NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Ukazały się

McDonald, Ian - "Luna: Wschód"


 Gwynne, John - "Gniew"

 Stephenson, Neal - "Śnieżyca"

 Domagalski, Dariusz - "Więzy krwi"

 Piekara, Jacek - "Ja, inkwizytor. Przeklęte kobiety" (miękka)

 Piekara, Jacek - "Ja, inkwizytor. Przeklęte kobiety" (twarda)

 Lem, Stanisław - "Wysoki Zamek"

 Carter, Rachel E. - "Ostatnia walka"

Linki

Green, Simon R. - "Błękitny księżyc", część 1
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Green, Simon R. - "Błękitny księżyc"
Tytuł oryginału: Blue Moon Rising
Tłumaczenie: Dominika Schimscheiner
Data wydania: Sierpień 2009
ISBN: 978-83-7574-108-7
Oprawa: miękka
Format: 125 x 205 mm
Liczba stron: 352
Cena: 29,99
seria: Obca Krew



Green, Simon, R. - "Błękitny księżyc", część 1 (#1)

*** Książę, jednorożec i banda goblinów ***

– Nie cierpię trawy – oświadczył jednorożec markotnie.
– To dlaczego ją jesz? – zapytał Rupert, zapinając klamrę pasa obciążonego mieczem.
– Bo jestem głodny – odparło zwierzę, żując ze wstrętem. – A ponieważ od tygodni nie mamy już cywilizowanej strawy...
– Co jest nie tak z trawą? – zainteresował się Rupert. – Konie ją jedzą bez przerwy.
– Nie jestem koniem!
– Nie mówię, że jesteś...
– Jestem jednorożcem, i to czystej krwi! Mam prawo do odpowiedniej opieki, traktowania oraz żywienia. Na przykład owsem, jęczmieniem albo...
– A gdzie ja ci znajdę owies w Gęstowiu?
– Trawa kłuje mnie w zęby – burknął jednorożec. – I mam po niej wzdęcia.
– Przerzuć się na oset – zasugerował Rupert.
Wierzchowiec popatrzył na niego surowo.
– Czy ja ci z którejś strony przypominam osła? – spytał groźnie.
Rupert odwrócił głowę, żeby ukryć uśmiech i dostrzegł z tuzin goblinów, które wyłaniały się z mroku, zastępując im drogę. Stworzenia około metra wzrostu – mniej lub więcej, w zależności od krzywizny nóg oraz długości spiczastych uszu – uzbrojone były w zardzewiałe krótkie miecze lub poszczerbione tasaki rzeźnicze. Niedopasowane pancerze z brązu albo stali niechybnie należały wcześniej do jakichś podróżnych, zaś ostre kły odsłonięte w paskudnych uśmieszkach pozwalały domniemywać, jaki koniec spotkał poprzednich właścicieli zbroi. Zły, że dał się zaskoczyć, Rupert dobył miecza i potoczył groźnym spojrzeniem po grupce. Gobliny wrosły w ziemię, łypiąc na siebie niepewnie.
– No, nie stójcie tak – rozległ się gardłowy głos spośród gąszczu. – Bierzcie ich, chłopaki.
Gobliny przestępowały z nogi na nogę, ale nie czyniły żadnych gwałtownych ruchów.
– Ale on ma miecz! – zauważył najmniejszy.
– Wielki miecz – doprecyzował inny.
– I patrz, jakie ma szramy na twarzy – szepnął kolejny, zerkając na księcia z bojaźliwym szacunkiem.
– A ta zbroja jest cała zakrwawiona. Pewnie zaciukał całe setki ludzi...
– Posiekał ich na kotlety – piskliwie podchwycił najmniejszy.
Rupert od niechcenia zakręcił mieczem młynka; ostrze zalśniło. Przerażone gobliny cofnęły się, potykając o własne i cudze stopy.
– Zabierzcie mu przynajmniej konia! – krzyknął głos z mroku.
– Konia? – Jednorożec odrzucił łeb, a jego krwistoczerwone oczy zapłonęły furią. – Konia?! A to na mojej głowie to co? Oryginalna ozdóbka? Jestem jednorożcem, durniu!
– Koń, jednorożec, co za różnica?
Wierzchowiec grzebnął kopytem, pochylając nisko głowę. Od czubka ostrego rogu odbiło się światło.
– Tego już za wiele! No, dalej, chodźcie tu, po jednym, lub naraz, obojętne, i tak wszyscy oberwiecie!
– Przyjemniaczek z niego – mruknął najmniejszy goblin.
Rupert zerknął na jednorożca z rozbawieniem.
– Myślałem, że jesteś rozsądnym, logicznie myślącym tchórzem?
– Aktualnie jestem zbyt wściekły, żeby myśleć – warknął jednorożec. – Bać będę się później. A teraz ustaw mi ich w rządku. Zamierzam ponabijać całą bandę, jednego po drugim. Pokażę łobuzom szaszłyk, jakiego do końca życia nie zapomną.
Gobliny cofnęły się jeszcze bardziej, zbijając w ciasną gromadkę.
– Dość tego, lenie śmierdzące! Zabijać mi tu podróżnego, natychmiast! – ryknęły krzaki.
– Sam sobie go zabij! – fuknął goblini konus, strzelając oczami na boki w poszukiwaniu najlepszej drogi ucieczki. – To twoja wina. Trzeba go było zlikwidować, jak nie patrzył, zawsze tak robiliśmy.
Zarośla westchnęły, a po chwili na ścieżkę wkroczył majestatycznie przywódca bandy. Szeroki w barach, niesamowicie umięśniony, miał prawie półtora metra wzrostu, co czyniło go największym goblinem, jakiego Rupert widział w życiu. Atletyczny wódz zgasił na zaśniedziałym napierśniku podłe na oko cygaro i podszedł do kulących się ze strachu, stłoczonych podwładnych. Przez chwilę piorunował ich wzrokiem, po czym zniesmaczony westchnął, kręcąc głową.
– Spójrzcie na siebie. Jak mam zrobić z was wojowników, skoro nie chcecie walczyć? Co z wami? Przecież to tylko człowiek!
– I jednorożec – przypomniał najmniejszy goblin usłużnie.
– W porządku, człowiek i jednorożec. I co z tego?! Mamy być rabusiami, tak? A to znaczy, że musimy napadać na bezbronnych podróżnych i rabować ich z kosztowności.
– Dla mnie on nie wygląda na bezbronnego – wymamrotał konus. – Ma ze sobą wielgachny, upaćkany miecz, widzisz?
Gobliny obserwowały z chorobliwą fascynacją Ruperta, który wykonał kilka próbnych sztychów i wypadów. Widok wierzchowca, który tańczył za plecami księcia, wymachując groźnie rogiem, także nie dodawał bandytom pewności siebie.
– Dajcie spokój, chłopaki – przekonywał wódz coraz bardziej zdesperowany. – Jak można się bać kogoś, kto dosiada jednorożca?
– A co to ma do rzeczy? – zdziwił się mały goblin.
Przywódca wymamrotał coś, z czego zrozumiałe były tylko słowa „dziewica” i „prawiczek”. Gobliny zarechotały, wymownie zerkając na Ruperta.
– Hej, myślicie, że tak łatwo być księciem? – obruszył się Rupert, czerwieniejąc jak burak. – Tak was to bawi? Uważajcie, żebyście nie poumierali ze śmiechu.
Machnął mieczem, jednym ciosem odrąbując niski konar. Oddzielony kawałek grzmotnął na ziemię z złowieszczym łomotem.
– Lepiej go nie drażnić – mruknął najmniejszy goblin.
– Zamknij się – warknął przywódca. – Słuchajcie, jest nas trzynastu, a on jeden – zwrócił się do grupki.
– Jeśli rzucimy się na niego razem, nie ma szans, żeby nam się nie udało.
– A założysz się? – prychnął któryś ze stojących z tyłu.
– Milczeć! Na mój znak atakujemy. Do ataku!
Rzucił się naprzód, wywijając mieczem, a reszta niechętnie podążyła w jego ślady. Rupert napiął mięśnie, zamierzył się i zmiótł wodza jednym uderzeniem płazem w głowę. Na ten widok pozostali napastnicy zahamowali z poślizgiem, po czym na wyścigi zaczęli upuszczać broń. Rupert zagonił ich w stadko, kazał odsunąć się od broni, a potem oparł się o najbliższe drzewo, nie bardzo wiedząc, co z tym fantem zrobić. Wódz goblinów ocknął się, usiadł i potrząsnął głową, czego, krzywiąc się z bólu, natychmiast pożałował. Spojrzał na księcia spode łba, próbując przy okazji wyglądać wyzywająco, co nieszczególnie mu wyszło.
– Mówiłem, że trzynaście to pechowa liczba – bąknął konus.
– No dobra – zaczął Rupert. – Skupcie się i słuchajcie. Jeśli stąd odejdziecie i zostawicie mnie w spokoju, nie posiekam was na kawałki i nie oddam jednorożcowi na szaszłyki. Co wy na to?
– A dostaniemy z powrotem broń? – zapytał wódz.
– A wyglądam na wariata?
Przywódca wzruszył ramionami.
– Cóż, spróbować nigdy nie zawadzi. W porządku, panie bohaterze, pójdziemy na ten twój układ.
– I zostawicie mnie w spokoju? Wódz popatrzył na księcia surowo.
– A wyglądam na wariata? Szczerze mówiąc, panie bohaterze, będę najszczęśliwszym goblinem pod słońcem, jeśli już nigdy się nie spotkamy. – Z tymi słowy powiódł gobliny w las.
Rupert z szerokim uśmiechem odprowadzał wzrokiem znikające pomiędzy drzewami postacie.
Nareszcie zaczynał łapać, o co biega w tym bohaterstwie.


Dodano: 2009-08-04 16:07:03
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Recydywista"


 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

Fragmenty

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS