NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Wolfe, Gene - "Cień i Pazur"

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Ukazały się

Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"


 Sanderson, Brandon - "Słowa światłości" (twarda okładka)

 Knaak, Richard A. - "Malfurion" (Blizzard Legends)

 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 North, Claire - "U schyłku dnia"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Atwood, Margaret - "Opowieść Podręcznej" (2020)

 Cummings, Lindsay; Alsberg, Sasha - "Nexus"

Linki

d'Estienne d'Orves, Nicolas - "Sieroty zła"
Wydawnictwo: W.A.B.
Tytuł oryginału: Les Orphelins du mal
Data wydania: Kwiecień 2009
ISBN: 978-83-7414-621-0
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 13,5 x 20,2 cm
Liczba stron: 520
Cena: 44,90 zł



d'Estienne d'Orves, Nicolas - "Sieroty zła"

Prolog

Była skończenie piękna: wysokie czoło, szeroko rozstawione oczy, dyskretne uszy, zdecydowany podbródek, delikatnie zarysowane wargi, równiutkie zęby, długie, jedwabiste włosy, bardziej złociste niż obwarzanek.
– Proszę szeroko otworzyć oczy, Fräulein – poprosił lekarz, pochylając się nad młodą kobietą.
– Tak?
Zrobiła minkę sowy, prawie komiczną, przewracając oczyma. Ten grymas wywołał uśmiech na twarzy mężczyzny w białym kitlu, znanego przecież ze swej powściągliwości podczas pracy. Ale teraz miał powód do radości! Jakże rzadko widywał ten odcień granatu, turkusu i lazuru...
„Dwa ametysty”, pomyślał, odsuwając palcami powiekę, by ocenić jej elastyczność. Rodząca poddała się temu bez sprzeciwu, niczym zwierzę u weterynarza.
– A ojciec? – zapytał doktor.
Ciężarna wzruszyła ramionami, uśmiechając się bezsilnie. Pielęgniarka odczytała z karty informacyjnej:
– Ingelheim, Gawain. Dwadzieścia dwa lata. Untersturmführer. Ukończył jako prymus szkołę w Burgu w Sonthofen. Posiada zaświadczenie o aryjskości od dwunastu pokoleń. „Spotkał się” z Fräulein Greve w Halgadøm w nocy z 12 na 13 maja 1938 roku...
– Czy pani potwierdza? – spytał lekarz pannę Greve, zaczynając badać dotykiem jej brzuch.
Potrząsnęła głową i wybełkotała:
– Potwierdzam datę... lecz właśnie dowiedziałam się, jak się nazywa, Herr Doktor...
Lekarz zmarszczył brwi. Jego palce zagłębiały się łagodnie w ów krągły brzuch, posuwając się od kości łonowej do pępka. Uświadomił sobie, że machinalnie porusza palcami, jakby grał na fortepianie Partitę Bacha.
Trzecia... – powiedział do siebie, nie bez dumy: wczoraj po raz pierwszy zagrał ją bez najmniejszego potknięcia! Dzieci klaskały, a żona aż zarumieniła się z zadowolenia. Po tym małym rodzinnym recitalu on sam czuł się jak na rauszu. To były jego ulubione chwile. Ta intymna bliskość między sztuką a człowiekiem! Ta symbioza najdoskonalszej twórczości i najbardziej czystego gatunku ludzkiego! Wkrótce jego dzieci dorosną. Wkrótce ci młodzi Aryjczycy przejmą wartę. To oni są przyszłością! Oni są przyszłością rasy!
„Zupełnie jak on...”, pomyślał doktor, wyczuwając główkę przez skórę brzucha. Odsunął delikatnie prześcieradła, odsłaniając łono kobiety, jeszcze jaśniejsze, jeszcze bardziej słoneczne niż włosy.
„Córo Ewy, bądź silna!”, wydeklamował w duchu.
Łagodnie przesunął palce na owłosienie, jakby je gładząc, muskając. Pielęgniarka wyprostowała się, zaskoczona, lecz przyszła matka uśmiechnęła się jeszcze bardziej. Jej spojrzenie pogrążyło się głęboko w oczach medyka, jak lód, co topnieje w ogniu. Wstrząs sejsmiczny, narodziny świata.
– Czy jest pani gotowa? – zwrócił się z pytaniem do Fräulein Greve.
– Jestem... gotowa – odpowiedziała głosem przerywanym nie ze strachu, lecz z emocji.
Pielęgniarka podeszła krok bliżej, popychając stolik na kółkach, na którym leżały metalowe narzędzia. Potem odchyliła łóżko rodzącej, zamieniając je w stół operacyjny.
– No to zaczynajmy... – rzekł obojętnie lekarz, wkładając sterylizowane rękawiczki.

Poród był jak sen. Matka sądziła, że słyszy śpiewające anioły. A przecież były to jedynie jej własne krzyki, jej własne jęki, była jednak tak zaabsorbowana, tak zelektryzowana, że już nie odczuwała cierpienia. Jej świadomość pokonała nerwy. Czuła pustoszony brzuch, rozdzierane ciało, ale to była tylko radość, tylko namacalność. Oddawała się cała, równie nieskalana, jak przy własnym narodzeniu.
Nigdy nie znała innego mężczyzny. Pozostała czysta dla tego żołnierza, którego widziała przez tę jedną noc, tę jedną godzinę, jeden pocałunek. Lecz biorąc go w ramiona, przyjmując w siebie, pozwalając mu w siebie wejść, to Führerowi ofiarowywała swe dziewictwo; to Rzeszy czyniła dar ze swej czystości, ze swej niewinności, ze swego piękna. Była w ciąży nie z człowiekiem, a z ojczyzną. I tą odpowiedzialnością kierowała się od dziewięciu miesięcy.
Bracia się jej wyparli, ojciec publicznie znieważył. Tylko reakcja matki była właściwa, zdrowa:
– Ty nam wskazujesz drogę, Heidi. Nie miej im tego za złe, oni też do tego dojdą...
Lecz ona nie miała im tego za złe. Jakżeby mogła? Jej życie nabrało sensu, podczas gdy oni żyli w ciemnościach. Z każdym dniem ciąży jej wiara rosła, tak jak w głębi jej łona rozwijała się owa istotka tak niezwykła, tak prawdziwa.
Ostatni ból. Krzyk przeraźliwy, z otchłani. I radość pielęgniarki.

– Chłopiec! – wykrzyknęła, podczas gdy lekarz przecinał pępowinę.
Heidi płakała ze szczęścia. Spojrzała na zegar stojący w sali operacyjnej i uświadomiła sobie, że poród trwał prawie pięć godzin.
Napotkała spojrzenie doktora: wydało jej się, że cała radość go opuściła. Z zaciśniętymi zębami i zmarszczonymi brwiami, zrywał rękawiczki z widocznym niesmakiem.
Młoda matka zrozumiała, że coś jest nie w porządku...
– Co... co się dzieje? – wyjąkała.
Oni jej jednak nie słuchali. Pielęgniarka podała dziecko lekarzowi, który wziął je w ramiona, mimo grymasu niechęci na twarzy.
Chwycił maleństwo za kark i wyciągnął ramię, by je pokazać matce. Niemowlę, ze skrzywioną szyjką, krzyknęło.
Heidi nie była w stanie nic powiedzieć. To niemowlę – to była część jej samej. Czuła jakby to ją chwytano za włosy, że to jej przeszkadzano oddychać. Niemowlę czerwieniało coraz bardziej, wyrywając się rozpaczliwie. Lekarz przeszedł od przygnębienia do okrutnej obojętności. Nic już nie przedostawało się poprzez jego stalowe spojrzenie.
Heidi była jak sparaliżowana. Słowa, nienawiść, strach, wszystko zapadało w jej świadomość, ale nie mogła z siebie nic wykrztusić. Tylko łzy spływały po jej twarzy.
Twarz, właśnie...
Doktor przybrał pozory surowości, jak policjant, przynoszący złą nowinę.
Usiadł obok Heidi na łóżku i położył niemowlę na jej piersi. Niemowlę instynktownie wyciągnęło zadyszane wargi do zaróżowionej piersi matki, lecz ona już nie miała odwagi go dotknąć. Jakby obawiała się, że zbytnio się do niego przywiąże, że nigdy już nie będzie chciała go oddać.
Wystarczyło jej, że wpatrywała się w niemowlę, które wydawało się przerażone bólem, hałasem, światłem; świat otwierał się przed nim w sposób tak okrutny. A zwłaszcza – była ta czerwona rana, ohydna, w samym środku twarzy.
Equarta labia – rzucił lekarz.
Matka poczuła zakłopotanie.
– Potocznie nazywa się to „zajęczą wargą” – wyjaśnił lekarz jeszcze bardziej obojętnie, jakby prowadził wykład. – Rozszczep podniebienia, brak języczka... klasyczne, nieprawdaż?
Hedi nie wiedziała, co powiedzieć. Jej ciało powoli się odprężało, odnajdywała władzę nad ruchami.
Udało się jej sięgnąć ręką aż do niemowlęcia, gdy dostrzegła gest pielęgniarki. Ta, skupiona, napełniała właśnie strzykawkę. Heidi, nie pytając nawet, zrozumiała...
Jej dłoń musnęła niemowlę, jednak doktor odsunął się, trzymając je wciąż przy sobie.
Pielęgniarka wyciągnęła ku niemu strzykawkę.
– Dziękuję, Schwester – rzekł. – Proszę wziąć dziecko w swoje ręce, nie chciałbym, żeby się szamotało.
– NIEEEEEEEEE!!!!! – zawyła matka, lecz nie była w stanie się unieść, jakby była uwięziona w gipsowym pancerzu.
Jedną ręką lekarz gładził główkę dziecka. Można by sądzić, że chciał na niej złożyć pocałunek, tak bardzo był ten gest delikatny i czuły. Drugą ręką zbliżał do czubka głowy strzykawkę.
Matka trwała z otwartymi ustami, wydając tylko nieme okrzyki. Widziała, jak igła spoczęła na ciemiączku. W sali zapanowała przerażająca cisza. Wielki, przedśmiertny spokój.
Dziecko tylko raz drgnęło, gdy igła zagłębiła się w czaszkę. Jego oczka zaokrągliły się i instynktownie zwróciło wzrok w stronę matki.
Lekarz wkłuł się głębiej i nacisnął strzykawkę.
Pielęgniarka sama z trudem powstrzymywała drżenie. Czuła, jak mała istotka wiotczała w jej ramionach.
Dziecko pozostało nieruchome. Zastygło, gdy usiłowało wpatrywać się w matkę; może i ją rozpoznać?
Heidi próbowała oderwać się od tego, zapomnieć, nie rozumieć. Lecz oczy dziecka były tak okrągłe, tak zachłanne.
– Takie jak moje...
Wyrzut łączył się w nich z ukojeniem.
– Pierwsze pokolenie musi być zdrowe – rzekł beznamiętnie lekarz, zrezygnowany i wyczerpany, wyciągając strzykawkę.
– Niech je pani jej poda, teraz – polecił pielęgniarce.
Jawohl, Doktor Schwöll!
Ułożyła dziecko w ramionach matki. Mimo zniekształconej twarzy, mimo maleńkiej czerwonej bruzdy, przecinającej czoło, niemowlę ogarnął dziwny spokój.
Heidi wzięła je, jakby było z porcelany. Ich oczy znów się spotkały. Oczy dziecka były teraz zamglone. Jego spojrzenie oddalało się, powracało tam, skąd przyszło.
Jego ciałkiem wstrząsnęło konwulsyjne drgnięcie, jakby lekka czkawka, po czym główka zaczęła przechylać się do tyłu.
Matka była zdruzgotana. Nie czuła nawet rąk pielęgniarki, która zabrała niemowlę. Z trudem dosłyszała głos lekarza, łagodny, opanowany.
– Po miesiącu rekonwalescencji zostanie pani znów przewieziona do domu porodowego w Halgadøm. Będą tam wspaniali oficerowie, dzięki którym zapomni pani o tym drobnym... przygodnym incydencie...
Lekarz z fałszywym uśmiechem pogładził policzek Heidi i dorzucił:
– Jest pani młoda, Fräulein Greve, a Rzesza jeszcze pani potrzebuje!



Dodano: 2009-04-16 09:54:39
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj nowości wydawnictwa Initium


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Chiang, Ted - "Wydech"


 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

Fragmenty

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS