NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

Gaiman, Neil - "Koralina"

Ukazały się

Komuda, Jacek - "Galeony wojny" (2017)


 Kornew, Paweł - "Śliski"

 Campbell, Jack - "Przestrzeń zewnętrzna: Strażnik"

 Ziemiański, Andrzej - "Toy Wars" (2017)

 Chima, Cinda Williams - "Zaklinacz ognia"

 Dayton, Arwen Elys - "Podrózniczka"

 Sutherland, Tui T. - "Mroczny sekret"

 Żwikiewicz, Wiktor - "Delirium w Tharsys"

Imprezy

Copernicon 2017
Od: 2017-09-22
Do: 2017-09-24

Linki

Watts, Peter - "Ślepowidzenie"
Wydawnictwo: Mag
Kolekcja: Uczta Wyobraźni
Tytuł oryginału: Blindsight
Tłumaczenie: Wojciech M. Próchniewicz
Data wydania: Lipiec 2008
Oprawa: twarda
Liczba stron: 328
Cena: 35,00
Rok wydania oryginału: 2006
Wydawca oryginału: Tor



Wywiad z Peterem Wattsem

Właściwie każda literatura bada ludzkość, poddaje ją próbie przynajmniej do pewnego stopnia


Katedra: Witam Cię na łamach serwisu Katedra i dziękuję, że zgodziłeś się udzielić wywiadu. Jest nam miło, że możemy z Tobą rozmawiać.

Peter Watts: Daj spokój, to ja dziękuję. Zważywszy na to, że niczego nie opublikowałem od 2006 roku, mam szczęście, że ktoś jeszcze chce ze mną rozmawiać.

K: Na początku chciałbym podgrzać nieco atmosferę. Czy mógłbyś powiedzieć, co aktualnie dzieje się ze „State of Grace”? Z tego co wiem, jeszcze nie znalazłeś wydawcy w USA. Dlaczego?

PW: „State of Grace” opowiada o Bogu w ten sam sposób co „Ślepowidzenie” o naturze świadomości. Nawet za najlepszych czasów wydawca może mieć problem, by sprzedać taką opowieść. „Ślepowidzenie” także zostało odrzucone przez wszystkich ważnych wydawców w Stanach Zjednoczonych za wyjątkiem Tor Books (dlatego zresztą zostałem z nimi, pomimo nie najlepszych relacji). Z tego co słyszałem, reakcje na „State of Grace” są bardzo podobne do tych, jakie były kiedyś w przypadku „Ślepowidzenia”, że nie ma miejsca na rynku dla bardzo mrocznych, bardzo naukowych powieści, że powieść jest zbyt ciężka i tak dalej. Miałem nadzieję, że sukces odniesiony przez „Ślepowidzenie” przydał się na coś, że udowodnił ludziom, iż de facto istnieje rynek i zapotrzebowanie dla powieści stanowiących efekt odważnych, konsekwentnie przeprowadzonych eksperymentów myślowych. Z tego co wiem – „Ślepowidzenie” spotkało się z odzewem czytelników, niestety globalna ekonomia zawaliła się, stopniała w międzyczasie do tego stopnia, że połowa branży wydawniczej wyparowała, a druga połowa zerka nerwowo przez ramię w obawie o własne życie. Nie chcą niczego poza bestsellerami gwarantującymi płynność finansową, więc albo zacznę takowe pisać, czyli romanse dla nastolatek o nastoletnich-wampirach, albo dam sobie spokój i znajdę inną pracę. Wciąż jednak tli się nadzieja. Wciąż istnieje kilka opcji wartych rozważenia i co najmniej jeden redaktor, który chce wydać „State of Grace” (o ile mi wiadomo, przeszkodą jest wewnętrzna polityka wydawcy). Zobaczymy.

K: Czy mógłbyś opowiedzieć, o czym będzie „State of Grace”? Czy jest to bezpośredni sequel „Ślepowidzenia”?

PW: Hmm, sądzę, że jest to raczej „sidequel” (luźna kontynuacja). Jest to po prostu historia tego, co dzieje się na Ziemi podczas wyprawy „Tezeusza” w kosmos. O ile do pewnego stopnia pogłębia ona kwestie świadomości poruszane w „Ślepowidzeniu”, ostateczny kierunek w jakim podąża fabuła jest zupełnie inny. Mój blurb opisuje ją jako „historię hard SF o innym rodzaju Technologicznej Osobliwości, kubeł zimnej wody wylany na głowy optymistów, którzy wypatrują jej z nadzieją i myślą, że będziemy mogli zainicjować ewolucję w postludzi bez poświęcenia esencji człowieczeństwa. Jest to także przewrotna religijna alegoria, w której Jezus Chrystus nie dokonuje na pustyni wyborów, jakie znamy z Biblii, lecz testuje Pana. Bóg istnieje naprawdę, nie jest On jednak niczym więcej jak tylko wirusem opanowującym prawa fizyki. Posiada posłańców – Anioły, ale są one jedynie bezdusznymi maszynami Turinga. Ponadto znalazło się miejsce dla kusiciela polującego na ludzkość, która Go stworzyła. I wreszcie jest zbawienie, które może być osiągnięte wyłącznie poprzez utratę duszy.”

K: Lubisz poddawać człowieka próbie. Czy raz jeszcze ujrzymy w „State of Grace” mroczną stronę ludzkiej natury?

PW: Właściwie każda literatura bada ludzkość, poddaje ją próbie przynajmniej do pewnego stopnia, nie sądzisz? Być może to, co czyni moje powieści innymi od reszty jest badanie owej „ludzkiej natury” z perspektywy czystej biologii. W rzeczy samej, kilku ludzi zasugerowało, że ja i paru innych pisarzy (Greg Egan czy R. Scott Bakker) stanowią przykład całego nowego ruchu w science fiction zdefiniowanego przez redukcyjne, neurologiczne podejście do rozwoju ludzkiego charakteru. Ów nurt nazywano różnie, „neurogunk” czy „charakterologiczne hard SF”. Jakkolwiek by go nie nazwać, należę do niego. Nie jestem wprawdzie do końca przekonany, czy w ogóle to, o czym rozmawiamy, można nazwać nurtem, ale faktycznie daje się zauważyć, że ja i kilku kolegów po piórze wgłębiamy się w układ ludzkiego mózgu dużo głębiej niż zwykli robić to autorzy dotąd.

K: Jak sądzisz, czemu masz takie problemy ze znalezieniem wydawców dla swoich powieści? Zarówno „Ślepowidzenie”, jak i teraz „State of Grace” napotkały problemy z publikacją w Stanach, z kolei ze „Starfish” były trudności w Rosji.

PW: Podejrzewam, że rzeczy, które piszę po prostu nie pasują do przyjętego przez branżę wydawniczą wzorca tego, co jest popularne. Słowo, które w dyskusjach o mojej prozie powraca jak bumerang, to „mrok”. Inne to „trudność” – nikt tak jak krytyk John Clute nie narzekał, że książki mojego autorstwa są zbyt trudne dla szerszej publiki, wyłączają wiele osób z grona potencjalnego targetu, ponieważ wrzucam za dużo technicznych konceptów i terminologii bez zawracania sobie głowy wyjaśnieniami dla tych, którzy nie przeszli „inicjacji” technicznej. Nie piszę dla publiczności, lecz to, co sam chciałbym czytać. To oznacza ni mniej, ni więcej, że traktuję czytelników jak równych sobie. Wygląda na to, że akurat w Polsce takie podejście zadziałało. Zadziałało też o wiele lepiej, niż mógłbym przypuszczać, w Stanach Zjednoczonych. Mimo wszystko. Wprawdzie listy bestsellerów są obecnie zdominowane przez powieści w rodzaju „Zmierzchu”, ale prędzej zagłodziłbym się na śmierć niż zaczął pisać tak głupie książki.

K: Skąd w Tobie takie zamiłowanie do obcości? Zarówno w „Ślepowidzeniu”, jak i w „Starfish” mamy dziwnych bohaterów, w „Starfish” chyba nawet bardziej niż w „Ślepowidzeniu”. Kosmiczne wampiry, świry i potwory tworzą niezłą menażerię. Bardzo lubię takie postacie, chciałbym jednak wiedzieć, co Ciebie fascynuje w opisywaniu takich postaci?

PW: Możliwe są dwie odpowiedzi. Pierwsza jest taka, że zachowanie każdego systemu jest zawsze najbardziej interesujące, gdy testujemy go w skrajnych warunkach. Obserwowanie wapniaków siedzących na kanapie, zajadających się chipsami i gapiących w ekran telewizora ma swoje wady, ale wrzućmy ich do płonącego domu albo na szczyt góry, by zobaczyć, jakie są ich ograniczenia, z jakiej są ulepieni gliny. Krańce takiego systemu są zawsze najostrzejsze, świecą najmocniej. Więc orbituję dookoła takich zakręconych, pochrzanionych bohaterów, bohaterów, którzy definicję człowieczeństwa naciągają do maksimum, ponieważ właśnie takie postaci mogą więcej powiedzieć „jacy jesteśmy” i „kim jesteśmy”. Inna odpowiedź jest oczywiście taka, że używam czubków i potworów jako podpory swoich powieści, ponieważ po prostu nie jestem wystarczająco dobrym pisarzem, by stworzyć naprawdę interesujących bohaterów.

K: Jeśli już rozmawiamy o bohaterach, w tym wampirach, jak długo pracowałeś nad wampirzą biologią i naukowym tłem powieści? O ile pamiętam, na końcu „Ślepowidzenia” zamieściłeś ponad sto przypisów. Czy mógłbyś opowiedzieć o procesie powstawania książki?

PW: Najpierw ostatnie pytanie. Mógłbym opowiedzieć ci o tym „procesie powstawania książki”, ale musiałbym wtedy napisać całą cholerną książkę. Więc, jeśli pozwolisz, nie zrobię tego zanim nie zadasz bardziej szczegółowego pytania. Jeśli zaś chodzi o to, jak długo zbierałem materiały do powieści, to... w sumie proces zdobywania wiedzy jest trwały, uczysz się rzeczy przez całe swoje życie, często takich, których nigdy nie wykorzystasz. Jasne, są etapy, kiedy spinasz się, przysiadasz i przez wiele tygodni czytasz specyficzne, określone naukowe teksty, ale uważam, że ważniejsze są pomysły, jakie wskakują do głowy podczas picia piwa z przyjaciółmi, albo kiedy czytasz coś bez wyraźnej intencji „robienia researchu”. Idea „awersji do krzyża” narodziła się na przykład ponad dziesięć lat temu, kiedy czytałem pewną naukową książkę o mózgu. Czytałem artykuł na temat budowy siatkówki oka i kory wzrokowej i dowiedziałem się, że znajdują się tam zespoły komórek, które uaktywniają się jedynie w odpowiedzi na określone wzorce wizualne – pewne reagują na jeden bodziec, np. linie poziome, inne na linie ukośne – itd. Gdy o tym przeczytałem, zaraz pomyślałem, hej, jeśli przytkniesz komuś krzyż do nosa w pozycji horyzontalnej a receptory wzrokowe odpowiedzialne za wertykalne i horyzontalne postrzeganie odpalą w tym samym momencie – wtedy byłem już po konwencie science fiction, gdzie podczas panelu dyskusyjnego rozmawiano o wampirach – to będzie fajny efekt. Tak doszedłem do neurologicznego mechanizmu wyjaśniającego, dlaczego wampiry nie cierpią krzyży. To był po prostu szczęśliwy zbieg okoliczności i pierwszy krok na drodze do stworzenia biologicznie możliwych wampirów. A ja nawet nie próbowałem się wysilać. Większość mojej pracy wygląda właśnie w ten sposób. Owe dziwaczne zbiegi okoliczności dają mi pomysły, które następnie rozrastają się w całą opowieść. Tylko wtedy gdy muszę pomyśleć o tym, jak poskładać opowieść, siadam za biurkiem i zmuszam się do systematycznej pracy badawczej, podczas której skupiam się na poszczególnych kwestiach.

K: Pracujesz jako badacz ssaków morskich. Czy mógłbyś opowiedzieć o swojej pracy? Kim właściwie jest Peter Watts?

PW: Pracowałem jako badacz morskich ssaków. Z wrzaskiem uciekłem z Akademii, kiedy polityka o mały włos nie zamieniła mnie w dziwkę. Nie, żebym miał coś przeciwko prawdziwym dziwkom, nawiasem mówiąc. Prostytucja to stary i zaszczytny zawód, ale sprzedawanie naukowego autorytetu wyższym instancjom jest czymś zupełnie innym. A tak się złożyło, że moja praca badawcza pod tytułem „Co powoduje spadek populacji lwów morskich Stellera na Północnym Pacyfiku?” została sfinansowana przez koncern, który zajmował się również komercyjnym połowem ryb i który wyruszył był na siedlisko lwów morskich i zaczął wyławiać ryby tuż przed tym, zanim zaczęła spadać populacja Stellerów. Możesz więc sobie wyobrazić, że ludzie z tego koncernu mieli żywotny interes w tym, by pewne fakty i pytania nie wyszły na jaw. Ostatecznie nie wyszło najgorzej. Po tym, jak rzuciłem Akademię i nie miałem pracy, w desperacji zacząłem pisać science fiction. Reszta to już historia.

K: Jako biolog z pewnością jesteś obeznany z najnowszymi osiągnięciami i odkryciami naukowymi. Sądzisz, że powinniśmy zacząć myśleć o zdobywaniu oceanu tak, jak robimy to z Kosmosem? O przenoszeniu społeczeństwa pod wodę? Czy mamy do tego technologię?

PW: Jeśli nawet nie mamy technologii, to sądzę, że możemy ją łatwo opracować. Być może zaistnieje potrzeba zbudowania załogowych, podwodnych habitatów – takich jakie na przykład opisałem w „Starfish”; i pewnie pojawi się rynek dla firm oferujących usługi turystyczne, rekreacyjne, sportowe dzianym turystom; co zresztą powoli już się dzieje, np. w Dubaju. Nie sądzę jednak, żeby zaistniała potrzeba zbudowania podwodnych aglomeracji, w których przez cały czas żyłoby, uczyło się i rozwijało tysiące osób. Środek najgłębszego oceanicznego rowu to zaledwie kilka kilometrów, co mimo wszystko jest raczej niewielką zmianą. Tworzymy w tej chwili łodzie podwodne poruszające się niczym delfiny, szybujące w odmętach, między kolumnami wody szybciej niż niezdarne sterowce dawno temu. Moim zdaniem, jeśli jest potrzeba regularnych wizyt na dnie oceanu, taniej wyjdzie nam podróż tam i z powrotem właśnie w łodziach podwodnych czy specjalnych skafandrach; po powrocie na powierzchnię spokojnie będziemy mogli pod koniec dnia obejrzeć sobie film czy wypić piwo. Jedyny racjonalny scenariusz, który właściwie zmusiłby większe masy ludzi do przenosin w głąb oceanów, to ten, w którym z powodu globalnego ocieplenia powierzchnia oceanów i mórz – wskutek silnych sztormów – stałaby się na tyle niestabilna i nieprzyjazna, że zamieszkanie na pływających platformach stałoby się niemożliwe.

K: Dlaczego zatem zdecydowałeś się zmienić scenerię ostatniej powieści i przenieść się z oceanu do egzotycznego kosmosu. A może kosmos wcale nie jest egzotyczny i ma jakieś wspólne elementy z podwodnymi krainami?

PW: Sceneria uzasadniała opowieść. Chciałem zbadać na ile świadomość jest ewolucyjna użyteczna i metodą na to było założenie istnienia nieświadomych kosmitów. A ponieważ kolejną rzeczą, jaką chciałem zrobić, było stworzenie przekonująco obcych Obcych – organizmów, których wymagania środowiskowe byłyby całkowicie odmienne od naszych – to już na początku wymusiło przeniesienie miejsca akcji poza planetę. Tak po prostu. Po podmorskim cyklu głębia oceaniczna stała się dla mnie troszkę nudna.

K: Jakiś czas temu NASA opracowała komputerową, trójwymiarową symulację ewolucji naszej galaktyki. Na jej podstawie doszli do wniosku, że od samego początku, od chwili powstania Drogi Mlecznej, ponad trzysta zaawansowanych obcych cywilizacji mogło narodzić się zanim pojawił się człowiek. Pamiętam słynne równanie Drake’a, za pomocą którego on również wskazywał, że nie jesteśmy we wszechświecie sami. Jako pisarz science fiction, a także naukowiec, co sądzisz o takich eksperymentach?

PW: Sądzę, że są to pożyteczne eksperymenty myślowe. Parę lat temu w magazynie „Science” opublikowano fascynujący artykuł naukowy na temat obszaru Drogi Mlecznej, który mógłby być „strefą mieszkalną”. Co do równania, uważam, że dla istot żywych o podobnych do naszych rozmiarach N wynosi jeden. Ogólnie wartość wzoru Drake’a jest bardzo wątpliwa. Zawiera siedem różnych zmiennych, a my nie mamy zielonego pojęcia, jakie wartości przypisać do pięciu z nich. Nie zrozum mnie źle. Naprawdę uważam, że te eksperymenty myślowe są użyteczne. Zmuszają nas do krystalizowania myśli, wyraźnego i matematycznego kodyfikowania czynionych założeń, zmiennych, jakie rozważamy. Ale aktualne przewidywania? Stawiałbym raczej na to, że jeśli już zbierzemy konkretne dane, udowodnimy, że tego typu modele są błędne. W końcu kto z nas przypuszczał, że Jowisz posiada tyle księżyców? Kto przewidział, że odkryjemy istnienie ciemnej energii?

K: Więc jesteśmy sami w kosmosie?

PW: Będąc naukowcem stawiam orzechy przeciw diamentom, że życie jako takie całkiem powszechnie rodzi się w kosmosie. W żadnym wypadku nie śmiem twierdzić, że fizyka i chemia, które wsparły rozwój życia na Ziemi, są czymś unikalnym we wszechświecie; argumenty mające świadczyć o unikalności Ziemi wydają mi się wątłe i słabe, łatwo rozerwać je na strzępy, a paradoks Fermiego rozważa kwestię typu: „Nie widzę Obcych, kiedy patrzę w kosmos, więc ich nie ma”. Z drugiej strony równanie Drake’a będzie bezużyteczne tak długo, jak długo nie dowiemy się, jakie wartości naprawdę do niego podstawić. Jeszcze raz powtórzę: choć sam uznaję przesłankę dla istnienia życia pozaziemskiego w całości za realną, nie możemy debatować w tej sprawie na odpowiednim poziomie, dopóki nie posiądziemy odpowiednich danych.

K: Czy jeśli kiedykolwiek odkryjemy inteligentnych Obcych, będziemy mogli z nimi porozmawiać? Przypuszczam, że szanse na to są nikłe. Możemy wymieniać uwagi na temat „Paradoksu Fermiego” posiłkując się matematyką, ale wielu autorów science fiction, jak Lem, Delany czy też Ty sam uważa, że komunikacja na poziomie dyskusji między gatunkami jest albo niemożliwa (Lem), albo niebezpieczna (Delany).

PW: Mogę jedynie skierować cię do odpowiedzi na pytanie poprzednie. Jeśli właściwie nawet dyskusja na temat natury życia gdziekolwiek indziej we Wszechświecie jest bezcelowa, potrójnie bezcelowa jest debata na temat natury inteligentnego życia. Wydaje się logiczne, że jeśli gdzieś życie rozpocznie ewolucję, zrobi to w zgodnie z darwinowskimi spostrzeżeniami. Ale przyjęcie nawet tej tezy może być nieuzasadnione. W tej chwili pracuję nad opowiadaniem science fiction, które bawi się ideą ewolucji inteligentnego życia zgodnie ze spojrzeniem na ewolucję lamarckowską. W skrócie jest to ponowne opowiedzenie kultowego filmu „Coś” Johna Carpentera z 1982 roku, tyle że z punktu widzenia zmiennokształtnego Obcego, i im głębiej wgryzam się w temat, tym więcej widzę możliwych dróg ewolucji życia, wykraczających poza darwinowskie standardy. Odpowiadając na twoje pytanie, po prostu nie wiem. Ja, podobnie jak Lem czy Delany, jak tysiące innych pisarzy, po prostu bawię się ideami, eksperymentuję w moich opowieściach. I właśnie tym one są, opowieściami. Po prostu opowieściami. Jedne są bardziej, drugie mniej prawdopodobne, a część z nich może okazać się wręcz prawdziwa, ale w tej chwili nie ma mowy, abyśmy mogli robić coś więcej, niż tylko zgadywać.

K: Czy mógłbyś powiedzieć nam nad czym aktualnie pracujesz? Poza „State of Grace” oczywiście.

PW: Zacząłem epicką opowieść, która ciągnie się od końca naszego stulecia aż po sam koniec czasu. Dosłownie. W części to odpowiedź na te wszystkie seriale w TV orzekające ex cathedra, że istnieje cała masa sieci bram czasoprzestrzennych zostawionych przez dawno wymarłe cywilizacje, za pomocą których można podróżować szybciej od światła. Takie założenie zawsze uważałem za swego rodzaju oszustwo. Ten cykl powieściowy, roboczo zatytułowany „Sunflowers”, jest opowiedziany z perspektywy biednych małp, odpowiedników naszej klasy średniej. Owe małpy muszą zbudować tą sieć, czołgając się tysiące lat z podświetlną prędkością, budząc się wyłącznie na tyle, by zbudować kolejną bramę i kolejną, a potem następny sen i tak przez kolejne kilka milleniów. W międzyczasie cywilizacje powstają i upadają i czasami przez bramy przechodzi coś, czego te małpy nie są w stanie pojąć, quasi-boskie społeczności, mogące je zmiażdżyć nawet o tym nie wiedząc i nie chcąc tego. A czasem przez bramy nie przechodzi nic. Małpy nauczyły się, żeby po prostu lecieć z prądem, że to jest w ich najlepszym interesie. Niech wszechświat starzeje się wraz z nimi. Są zresztą zaangażowane w trwającą miliony lat bitwę o wolną wolę z pokładową SI, może i o wiele głupszą od nich, ale i prostszą. Pierwsza z opowieści ukaże się w czerwcu w antologii Gardnera Dozoisa „The New Space Opera 2”; jestem z niej całkiem zadowolony. Zaprojektowałem cykl tak, żeby mógł stać się kiedyś podstawą dla gry komputerowej, naprawdę wypasionej gry komputerowej! jak sądzę. Co prawda za Chiny Ludowe nie wiem, jak takową grę stworzyć, ani jak skontaktować się z ludźmi odpowiadającymi w branży gier za produkcję, by pchnąć ją do nich, więc to właściwie bujanie w obłokach. Napisałem też szkic rozgrywającego się w bliskiej przyszłości techno-thrillera „Intelligent Design”, którym również bym się ekscytował, gdyby tylko ktokolwiek na świecie był zainteresowanym kupnem tej pieprzonej powieści.

K: Czy zobaczymy Twoje nowe teksty opublikowane na licencji Creative Commons?

PW: Mam taką nadzieję. W zasadzie kupuje się prawa do publikacji na wyłączność, ale kiedy tylko one wygasną, chciałbym, żeby moja twórczość była możliwie jak najszerzej dostępna. Ale wszystko zależy od konkretnego, nomen omen, kontraktu. Tylko raz miałem ochotę podrzeć w drobny mak umowę licencyjną i jednostronnie puścić wszystko do sieci. Tak było w przypadku „Ślepowidzenia”, a to oczywiście dlatego, że Tor przygotował umowę, jak dla trupa wychodzącego z trumny.

K: Dlaczego zdecydowałeś się na publikowanie powieści na licencji CC (budzącej spore kontrowersje)? Udostępnianie własnej twórczości w sieci nie jest wśród pisarzy powszechne.

PW: To całkiem oczywiste, dlaczego tak wielu ziomków sprzeciwia się idei Creative Commons. Ludzie rzadko kiedy chcą płacić za coś, co mogą mieć za darmo, więc jeśli rozdajesz swoją pracę za darmo, dewaluujesz wartość wysiłku, jaki włożyłeś w tworzenie i obniżasz swój dochód. Mogę sympatyzować z tym punktem widzenia, całkowicie racjonalnym zresztą. Niektórzy poszli jeszcze dalej i twierdzą, że pisarze publikujący za darmo na licencji Creative Commons dewaluują wartość pracy wszystkich pisarzy, powszechnie obniżając dochód ze sprzedaży książek, również dochód tych, których własna praca nie została uwolniona. Ci ludzie są idiotami i nie zamierzam z nimi sympatyzować.
Opublikowałem powieści na licencji Creative Commons z dwóch powodów. Po pierwsze opowiadania i powieści, którym skończył się nakład, i tak nie przynoszą mi zysku, więc nic nie tracę umieszczając je w internecie za darmo. Jednocześnie teksty stają się dostępne dla wszystkich czytelników, z których przynajmniej część je polubi i kupi moją następną książkę. Zatem w najgorszym razie nic nie straciłem, a w najlepszym – zyskałem kolejnych czytelników.
„Ślepowidzenie” umieściłem w sieci z innego powodu. Mimo że wciąż był dostępny w druku, właściwie parę miesięcy po pierwszej publikacji. Jest dość oczywistym, że Tor uznał powieść za finansową wtopę jeszcze zanim ją wydał: jeden z dwóch największych wydawców na kontynencie, postanowił nie prowadzić przedsprzedaży mojej książki i opublikował „Ślepowidzenie” w gównianej, taniej oprawie i w małej ilości egzemplarzy.
Potem krytycy zaczęli robić szum wokół powieści, ale ponieważ wydrukowano tak niewiele kopii, nikt nie mógł cholery kupić. W końcu „Ślepowidzenie” stało się numerem jeden na cotygodniowych listach bestsellerów kilku sklepów. Tylko że sprzedawcy w ogóle nie mieli egzemplarzy książki. Najwięcej zamówień składano na powieść, której nie było w magazynach. A to dlatego że wydrukowano za małą ilość kopii, ilość nie zaspokajającą zapotrzebowania! Można by się spodziewać, że Tor z szybkością błyskawicy zrobi dodruk i w istocie zaczęli o tym myśleć. Ale potem czekali aż z magazynów znikną te cholerne resztki, które zostały, a kiedy już to się stało, zmienili zdanie i czekali aż znowu będzie więcej zamówień! I tak ciągle zmieniali i zmieniali, jakby chcieli, żeby przedsięwzięcie poszło w diabły.
Wtedy przeczuwałem, że „Ślepowidzenie” odniesie komercyjną porażkę niezależnie od tego ile pozytywnych recenzji dostanie. Miałem więc wybór: albo pozwolę na to, by nikt tego nie przeczytał i nic na tym nie zarobię, albo przynajmniej zrobię tak, by książka była dostępna dla wszystkich, kto tego chce, chociaż w wersji cyfrowej. Nie mając więc nic do stracenia, puściłem to na licencji Creative Commons... i sprzedaż hardcoverów poszła w górę trzykrotnie. Reszta to już historia: wysoka sprzedaż, w cholerę nominacji do nagród, wiele dodruków wydań hardcoverowych, mnóstwo zagranicznych przekładów. „Ślepowidzenie”, jako plik tekstowy, jest używany przez kilka uniwersytetów na kursach filozoficznych, a jako książka w wersji fizycznej nawet jako jeden z tekstów źródłowych na kursie neuropsychologii Uniwersytetu Stanowego w Miami. To był sukces artystyczny i komercyjny, przekraczający wszelkie wyobrażenia. I nie mam wątpliwości, że to by się nie zdarzyło, gdybym nie umieścił książki w sieci na licencji Creative Commons.
Warto przy tym zaznaczyć, że to nie sama publikacja na licencji CC przyczyniła się do sukcesu, zdecydował raczej rozgłos, jaki uzyskało „Ślepowidzenie” w ten sposób. Oddolnej pomocy udzielili mi popularni blogerzy, blogi takie jak Boing Boing, Johna Scalziego, Kathryn Cramer. Gdyby nie ta pomoc, książka nie sprzedałaby się tak, jak się sprzedała. Dawanie ludziom za friko swojej roboty to wciąż rzadko spotykana strategia, więc jeśli ktoś decyduje się na coś takiego, robi się wokół szum. I dlatego moja strategia zadziałała.
Dlatego też jednak publikacje na licencji CC długo nie będą działać w ten sposób. Im więcej ludzi wskoczy na pokład, tym strategia stanie się mniej skuteczna. By przyciągnąć uwagę, będziemy musieli wymyślić coś nowego. Ale na razie, na tę chwilę, Creative Commons zrobiło więcej niż tylko przyspieszyło sprzedaż mojej powieści i przyciągnęło uwagę szerszej publiki. CC uratowało moją pisarską karierę.

K: Bardzo dziękuję za wywiad i trzymam kciuki za sukces następnych powieści.

Wywiad przeprowadził Jan „Żerań” Żerański.


Autor: Żerań


Dodano: 2009-04-17 18:32:21
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

wob001 - 20:41 17-04-2009
Bardzo dobry wywiad.
Nietuzinkowy pisarz i doskonale przygotowany prowadzący. BRAWO.

toto - 21:13 17-04-2009
Pierwsze zdania Wattsa, genialne.


No i moglibyście chłopaki zalinkować stronkę Wattsa ;) . Co prawda każdy zainteresowany może użyć google, ale człowiek, jako że jest leniwy, raczej tego nie zrobi. Zainteresowani mogą zajrzeć tu

ASX76 - 22:04 17-04-2009
Bardzo interesujący wywiad z bardzo interesującym pisarzem! Gratulacje, Żerań! :)
Do licha, strasznie napaliłem się na "State of Grace". :P

Teraz czekam, aż weźmiesz w "obroty" Stephena Donaldsona.

MORT - 23:09 17-04-2009
Watts pisze:I’m told there will be a parade in my honor down the streets of Warsaw, and that if I can attend I will have my choice of hookers.

Co wyście mu tam naobiecywali?! :lol:

:wink:

Ausir - 10:38 18-04-2009
Czy możliwe byłoby wywieszenie również wersji angielskiej tego wywiadu (bo przeprowadzany był raczej po angielsku)? Na pewno znaleźliby się chętni do przeczytania jej (szczególnie, jeśli podlinkuje do niej u siebie Watts).

romulus - 11:07 19-04-2009
Peter Watts - my man! Świetny koleś. I, jak ASX, napaliłem się ostro na STATE OF GRACE. Szkoda wielka, że takim nieznaczącym nic promilem na rynku jesteśmy :( Wywiad - bomba. Fajnie byłoby upublicznić wersję angielską.

Żerań - 12:27 19-04-2009
Dziękować, dziękować. Tak, rozmawiałem z Wattsem po angielsku i niestety nie mogę powiedzieć, co obiecaliśmy Peterowi za zwycięstwo. Wszystko jest top secret.

Shadowmage - 16:21 19-04-2009
Nawet reszta redakcji nic nie wie :P

Co do wersji angielskiej - myślimy jak to rozwiązać, pewnie coś się uda wymyślić w najbliższym czasie.

MORT - 18:28 19-04-2009
Tu jest link do bloga, którego zacytowałem - jakby ktoś chciał poczytać, a nie chciało mu się szukać.

toto - 19:26 19-04-2009
Jeszcze jakaś nagroda (Sfinks?), jakiś wywiad w Polsce i się okaże, że "State of Grace" trafi do nas, nawet jeśli nie będzie amerykańskiego wydawcy. :lol:

MORT - 21:28 19-04-2009
To by było coś. Polska premiera pierwszą na świecie. 8)

romulus - 09:31 20-04-2009
Ta wersja angielska byłaby dobra dla czytelników Wattsa spoza Polski, tak myślę. Chyba że już wywiad znają :)

nosiwoda - 09:33 20-04-2009
wob001 pisze:Bardzo dobry wywiad.
Nietuzinkowy pisarz i doskonale przygotowany prowadzący. BRAWO.
Errr? Wiecie, jak bardzo lubię Żerania, więc...
Pisarz faktycznie nietuzinkowy. Wywiad całościowo nie jest zły, ale bardzo dobry? Bez przesady. Żerań w dwóch miejscach wydaje się nie słuchać odpowiedzi albo sztywno trzyma się swego planu pytań. Co powoduje, że Watt odpowiada, jak odpowiada.
Wtrącanie w wypowiedź takich kolokwializmów jak "za Chiny Ludowe" czy "ziomek" jest niewłaściwe. Nie dlatego, że to kolokwializm, ale dlatego, że nagle Watts zaczyna "mówić" jak Polak po 20. To takie "wierzbięctwo". W filmie animowanym może być fajne, ale w wywiadzie z prawdziwą osobą - drażni, bo brzmi fałszywie.

A co do doskonałego przygotowania:
zgodnie ze spojrzeniem na ewolucję Lamarckiana.
No such thing. Rozumiem, że Watts powiedział "Lamarckian evolution", ale to jest przymiotnik, utworzony od nazwiska Lamarcka. Chodziło o "ewolucję lamarkowską", ewolucję wg Lamarcka. /poprawione. V

malakh - 11:46 20-04-2009
Przeczytałem ten wywiad i jestem kontent. Dlaczego? Bo w redakcji na Poltku jest mój wywiad z Peterm (ma facet rwanie, nie ma co xD). Żerań skupił się na "State of Grace" i pytaniach bardziej ogólnych; ja z kolei starałem się w większym stopniu kłaść nacisk na jego prozę i wyciągać z niego wypowiedzi na tematy, na które wiem, że ma ciekawe zdanie (ewolucja socjopatów, wpływ wykształcenia na prozę). Tak więc, fajnie, że wywiady się nie pokryją (poza, oczywiście, pytaniem o Creative Commons).

to ja chciałem tylko jeszcze dodać - mój wywiad jest dłuższy;P

Żerań - 11:55 20-04-2009
o, malakh - też zapytałeś o CC? Rotfl. Ale w sumie to nic dziwnego, że my, Polacy, tak pytamy się o darmowe teksty; u nas nie ma raczej chętnych na publikację za darmo nawet opowiadania, a na zachodzie jest już cała gama autorów uwalniających swe dzieła. No, ale biorąc pod uwagę zasięg oddziaływania języka polskiego i angielskiego, to oni mogą zarabiać na pisaniu nawet rozdając swoje książki...

malakh - 11:56 20-04-2009
Dzięki CC przeczytałem jego opowiadania - musiał się zapytać;D Jak sam Peter wspominał, jest to popularny temat, a zatem oczywiste pytanie.

Żerań - 12:41 20-04-2009
Już po wysłaniu pytań poprosiłem o dopytkę, bo chciałem poruszyć jeszcze kilka kwestii związanych z jego książką, na przykład świadomości i idei osobowości wielorakiej (wielordzeniowej pasowałoby chyba bardziej:) ), ale już czasu nie było na odpowiedź, dedlajny skutecznie Petera załatwiły. Ciekawe, czy to, co teraz wyjdzie w "The New Space Oprah 2" również zostanie opublikowane na licencji, bo - poza "Oczami Boga" wszystko wyszło...

nosiwoda - 15:20 20-04-2009
Nota bene ciekawa jest ta sytuacja z Wattsem. Może nie do końca taka, jak z Carrollem czy Whartonem, bo oni u siebie byli prawie w ogóle niedocenieni, a u nas kultowi, ale coś na rzeczy jest. Watts jest tam niszowy nawet w niszy, u nas - hołubiony i chwalony (w niszy, oczywiście). Biorąc pod uwagę te konotacje, nie wiem, czy powinniśmy być dumni, że "doceniliśmy Mistrza!" :)

/Pozbyłem się zbędnej dyskusji, żeby temat ładnie wyglądał. V

AM - 15:46 20-04-2009
Z Wattsa nic nie będzie, pisałem o tym jakiś czas temu. Złożyłem nawet ofertę, która została przyjęta przez europejskiego subagenta. Jednak, gdy została przekazana dalej (do Stanów), okazało się, iż książka nie zostanie dokończona, jeśli nie znajdzie się amerykański wydawca.

MORT - 16:45 20-04-2009
AM pisze:Z Wattsa nic nie będzie, pisałem o tym jakiś czas temu. Złożyłem nawet ofertę, która została przyjęta przez europejskiego subagenta. Jednak, gdy została przekazana dalej (do Stanów), okazało się, iż książka nie zostanie dokończona, jeśli nie znajdzie się amerykański wydawca.

Jak zobaczyłem "AM" jako autora ostatniego postu, to już mnie nadzieja zaczęła podpuszczać, że może jednak... :(

ASX76 - 16:51 20-04-2009
AM pisze:Z Wattsa nic nie będzie, pisałem o tym jakiś czas temu.


Panie Andrzeju, a może by tak zarzucić wędkę na "Starfish"?
I w zależności od wyniku sprzedaży wydać (lub nie) ciąg dalszy...

AM - 17:03 20-04-2009
ASX76 pisze:
AM pisze:Z Wattsa nic nie będzie, pisałem o tym jakiś czas temu.


Panie Andrzeju, a może by tak zarzucić wędkę na "Starfish"?
I w zależności od wyniku sprzedaży wydać (lub nie) ciąg dalszy...


Też już o tym pisałem :) . Nie zależy mi na słabszych książkach Wattsa.

malakh - 23:22 27-04-2009
Żerań pisze:Ciekawe, czy to, co teraz wyjdzie w "The New Space Oprah 2" również zostanie opublikowane na licencji


Przynajmniej przez około rok, nie. Peter pisał, że póki co prawa do tekstu ma wydawca antologii.

W sumie mogę się przy okazji pochwalić, że w "Suplemencie do wywiadu" zawarta będzie również ocena "The Island" (jako pierwsi na świecie o tym napiszemy;D).

Komentuj


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e03)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e02)

Recenzje

Brzezińska, Anna - "Córki Wawelu"


 Bourne, J.L. - "Armagedon dzień po dniu"

 Szrejter, Artur - "Legenda wikingów. Opowieść o Ragnarze Lodbroku, jego żonach i synach"

 Lem, Stanisław - "Dzienniki gwiazdowe II"

 Cherezińska, Elżbieta - "Płomienna Korona"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

 Bennett, Robert Jackson - "Miasto schodów"

 Denfeld, Rene - "Zaczarowani"

Fragmenty

 Duszyński, Tomasz - "Impuls" #1

 Butcher, Jim - "Zdrajca"

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

 Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

 Wilderäng, Lars - "Rozgwieżdżone niebo"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Tapinas, Andrius - "Wilcza godzina"

 Fletcher, Michael R. - "Bez odkupienia"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS