NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Szmidt, Robert J. - "Toy Land" (Horyzonty zdarzeń)

Sanderson, Brandon - "Idealny stan"

Ukazały się

Werner, C. L. - "Łowca czarownic"


 Lem, Stanisław - "Wizja lokalna" (WL)

 Lem, Stanisław - "Pamiętnik znaleziony w wannie" (WL)

 Domagalski, Dariusz - "Delikatne uderzenie pioruna" (Rebis)

 Przybyłek, Marcin - "Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw"

 antologia - "Ukryty As"

 Todd, G.X. - "Obrońca"

 Fine, Sarah - "Rozłąka"

Linki


Literackie zgadywanki 08/2009

Poniżej znajdziecie subiektywne oczekiwania redaktorów Katedry wobec wybranych zapowiedzi wydawniczych na ten miesiąc. Nazwa dość dobrze oddaje charakter prezentowanych krótkich opinii, będących swego rodzaju przewidywaniami, zabawą w typowanie czy zaklinaniem rzeczywistości. Należy podkreślić, że prezentowane tytuły nie pretendują do rangi jakiegokolwiek zestawienia, w szczególności nie są to „jedyne warte uwagi” pozycje, mające ukazać się na rynku.

Polecamy Wam również lekturę weryfikacji naszych zgadywanek. Warto się przekonać jak prawdziwe były szumne zapowiedzi wydawców i jak wiele udało się uchwycić w przewidywaniach naszych redaktorów.




Powieści z elementem historycznym cieszą się niezmienną popularnością. Zwykle są to książki przeciętne, dobre czytadła, których siłą jest to, że równie trudno zaklasyfikować je jako marketingowy gwóźdź do trumny wydawcy, co odnaleźć na centralnych miejscach wystawowych w renomowanych księgarniach. Kluczem do sukcesu utrzymywania się na „umiarkowanych szerokościach”, między statusem bestsellera a towarem, którego zwroty wracają do dystrybutorów, są właściwe proporcje – choć element historyczny dodaje książce polotu, swoistej egzotyki i szczypty przygody – użyty w nadmiarze może sprowadzić ją na samo dno, gdzie spotka się co najwyżej z zainteresowaniem wąskiego kręgu prawdziwych zapaleńców.
Bezpieczniej przygotować mieszankę: stworzyć historię alternatywną i osadzić w niej niesamowitych bohaterów, których zmagania będą niczym fantastyczne questy. Wszak fantastyka bazująca na światach alternatywnych staje się coraz popularniejsza, wiele też publicystyki na ten temat, a ostatnio nawet konkurs. Ale pójdźmy dalej: może połączyć historię z romansem? Może przeciągnąć most między tym, co minione, a tym, co przetrwało (jak w książkach Dana Browna)? Ben Pastor połączyła historię z thrillerem. Zgaduję, że tym posunięciem trafiła dokładnie tam, gdzie czeka ją bezpieczny zysk, powieściowa lokata.
Wybór autorki padł na eksploatowaną przez wielu scenerię starożytnego Rzymu, w którym bohaterowi, będącemu w służbie cesarza Dioklecjana, przyjdzie rozwikłać tajemnicę śmierci Antoniusza, ulubieńca samego Hadriana. W zbrodni miała zapewne swój udział zagadkowa grupa, określana jako „Złodziej wody”. Mamy więc doświadczonego „człowieka do trudnych zagadek”, grupę trzymającą (a przynajmniej wykazującą ku temu ambicje) władzę oraz fascynujące historyczne plenery, będące wymarzonym tłem dla piętrzących się cegiełek napięcia, pościgów i stopniowego ujawniania kolejnych elementów układanki. Słysząc: „thriller historyczny” – tak właśnie wyobrażam sobie jego treść. Zgaduję rosnące napięcie, akcję, barwną scenografię i tak pokręconą intrygę, że z książki zapamiętam co najwyżej historyczny sztafaż. Ale po co zgadywać, skoro zagraniczni recenzenci już wszystko odkryli?
Opinie z zagranicznych portali ukazują mocno sprzeczny obraz powieści Pastor. Wszyscy zgadzają się co do tego, że włoska autorka – absolwentka archeologii i wielbicielka Wiecznego Miasta – dokonała czegoś niesamowitego: Rzym obecny na kartach zgadywanej pozycji naprawdę żyje, czuć jego zapachy, widać barwy. W tym miejscu cienka nić zgody między miłośnikami twórczości autorki, a pozostałymi czytelnikami zostaje przerwana. Jedni widzą w książce niesamowitą, choć budowaną stopniowo, intrygę kryminalną; bohaterów z krwi i kości; oraz walory czysto literackie. Dla swoich fanów Pastor może spokojnie konkurować ze Stevenem Saylorem czy Lauren Haney. Wiele spośród pozostałych recenzji akcentuje coś wręcz przeciwnego – wskazując na papierowe postacie, mijanie się intrygi z próbą odpowiedzi na zagadkę, nudę oraz klasyczne ujęcie, w którym dobro musi pokonać zło.
Jak mówiłem – historyczne thrillery znajdują równie wielu przeciwników, jak i fanów. Biorąc pod uwagę całość zagranicznych opinii, Ben Pastor udało się ożywić dawno zapomnianą magię starożytnego Rzymu. Tutaj głosy krytyków są zgodne. Zatem, jeżeli masz ochotę wybrać się w barwną podróż– zaryzykuj i sięgnij po „Złodzieja wody”. Zgaduję, że…
…masz 50% szans. Bo oto zagłębiasz się w „umiarkowane szerokości”, gdzie nic nie jest jednoznacznie dobre lub złe. Poza zakończeniem.

Krzysztof Kozłowski





Trzecia część cyklu Królestwo Zmierzchujest oczekiwaną przeze mnie pozycją. Dlaczego? Ponieważ zainteresowała mnie opowiadana przez autora historia, zapoczątkowana debiutanckim "Siewcy burz" i kontynuowana w „Heroldzie zmierzchu”. Pierwsza książka zaciekawiła mnie oryginalnością, kreacją świata, pewnym powiewem świeżości, choć dużym mankamentem był niezrozumiały miejscami styl, uniemożliwiający płynne podążanie za tokiem myślenia autora.
Pod tym względem zdecydowanie lepiej wypadł „Herold zmierzchu” (zmiana tłumacza i bardziej staranna redakcja), którego akcja toczy się głównie w owładniętym tajemniczą mocą mieście Scree. Ponieważ autor ujawnił pewne szczegóły sugerujące kierunek rozwoju fabuły, wydaje mi się, że w trzecim tomie nastąpi decydujące starcie lorda Isaka z Kastanem Styraxem i ostateczne określenie losu Krain. Ciekawie zapowiadają się także dalsze poczynania króla Emina wraz z jego ludźmi, przeklętego rodu wampirów Vukoticów oraz Rycerzy Świątyni.
Lloyd interesująco splótł losy, interesy i zamierzenia kilku mocnych graczy na planszy Krain. Zastanawiam się, w jaki sposób poprowadzi wszystkie wątki, bo ze względu na ich ilość i stopień komplikacji – niełatwo będzie mu zgrabnie je zakończyć. Ale bez względu na rozwiązania fabularne, mam nadzieję, że ostatnia część cyklu będzie pod względem warsztatowym przynajmniej dorównywała tomowi drugiemu.

Mariusz "Galvar" Miros





"Zwycięstwo orłów" Naomi Novik jest piątym tomem przygód Temeraire'a – smoka służącego w brytyjskim korpusie powietrznym podczas wojen napoleońskich. Po niezłym początku cykl amerykańskiej pisarki polskiego pochodzenia z tomu na tom był coraz słabszy... aż do "Imperium kości słoniowej", które okazało się chyba najlepszą częścią serii. Pierwsze pytanie, jakie w związku z tym się nasuwa, brzmi: czy Novik uda się podtrzymać wyższy poziom swej twórczości, czy też jednak ponownie zapikuje ku stanom niskim? W tym przypadku można jedynie strzelać. Osobiście obstawiam, że jednak Novik udało się stworzyć przyzwoitą powieść, może nie tak dobrą jak czwarty tom cyklu, ale lepszą od drugiego czy trzeciego.
Do tej pory fabuła cyklu była zgodna z naszą linią czasową, czyli wydarzenia historyczne z naszej rzeczywistości w zasadzie (poza nielicznymi przypadkami) zgadzały się z tymi opisywanymi przez Novik. W wywiadzie dla Katedry autorka zapowiedziała, że ta sytuacja zmieni się w "Zwycięstwie orłów". Ciekawi mnie jak autorka sobie z tym poradzi. Trochę się obawiam, że potraktuje tę sprawę zbyt lekko i wprowadzone zmiany nie będą solidnie zarysowane – ot, tyle tylko, żeby można było ukierunkować trochę inaczej fabułę. Przypuszczam, że zapowiedziana inwazja wojsk Napoleona na Wyspy Brytyjskie będzie miała znaczenie zaledwie lokalne, a nie geopolityczne. Chciałbym się mylić i w głębi duszy mam nadzieję, że wprowadzone zmiany uniemożliwią dalsze wykorzystywanie faktów historycznych na potrzeby opowieści, niejako wymuszą powstanie nowej wersji wydarzeń.
"Imperium kości słoniowej" zakończyło się cliffhangerem. Novik w wywiadzie wspomina, że bohaterowie będą musieli ponieść konsekwencje swoich decyzji. Jednakże, jak przypuszczam, dla postaci fizyczne niedogodności z tym związane nie będą trwały długo, gdyż w końcu w powieści musi być sporo akcji, a i ktoś powinien stanąć na drodze inwazji (czy też raczej dokonywać działań partyzanckich). Co najwyżej bohaterów będą przez całą powieść gnębić wyrzuty sumienia, że gdyby nie ich decyzje, można by było temu epizodowi wojny zapobiec.
Nie wydaje mi się, aby forma książki mogła stanowić zagadkę – przecież autorka nie zmieniła z tomu na tom stylu i konwencji powieści. Będzie więc to nadal młodzieżowa przygodówka napisana prostym językiem, choć – być może – nieco poważniejsza od poprzednich tomów cyklu.

Tymoteusz Wronka





Felix Castor powraca, a wraz z nim kłopoty. W końcu bycie prywatnym detektywem w stylu Philipa Marlowa do czegoś zobowiązuje.
„Przebierańcy” Mike’a Careya to już trzecia wizyta we współczesnym Londynie nawiedzonym przez duchy, wilkołaki i zombie. I bez wątpienia ta mroczna sceneria stanowi jeden z największych atutów serii. Tym bardziej, że autor tworząc swój świat nie zapomina o intrygujących detalach w rodzaju parlamentarnej dysputy na temat praw nieumarłych – ciekawe, czym zaskoczy nas tym razem.
Drugim ważnym składnikiem książek Careya są bohaterowie. Autor już nie raz udowodnił, że potrafi w tej kwestii zaskoczyć czytelników. O ile sama postać Castora raczej nie przejdzie żadnej gruntownej przemiany, to bardzo ciekawie zapowiadają się dalsze losy postaci drugoplanowych. Czy poznamy nowe wcielenie sukuba Juliet; jak potoczą się losy nawiedzonego przez demona Rafiego?
Na koniec pozostawiłem rzecz najważniejszą: zagadkę – w końcu mamy do czynienia z kryminałem. Nie ukrywam, że akurat ten element stanowi dla mnie źródło obaw. O ile intryga kryminalna w „Moim własnym diable” była ciekawa i trzymała w napięciu do samego końca, to już w „Błędnym kręgu” sprawiała wrażenie zepchniętej na dalszy plan. Mam tylko nadzieję, że to był jednorazowy przypadek, a nie początek stałego trendu; że tym razem Mike Carey stanie na wysokości zadania i otrzymamy pierwszorzędny „czarny kryminał”.

Adam "Tigana" Szymonowicz




Andrzej Pilipiuk, „Homo bimbrownikus”

Mam dwie wiadomości – jedną dobrą, a drugą złą. Na początek dobra – po 3 latach oczekiwania Jakub Wędrowycz powraca na kartach nowej książki Andrzeja Pilipiuka. Czeka nas zatem lekka relaksująca lektura doprawiona solidną dawką specyficznego humoru. A że autor należy do wnikliwych obserwatorów naszej rzeczywistości, to pewnie po raz kolejny dostanie się naszym rodzimym politykom, klerowi, Unii Europejskiej i Bóg jeden wie komu jeszcze. Przy czym osobom nie znającym wcześniejszych przygód „pierwszego bimbrownika III RP” jestem winien ostrzeżenie – jak znam twórczość „Wielkiego Grafomana”, cześć dowcipów będzie na pograniczu dobrego smaku, a wygłaszane przez bohaterów opinie – skrajne.
Co do samej zawartości książki trudno jest się jednoznacznie wypowiedzieć – Pilipiuk zmienia koncepcje swoich utworów tak często, jak czerwonoarmista magazynki w pepeszy – zatem wydaje się, że każde przypuszczenie jest jednakowo prawdopodobne. Co prawda na jednym ze spotkań autor wspomniał o nawiązaniach do twórczości Juliusza Verne’a i o walce z geniuszem pragnącym rządzić światem, ale było to dwa lata temu, więc nie zdziwię się zbytnio, gdy „Homo bimbrownikus” okaże się zupełnie inną historią.
A teraz czas na złą wiadomość. Krążące w Internecie plotki wskazują, że najnowszy tom przygód Jakuba W. będzie miał podobną kompozycję jak „Czarownik Iwanow” czy „Wieszać każdy może”. W praktyce oznacza to jeden dłuższy utwór (powieść?) wzbogacony o kilka krótszych opowiadań. I właśnie w tym widzę główny mankament. O ile historyjki o egzorcyście-amatorze doskonale sprawdzają się w krótszej formie, to już w dłuższej – nie za bardzo. Przykładowo: czytając „Pola Trzcin” odnosi się wrażenie, że ma się do czynienia ze zlepkiem mniej lub bardziej śmiesznych gagów, a nie spójnym utworem. W rezultacie lektura bardziej męczy niż relaksuje. Jak będzie tym razem? Czas pokaże – premiera już pod koniec sierpnia.

Adam "Tigana" Szymonowicz




Rafał A. Ziemkiewicz, „Requiem dla samobójcy”

Wiem, nie należy osądzać książek po okładkach. Jednak nie jestem w stanie nic poradzić na to, że w przypadku „Requiem dla samobójcy” Rafała A. Ziemkiewicza, projekt okładki zaprezentowany przez wydawcę, mocno prowokuje do spekulacji na temat treści książki. Zdjęcie grupy polskich żołnierzy w mundurach z 1939 roku, utrzymane w tonacji sepii, wskazuje dość jednoznacznie okres historyczny, w jakim osadzona jest… no właśnie – akcja powieści historycznej? A może historii alternatywnej? Osobiście stawiam na kolejny cykl felietonów, odnoszących się do naszej burzliwej historii, w których autor – poprzez filtr historyczny – ocenia dokonania, stopień poświęcenia, a przede wszystkim – zasadność podejmowania bohaterskich czynów i zrywów poprzednich pokoleń. Spodziewam się wypowiedzi na temat różnic w ówczesnym i dzisiejszym pojmowaniu patriotyzmu, być może wypowiedzi mocno kontrowersyjnych.
Choć książkę przeczytam z zainteresowaniem, to w głębi duszy mi żal, że i tym razem moje nadzieje na utwór z gatunku: „fantastyka” pióra Rafała A. Ziemkiewicza pozostaną niespełnione. Niestety. Znowu.

Mariusz "Galvar" Miros





Dawid Juraszek to kolejny autor, który właśnie wydaje swoją pierwszą książkę, przekracza magiczną barierę i przestaje być autorem publikującym opowiadania w czasopismach, a staje się autorem, który ma w swoim dorobku pierwszą powieść. Ktoś może zapytać, jaką to czyni różnicę? Przyznam, że dla mnie żadną, choć spotkałem się już nieraz z poglądem odmawiającym autorowi miana pisarza, o ile nie opublikował książki (powieści czy zbioru opowiadań). Nie jest to jednak właściwe miejsce na takie rozważania, więc czym prędzej przechodzę do omówienia tego, czego oczekuję od „Xiao Long. Biały Tygrys”.
Muszę przyznać, że chociaż wcześniej nie miałem okazji zapoznać się z przygodami Xiao Longa (tajemniczym zrządzeniem losu nie mam w swoich zbiorach żadnego czasopisma z opowiadaniem poświęconym temu bohaterowi), jednak nie oznacza to, że z twórczością Juraszka nie miałem w ogóle kontaktu. Miałem przyjemność poznać jego inne utwory, zamieszczone choćby w „Nowe Idzie”, „Kanonie Barbarzyńców”, czy ostatnio – w „Nowej Fantastyce”. Są one dla mnie wystarczającą zachętą, by sięgnąć po jego debiutancką powieść. A jeśli dodać tematykę książki, czyli klimat rodem z Chin, mogę powiedzieć, że autor już mnie kupił.
A jakie są moje oczekiwania? Mam nadzieje, że otrzymam powieść, która wiernie oddaje klimat Państwa Środka, ale że ów nastrój nie przyćmi fabuły. Ponadto wydaje mi się, że mogę oczekiwać dobrze napisanej książki; do tej pory nie miałem zastrzeżeń do języka, którym Juraszek posługiwał się w swoich opowiadaniach. A do tego liczę, że będę dobrze się bawił czytając o Xiao Longu, zgodnie z sugestią zawartą w nocie wydawniczej.

Łukasz Najda





Lektura „Pod Anodynowym Naszyjnikiem” spełniła moje oczekiwania. Książka to klasyczny kryminał, oparty na schemacie zaczerpniętym od największych mistrzów gatunku. Zagadka kryminalna jest dobrze obmyślona, autorka zbyt szybko nie odsłania kart, w miarę ujawniania kolejnych szczegółów liczba wątków śledztwa rośnie, a do kręgu podejrzanych dołączają kolejne osoby. Mocną stroną powieści jest kreacja postaci – i to nie tylko głównych bohaterów, ale także (a może przede wszystkim) bohaterów drugoplanowych.
Martha Grimes jest Amerykanką i wykorzystała w pełni swój status zewnętrznego obserwatora do opisania „angielskiej atmosfery” książki, a raczej tego, co powszechnie jest za probierz „angielskości” uznawane. Jakie to elementy? Zapraszam do lektury recenzji.
A zupełnie na marginesie zastanawia mnie, że autorka satyrycznym okiem spojrzała na wszystkie warstwy angielskiego społeczeństwa za wyjątkiem arystokracji. Czyżby w ten sposób dała znać o sobie podświadoma fascynacja Amerykanów angielską dworskością?

Beata Kajtanowska





„jesteśmy przynętą kochanie!” okazała się w dużej mierze powieścią inną, niż oczekiwałem. W lipcowej zgadywance przypuszczałem, że Elfriede Jelinek już w momencie pisania swej debiutanckiej powieści, mogła dysponować odpowiednimi narzędziami i umiejętnościami, by tworzyć wysokogatunkową prozę. Nie przypuszczałem jednak, że austriacka pisarka od razu wspięła się na wyżyny, niedostępne dla wielu innych autorów. „jesteśmy przynętą kochanie!” jest jednym wielkim eksperymentem pisarskim: koncepcyjnym, strukturalnym, językowym; wyzwaniem zarówno dla tłumacza, jak i czytelnika.
Również tylko częściowo trafiłem w przypadku spekulacji dotyczących zagadnień poruszanych przez autorkę. Choć seks (a nawet pornografia) zajmują w powieści poczesne miejsce, to jednak nie stanowią celu samego w sobie, a raczej służą jako narzędzia do ośmieszenia społeczeństwa konsumpcyjnego. Być może nadinterpretuję, lecz mam wrażenie, iż Jelinek już czterdzieści lat temu dostrzegła negatywne skutki globalizacji i homogenizacji kultury za sprawą dominacji amerykańskich popowych i pulpowych wzorców. W powieści można także zauważyć lewicowe spojrzenie autorki na kwestie społeczne, aczkolwiek daleko jej jeszcze do głoszenia manifestów politycznych.

Tymoteusz Wronka



Redaktor prowadzący: Krzysztof Kozłowski


Autor: Katedra


Dodano: 2009-08-05 21:30:42
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

"Rok Potopu" do wygrania


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Liu, Ken - "Ściana burz"


 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Chmielewski, Artur - "Achromatopsja"

 Roth, Veronica - "Naznaczeni śmiercią"

 Hamilton, Peter F. - "Otchłań bez snów"

 Sanderson, Brandon - "Bezkres magii"

 Hildebrandt, Johanne - "Sigrid"

 Hill, Joe - "Strażak"

Fragmenty

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

 Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Bardugo, Leigh - "Królestwo kanciarzy"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Miller, Karen - "Skażona magia"

 Mitchell, David - "Slade House"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS