NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

Fletcher, Michael R. - "Bez odkupienia"

Ukazały się

Mastai, Elan - "Inne dziś"


 Brzezińska, Anna - "Córki Wawelu"

 Kristoff, Jay - "Nibynoc"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Janusz, Aleksandra - "Cień Gildii"

 Canavan, Trudi - "Obietnica następcy"

 Jadowska, Aneta - "Szamańskie tango"

 McClellan, Brian - "Sługa korony"

Imprezy

Copernicon 2017
Od: 2017-09-22
Do: 2017-09-24

Linki


Literackie zgadywanki 03/2009

Poniżej znajdziecie subiektywne oczekiwania redaktorów Katedry wobec wybranych zapowiedzi wydawniczych na ten miesiąc. Nazwa dość dobrze oddaje charakter prezentowanych krótkich opinii, będących swego rodzaju przewidywaniami, zabawą w typowanie czy zaklinaniem rzeczywistości. Należy podkreślić, że prezentowane tytuły nie pretendują do rangi jakiegokolwiek zestawienia, w szczególności nie są to „jedyne warte uwagi” pozycje, mające ukazać się na rynku.


Matt Ruff, „Złe małpy”

Matt Ruff (ur. 1965) nie jest szczególnie płodnym autorem – jak dotąd spod jego pióra wyszły cztery książki (dwie ukazały się w Polsce). "Głupiec na wzgórzu" to nastrojowa baśń, rozgrywająca się w scenerii Uniwersytetu Cornella, w której autor swobodnie żongluje motywami rodem z Tolkiena i Szekspira. "Ścieki, gaz i prąd", książka całkowicie inna pod względem gatunkowym, przypisywana przez krytyków do postcyberpunku, opowiada o śledztwie w sprawie spisku, w jaki zamieszani są Walt Disney i J. Edgar Hoover. Prowadzącej dochodzenie bohaterce pomaga – zupełnie bez entuzjazmu – Ayn Rand, której zrekonstruowaną osobowość komputer umieścił w sztormowej lampie.
Na 10 marca Wydawnictwo Rebis zapowiedziało polską premierę najnowszej powieści Matta Ruffa, zatytułowanej „Złe małpy”. Zawartość notki informacyjnej pozwala domniemywać, że autor inspirował się "Raportem mniejszości" Philipa Dicka. Utwór Dicka, mam nadzieję, stanowi jedynie inspirację, a sama historia rozwinie się inaczej, zaskakująco. Liczę na zwroty akcji nie-do-przewidzenia, otwarte zakończenie i piękny język. Matt Ruff zdążył mnie już przyzwyczaić do ironii i celnych puent – oby poniższy dialog nie był przypadkiem jednostkowym.

„- Zatem, co konkretnie robią Złe Małpy? – zapytał lekarz. – Karzą złych ludzi?
- Nie. Zazwyczaj ich po prostu zabijamy.”1)

Beata Kajtanowska




M. John Harrison, „Viriconium”

Jakie kryteria zastosować, gdy chce się zarekomendować książkę, która dopiero ma się ukazać? Z oczywistych względów na samym początku odpada chwalenie ciekawych rozwiązań fabularnych czy historii opowiedzianej przez autora. Można na przykład poszukać w zapowiedziach swego ulubionego pisarza, który we wcześniejszych książkach nie schodził poniżej pewnego poziomu. Można też spróbować ów problem ugryźć od innej strony. Na naszym rynku wydawniczym mamy dwie serie, w których ukazują się niebanalne, ciekawe książki. Mowa o Uczcie Wyobraźni MAGa i Rubieżach Solarisu. Jako że tylko w tej pierwszej w marcu ukaże się książka, wybór okazała się prosty. Padło na „Viriconium” M. Johna Harrisona.
Pierwszą rzeczą na podstawie której szukałem odpowiedzi na pytanie – przeczytać czy nie przeczytać - był opis książki. Choć zdarzają się blurby mylące zupełnie czytelnika w kwestii treści, jaką może w książce odnaleźć. W tym wypadku trzeba jednak zaufać takiemu opisowi. A w nim znajdziemy obietnicę niezwykłej książki, w której rzeczywistość będzie się przeplatać z iluzją. Gdzie nie zawsze będzie można być pewnym co jest prawdą, a co tylko majakiem.
Można również poszukać opinii osób, których zdanie się ceni, które miały okazję zapoznać się z oryginałem. Z ich opisów wynika, że autor posługuje się pięknym stylem. Harrison ponoć wyprzedził swoja epokę i „Viriconium” napisał w sposób niespotykany w latach 70. i 80. Teraz z Harrisonem porównuje się choćby Miéville’a, a dla mnie takie porównanie niesie za sobą kolejną obietnicę, tym razem związaną z niebywale plastycznym odmalowaniem uniwersum, w którym będzie toczyła się akcja. Ostatecznie „Viriconium” może też przekonać do siebie osoby uczulone na science fiction. Książka Harrisona to odejście od fantastyki naukowej w Uczcie Wyobraźni.
Oczywiście tylko zgaduję.

Łukasz Najda





Przeczytawszy pierwsze trzy tomy „Kronik Diuny”, trudno nie spoglądać na tom czwarty inaczej, jak z ogromną niecierpliwością. Herbert nie tylko stworzył arcydzieło, ale i doskonale poradził sobie z wyzwaniem, jakim jest zręczne przedłużenie wątków doskonałej „Diuny”. W dwóch kolejnych tomach zmienił ton opowieści, przeniósł ciężar z akcji na psychologię postaci i dogłębnie wyeksploatował motywy i aspiracje bohaterów, rozgrywki między nimi i relacje ich łączące. Co będzie dalej?
Po czwartym tomie spodziewałbym się przesilenia, które przesunie opowieść na nowy tor – tak, jak na nową orbitę pchnął wcześniej Diunę „Mesjasz”. Do przetasowań zachęca sama fabuła – wszak Arrakis ulega głębokim przemianom, zbliżającym planetę do punktu krytycznego, za którym kryje się mnóstwo niewiadomych i zmiany wykraczające daleko poza rzeczywistość samej Diuny. Ciekaw jestem niezmiernie, jak wybrnie Herbert z pułapki, w którą – zdawać by się mogło – wpadł, kreśląc losy młodego Leto Atrydy i czyniąc z niego postać niepokonaną.
„Bóg Imperator Diuny” ma więc szansę być powieścią przełomową, która wniesie w Kroniki powiew świeżości i otworzy pola dla nowych interpretacji i literackich poszukiwań. Równie dobrze tom czwarty może być jednak tym, w którym Herbert wyczerpie swój literacki potencjał, z pozornych ślepych uliczek wyrwie się banalnymi fabularnymi sztuczkami i zaserwuje czytelnikom odgrzewane danie zamiast kolejnej literackiej uczty.

Krzysztof Pochmara





Głównym problemem w pisaniu o oczekiwaniach dotyczących kolejnych tomów cykli jest to, że nie sposób się obyć bez odwoływania do części wcześniejszych. W zasadzie nie ma w tym nic złego, ale można niechcący zdradzić za dużo fabuły osobie, która wcześniejszych części nie czytała. Problem się jeszcze potęguje, gdy ma się do czynienia z powieścią sztucznie podzieloną na dwie (a czasem i więcej) części. Właśnie coś takiego ma miejsce w przypadku książki Petera F. Hamiltona „Gwiazda Pandory. Inwazja”. Postaram się jednak jakoś wybrnąć z tej sytuacji i powiedzieć trochę o moich oczekiwaniach nie zagłębiając się w szczegóły dotyczące fabuły.
Bazując na wcześniejszych doświadczeniach z twórczością Hamiltona (cykl zapoczątkowany „Dysfunkcją rzeczywistości”) przypuszczam, że w „Inwazji” nastąpi jeszcze silniejsze zwiększenie tempa akcji. Wydarzenia powinny zmieniać się jak w kalejdoskopie, a czytelnik nie powinien mieć nawet chwili oddechu. Przypuszczam również, że zostanie wprowadzonych jeszcze kilka nowych wątków i postaci, które urozmaicą i tak już rozbudowaną wizję autora.
Jak sama nazwa wskazuje, zapewne to, co było ukryte w tajemniczej gwieździe, przystąpi do ataku na ludzką część galaktyki. Zgaduję, że skutecznego i ludzkość będzie zbierać solidne baty. Nie sądzę też, by się to zmieniło aż do ostatnich stron tej powieści – w końcu od czegoś jest także „Judas Unchained”, drugi tom „Sagi Wspólnoty”. Być może na znaczeniu zyska wątek postaci podróżujących ścieżkami między światami – w końcu jak na razie to jedyny punkt zaczepienia, który może doprowadzić do wyjaśnienia tajemnicy leżącej u podstaw cyklu.
Niezależnie od tego, czy moje przypuszczenia się sprawdzą, nie obawiam się sytuacji, że będę się nudził podczas lektury. Hamilton ma to do siebie, że nawet pisząc mniej istotne fragmenty, potrafi przykuć uwagę czytelnika, a także rozbawić go szczyptą humoru.

Tymoteusz Wronka





Porywający, epicki retelling legendy arturiańskiej (…)Klasyka absolutna, pierwsza dziesiątka.

Przyglądając się bliżej opowieściom o życiu ludzi, z którymi nie zawsze chcielibyśmy mieć do czynienia, łatwo zauważyć, że obfitują one w poruszające wydarzenia i barwne historie, które nierzadko kończą się czymś zapadającym w pamięć potomnych. Normalna kolej rzeczy – żeby móc o czymś mówić, trzeba to przeżyć, skosztować. Wtedy powstają największe dzieła, bo zrodzone z pasji i doświadczenia. Terence Hanbury White łączył w sobie sprzeczne cechy – obok zamiłowania do legend arturiańskich, języków martwych, przyrody i polowań musiał przez całe życie walczyć z lękami, obawą przed podążeniem ciemnymi ścieżkami własnej natury. Pisanie cyklu „Był sobie raz na zawsze król” musiało być dla Brytyjczyka swoistą terapią. Znalazł w nim upust dla pasji, fobii, a nawet traumy dzieciństwa i odczuć wobec wojny, podczas której pisał kolejne części dzieła, a przed którą od zawsze uciekał. „Księga Merlina” zamyka pięcioksiąg, będący humorystycznym retellingiem historii o królu Arturze, przedstawionej w dziele „Le Morte d’Arthur” sir Malory’ego z XV w. W odróżnieniu od ciepłych i naprawdę zabawnych dwóch pierwszych tomów, ostatnia księga ma być gorzką refleksją nad wojną, przed którą nie ma ucieczki, i dopełnieniem melancholijnego losu Artura i jego mentora. Rozpoczynając lekturę cyklu, liczyłem na spotkanie z barwną baśnią, taką prawdziwą, w dawnym stylu, mądrą i zabawną – nie zawiodłem się. Poważniejszy „Rycerz spod ciemnej gwiazdy” zapowiadał zmianę nastroju, przyciągał czymś nowym – poruszającymi fragmentami, przejęciem, z jakim śledziło się losy postaci. Jak będzie z „Księgą Merlina” mogę tylko zgadywać, z pewnością nie przerośnie wydanych już części, niewykluczone, że nie zdoła im nawet dorównać. Mentorski styl White’a, wcześniej dość nieśmiały, może zdominować całość i uczynić ją ciężkostrawną. Co jednak pozostaje czytelnikom, których zachwyciła snuta przez uzdolnionego bajarza gawęda? Cóż, chyba tylko… wysłuchać jej zakończenia.

Krzysztof Kozłowski




Christopher Moore, „Błazen”

Uwaga! Będę zgadywał!
Ze średnim entuzjazmem przystąpiłem do najnowszego pomysłu dzielnych katedralnych sióstr i braci. Mój entuzjazm jest wprost proporcjonalny do ilości dostępnych informacji na temat zapowiedzianego dziecka Christophera Moore’a, autora, z którym miałem już przyjemność zetknąć się przy okazji kilku książek. Obecnie „obrabiam” „Wyspę wypacykowanej kapłanki miłości” i jest to pierwszy zgrzyt w mojej znajomości z panem Moore’em (mam na myśli twórczość oczywiście, bądźcie spokojni, nie dane mi było poznać go osobiście). Tym niechętniej biorę się za zgadywankę, ponieważ czuję, że przeniknie do niej wiele odczuć, jakie towarzyszyły mi w trakcie lektury „Wyspy”. A nie chcę by była to zapowiedź mojej recenzji „Wyspy”. Skoro będziecie znać tezę, po cóż mielibyście czytać samą recenzję? Zatem... Zabraniam Wam czytać ten tekst, jeżeli zamierzacie poczekać na recenzję „Wyspy”. Albo inaczej! Nie zabraniam. Czytajcie. Ale nie zdziwcie się, jeżeli jednak zmienię zdanie. Ostatniego zdania w „Wyspie” nie przeczytałem i niewykluczone, że jeszcze zweryfikuję ocenę książki.

W „Błaźnie” Chris Moore bierze na warsztat tematykę twórczości Williama Shakespeare’a (autor pewnie wolałby nazywać go Billem, Shake’ym, Shaking Spearem czy jakoś w tym guście). Powieść inspirowana jest „Królem Learem”, tekstem uznawanym za najwybitniejsze dokonanie angielskiego dramaturga. Dla Moore’a to wyzwanie. Nie chodzi o to, że Moore sięga po „świętości”. Moore nie ma oporów przed ich wykorzystywaniem, przetwarzaniem (przykłady znajdziemy w „Najgłupszym aniele” czy „Baranku”). Problem Moore’a może polegać na tym, że będzie „symulować” dowcip brytyjski (o czym wspomina w materiałach video dostępnych na jego stronie). Kultura amerykańska uwielbia inspirować się bądź po prostu bezczelnie wykorzystywać zdolność Brytyjczyków do prezentowania wyjątkowo udanego żartu, tę niesamowitą wyobraźnię i klasę. Amerykanie mają na tym polu baaardzo różne doświadczenia i czasem mariaż z humorem brytyjskim wychodzi im całkiem dobrze, a czasem tragicznie. Jako pozytywny przykład można wskazać Terry’ego Gilliama. Amerykanie „wchłonęli” kilku wybitnych brytyjskich twórców (ostatnio dużo możecie usłyszeć o dokonaniach niejakiego Ricky’ego Gervaisa, który stworzył, a potem z sukcesem przeniósł do Ameryki kultowy serial „Office”), z poletka literackiego warto wskazać Gaimana (choć tutaj trudno mówić o tym, że to z intencji Amerykanów Gaiman wybrał życie w byłej Kolonii Królestwa, niemniej jednak fakt ten Amerykanie wykorzystali wyjątkowo umiejętnie, eksploatując jego twórczość na wszelkie sposoby). Widać wyraźnie, że Amerykanie znają klasę Brytyjczyków i chętnie korzystają z ich umiejętności i dorobku. Jednak sam nie umiem wskazać żadnych przykładów umiejętnego amerykańskiego naśladowania bądź wyśmiewania Brytyjczyków.
Zatem czytając „Błazna” będziecie mieli okazję poznać opowieść o Królu Learze odbitą w krzywym zwierciadle, poznacie postacie, które stworzył największy dramaturg. Wszystko oczywiście w oparach absurdu. Nietrudno zgadnąć, w jakie cechy będą wyposażone postaci „Błazna”. Nie zabraknie perfidnych złośliwości, inteligencji lubiącej kontrastować z nieporadnością czy pechem. Moore będzie się starał by było Wam wesoło przez cały czas, żeby było lekko i przyjemnie. Czy tym razem mu się uda? Osobiście, po ostatnich doświadczeniach, raczej nie postawiłbym na niego dużych pieniędzy. A na pewno zastanowiłbym się dwa razy. Moore idzie dość jasno wytyczoną drogą, z której nie lubi zbaczać. Ma wyrobione styl i poczucie humoru. Na tych polach chyba nikogo nie zaskoczy. Publikuje książkę za książką (kolejne tytuły wydawane w 2002, 2003, 2004, 2006, 2007 i 2009 roku) i chyba brakuje mu czasu na przemyślenie od nowa, zmianę koncepcji. Nie spodziewałbym się zatem niczego nowego, nie oczekiwał literackiego milowego kroku. Jeżeli lubicie jego styl, nie będziecie zapewne długo się zastanawiać, po prostu kupicie „Błazna”, przeczytacie szybciutko i mniej lub bardziej zadowoleni odłożycie na półkę. Jeżeli jednak nie odnaleźliście się dotąd w twórczości Amerykanina, jeżeli nie przypadła Wam do gustu, poczekajcie na recenzje. Gdy nie będzie w nich ani jednej wzmianki, że Moore zmienił kierunek literackiej żeglugi, odpuście sobie. Jedno jest pewne, nie chcę recenzować kolejnej książki Moore’a. Nie dlatego, że mi się jego twórczość przestaje podobać. Skoro sam Moore nie robi sobie przerw w pisaniu, to ja jednak wolę sobie zrobić przerwę w czytaniu jego powieści i sięgnąć po coś kompletnie innego. Tak samo jest z Pratchettem, jego książek seriami czytać się nie da.

Jakub Cieślak




Cormac McCarthy, „Dziecię boże”

Cormac McCarthy znany jest z tego, że potrafi przejmująco opisać degenerację ludzkich charakterów i całego świata. Przeczytawszy „Drogę” i czytając właśnie „Blood Meridian” (western, powieść pełną okrucieństwa), zgaduję, że podobna mieszanka wybuchowa, chociaż może w nieco mniejszej skali, znajdzie się w „Dziecięciu bożym”. Tym bardziej, że tytułowe Boże Dziecię to nekrofil, psychopata i morderca wyrzucony poza nawias społeczeństwa. Biorę przy tym poprawkę, iż to jedna z wczesnych powieści autora, więc zapewne znajdą się niedoskonałości warsztatowe, może lekkie eksperymenty formalne, lecz jak przypuszczam, zobaczymy też elementy właściwe „Blood Meridian”, „Drodze” czy „To nie jest kraj dla starych ludzi”, czyli na przykład wyrazistych bohaterów. Podejrzewam również, że McCarthy już w tej powieści usiłował pisać podobnie jak Ernest Hemingway, stylem, który udoskonalił następnie w „Blood Meridian” i „Drodze”. Dzięki temu zabiegowi książki McCarthy’ego czyta się bardzo szybko, „Drogę” pożarłem w kilka godzin, „Blood Meridian” w dwa dni. Martwię się tylko o dosadność obrazów odmalowanych w „Dziecięciu bożym”. Autor lubi uderzać literackim obuchem w czytelniczą głowę, że wspomnę tylko wspaniałą opening scene w „To nie jest kraj dla starych ludzi” lub to, co musi oglądać Dzieciak w „Krwawym południku”. A Lester Ballard, bohater „Dziecięcia bożego” jest potworem, mieszkającym na odludziu, w podziemnych jaskiniach wraz z wypchanymi zwierzętami, pośród czaszek i kości zamordowanych przez siebie ofiar. Degeneracja człowieka to idee fixe autora i ciekaw jestem, czemu ona go tak fascynuje.

Jan Żerański




Łukasz Orbitowski, „Święty Wrocław”

Łukasz Orbitowski w różnych wypowiedziach wspominał, że pisanie „Świętego Wrocławia” miało być dla niego odskocznią od innych licznych zadań i projektów. Wentylem, za pomocą którego odreaguje nawał obowiązków. Pisał z przerwami, tekst musiał swoje odleżeć, a to, co miało być początkowo kilkudziesięciostronicowym opowiadaniem, przerodziło się w solidnych rozmiarów powieść (acz nie tak obszerną jak „Tracę ciepło”).
Czy zatem „Święty Wrocław” został napisany na luzie, bez szczególnych starań? Wątpię. Śledząc prozę Orbitowskiego łatwo zauważyć, że przykłada wielką uwagę do tego co i – przede wszystkim – jak pisze. Przypuszczam więc, że językowo będzie świetnie – czego przedsmak mieli czytelnicy Science Fiction, Fantasy i Horror we wrześniu 2006, kiedy to na łamach pisma ukazał się pierwszy rozdział powieści.
Orbitowski rozpoczynał od opowieści osadzonych w miejskim środowisku, opisującym blokowiska i żyjących tam ludzi. „Święty Wrocław” też jest o mieście, też o osiedlu z wielkiej płyty, ale autor nie jest już tym samym człowiekiem co kilka lat temu. Mam szczerą nadzieję, że udało mu się wniknąć głębiej w tkankę miejską. Oddać nie tylko wąski wycinek wrażeń związanych z konkretną społecznością, ale pójść dalej i przekazać niepowtarzalny charakter, jakim szczyci się Wrocław.
Notka wydawnicza zapowiada horror-balladę. Wiecie co to takiego? Ja nie, mogę się jedynie zastanawiać. Chciałbym, żeby człon „horror” dotyczył ludzi, tego co się dzieje w umyśle człowieka. A „ballada”? Może pewna metaforyczność, oniryczność tekstu, nastrojowość i położenie nacisku na wiarę i przekonania? W tym przypadku to naprawdę literacka zgadywanka.

Tymoteusz Wronka




José Saramago, „Miasto ślepców”

Są takie książki i tacy autorzy, o których jedynie się słyszy lub czyta. Dla mnie takim pisarzem jest José Saramago2) – nie znam zupełnie jego twórczości. Nie dlatego, że nie próbowałam – przeciwnie. I właśnie te bezowocne usiłowania zaostrzyły mój czytelniczy apetyt...
Na autorze ciąży odium bluźniercy – po publikacji „Ewangelii według Jezusa Chrystusa” jego nazwisko zostało skreślone z listy kandydatów do Europejskiej Nagrody Literackiej. Na wzmianki o tym pisarzu natrafiałam w najmniej spodziewanych miejscach – na przykład Alan Gordon umieścił „Historię oblężenia Lizbony” w spisie źródeł inspirujących ostateczny kształt drugiego tomu „Gildii błaznów”. I właśnie ta informacja była kroplą przepełniającą czarę – po lekturze najróżniejszych recenzji w końcu zdecydowałam, że muszę osobiście zapoznać się z twórczością portugalskiego autora. I tu natrafiłam na ścianę – w sklepach internetowych nie można kupić żadnej pozycji – nakłady są dawno wyczerpane. Na Allegro nieliczne dostępne egzemplarze osiągają absurdalnie wysokie ceny; nawet chwilowe przeprosiny z moją osiedlową biblioteką nie przyniosły spodziewanych efektów – książki José Saramago w nieustalony sposób opuściły biblioteczne regały... Zatem zapowiedź wydania „Miasta ślepców” jest balsamem dla mojej udręczonej jałowymi poszukiwaniami duszy – w końcu będę mogła przeczytać i sprawdzić, czy do nietypowego stylu autora (brak dialogów, bardzo długie zdania, zatarta granica między myślami i wypowiedziami bohaterów) będę w stanie się przyzwyczaić. A na zachętę przykładowy cytat: „Mowa ludzka jest jak przebranie, ukrywa to, co istotne, słowa łączą się i błądzą, bez celu, lecz nagle, dzięki trzem, czterem wyrazom lub same z siebie, odnajdują wyjście, wystarczy jakiś zaimek osobowy, przysłówek, czasownik, jeden przymiotnik i już bezkształtna masa słów zyskuje siłę, wypływa na powierzchnię, objawia wzruszeniem na twarzy, w oczach, nadaje kształt uczuciom, bywa, że dają o sobie znać nadwerężone nerwy, które znoszą wiele, znoszą wszystko, jak odbijająca ciosy zbroja, ale do czasu.”3)

Beata Kajtanowska



Redaktor prowadzący: Krzysztof Kozłowski



1) Tłumaczenie moje. Fragment oryginalny z „Bad Monkeys”:

“So in your job with Bad Monkeys,” the doctor asks, “what is it you do? Punish evil people?”
“No. Usually we just kill them.”

2) José Saramago, laureat literackiej Nagrody Nobla z 1998 r. Jego trzecia powieść „Baltazar i Blimunda” została uhonorowana nagrodą portugalskiego PEN Clubu oraz Nagrodą Literacką Miasta Lizbona. W Polsce dotychczas wydano: „Baltazar i Blimunda”, „Wszystkie imiona”, „Rok śmierci Ricarda Reisa”, „Kamienna tratwa”, „Ewangelia według Jezusa Chrystusa”, „Historia oblężenia Lizbony”, „Podwojenie” i „Miasto ślepców”. [za: Wikipedia]

3) „Miasto ślepców” [za: Wikicytaty].



Autor: Katedra


Dodano: 2009-03-03 10:26:41
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Lett - 13:23 03-03-2009
Gratuluję dobrego pomysłu na nowy dział :)

Lord Turkey - 14:56 03-03-2009
Dzięki, jesteśmy ciekawi opinii czytelników, Waszych oczekiwań wobec naszych zgadywanek. To nowy pomysł i chcielibyśmy dopracować go tak, by był jak najbardziej pomocny przy podejmowaniu ewentualnych decyzji zakupowych :P

Komentarze do "literackich zgadów" mogą też stać się miejscem do dyskusji nad zapowiedziami, którymi warto się zainteresować. Piszcie jak widzicie nasz pomysł, czy będzie dla Was jakąś pomocą i na co szykujecie domowy fundusz literacki :)

Yans - 15:13 03-03-2009
Dobry pomysł z tym działem !!! Oby tylko Hamilton wyszedł bez większego poślizgu !!!

Spike - 23:23 03-03-2009
Lett pisze:Gratuluję dobrego pomysłu na nowy dział :)

Let's take a look into THE FUTURE

"Przeczytawszy pierwsze trzy tomy „Kronik Diuny”, trudno nie spoglądać na tom czwarty inaczej, jak z ogromną niecierpliwością. Herbert nie tylko stworzył arcydzieło, ale i doskonale poradził sobie z wyzwaniem, jakim jest zręczne przedłużenie wątków doskonałej „Diuny”. W dwóch kolejnych tomach zmienił ton opowieści, przeniósł ciężar z akcji na psychologię postaci i dogłębnie wyeksploatował motywy i aspiracje bohaterów, rozgrywki między nimi i relacje ich łączące. Co będzie dalej?"

The future, Conan?

Powyższa kopypasta pochodzi z nowej inicjatywy "Katedry" - "Literackich zgadywanek" (które nie mają nic wspólnego z akcją Esensji), z roku 2009. Młody, ale nie aż tak młody (26 lat, jak powiada enka!) człowiek zastanawia się, co też przyniesie książka NAPISANA PRZED JEGO NARODZINAMI. Way to go!

I oczywiście...

Obejrzawszy pierwsze dwa odcinki „Gwiezdnych Wojen”, trudno nie spoglądać na część trzecią inaczej, jak z ogromną niecierpliwością. Lucas nie tylko stworzył arcydzieło, ale i doskonale poradził sobie z wyzwaniem, jakim jest zręczne przedłużenie wątków doskonałej „Nowej Nadziei”. W kolejnym epizodzie zmienił ton opowieści, przeniósł ciężar z akcji na psychologię postaci i dogłębnie wyeksploatował motywy i aspiracje bohaterów, rozgrywki między nimi i relacje ich łączące. Co będzie dalej?

NO F...ING IDEA.
wtorek, 03 marca 2009, mrwisniewski


Jakub Cieślak - 08:00 04-03-2009
Po primo, Szanowny Spike'u, wolę wrzucanie tutaj swoich komentarzy, a nie odnośników do innych stron zawierających Twoje myśli, bo to nieładnie pachnie reklamą.
Po secundo, rozwiń myśl, bo tak do końca nie wiadomo, czy Ci się (nie) podoba pomysł na 26latka opisującego swoje przemyślenia wobec książki, której jeszcze nie przeczytał, choć została napisana już dawno temu? Jeszcze warto byłoby to jakoś uzasadnić, co i jak, żebyśmy wszyscy mogli rozwinąć to we wspaniałą burzę argumentów, pomysłów i sugestii.

Shadowmage - 09:01 04-03-2009
JC, to nie myśli Spike'a tylko osakany :P

Galvar - 09:13 04-03-2009
Teoretycznie trochę racji w tym cytowanym przez Spike'a tekście jest, ale... Po pierwsze, zgadywankę pisze osoba, która nie czytała danego tytułu. Owszem, są takie, które są starsze od czytelników, ale co przeszkadza takiemu zastanawiać się co w kolejnej części jest, jaki ma poziom itp.? Po prostu czytajcie zgadywanki i w takich przypadkach oczekiwania danego czytelnika mogą być dla Was jeszcze ciekawsze. Dlaczego? Bo Wy już wiecie co i jak było, a on jeszcze nie. :)

Po drugie zaś, niektóre książki będą miały swoją premierę w Polsce a część osób ma je już przeczytane w oryginale. W takim przypadku dla niektórych z nich, być może, sensu zgadywanek nie ma, ale dla innych na pewno tak.

Po trzecie zaś w przypadku oczywistych premier, sytuacja jest jasna. 8)

nosiwoda - 09:29 04-03-2009
Podstawowa niezręczność widzi mi się w tytule działu "Zgadywanki", a opisywaniem w nim domysłów co do książek wydanych dawno temu, także w Polsce.

A jeśli "McCarthy usiłował pisać podobnie jak Ernest Hemingway", to ja jestem różowy wielbłąd z trzema garbami. No, ale kimże jestem, żeby się spierać z publicystą Żeraniem. Różowym wielbłądem jedynie.

Jakub Cieślak - 09:45 04-03-2009
Shadowmage pisze:JC, to nie myśli Spike'a tylko osakany :P

A komentarz jest czyj? Spike'a, czy "osakany"? Tak czy siak wolę w komentarzach widzieć komentarze, a nie linki prowadzące do... komentarzy.

A propos zgadywania, ja bym nie zabraniał "gdybania" osobie, która nie czytała książki, którą ja już znam. Każdy ma prawo napisać, jakie stawia jej oczekiwania, czego się po niej spodziewa i na co liczy. A jeżeli ja już znam książkę, to tylko mogę zaproponować tej osobie, że jej uchylę rąbka tajemnicy- oczywiście, jeżeli ona sobie tego zażyczy. :)

nosiwoda - 09:56 04-03-2009
Ale wiesz, wydaje mi się (nie pytałem osób wypowiadających się, ale tak rozumiem z postów), że nie idzie o to, że KTOŚ mógł już tę książkę czytać. Chodzi o to, że akurat Diuna jest TAKIM klasykiem i była wydawana w Polsce już co najmniej dwa razy, i to lata temu, że zgadywanie treści akurat TEJ książki jest takie, no wiesz, średnio... O to idzie krytykującym.

A komentarz jest osakany, wstawiony przez Spike'a.

Jakub Cieślak - 10:04 04-03-2009
Co do komentarza Spike'a z myślą osakany- temat zamykam krótkim podsumowaniem- każdego zachęcam do wyrażania swoich myśli, a nie... obcych i dostępnych na innej stronie.
A co do wyboru książek do zgadywania: No to już zaczynamy zabawę w ustawianie jasnej linii podziału: to klasyk, a to nie klasyk/ to znana szeroko książka/ a to nieznana książka- tą wolno opisać w zgadywankach, a tej nie wolno, bo to klasyk.
Wolałbym jasno powiedzieć- bawimy się w zgadywanki odnośnie reedycji, czy też absolutnie nie? Jasne, proste i łatwe do zdefiniowania.

Zamorano - 22:57 04-03-2009
@A co do wyboru książek do zgadywania: No to już zaczynamy zabawę w ustawianie jasnej linii podziału: to klasyk, a to nie klasyk/ to znana szeroko książka/ a to nieznana książka- tą wolno opisać w zgadywankach, a tej nie wolno, bo to klasyk.

Najgorsze to jest, że są dość blisko ustawienia nas z tym zakazem mówienia mama i tata, unijnym zakazem...

A tak już całkiem serio to jednak te granice nie są aż tak płynne. To jest jednak Diuna:]

nosiwoda - 08:37 05-03-2009
Zamorano pisze:Najgorsze to jest, że są dość blisko ustawienia nas z tym zakazem mówienia mama i tata, unijnym zakazem...
Oj rany, ale już nie propaguj tego fałszywego i głupiego mema. Żadnego takiego zakazu nie ma i nikt o nim nie myśli. A już na pewno nie Unia.

Galvar - 09:15 05-03-2009
nosiwoda pisze:
Zamorano pisze:Najgorsze to jest, że są dość blisko ustawienia nas z tym zakazem mówienia mama i tata, unijnym zakazem...
Oj rany, ale już nie propaguj tego fałszywego i głupiego mema. Żadnego takiego zakazu nie ma i nikt o nim nie myśli. A już na pewno nie Unia.
Sorki za offtop, ale w jakiejś Belgii czy Holandii (tego, niestety, nie pamiętam) jest zakaz nazywania mamy i taty tymi określeniami, a używać ma się pojęcia "rodzice" czy "opiekunowie". Nie wiem jak z jego egzekucją, ale tak ponoć już gdzieś jest.

Shadowmage - 09:30 05-03-2009
Miało być tak w Szkocji w szpitalach bodajże, ale nie wiem czy coś z tego wyszło.

A na marginesie osobiście uważam, że nie ma nic złego w zgadywaniu "klasyki" - co najwyżej osoby znające tą książkę mogą się dodatkowo uśmiać :) Świętość? Nie przesadzajmy, cały czas pojawiają się nowi czytelnicy, którzy tych świętości nie znają... i być może nie poznają, skoro ma wokół nich panować jakieś tabu i zmowa milczenia.
Inna sprawa, że z komantarzy na blogu płynie kilka wniosków i weźmiemy je pod uwagę przy następnych odsłonach. A czy uda się je wprowadzić? Zobaczymy, w końcu jesteśmy tylko ludźmi :P

nosiwoda - 10:04 05-03-2009
Galvar pisze:
nosiwoda pisze:
Zamorano pisze:Najgorsze to jest, że są dość blisko ustawienia nas z tym zakazem mówienia mama i tata, unijnym zakazem...
Oj rany, ale już nie propaguj tego fałszywego i głupiego mema. Żadnego takiego zakazu nie ma i nikt o nim nie myśli. A już na pewno nie Unia.
Sorki za offtop, ale w jakiejś Belgii czy Holandii (tego, niestety, nie pamiętam) jest zakaz nazywania mamy i taty tymi określeniami, a używać ma się pojęcia "rodzice" czy "opiekunowie". Nie wiem jak z jego egzekucją, ale tak ponoć już gdzieś jest.
Właśnie do k... n.... (no offence, wkurza mnie mem, nie Ty) to jest ten głupi i fałszywy mem. NIE MA TAKIEGO ZAKAZU.
To jak z tym dowcipem o Radiu Erewań:
"W Leningradzie na Placu Rewolucji rozdają rowery!" - Radio Erewań wyjaśnia: Tak, to prawda, tylko nie w Leningradzie, a w Moskwie, nie na Placu Rewolucji, a na Placu Czerwonym, i nie rozdają rowery, a kradną.

Nie w Holandii czy Belgii, tylko w Szkocji (która nie jest nawet osobnym państwem, co tu mówić o UNIJNYM ZAKAZIE), nie zakaz, tylko sugestia, i nie w stosunku do wszystkich rodziców, a w stosunku do PAR HOMOSEKSUALNYCH. Troszkę inaczej to teraz wygląda, nieprawdaż? Ale ku..a mem już poszedł w świat, plotka się szerzy, że zła masońska Unia zakazuje mówić mama i tata.
Poczytajcie sobie zresztą, jak to było w szczegółach.

Więc bardzo proszę, jeśli wiecie o czymś, co PONOĆ, to najpierw sprawdźcie, gdzie i co, a potem rozpowszechniajcie. Bo utrwalacie bzdury.

toto - 10:23 09-03-2009
A będziecie konfrontować wrażenia z lektury ze zgadywankami?

Galvar - 22:25 09-03-2009
toto pisze:A będziecie konfrontować wrażenia z lektury ze zgadywankami?
A to ciekawy pomysł, ale nie wiem czy nam mocy przerobowych wystarczy. ;)

Shadowmage - 09:08 10-03-2009
No, coś nam (mi) po głowie chodziło, ale jeszcze się nie wykrystalizowało. Na pewno po części weryfikacją będą recenzje, bo w większości będą je pisać ci, co zgadywali.

omarro - 09:55 19-04-2009
Nominacja w plebiscycie Esensji "Popkuriozum I kwartału". Gratulacje :D

Shadowmage - 10:15 19-04-2009
Tak, widzieliśmy :) Argumenty przeciw znajdą się powyżej, nie ma sensu ich powtarzać. Zresztą, czekamy na wygraną :) Może dyplom jakiś będzie albo cuś?

Komentuj


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e03)

Recenzje

Riggs, Ransom - "Baśnie osobliwe"


 Cetnarowski, Michał - "Podwójna tożsamość bogów"

 Dashner, James - "Dziennik osobliwych listów"

 Schwab, V.E. - "Zgromadzenie cieni"

 Orliński, Wojciech - "Lem. Życie nie z tej ziemi"

 Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

 Kosik, Rafał - "Różaniec"

 Brzezińska, Anna - "Córki Wawelu"

Fragmenty

 Jadowska, Aneta - "Szamańskie tango"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #2

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #1

 Duszyński, Tomasz - "Impuls" #2

 Duszyński, Tomasz - "Impuls" #1

 Butcher, Jim - "Zdrajca"

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS