exhalation” okazał się najlepszym autorem opowiadań. Nagroda Johna W. Campbella na najlepszego nowego pisarza trafiła do Davida Anthony'ego Durhama. Pozostałych laureatów znacie już pewnie z Internetu…
Podczas „minuty dla fotoreporterów” udało mi się zrobić parę zdjęć:





I to już wszystko.
Mam nadzieję, że zbytnio was nie wynudziłem...

Przygotował zespół:
korespondencja własna: Fabrice Doublet
tłumaczenie: Jan "Żerań" Żerański
redakcja i korekta: Beata Kajtanowska


Autor: Katedra


Dodano: 2009-08-06 21:02:40
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Shadowmage - 09:21 08-08-2009
Ech, z chęcią wysłuchałbym tej rozmowy Strossa z Krugmanem...

Spriggana - 12:54 08-08-2009
Na żywo może ci się nie udać, ale zapis istnieje, i najprawdopodobniej zostanie udostępniony. Patrz blog Strossa.

Update: mp3 z dyskusji jest do ściągnięcia tutaj.

malakh - 21:57 08-08-2009
"W przypadku Nightshade Books są to zaledwie dwie osoby, a całą robotę odwalają przyjaciele wydawnictwa."

Hehe... niszowe? To właśnie ich książek mam najwięcej (z anglojęzycznych). Dwa tomy Eclipse, Wastelands, zbiór Paola Bacigalupiego... a w perspektywie kolejne;D

Żerań - 14:27 09-08-2009
U nas (chyba) takim niszowym wydawcą byłby Powergraph:-)

nosiwoda - 11:40 10-08-2009
Spriggana pisze:Na żywo może ci się nie udać, ale zapis istnieje, i najprawdopodobniej zostanie udostępniony. Patrz blog Strossa.

Update: mp3 z dyskusji jest do ściągnięcia tutaj.
Rany, koszmarna jakość. W pracy nie da się tego wysłuchać przy otwartym oknie. No, trudno.

Shadowmage - 16:06 10-08-2009
Może jakość marna, ale i tak dzięki za linka, bo sam bym pewnie na to nie trafił.

Komentuj


Konkurs

Wygraj "Grobowiec chana"


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s07e02)


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e01)

 Fantastyka 2016 - plebiscyt

 Nagrodzić grozę - rozmowa z Krzysztofem „Korsarzem” Bilińskim

 Co nas czeka w 2017 roku?

Recenzje

Hobb, Robin - "Skrytobójca Błazna"


 Whitehead, Colson - "Kolej podziemna"

 Pratchett, Terry; Baxter, Stephen - "Długi kosmos"

 Mortka, Marcin - "Królewska Talia"

 Headley, Maria Dahvana - "Gniazdo"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Todd, G.X. - "Obrońca"

Fragmenty

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

 Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

 Wilderäng, Lars - "Rozgwieżdżone niebo"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Tapinas, Andrius - "Wilcza godzina"

 Fletcher, Michael R. - "Bez odkupienia"

 Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS