NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Gwynne, John - "Zgliszcza"

Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

Ukazały się

Abercrombie, Joe - "Bohaterowie" (2019)


 Williams, Tad - "Korona z czarodrzewu"

 Rowling, Joanne K. - "Harry Potter i Czara Ognia" (wersja ilustrowana)

 Hutchinson, Dave - "Europa o świcie"

 McClellan, Brian - "Gniew Imperium"

 Mammay, Michael - "Planeta"

 Cronin, Justin - "Miasto Luster"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

Linki

Olejniczak, Jewgienij T. - "Noc szarańczy"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: Czerwiec 2009
ISBN: 978-83-7574-001-0
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Liczba stron: 392
Seria: Asy polskiej fantastyki



Olejniczak, Jewgienij, T. - "Noc szarańczy" #1

Prorok i bestie

Ktoś zaczął mamrotać modlitwę, z westybulu dobiegł kobiecy śmiech. Wysoki i świdrujący. Obłąkana albo pijana, beznamiętnie pomyślał Gustav Klossovsky, nawet nie odwracając głowy. A najpewniej i jedno, i drugie.
– Przeszliśmy już przez ogień i przez dymy pożarów. Lecz to za mało, bracia moi, czas prawdziwej próby dopiero nadchodzi! Musimy skruszyć naszą starą naturę, podeptać ją. Wyrwać ducha naszego z okowów. Ofiara będzie bolesna, bo tylko nasz ból uczyni ją słodką w ustach Pana. Wyrwijcie oko, które gorszy, bracia moi, rozerwijcie szatańską zasłonę, która oddzieliła nas od Boga, a wkrótce wydamy okrzyk zwycięstwa! Szarańcza spadnie jedynie na tych, którzy nie mają Jego pieczęci na czołach.
Policja zainteresowała się Szyłowskim już jakiś czas temu, ale dopiero ostatnie krwawe wydarzenia w mieście spowodowały, że zajęto się nim poważnie. Inspektor Klossovsky starał się zebrać wszelkie dostępne informacje na temat przedparyskiej działalności kaznodziei.
Oczywiście nie było tego zbyt wiele, niemniej kilka faktów, które zgromadził, pozwoliło mu prześledzić z grubsza jego losy.
Według jednej z wersji prorok urodził się około roku 1801 jako trzecie dziecko profesora wileńskiego gimnazjum, według innej w 1805 – pod Warszawą, w rodzinie kościelnego organisty. Sam utrzymywał, że pochodzi z rodziny szlacheckiej, nie miało to raczej nic wspólnego z prawdą. W młodości studiował prawo albo medycynę.
Przez jakiś czas przebywał w Petersburgu. Możliwe, że właśnie podczas pobytu w Rosji zapoznał się z niektórymi poglądami starowierców. Przed katastrofą mieszkał i pracował w Warszawie. Napisał tam liczne poematy i dramaty.
Do Paryża przybył na początku kwietnia tego roku, mając za sobą wielomiesięczną tułaczkę po ruinach największych miast Europy Środkowej. Warszawa, Praga, Wiedeń, Drezno, Monachium, Genewa – wszędzie tam w nielicznych ocalałych kościołach, teatrach, magazynach zbierali się przerażeni ludzie, a on proponował im, aby wyrzekli się daru widzenia, bo tylko wtedy zdołają przeciwstawić się diabłu.
– Wielki bój dopiero się rozpoczyna!
Wiadomo było, że ktoś taki wcześniej czy później trafi do Paryża. Musiał tutaj przybyć. Ten współczesny Babilon przyciągał wszystkich samozwańczych proroków Europy. To w Paryżu właśnie, w samym centrum zepsucia i grzechu, zamierzali podjąć ostateczną walkę z Bestią.
Był więc Szyłowski tylko jednym z dziesiątek proroków w tej dzielnicy. Coś go jednak wyróżniało.
Był szalony i niebezpieczny, to na początek. Zatem ludzie, którzy wokół niego się gromadzili, również musieli być szaleni i niebezpieczni.
Dlatego Gustave Klossovsky przybył już trzeci raz do gmachu Opery. Obserwował zarówno proroka, jak i tych, którzy przyszli wysłuchać kazania. Sprawdzał, czy mają oś wspólnego z nieludzkimi morderstwami, do jakich doszło w Paryżu w ciągu kilku ostatnich tygodni.
– Zapomnijcie o marnym ciele, co do pajęczyny jest podobne, a przysięgam, że wywiodę was z sideł mroku! Były urzędnik warszawskiego archiwum i niedoceniony poeta głęboko wierzył w swoją misję. Miał w Paryżu zaledwie kilkunastu słuchaczy – ufał, że wkrótce pójdą za nim tysiące.

Wyspa Cité
Lodowaty wiatr, drobny śnieg sypiący w oczy. Kilkanaście stopni poniżej zera. Wymarłe ulice pomiędzy wieżami katedry Notre Dame i zamienionym w skład zboża kościołem Sainte Chapelle ginęły ciemnościach. Przypominały chodniki opuszczonej kopalni. Czarne niebo przytłaczało jak pokłady węgla. Trzeba było mieć dużo odwagi, żeby się tutaj pojawić.
Albo wystarczyło wykonywać rozkazy. Żołnierze gwardii narodowej wstrzymali konie. Jadący na czele pięcioosobowego patrolu młodzik o dziewczęcej twarzy, zasłoniętej teraz aż po oczy wełnianą chustką, podniósł wyżej latarnię. Wydobył z mroku tylko narożnik kamienicy i fragment najbliższej bramy.
Nawet leżący na ulicy śnieg tylko odrobinę rozświetlał ciemności. W tej dzielnicy nie zapalano ulicznych latarń ani nie ustawiano świec za szybami parterowych okien.
– Chyba pusto – powiedział młodzik.
Wszyscy trzymali broń w pogotowiu, trudno się zresztą dziwić. Nie chodziło tu nawet o grasujące na wyspie watahy wilków – cały Paryż był ich pełen. Jednakże wąskie, pogrążone w ciemnościach ulice stwarzały idealne okazje dla eks‑galerników, band Bretończyków, a także dla uciekinierów ze wschodniej Europy. Wszystkich tych zdziczałych, okutanych w futra osobników, którzy w ostatnich miesiącach niemal całkowicie opanowali ruiny dumnej niegdyś stolicy. Wprawdzie większość z nich zajęła wystawne pałace i rezydencje na lewym brzegu Sekwany oraz na pobliskiej wyspie Świętego Ludwika, ale wysokie kamienice w okolicy wcale nie musiały być całkowicie wyludnione, prawda?
– Patrzą na nas przez okna – odezwał się do młodzika Jean‑Baptiste Frochot, niewiele starszy dowódca patrolu, nazywany przez gwardzistów po prostu Rudym.
Ręce miał tak zgrabiałe, że nie czuł karabinu. – Wiem, że tam są. Czuję ich spojrzenia.
– Jeśli nawet ktoś tu jest, to patrzy na nasze konie – odparł żołnierz siedzący na klaczy obok. – Skurwysyny zdychają z głodu, nie mają sił do ataku. Mogą sobie tam siedzieć i patrzeć, ile tylko chcą.
Nazywał się Maurice Tautin. Był tylko dwa lata starszy od dowódcy. Mimo to wyglądał jak weteran spod Moskwy: grubo ciosana, czerwona od zimna i jałowcówki twarz, której jako jedyny w całym oddziale nie osłaniał niczym przed lodowatym wiatrem. Bandycka gęba ze szramą na czole i z płaskim złamanym nosem. Ponure spojrzenie szaroniebieskich oczu. Aż trudno było uwierzyć, że ten twardy, zobojętniały na niebezpieczeństwo zabijaka służył w gwardii dopiero od czterech miesięcy. Jego rodzina parała się od pokoleń handlem morskim z Antylami, a on sam jeszcze trzy lata temu chciał zostać księdzem. Stare czasy.
– Ludzie, którzy zabili strażników przy Sainte Chapelle, mieli całkiem dużo sił – powiedział Frochot.
Tautin splunął.
– A może to wcale nie byli ludzie? – odparł wyzywającym tonem.
– A więc kto? – Frochot odwrócił głowę w stronę żołnierza. Jego klacz parsknęła i rzuciła łbem.
– Nie wiem.
– Tautin? – Frochot wolałby, żeby jego głos wyrażał w tej chwili więcej zdecydowania.
– Nie wiem – powtórzył. – Nic nie widziałem.
– A nie słyszeliście przypadkiem od innych?
Żołnierz podrapał się w zniekształcony nos.
– Aha.
– No więc?
– Różnie mówią, ja tam nie mam zdania.
– Bestie?
Wybuch śmiechu gdzieś za plecami.
– Coś takiego...
– Czyli jednak?
– Wszyscy tak mówią. Nawet w pałacu.
W rudym sierżancie wezbrał gniew. Choć przecież wiedział doskonale, że Tautin powiedział prawdę, Frochot nie zamierzał walczyć z tym uczuciem. Dzięki niemu nie było już mu tak zimno.
– Wierzycie w te potwory wychodzące ze studzienek kanalizacyjnych, Tautin? Mamy szukać morderców pod ziemią? Wejdziecie do kanału?
– Nie.
– Więc czemu się, kurwa, wygłupiacie?
Tautin wzruszył tylko ramionami i pociągnął nosem. Rudy dowódca poczuł, że jego gniew stygnie równie gwałtownie, jak zapłonął, i zastępuje go poczucie zażenowania. Przed kim właściwie odgrywał tę komedię?
– To ludzi należy się obawiać – powiedział cicho.
Spojrzał w górę, gdzie powinny znajdować się okna kamienic. Starał się dostrzec jakiekolwiek ślady życia. Nigdzie nie widział jednak nawet słabego odblasku światła.
Dał znak i cały oddział ruszył wolno ulicą.


Dodano: 2009-06-19 13:11:14
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"


 Palmer, Ada - "Do błyskawicy podobne"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Komuda, Jacek - "Westerplatte"

 Crouch, Blake - "Rekursja"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Morgan, Richard - "Siły rynku"

Fragmenty

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

 Bławatska, Helena P. - "Opowieści okultne"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS