NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Kańtoch, Anna - "Zabawki diabła" (Powergraph)

Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Ukazały się

Weinbaum, Stanley G. - "Drapieżna planeta"


 antologia - "Drugie lądowanie. Antologia króciaków"

 Szacha, Georgij - "Nie było smutniejszej historii"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

Linki

Komuda, Jacek - "Samozwaniec", tom 1
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Samozwaniec
Kolekcja: Orły na Kremlu
Data wydania: Lipiec 2009
ISBN: 978-83-7574-039-4
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 488
Cena: 34,90
seria: Bestsellery polskiej fantastyki
Tom cyklu: 1



Komuda, Jacek - "Samozwaniec", t.1 #1

Kuźnia była pode wsią, kawałek drogi od gościńca. z daleka, między łanami pszenicy poprzerastanej ostami i kąkolem, mokrej od wieczornej rosy, widzieli pełgający, czerwony ognik - odblask dalekiego paleniska, czerwieńszy od wieczornej zorzy. Kiedy na chwilę przystanęli, doszedł do nich niosący się daleko po łąkach i polach dźwięk kowalskiego młota.
- Są - rzekł Nieborski, który wzrok miał jak sokół, a słuch jak nietoperz. - Widzę jakiś wóz pod karczmą. - Stary wasąg i starzy znajomi.
- Brać pistolety! - zakomenderował Dydyński. - Panie Nieborski, przekłułeś zapał? - zerknął na skałkowy pistolet pocztowego. - Bo albo słaby proch masz, albo dziurkę wąską jak u wiecznej dziewicy, przy panewce tego dziwadła.
- Przechędożyłem szpilą!
- Ruszamy!
Pomknęli przez pola, rozdzielili się na trzy części; a potem wpadli na plac przed budowlą niczym tatarski zagon. Stolnikowic i Świrski od strony polnej dróżki, Nieborski i Borek od zagonów, zmuszając konie do skoku nad żerdziami i chruścianym płotem. Zakotłowało się na podwórzu; w tętent kopyt wdarło się rżenie wierzchowców, krzyk ludzi, gdakanie spłoszonych kur. Trzeba przyznać, że widząc nadciągających zbrojnych, rzekomi słudzy Bolestraszyckich nie wpadli w panikę. Skoczyli do wozu, zbili się w grupę najeżoną ostrzami szabel, popatrującą spode łbów na konnych, mierzących do nich z pistoletów.
- Napad? - zapytał ochryple dowódca. - Nieboszczyka chcecie ograbić?! On już swoje wycierpiał!
Dydyński podjechał bliżej, stanął o krok z szablą dobytą z pochwy.
- Dziwny to nieboszczyk, co złotem brząka po śmierci. a jeszcze dziwniejszy syn ojca, który się samych córek dochował. Piękną piosnkę zaśpiewaliście pod Bachorzkiem; prawie w nią uwierzyłem. Szkoda, że rymy ubogie, a w koligacjach błądziliście jak pijanica w borze. Zabiliście i ograbiliście Wojcieszka Jaksmanickiego, mego sąsiada i kompana! Chcieliście ciała zgubić, ale koń wam uciekł, a potem do pana wrócił. Dość już gadaniny! Kładę na was areszt, jako schwytanych in recenti na mężobójstwie!
- Jakie ciała? Jakie mężobójstwo? - zarośnięty strzyknął śliną w piach, taktownie odwracając głowę. - Nas mospanie nie obchodzą żadne koligacje, ani jakieś tam perturbacje. Wynajął nas pan Bolestraszycki, abyśmy przywieźli ciało nieboszczyka z Wenecji, a nie dla załatwiania prywatnych porachunków. Schowajcie broń, bo nie chcemy żadnej zwady, ani nikogo nie zabiliśmy. Gdzie są dowody? Gdzie protestacja wniesiona przez rodziny zabitych?
- Dowody są w trumnie. Pokażcie, co tam macie!
- Chcesz waszmość upewnić się, że naprawdę wieziemy nieboszczyka?
- Chcę się przekonać, że rana zadana waścinym rapierem, którą widziałem na piersi Wojcieszka, to tylko sen.
- Moim rapierem? - czarny wzrok zarośniętego był nieodgadniony, ale postać tchnęła spokojem. - Alboż to ja tylko jeden na ziemi ruskiej rapier noszę?
- Jeśli się mylę - przeproszę waszmości za podejrzenie.
- Dobrze. Ja tylko apeluję o rozwagę. Nie chcemy żadnej zwady, prawda mości panowie?
- Otwierajcie!
Zarośnięty uniósł w górę otwarte dłonie, jakby pokazując wszem i wobec, że jedyną bronią, którą szermuje, jest prawda. Wskoczył na wasąg, aż wóz, który stał bez jednego koła i wciąż nie był naprawiony, zakołysał się. Chwycił za róg płóciennej płachty zakrywającej wnętrze, odrzucił ją odsłaniając podłużny kształt okryty wypłowiałym aksamitem.
I wtedy rozpętała się burza.
Dydyński nagle zmrużył oczy i ścisnął mocniej rękojeść szabli. Przytrzymał uzdę i w jednej chwili obrócił konia, wokół przedniej prawej nogi, dał ostróg, aż Hetmanka skoczyła, a raczej pofrunęła do przodu, jakby przyprawiono jej skrzydła. Już wcześniej przeczuł, co się święci. Kątem oka wychwycił ruch ręki krępego brodacza w futrzanej czapie i porwanej huni. Widział jak tamten wyrywa z zanadrza pistolet, zawadza kurkiem o lewą połę opończy, szarpie się z opornym materiałem, podnosi broń do strzału...
Nie zdążył pociągnąć za spust! Koń wpadł na niego z impetem, a jeździec chlasnął szablą z góry, na odlew - po ręku, nieco powyżej łokcia. Brodacz ryknął, cisnął broń w piasek, zręcznie umknął spod kopyt klaczy. Mając za sobą jeźdźca na koniu nie wdawał się w przepychanki - śmignął jak zając prosto pod wasąg, wygramolił się po drugiej stronie, już z szablą w ręku. Dwa suche odgłosy wystrzałów, zabrzmiały niemal jednocześnie. Świrski wypalił z półhaka do grubawego Niżowca. Impet wystrzału obalił Kozaka wstecz, na burtę wozu; ranny chciał jeszcze chwycić się jej lewą ręką - nie zdołał, osunął się na bok, szorując głową po łozowej plecionce i zostawiając na niej wąski ślad krwi.
Borek wygarnął z bandoletu do drugiego mołojca. Trafił w lewy bark, aż impet kuli szarpnął przeciwnika w tył. Starszy sługa odrzucił za plecy broń uczepioną do bandoliera, porwał za szablę by dobić rannego. Nieborski miał mniej szczęścia. Ostatni z grasantów skoczył nań z chłopskimi, drewnianymi widłami w ręku, szarżował od strony wozu w desperackiej furii, zapewne chcąc przebić się poza krąg pocztowych bigosujących jego kompanów, aż wióry leciały.
Nieborski porwał za pistolet, strzelił w lewo, przekładając rękę przez przedni łęk kulbaki. Kurek z krzemieniem spadł na panewkę, skrzesał iskry, zapalił proch i... wystrzał nie padł.
Hajduk krzyknął w furii, wbił widły w bok jeźdźca, przytrzymał. Nieborski był bez zbroi, w samym przeszywanym żupanie; zawył z bólu, jego koń szarpnął się, postąpił w bok. Pocztowy chciał porwać za szablę, ale wróg miał go jak na widelcu; drewniane zęby przeszyły ciało szlachcica, przechodząc między jelcem, a kabłąkiem i przyszpilając rękojeść zygmuntówki do ciała! Przeciwnik popchnął z całej siły, zwalił jeźdźca z kulbaki. Cisnął widły i skoczył w stronę uchodzącego podjezdka, chcąc pewnie na jego grzbiecie wydostać się z matni. Świrski wyrósł na jego drodze jak spod ziemi, ciął szablą raz, drugi, trzeci... Szlachcic na wozie nie przyszedł z pomocą kompanom. Pochwycił lejce w lewą rękę, a prawą dobył wąskiego, graniastego rapiera. Nie bawił się w popędzanie woźników - po prostu chlasnął ostrzem po zadzie lewego dyszlowego. Koń zakwiczał, rzucił się w przód, pociągając za sobą prawego kompana, poniósł na dróżkę wiodącą w stronę gościńca.
Dydyński pomknął za wozem, pozostawiając pocztowym rozprawienie się z resztą swawolników. Wasąg popędził z turkotem, przechylony na prawą stronę. Zawadził osią o drewnianą barierkę ogrodzenia kuźni, oderwał ją z trzaskiem od pionowych bali, powlókł za sobą...
Stolnikowic zrównał się z wozem, ciął z prawej, w pierś, poprawił wbrew - z góry, z zamachu. Przeciwnik zasłonił się, chlasnął płasko, ale ostrze przeszyło tylko puste powietrze.
- Naści! Za Wojcieszka! - zakrzyknął Dydyński podjeżdżając do samej burty wasągu. Ciął z góry, w całym pędzie - zarośnięty ledwie dał radę zasłonić się ostrzem; nie mógł trzymać lejc i jednocześnie walczyć, skulił się więc za burtą, zasłonił rapierem z góry, byle tylko przetrwać furię konnego przeciwnika.
Nie uszedł daleko.
Rozpędzony, pozbawiony tylnego koła wóz wpadł w pędzie w płytkie, podmokłe trzęsawisko, w miejscu, gdzie mały strumyk przedzierał się leniwie przez łany bujnie rozrośniętej pszenicy. Wasąg, zahaczający prawą tylną osią o kamienie, pochylił się na lewo, a potem wywrócił. Dyszel pękł w jednej chwili, woźniki pociągnęły go za sobą żłobiąc tylnym końcem szeroką bruzdę w wyjeżdżonym trakcie.
Trumna spadła na bok, wprost na wysoką miedzę, przetoczyła się z łoskotem i znieruchomiała, wplątana w żyto i wysokie trawy. Dydyński podjechał tam, gdzie spod przewróconego wasągu wypełzł tyłem zarośnięty szlachcic, zabłocony i umorusany jak swawolna dziewka wywieziona ze wsi na wozie pełnym gnoju. Na wpół siedząc, odpychał się w tył i wlókł za sobą bezwładną - pewnie przetrąconą nogę. Nagi rapier trzymał w prawym ręku, a jego oblicze wykrzywiał grymas bólu.
- Stój! - krzyknął donośnie stolnikowic. - Rzuć broń i zdaj się po dobroci!
Kędzierzawy cofał się tyłem, żłobiąc własnym siedzeniem głęboki rów w wyschniętym błocie. Hetmanka parsknęła cicho, wyrywała do przodu, wstrzymywana na munsztuku.
- Rzuć broń, a gardło będziesz miał całe!
Zarośnięty szlachetka jęknął. Splunął w stronę pana Jacka.
- Chodź tu, psi synu! - wycharczał. - Kończ ze mną! Oszczędź męki.
- Kat z tobą skończy! Rzuć rapier!
Powoli, nie spuszczając wzroku ze stolnikowica, czarniawy odłożył broń.
- Rzuć dalej! w pole!
- Nie mogę...
- Wyrzuć, albo kopyta dodadzą ci skrzydeł!
Krzywiąc się z bólu i jęcząc, zabójca Wojcieszka spełnił polecenie. Odrzucił rapier o dobre dwie stopy od siebie.
- Teraz wstawaj!
- Nie wydolę, panie.
- Nie wydolisz, to zginiesz!
- Pomóżcie... Błagam, panie. Łaski!
Te słowa nie pasowały do człeka, którego miał przed sobą. Nikt o tak zwinnych ruchach i oczach zmienionych w wąskie szparki nie zdobyłby się na żałosne skomlenie o litość.
- Wyjmij kindżał z rękawa i odrzuć precz! Albo zobaczysz, jak chadza się z dziurą we łbie - Dydyński porwał lewą ręką za rękojeść kołowego puffera.
Czarniawy skoczył. w jednej chwili zerwał się na nogi jak dziki zwierz. Lewą ręką cisnął w oblicze stolnikowica garść piachu; prawa w mgnieniu oka dobyła z rękawa żupana krótki sztylet.


Dodano: 2009-04-03 06:47:19
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Nawiedzenia"


Wygraj "Ostatniego strażnika"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS