NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"

Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

Ukazały się

Butcher, Jim - "Zimne dni"


 Larson, B.V. - "Świat stali"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" (wydanie papierowe)

 Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Sanderson, Brandon - "Słowa światłości" (twarda okładka)

 Knaak, Richard A. - "Malfurion" (Blizzard Legends)

 Atwood, Margaret - "Testamenty"

Linki

Dębski, Eugeniusz - "Raptowny fartu brak"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: Czerwiec 2009
ISBN: 978-83-7574-023-3
Oprawa: miękka
Format: 125 x 205
Liczba stron: 528
Cena: 34,90
Seria: Asy polskiej fantastyki



Dębski, Eugeniusz - "Raptowny fartu brak" #1

Ruszaj, czterocylindrowa flądro!

Na zboczu wzgórza, niemal na końcu podjazdu, usadowił się pasożytniczy wzgórek powodując, że łagodna już pozornie droga nagle stanęła dęba. Silnik sprężył się, wyciągnął nieco wyższą nutę, prawie zmarszczył się z wysiłku, ale pokonał wzniesienie, a potem samo wzgórze. Na szczycie jednak zapiszczał podejrzanie i raptownie ucichł. Siedzący w nieruchomym pojeździe Luk uniósł oczy ku górze i bezgłośnie sklął niebo.
– Nie rób mi tego – poprosił.
– Pusty zbiornik – beznamiętnie, zdyszanym głosem poinformował Silnik. – Może niezupełnie to mam na myśli, chociaż upraszczając...
– Nie chrzań, chłopie. Całą drogę klnę jak szewc!
– Ale jest pod górkę, a paliwo nie najwyższej marki.
– C-co ty mi pieprzysz?! Jakiej marki? Jakiej marki, co? Teraz mi coś mówisz o marce? Jak się układałem, to było tylko o „mięsie”, prawda? Miałem kląć przez całą drogę. Tak?! Gdybym wiedział coś o warunkach dodatkowych, tobym zaproponował inne paliwo.
Silnik prychnął pogardliwie.
– Jakie?
Luk zacisnął zęby i chwilę walczył ze sobą.
– Spermę! – Splunął z całej siły w przydrożny pył.
– Akurat by wystarczyło! – ironicznie sapnął Silnik. – Chciałeś przecież wyjechać poza garaż.
Luk zeskoczył z siodełka i kopnął w oponę.
– A na tym z kolei nie zajechałbyś nawet do peryferyjnego parku. Spokojnie, chłopie. Spokojnie. Tak nie ma sensu, uwierz mi. Spoko.
– No to jak? Klniesz czy nie? – nie ustawał Silnik.
– Zaraz, przecież nie chcesz byle czego, ty parchu pustynny? – wstawił sprytnie.
– Było.
– Rusz się, nie wkurwiaj mnie!
– No i ty masz pretensje, że nazwałem twoje przekleństwa marnym paliwem?!
Luk zawirował na pięcie jednej nogi z łokciami przyciśniętymi do brzucha.
– O, może trzeba było wybrać jakieś łamańce gimnastyczne?
– Zamknij ryja! – huknął Luk doprowadzony do szału.
– Ty w pachę skubany, flegmotwórczy wyciorze! Ty w trzy pi...
– Było – flegmatycznie przerwał Silnik.
– Aaaa!!! Trzymajcie mnie! Ludzie! Lu-udzie-e!
– A propos „ludzie”... – rzeczowo wtrącił Silnik. – Znasz taki dowcip: pewien miastowy zgubił się w lesie, w strasznym lesie, i zaczyna wrzeszczeć: „Ludzie, ludzie!”, a zza drzewa wychyla się Czukcza i powiada: „Ha! Jak tutaj, to: «ludzie», a jak w mieście, to pogardliwie: Czu-uukcza!”.
– Oczy-reflektory patrzyły na zamarłego w bezruchu Luka, potem ich pokrywy zamknęły się i natychmiast otworzyły.
– Hy-hy... – niepewnie roześmiał się Luk. – Idiota, jak Boga kocham, wrobili mnie w Silnik idiotę!
– Mógłbyś mi to wyjaśnić? To słowo „Czukcza” i dlaczego to śmieszy...
– Kpisz sobie ze mnie, tak? – Luk odsunął się o dwa kroki i położył rękę na kaburze. – Pokurczu moczem chłodzony... Gnido niewychechłana, jak ci wkopię kołek w tę niskochłodzoną dupę, to się sfajdasz aż po wycieraczki.
– Odsunął się jeszcze o krok i zaczepił paznokieć o mosiężną klamerkę. – Tak cię, robaczku, wytrzepocę...
– Ojej, dobrze już, z górki może wystarczy – stęknął Silnik. Nie spuszczał oczu z kabury i gdy tylko zobaczył, że z człowieka uchodzi para, że ręka sięga do kieszeni po wodne dropsy, dodał przebiegle: – Ale wytłumaczysz dowcip i dołożysz jednak kilka jobów... Później, może jutro! – wrzasnął widząc, że człowiek bez ostrzeżenia wyszarpuje blaster z kabury. – W przyszłym tygodniu!
– Ruszaj, czterocylindrowa flądro!
Silnik warknął, zapracował równym rytmem. Luk zabezpieczył klamerkę kabury. Silnik odczekał chwilę.
– Oj-jej! Aleś mi dokuczył! – parsknął ironicznie, ale przedtem sprawdził, czy kabura jest zamknięta. Zgrzytnęła przekładnia, drgnęły baloniaste zbrojone tlenem opony. Dźwignia ręcznego hamulca zachrobotała i opadła, pojazd drgnął.
Człowiek poruszył się i niedbale, demonstracyjnie oparł dłoń o pogięte nadkole, rozejrzał się starannie dokoła.
– A rusz się o centymetr! – zagroził Silnikowi. – Już mam dość ciebie i całego tego cackania się. OK?
Silnik zmrużył reflektory i pyrknął obraźliwie. Niewątpliwie starał się jak mógł zamanifestować swe niezadowolenie, tymczasem człowiek okazał się istotą na tyle gruboskórną, że jego usiłowania nie miały szans powodzenia.
Luk poklepał protekcjonalnie nadkole, potem wskoczył na maskę i jeszcze raz, tym razem z rzeczywistej potrzeby, a nie dla czczej demonstracji, przeleciał wzrokiem horyzont; najpierw normalnie, później przez wszczepione binokle i było to na tyle nieciekawe, że nie chciało mu się nawet sięgnąć do lornetki. Zeskoczył na ziemię, wzniecając obłoczki duszącego suchego pyłu. Przypomniał sobie o awanturze z Silnikiem i postanowił dopiec mu bardziej. Pochylił się, poklepał jeszcze raz maskę.
– Do-o-obry silniczek – powiedział. – Dobly pana silniczek, plawda?
– Nie musisz mnie chwalić, znam swoją wartość – odparł Silnik, a w jego tonie zabrzmiały wyraźne nutki zadowolenia. – A dlaczego zmieniasz głoskę „r”? – zapytał naiwnie po chwili.
– Debil – warknął Luk.
– Nie rozumiem. Może tu trzeba odwrotnie: „l” na „r”?
– Zabiję... – Luk zamierzył się nogą na koło, chciał wskoczyć na pakę, lecz zamarł słysząc:
– Nie strasz, nie strasz, bo się...
Luk odczekał chwilę z uniesioną do góry nogą, z otwartymi do kolejnego ciętego esprita ustami, wystraszony.
Z tego co wiedział, a wiedział o Silnikach niemal wszystko, Silniki nie potrafi ły grozić, bo nie potrafi ły planować czegokolwiek, a przecież użycie groźby ma na celu jakieś korzyści w dalszej lub bliższej, ale jednak przyszłości. Popatrzył na Silnik. Zastanawiał się chwilę.
– Jedźmy – powiedział nagle Silnik.
W jego na ogół metalicznym głosie tym razem zabrzmiała wyraźna prośba. Luk wsunął się ostrożnie na siedzenie, poruszył dźwignię zamykającą owiewkę i delikatnie wcisnął pedał akceleratora.
– Czy coś się stało? – zapytał, starając się nie zdradzić emocji.
– Lepiej nie pytaj. – Silnik sam zwiększył obroty.
Wbrew zamierzeniom Luka już po chwili gnali w dół o kilkanaście kilometrów na godzinę za szybko. Droga wiodła zboczem wzgórza wciąż w prawo ciasnymi, nieregularnymi spiralami.
– Skoncentruj się na prowadzeniu.
– No to nie gazuj za mnie. Wiem, na ile mnie stać – warknął rozzłoszczony Luk. – Jeszcze... – Serce podskoczyło mu do gardła, gdy okazało się, że zakręt zacieśnia się do absurdalnych granic, że wewnętrzne koła zaczynają tracić oparcie w podłożu i niemal połowę czasu spędzają w powietrzu. Gwałtownie wdusił pedał hamulca.
– Szszszsz... Jeszcze trochę i byśmy zrobili pa-pa w dół!
– Jeszcze trochę i dogoni nas Kolbobum! – krzyknął histerycznie Silnik, zagłuszając terkot opon na nierównej powierzchni i trzask pracujących na maksymalnych obciążeniach resorów, zwłaszcza lewych. Krzyknął na-włosów na karku i trochę wyżej. – Nie żałuj pedału...
– Ale co to jest?!
– Nie pytaj...
Zakręt. Oczywiście w prawo, nagły uskok terenu, żołądek do gardła, uuups! Jakiś dziwny absurdalny kawałek prosto i znowu w prawo, ciaśniej. Luk zawisł nad prawymi kołami, coś z półki za plecami spadło i utkwiło na wysokości nerek, gniotąc ciało za każdym razem, gdy pojazd podskakiwał lub zmieniał nawet nieznacznie kierunek czy prędkość. Kanciasty przedmiot stale atakował nerki. Człowiek zacisnął zęby. Już dwie minuty wcześniej zdjął nogę z pedału gazu, bo i tak Silnik dawał pełną moc, skoncentrował się na hamulcu, używając go jednak oszczędnie w obawie, że Silnik wyłączy niepotrzebne w obecnej sytuacji urządzenie. Sytuacja musiała być tragiczna.
Luk wyszedł z kolejnego łuku, poszerzył promień skrętu, od razu zacieśnił i spazmatycznie zaczerpnął powietrza – środek drogi zajmował spory głaz, praktycznie niemożliwy do ominięcia. W tym tempie wykluczone było również hamowanie. Silnik pisnął, pojazd szarpnął się do przodu jeszcze szybciej. Luk mógł już tylko trzymać się kierownicy, zwłaszcza że i tak nie reagowała na jego ruchy. Pojazd wahnął się od lewej krawędzi szosy, uniósł się lekko na lewych kołach, musnął prawymi stok wzgórza, a nadkolami kanciastą zawadę i huknąwszy chyba wszystkim, czym mógł, o nawierzchnię drogi, pognał dalej, a po chwili naraz zanurkował, niemal wyrzucając człowieka z fotela. Luk jęknął, podkurczył nogi i przygotował się do opuszczenia szalonego wehikułu, nie widząc możliwości opanowania wozu. Coraz bardziej był przekonany, że Silnik również stracił kontrolę nad pojazdem.
– Trzymaj się, Lu-chu-chuk... – Wyboje zniekształciły imię pasażera.
Na marginesie zwykłego w takiej sytuacji procesu myślowego – mieszanki strachu, analizy sytuacji, złości na siebie, na Silniki, które zapewniały o bezpieczeństwie planetki – odezwała się myśl zwariowana, która zachowywała się jak beztroskie dziecko. Nie dostrzegała grozy położenia idiotycznie zdziwiona na przykład tym, że Silniki podskakując na wybojach, również mają kłopoty z wymową. A przecież mówią nie przez otwór gębowy, a przez specjalne szczeliny nad oczami-reflektorami.
– To ty... y-y... t-t-ty... się zatrzy-yma...
Jeden z gwałtownych podskoków z niemal równoczesnym zatrzymaniem wehikułu spowodował, że język Luka dostał się między zęby i został nimi przytrzaśnięty.
Luk zawył głośno, a potem, trzymając zaciekle kierownicę, przerzucony przez nią górną połową ciała rąbnął twarzą w pokrywę silnika. W uszach... nie, nie w uszach – pod kopułą czaszki rozległ się wielodźwięczny trzask, przed oczami bezgłośnie eksplodowała jasność.
I zamknęła się w Czarną Dziurę. Otworzyła znowu. Luk poczuł, że osuwa się po masce pojazdu, że kierownica ociera się o uda i za moment przekroczy granicę kolan, a wtedy nic już nic uratuje pasażera przed stoczeniem się na grunt, może pod koła. Ryknął coś, nie zdążył nawet zaplanować krzyku, po prostu wrzasnął rozpaczliwie, ale Silnik albo zrozumiał, o co chodzi, albo przyspieszył – pojazd runął do przodu, podskoczył i Luk dość gładko trafił niemal dokładnie w to samo miejsce, z którego przed chwilą pęd i rozhukana droga go wyrzuciły. Szlak opadał w sposób przynoszący zaszczyt odwadze projektanta, następnie, zaraz za najniższym punktem, skręcał w lewo, przenosząc się na bok siostrzanej góry.
– Wielki Bo-oż...
– Tam mamy kryjówkę! – krzyknął Silnik, zagłuszając szurgot, charkot i wizg opon. – Skręcamy w prawo – ostrzegł.
– Zgłupiałeś?! Tam nic nie...
W tej właśnie chwili przednie koła przejęły na swoją oś niemal cały ciężar pojazdu, tylne zaterkotały, uderzając we wpuszczone w grunt kamienie, chwytając rozpaczliwie namiastkę przyczepności. Silnik wyhamował niemal całkowicie i – gdy Luk napiął mięśnie, chcąc wyskoczyć w biegu ze sfiksowanego wehikułu – przyspieszył, skręcając absurdalnie koła w prawo. Za fałdą na stoku góry pojawił się kanion, naturalny twór o dnie przypominającym strukturą drogę, po której „zjeżdżali” przed chwilą. Silnik wyrwał do przodu i pognał, jakby nie zauważył, że teren wymagałby rozwagi od kozic, a uciekającemu wężowi sprawiłby niejedną niemiłą niespodziankę.
Luk porzucił myśl o wyskakiwaniu, zaniechał prób kręcenia kierownicą, porzucił pomysł wyhamowania.
I nadzieję. Zaparł się od dołu kolanami wkoło kierownicy, wparł stopy w pedały. Palce dłoni wczepiły się w wolne centymetry kierownicy z taką siłą, że groziło im wtopienie się w jej tworzywo.
– Matko... matko... matko...


Dodano: 2009-06-23 18:47:45
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj nowości wydawnictwa Initium


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Maszczyszyn, Jan - "Necrolotum"


 Bardugo, Leigh - "Król z bliznami"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

Fragmenty

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS