NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Mammay, Michael - "Przestrzeń"

Gwynne, John - "Gniew"

Ukazały się

Jaumann, Bernhard - "Sępom na pożarcie"


 Brown, Ryk - "Aurora Cv-01"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Kres, Feliks, W. - "Północna granica" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Król Bezmiarów" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks, W. - "Grombelardzka legenda" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Pani Dobrego Znaku" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Porzucone królestwo" (edycja limitowana)

Linki

Komuda, Jacek - "Wilcze gniazdo" (wyd. 2)
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: Czerwiec 2009
Wydanie: II
ISBN: 978-83-7574-081-3
Oprawa: miękka
Format: 125x195
Liczba stron: 392
Cena: 32,90
Seria: Bestsellery polskiej fantastyki



Komuda, Jacek - "Wilcze gniazdo" (wyd. 2)

Rozłogi

Był koniec sierpnia. Lato stawało się jesienią. Od dawna panowały upały i stepy wyschły; kostrzewy i ostnice przybrały barwę brązu. Na zboczach jaru zamiast gęstych zarośli sterczały uschłe badyle, wyżej rozpościerał się gąszcz bezlistnych bodiaków i suchych, stepowych ostów. Zapadał zmrok. Czerwonawy blask rozlewał się po zachodnim widnokręgu. Jednak do wąwozu, którym jechał pan Gedeon Sienieński, przedostawało się wystarczająco światła, aby jechać bez ryzyka skręcenia karku.
To nie był trakt, jaki spotykało się na przedmieściach Krakowa czy Lwowa, lecz zwykły ukrainny szlak – szeroka, wydeptana w glinie ścieżka biegła dnem wąwozu, więc trudno było ją zgubić. W stepach błądziły czasami całe karawany kupieckie, a tylko po starych kurhanach – mogiłach i kopcach – poznać można było, że tędy, a nie gdzie indziej, przebiega droga. Na szczęście wielu podróżnych trzymało się zwyczaju nakazującego, by przejeżdżając obok, cisnąć na kopiec choćby starą gałąź. Dlatego te odnawiane ciągle znaki przetrwały całe lata.
Gedeon spieszył się, choć wiedział, że do nadejścia mroku było daleko. Nie zamierzał spędzić samotnie nocy na stepie. Jego czeladź pochorowała się jeszcze w Bracławiu. Zostawił ich pod dobrą opieką, a sam ruszył dalej, mimo iż wielu odradzało mu tę podróż. Ale jak dotąd nie przytrafiło mu się nic szczególnego. Wprawdzie w Konstantynowie usieczono przy nim człowieka w karczmie, potem wpadł w środek zajazdu, który urządził pan podkomorzy Ostrowski na jakiegoś Bałabana, następnie zaś o mało nie wzięto go za woźnego z pozwem i nie obito kijami. Były to jednak zwykłe, domowe sprawy panów braci, jakie działy się nie tylko tu, na dalekiej Ukrainie, lecz także i w rodzinnym Sieradzkiem.
W sumie – strachy na Lachy.
Jar stał się mniej stromy. Wkrótce Sienieński wyjechał na step porośnięty kępami niewysokich zarośli. Dalej był las – stary, mroczny, pogrążony w ciszy wieczoru.
Ogromne drzewa wyciągały konary nisko nad drogą. Wierzchowiec Gedeona – duży, silny koń jabłkowitej maści – potrząsnął łbem i parsknął. Szlachcic położył dłoń na szabli. Drzewa rozstąpiły się, na niewielkiej polanie mężczyzna ujrzał karczmę. Zdumiał go nieco ten widok. Zwykle gospody znajdowały się we wsiach, które z obawy przed tatarskimi najazdami umacniano tak, iż przypominały małe forteczki. Jednak ta chałupa stała w lesie, z dala od ludzkich sadyb.
Aż dziw, że przetrwała. Niedaleko było stąd do Korsunia, a kilka mil za nim rozciągały się już osławione Dzikie Pola.
Gedeon przyjrzał się oberży. Nie spodziewał się tutaj wspaniałego zajazdu ze świeżą pościelą, łaźnią i pachnącymi dziewkami służebnymi. Karczmy w tej części Ukrainy, co poznał na własnej skórze, były małe, brudne i ciasne. W ich strzesze świszczał wiatr, z powały spadały paskudne robaki, a wokół paleniska leżeli na pół martwi z przepicia Kozacy. Ta zaś nie była ani lepsza, ani inna niż pozostałe. Zwieńczona słomianym, opadającym aż do ziemi dachem, w którym – rzecz dziwna – widniała tylko jedna, mała dziura. Ściany krzywe, jakby wsparł się o nie krzepki pijanica pozostający pod przemożnym wpływem trunku, obejście brudne i zarośnięte chwastami. Zajazd nie miał obszernego stanu z tyłu. Już na pierwszy rzut oka wyglądał na typową mordownię. Na szczycie dachu przybito wiechę, a nad drzwiami spróchniałą tablicę z nazwą. Ale nie jakąś tam ładną, pasującą do tego miejsca. Napisano po prostu „Rozłogi. Trónki i pivo”. Znaczyło to, że karczmę można było uznać niemal za światową, bo w tych stronach mało kto z pospólstwa potrafił czytać i pisać.
– Hej, bywaj tu! – zakrzyknął Sienieński, gdy wjechał na plac otoczony zmurszałym płotem. – Wyjdźże, Kozacze!
Nikt nie odpowiedział. Gedeon rozejrzał się. Zwykle oberże w tej okolicy prowadzili starzy Zaporożcy o czerwonych od gorzałki nosach, gębach ozdobionych bliznami po zwadach i bitwach. Może w tej było inaczej? Może prowadził ją ktoś inny? W takim razie mógł być nim chyba tylko Żyd.
I znów bez odzewu. Gedeon zeskoczył z kulbaki, wprowadził wierzchowca do starej, na wpół rozwalonej szopy obok gospody. Były w niej dwa konie. Jeden biały, smukły, o wspaniałej, delikatnej grzywie, a obok niego kudłaty tatarski bahmat. Znaczyło to, że w karczmie ktoś stał. Czyli było z kim pić. Koń Gedeona zarżał gniewnie, gdy właściciel przywiązał go obok tamtych. Szybko zamierzył się zadem, chcąc kopnąć dzianeta. Sienieński uderzył go dłonią po łbie.
– Spokój, Kaper, szelmo!
Przemierzył podwórze i kopniakiem otworzył drzwi karczmy. Tak jak się spodziewał, izba była mała i brudna.
Na widocznym w głębi pomieszczenia szynkwasie płonął kaganek, na ścianach dwie pochodnie. W ich blasku ujrzał dwóch szlachciców. Pierwszy nie był wysoki, Gedeon przewyższał go o co najmniej pół głowy. Włosy, podgolone wysoko, mocno mu już posiwiały. Czoło znaczyła głęboka, ciemna bruzda – blizna po dawnym cięciu szablą. Oczy, zmrużone, zielonkawe, wyglądały w półmroku jak ślepia kota. Nieznajomy odziany był w dostatni, szarawy żupan przepasany litym pasem, zza którego sterczała rękojeść kindżału. Obok zasiadał drugi – młodszy, dużo wyższy, bardzo chudy, w skromnym żupanie z zielonego sukna.
Pewno pan i sługa – pomyślał Gedeon.
– Czołem, waszmościowie! – rzekł, podnosząc rękę do rysiego kołpaka.
Tamci nie odpowiedzieli. Starszy, ten z blizną, przyjrzał się uważniej Sienieńskiemu. Zapewne nie uszedł jego uwadze dostatni strój nowo przybyłego, a zwłaszcza młoda twarz i szabla w nabijanej klejnotami pochwie.
Gedeon wiedział, że z pozoru wyglądał na mało doświadczonego szlachetkę, który częściej miał do czynienia z kuflem i miską niż z szablą, a fechtował wyłącznie łyżką. Pozory jednak myliły, i to bardzo, o czym miało sposobność przekonać się już co najmniej kilku warchołów z Sieradzkiego.
Zza kontuaru wybiegł przygarbiony Żyd w wystrzępionym chałacie.
– Piwa, Żydzie! I jeść mi dawaj!
– Ja witać, witać, jaśnie wielmoźna pan ślachcic! – zagadał szybko starozakonny. – Nu u Chaima wśiśtko psiednie. U Chaima są delicyjały, jakich nawet pan ślachcic u księcia Koheckiego by nie miał!
– Jak zwykle łżesz, Żydzie! – mruknął cicho Gedeon. – Ruszaj po jadło.
Żyd nie zareagował, skulił się i wyszeptał niemal do ucha Sienieńskiego:
– Ja się bać, panie ślachcic. Ja się bahdzo bać... Źeby ja być sam, to aj waj! Ja by ugościć jaśnie pana jak habina! Ale tu stać inny ślachcic. I on nie chcieć, źeby tu kto inny poza nim był. A jak ktoś być, to on giewałty czynić. To on się bić. On kahczmę spalić i stahego Źida za bhodę szahpać! Jaśnie wielmoźny pan! Ja nie wiedzieć, co czynić.
Gedeon westchnął ciężko. Zerknął z ukosa na posiwiałego szlachcica.
– A widziałeś ty, Chaim, taki piniondz! – zapytał, przedrzeźniając nieco mowę Żyda, po czym rzucił na stół czerwonego złotego. Oczy Chaima rozszerzyły się gwałtownie. Gedeon pozwolił, by wziął w rękę ciężką monetę. Widział jego bezbrzeżny zachwyt.
– Ruszaj po jadło. A tamtym gościem się nie martw.
– Jaśnie pan, źieby ja się nie mahtwił niczym, to by ja ho, ho, habinem nasim zośtał. A tak z łaśki pana Niemihycza ten kahczma phowadzę. A ten pan to jeśt moźny pan. To jaśnie wielmoźny pan Dyonizy Muhaszko. Moźny ślachcic.
– Ruszaj po żarcie! – warknął zniecierpliwiony Sienieński.
Spojrzał z ukosa na obu mężczyzn, a potem wyciągnął zza pasa krócicę i położył na stole tak, żeby widzieli ją dokładnie. Zastanawiał się, kiedy tamci się zorientują, że bynajmniej nie ma ochoty opuścić karczmy.
Był bardzo ciekaw, kiedy skończy się cierpliwość pana Muraszki. Chwilę później pan Muraszko skinął na Chaima, a potem rzekł coś doń ściszonym głosem. Żyd załamał ręce i przytruchtał do Gedeona.
– Jaśny pan ślachcic. Pan Muhaszko kazał powiedzieć, zieby wasia wielmoźność stąd posiedł.
– A czyja to karczma? – spytał Gedeon. – Pana Muraszki?
– Jaśnie wielmoźnego pana Niemihycza...
– Skoro tak, to tylko Niemirycz mógłby kazać mi stąd wyjść. Rób swoje, Żydzie, i panem Muraszką się nie przejmuj!
– Aj waj! Giewałt będzie! – załamał ręce karczmarz.
Odszedł jednak od gościa. Pospiesznie udał się za szynkwas, a po dłuższej chwili przyniósł Gedeonowi misę kaszy jaglanej z mięsem, zwanej na Ukrainie sa łamachą, i pogięty, cynowy kufel pełen piwa. Sienieński zamierzał wziąć się do wieczerzy, gdy poderwał się towarzysz Muraszki.
– Waćpan nie słyszałeś, co ci Żyd mówił?! – warknął nieprzyjaźnie. – Dymaj z tej karczmy!
– Czy to wasz szynk?
Tamten stropił się nieco. Milczał przez chwilę. Najwyraźniej pytanie przerosło możliwości jego podgolonego łba.
– Nasz czy nie nasz... Łeż to! – powiedział trochę nie do rzeczy. – Waćpan masz stąd iść i kwita!
– A jak nie pójdę?
– Bieda będzie! – rozległo się z boku. To przemówił sam Muraszko. Wstał, nieco się chwiejąc. Widocznie był już nieźle podpity. – Ja w tej gospodzie stoję, chłystku. Ja lubię, jak mam dużo miejsca. – Czknął z powagą.
– Dymaj stąd!
– A jak nie pójdę? – powtórzył Sienieński.
Chudy odstąpił w tył. Gedeon dostrzegł, że wyciąga rękę do szabli. Boże, przemknęło mu przez głowę. Znowu awantura. A już myślałem, że dojadę spokojnie...
– Stawaj waść! – zakrzyknął w furii siwy szlachcic. – Stawaj zaraz, mlekosysie!
– Co waści tak spieszno do bitki? I o co idzie spór? Miejsca tu dosyć!
– Ja nie lubię, jak mi hołota powietrze psuje – mruknął tamten niewyraźnie. – Jam jest Dionizy Muraszko, o którym wiele waćpan musiałeś słyszeć!
– Słyszałem, jako psy wyją do księżyca... A jam Gedeon Michał Sienieński.
– Sienieński! – wykrzyknął Muraszko. – Syn Janusza Sienieńskiego?
– Co waści do tego. A jeśli nie syn, a bratanek, to co?
– To nic. – Muraszko wyglądał na nieco stropionego.
– Choćbyś był tylko jego bękartem, to i tak stawaj!
– Zaraz. Wieczerzę skończę...
Chudzielec obrócił się błyskawicznie. Chciał chwycić oparty o ławę bandolet, ale gdy się wyprostował, Gedeon zerwał się z ławy szybko i cicho jak ryś i wymierzył weń krócicę. Muraszko chwycił za szablę, lecz zaraz zamarł niezdecydowany.
– Odwołaj pachołka, bo ruszę cyngiel! – wycedził Gedeon. – Coście wy? Zbóje, żeby napadać na samotnego?!
A niechże to pioruny strzelą! Idźcie do diaska!
– Stawaj waść!
– Jak skończę jeść.
– Tchórzysz? – zapytał cicho Muraszko. – Godniejszym od ciebie krew upuszczałem.
– To gdzie staniemy? Przed karczmą?
– Idź!
– Ty pierwszy – zarządził Gedeon. – A pachołka puść przodem. Nie chcę mieć kuli w plecach!
– My szlachta, honor mamy!
– Akurat. Pies jebał twoje szlachectwo... – Gedeon nie skończył. Jego ręka, trzymająca krócicę na wysokości serca chudego sługi, nawet nie drgnęła w czasie rozmowy.
– I niech twój pachołek odłoży broń! Nie chcę tu jatki.


Dodano: 2009-06-17 17:59:33
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj powieść Scalziego


Wygraj "Kulawego szermierza"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Jordan, Robert - " Wojownik Altaii"


 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

 Rushdie, Salman - "Quichotte"

 Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

 Przechrzta, Adam - "Demony zemsty. Beria"

 Kisiel, Marta - "Płacz"

 Szczerek, Ziemowit - "Cham z kulą w główie"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Fragmenty

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS