NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Ness, Patrick - "Na ostrzu noża"

Lawrence, Mark - "Cesarz Cierni"

Ukazały się

Riordan, Rick - "Greccy bogowie według Percy'ego Jacksona"


 Diaczenko, Marina i Siergiej - "Ziemia Vesnarów"

 Sapkowski, Andrzej - "Krew elfów" (audiobook)

 Nieznaj, Anna - "Błąd warunkowania"

 Mróz, Remigiusz - "Chór zapomnianych głosów"

 Gromyko, Olga - "Rok szczura. Widząca"

 Wolski, Marcin - "Sodoma"

 Howey, Hugh - "Zmiana"

Linki


VanderMeer, Jeff - "Miasto szaleńców i świętych"
Wydawnictwo: Solaris
Tytuł oryginału: City of Saints and Madmen
Tłumaczenie: Jolanta Pers, Konrad Kozłowski
Data wydania: Maj 2008
ISBN: 83-89951-88-6
Oprawa: miękka
Liczba stron: 720
Cena: 44,90 zł
Tom cyklu: 1



Wywiad z Jeffem VanderMeerem

Opowieść jest najważniejsza


Katedra: Na początku chciałbym powitać się na łamach serwisu Katedra. Bardzo się cieszymy, że możemy przeprowadzić z tobą rozmowę.
Jeff VanderMeer: To ja jestem zaszczycony, dzięki.

K: Piszesz od lat, ale największym krokiem w karierze, jak sądzę, było „Miasto szaleńców i świętych”. Kilka miesięcy temu książkę opublikowano w Polsce. Czy mógłbyś opowiedzieć naszym czytelnikom o tym, jak powstają twoje powieści? Jak wygląda twój warsztat?
JVM: To zależy od powieści. W przypadku „Miasta...”, powieści mozaikowej, posiadałem niejasną, mglistą ideę całej historii, ale nie miałem planu. Wiedziałem tylko, ile chcę ujawnić i jak poszczególne historie ze sobą powiązać. Właśnie brak wcześniej poczynionych założeń dał mi wielką wolność w trakcie pisania książki. Co do mojego warsztatu, to tu zawsze jest niezły bałagan. Moje powieści zaczynają się jako notatki na skrawkach papieru i w notatnikach, z główną ideą opowieści i bohaterami pozostającymi w głowie. W momencie, gdy znam już zakończenie, które zresztą może się jeszcze zmienić, zaczynam pisać fragmenty powieści, poszczególne sceny. Potem je porządkuję od początku do końca. Czasem nie mam planu. Czasem po prostu biorę te strzępki papieru, i układam je w chronologicznym porządku tak, jak miałyby występować w powieści. Mam małe podpowiedzi, wskazówki i strzępki dialogów i scen, do których będę mógł się odwoływać w trakcie pisania pierwszego szkicu. Rzadko kiedy planuję bardziej szczegółowo, konkretnie. ALE, skończywszy pierwszy szkic, zawsze wracam do początku, tak żeby mieć pełniejszy ogląd sytuacji, czy szkielet historii jest już gotowy całkowicie, czy może brakuje jakichś kawałków – żeber albo wątroby, na przykład. Warto zerknąć tutaj... Tak wygląda praca nad konkretną powieścią.

K: Co zatem stanowiło największą przeszkodę w pisaniu „Miasta szaleńców i świętych”?
JVM: Właściwie to, że chciałem, by książkę ktoś opublikował, a większość wydawców miała problemy ze zrozumieniem, czym tak naprawdę „Miasto” jest. Powieścią mozaikową? Zbiorem opowiadań ubranym w kostium powieści? Właśnie dlatego „Miasto szaleńców i świętych” opublikowało najpierw niezależne, niszowe wydawnictwo; później książka została przechwycona przez wielkich wydawców, najpierw Pan MacMillan, a potem Bantam. Teraz została przetłumaczona na dwanaście języków, odniosła sukces i wierzę, że jest to po części zasługa właśnie owej niezwykłości.

K: Twórczość jakich autorów miała na ciebie wpływ przy pisaniu „Miasta szaleńców i świętych”?
JVM: W przypadku „Miasta szaleńców i świętych” największy wpływ mieli Vladimir Nabokov i Angela Carter. A także historia Bizancjum. Uwielbiam prozę Moorcocka, ale jego twórczość w mniejszym stopniu oddziaływała na mnie podczas pisania. Przypuszczam, że jest w „Mieście” trochę pulpy, znajdzie się jakieś lovecraftowskie mrugnięcia okiem, ale więcej jest dekadencji.

K: Pamiętasz, czemu w ogóle zdecydowałeś się na napisanie „Miasta szaleńców i świętych”? Miałeś jakiś cel?
JVM: Zawsze widziałem się jako renowatora, odnowiciela, który przekracza ograniczenia formy i gatunku i korzysta z różnych wpływów. Pomyślałem, że do tej pory kilku technik i podejść znanych z literatury głównego nurtu nie używano w literaturze fantasy tak często, jak powinno się ich używać. Miałem je z tyłu głowy, w zakamarkach umysłu. Ale w „Mieście” są również bardziej tradycyjne opowieści, jak „Klatka”. Lubię bawić się wizualną stroną książki i pomyślałem, że można miasto w fantasy uczynić bardziej realnym poprzez awangardową zabawę z formą.

K: Obawiałeś się, że twoje dziecko okaże się zbyt trudne dla czytelników? Bądźmy szczerzy, to wielki eksperyment z formą – może nie na taką skalę jak „House of Leaves” Danielewskiego czy „Welin” Duncana, ale jednak to wciąż niezwykła książka. Ilu ludzi, tak właściwie, czyta ambitne opowieści? Możesz sprzedać, powiedzmy, sto tysięcy egzemplarzy swojej książki, ale Dan Brown sprzeda o wiele więcej...
JVM: Nigdy nie traktuję czytelnika jak dziecka. Nie mam takiego podejścia i nigdy nie obawiam się, że nie zrozumie czegoś z mojej książki. Piszę to, co sam chciałbym przeczytać; mogę jedynie zadowolić mojego wewnętrznego czytelnika i mieć nadzieję, że również inni polubią moje książki. Gdybym chciał sprzedawać powieści jak Dan Brown, musiałbym pisać jak Dan Brown. A potem musiałbym zastrzelić się po tygodniu albo dwóch. Co do „House of Leaves”, nie wydaje mi się, aby była to bardzo złożona książka, ponieważ, gdy zostaną pominięte przypisy, zobaczymy wspaniale napisaną historię o rodzinie i wzajemnych relacjach. Z kolei jedyna trudność „Welinu” tkwi w jego aluzyjności i narracyjnych przesunięciach. Ale złożoność książki, poziom skomplikowania nie ma wielkiego znaczenia dla jej sukcesu. Jaka by nie była struktura, to opowieść jest najważniejsza, fabuła. Stąd wiele różnych interpretacji, podejść do „Miasta szaleńców i świętych”, z Ambergris jako spoiwem łączącym wszystkie teksty. Powiedziałbym, że zgoda, niektóre fragmenty „Miasta szaleńców i świętych” są trudne, są także trudniejsze od tych z innych powieści, są jednak też fragmenty łatwe, i każdy czytelnik wyrobi swoją własną, niepowtarzalną opinię na ich temat. Jeśli mu się spodoba sama idea Ambergris, to mam nadzieję, wybaczy biednemu autorowi te partie tekstu, które mu się nie podobały.

K: „Miasto szaleńców i świętych” jest zaliczane do New Weird. Twoim zdaniem, co to znaczy? Czy New Weird da się w ogóle zdefiniować?
JVM: Sądzę, że dość dobrze sprecyzowałem definicję New Weird w antologii, którą edytowałem razem z żoną, Ann VanderMeer. W „The New Weird” napisałem tak:
New Weird jest typem miejskiej literatury osadzonej w fantastycznym świecie, która obala wyidealizowane wyobrażenia o scenografii znanej z tradycyjnej fantasy, a robi to najczęściej przez wybór realistycznych, kompleksowych modeli świata, stanowiących punkt wyjścia do kreacji, w której mogą łączyć się elementy zarówno sf, jak i fantasy. New Weird jako gatunek odznacza się wysoką jakością i by ją osiągnąć, używa elementów właściwych, na przykład, dla surrealistycznego horroru w kwestii stylu, tonu opowieści i efektów – odbywa się to w połączeniu ze stymulującym wpływem pisarzy nowofalowych i ich następców (a także protoplastów, jak Mervyn Peake oraz francuscy/angielscy dekadenci).
New weirdowska literatura odnosi się do problematyki współczesnego świata, nawet jeśli w sposób zakamuflowany, nie zawsze jednak są to odwołania do kwestii politycznych. Częściowo odwoływanie się do współczesnego świata polega na potędze wizji autorskiej i „poddaniu się dziwactwom”, wizji nie zamkniętej w nawiedzonym domu na wrzosowiskach ani jaskini na Antarktydzie. To „poddanie się” (albo „wiara”) autora może przyjąć różne formy, przy czym część z pisarzy stosuje w tym celu techniki postmodernistyczne, niepodważające jednak wykreowanej w tekście fantastycznej rzeczywistości.
Definicja prezentuje dwa znaczące podejścia wyróżniające New Weird od Slipstreamu i Interstitial Fiction. Po pierwsze, podczas gdy twórcy Slipstreamu i Interstitial Fiction często utrzymują, że Nowa Fala wywarła na nich wpływ, bardzo rzadko, jeśli w ogóle, przytaczają wpływ horroru, ze szczególnym podkreśleniem używania groteski skupionej wokół transformacji, rozpadu i okaleczania człowieczego ciała. Po drugie, postmodernistyczne techniki podważające niepodległość wykreowanej w tekście fantastycznej rzeczywistości, wskazujące na jej sztuczność, nie są częścią new weirdowskiej estetyki, lecz właśnie narzędziami Slipstreamu i Interstitial Fiction.

K: Z twojej perspektywy pisarza i edytora, jaka powinna lub nie powinna być rola literatury?
JVM: Ona nie powinna mieć żadnej zdefiniowanej roli. Nawet wchodząc w skórę antologisty, która przecież jest inna niż pisarza, by stworzyć antologię „The New Weird”, mój wewnętrzny pisarz buntuje się przeciwko narzucaniu jakichkolwiek ram i ograniczeń albo jakiemukolwiek zestawowi idei próbujących z góry określić, czym literatura powinna być. Ona nie ma nawet nakazu bycia moralną, gdyż moim zdaniem ów nakaz oznaczałby, że nie możesz w pełni wyeksponować całości ludzkiego charakteru.

K: Czy masz zatem, jako wydawca, jakąś własną filozofię wydawniczą? I jak pracujesz ze swoimi autorami?
JVM: Jako wydawca chcę się po prostu upewnić, że nic, co wydaję, nie zostało wcześniej opublikowane przez większe domy wydawnicze. Będąc wydawcą niszowym nie ma sensu chwytać się za bary z wielkimi molochami i ich naśladować. To zresztą jeden z powodów, dlaczego nie opublikowałem niczego od lat – niszowa prasa w Stanach odwala wspaniałą robotę w publikowaniu rzeczy, które sami byśmy, w innym wypadku, opublikowali. Wydaje mi się przy tym, że pisarze są niczym koty – pracując w stadzie, nie byliby efektywni. Wciąż będą ekscentryczni, dziwni, uparci, wkurzający, uroczy i charyzmatyczni, głupi, inteligentni i tak dalej. Więc staram się owe dziwactwa pisarzy, ich słabości i ekscentryczności, wyciągać na światło dzienne i z nimi właśnie pracować. Czasem ta najwartościowsza literatura, najdziwniejsza, jest pisana przez wariatów. I fajno. Nie mam nic przeciwko pracy z wariatami, chociaż wolałbym pracować z ludźmi nudnymi, normalnymi. Co do samych manuskryptów, czasem po prostu działam na zasadzie kopiuj-edytuj. Czasem jestem bardziej wścibski, ale rzadko kiedy chcę wziąć manuskrypt, który wymaga więcej pracy, zwłaszcza gdy są inne, równie dobre, ale nad którymi praca nie oznacza kasowania i zmieniania co drugiego słowa.

K: Nad tekstami pracujesz wspólnie z żoną, Ann. Jak wygląda u was podział pracy? Pracujesz na przykład nad połową tekstu, a żona nad drugą?
JVM: Zależy od kalendarza i terminów. Powiedziałbym nawet, że Ann opracowuje od pięćdziesięciu do siedemdziesięciu pięciu procent całości, ale nie ma tu jakiegoś z góry określonego podziału. Może na przykład skompilować tekst od razu, od wstępnego czytania. A mogę też i ja. Zdarza się również, że pracuję bardziej nad działaniami czysto promocyjnymi. Uczymy się od siebie nawzajem, tak że nasze słabości stają się siłą; możemy podzielić się pracą tak, jak chcemy.

K: Jakie są dla was najważniejsze elementy pisarskiego warsztatu? Budowa świata, język, a może bohaterowie?
JVM: Szczerze wierzymy w to, że dla dobrego pisarza wszystkie te elementy muszą być ważne. Nie wierzymy też w sensowność robienia warsztatów kreatywnego pisania innych dla pisarzy science fiction i fantasy i innych dla tak zwanych mainstreamowców, gdyż większość elementów jest po prostu wspólna. Wymagane od autora umiejętności są identyczne. Sądzimy także, że zbyt wielu początkujących autorów traktuje fantasy jako wentyl bezpieczeństwa. Pisząc swój tekst, wprowadzają element fantastyczny w chwili, gdy utknęli i nie mają bladego pojęcia, jak powinna dalej potoczyć się fabuła.

K: Jako edytor i wydawca masz w takim razie ulubionych pisarzy. Zdradzisz ich nazwiska?
JVM: Mhm, wskazałbym Jaya Lake'a, Holly Phillips, Ekaterinę Sedię, Meghan McCarron, która nie ma jeszcze powieści, Rachel Swirsky i Jonathana Woodsa (przy czym jego powieść trafiła na razie do agenta, ale nie wydawcy); jest jeszcze wielu innych.

K: Pracowałeś swego czasu jako nauczyciel na warsztatach w Clarion. Powiedz, jak wyglądają takie warsztaty literackie i praca nauczycieli z młodymi, aspirującymi literatami? W czym tkwi sukces Clarion?
JVM: Sądzę, że sukces Clarion polega w dużej mierze na reputacji jako takiej, która przyciąga uwagę młodych, interesujących pisarzy. Ale także na tym, że ci młodzi pisarze trafiają do sześciu różnych instruktorów, posiadających sześć różnych spojrzeń na tworzenie literatury. No i oczywiście osobną kwestią jest długość trwania warsztatów; gdyby były krótsze niż sześć tygodni, ci młodzi ludzie nie dostaliby tak wiele. Każdy z nauczycieli ma swoje własne podejście, jedyną cechą wspólną jest krytyczna analiza tekstów (wyzbyta kategorycznych ocen) według określonych, zestandaryzowanych reguł.

K: Swego czasu sam byłeś początkującym autorem. Od tamtego momentu rynek wydawniczy w USA raczej bardzo się zmienił, jak wygląda teraz?
JVM: Hmm, sądzę, że tutaj mamy ciągle chwiejną sytuację. Są okresy literackiego konserwatyzmu, a potem nagłe otwarcie się na rzeczy dziwniejsze, bardziej literackie, rozlewające się po rynku i zdobywające sukces. Co do mnie, to chyba wskoczyłem do pociągu we właściwym momencie i dlatego wciąż mój duży paluch u nogi tkwi w szparze między większą publiką a dużymi wydawcami; w innym okresie, zapewne wciąż byłbym wydawany przez niezależną prasę. Bycie pisarzem jest z pewnością ciężkie, ale z drugiej strony – od dwóch lat żyję i utrzymuję się wyłącznie z pisania, i to żyję nieźle, więc... Sądzę jednak, że tutaj, w Stanach, zaczynamy powoli przechodzić ponownie do ery konserwatyzmu. Dużo więcej pisze się heroic fantasy, chociaż znacznie mroczniejszego i – moim skromnym zdaniem – zainspirowanego przez New Weird. Ale nie mam z tym problemu, uwielbiam czytać wszystko, jak leci.

K: W jakim więc kierunku, w twojej opinii, pójdzie fantastyka w najbliższych latach? Jakie są twoje oczekiwania?
JVM: Nie wiem. Mam tylko nadzieję, że nie będzie dalszej komercjalizacji literatury kosztem bardziej interesujących rzeczy. Chciałbym, żeby ponownie powróciły bardziej śmiałe wyprawy w nieznane, po tym całym idiotycznym magicznym realizmie, jaki opanował rynek.

K: W Polsce zapowiedziano wydanie „Shriek: An Afterword” i „Veniss Underground”. Czy mógłbyś naszym czytelnikom co nieco powiedzieć o tych książkach?
JVM: „Shriek” to dziwaczna i tragikomiczna kronika rodzinna o zdyskredytowanym historyku, wojnie domowej i jej efektach. Jest to opowieść z cyklu o Ambergris, który kończy się z powieścią, jaką właśnie napisałem, czyli „Finch”. „Finch” jest thrillerem w stylu noir osadzonym w Ambergris sto lat po historii opisanej w „Shriek”, kiedy w mieście wybucha stan wojenny. Z kolei „Veniss Underground” jest opowieścią dziejącą się w odległej przyszłości, łączącą obrazy Boscha i mit o Orfeuszu. Spróbuj sobie wyobrazić SF, gdzie twórczość Cordwainera Smitha miesza się z „Barbarellą”.

K: Czy zatem definitywnie skończyłeś z Ambergris?
JVM: Na chwilę obecną skończyłem, ale nie wykluczam, że mogę wrócić do miasta w odległej przyszłości.

K: A co z antologiami? Czy są jakieś plany dotyczące antologii?
JVM: Prawdopodobnie powstanie antologia opowiadań gotyckich dla wydawnictwa Tachyon, zbiór o podziemnych miastach i jeszcze kilka innych rzeczy.

K: Na koniec chciałbym zapytać, czy czytałeś jakieś teksty polskich pisarzy?
JVM: Tak, pewną groteskę, ale nie pamiętam nazwiska autora. No i rzecz jasna czytałem Lema. Jednym z fajniejszych efektów ubocznych bycia publikowanym w innych krajach jest to, że są organizowane toury promocyjne i wizyty, podczas których staramy się zebrać rekomendacje literackie i potem wskazane książki przeczytać. Jeśli będziemy mieli szansę podróży do Polski, być może na Eurocon w 2010 roku, bardzo byśmy chcieli spotkać się z waszą społecznością, wymienić poglądy i więcej się nauczyć. To bardzo ważne, bo wynika z czystej, naturalnej ciekawości świata i miłości do dobrych książek. Warto pamiętać, jak bardzo pomocne w życiu jest budowanie więzi i mostów kulturowych; po prostu bycie częścią świata.

K: Zapraszam w takim razie do Polski i dziękuję za miłą rozmowę.
JVM: To ja dziękuję, miłej lektury!


Autor: Żerań


Dodano: 2009-02-12 22:59:05
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

toto - 18:39 13-02-2009
Osz kurde. Ciekawy wywiad wyszedł. Ostatnio Simmons, teraz VanderMeer. Niedługo do NF Żerań z wywiadami się przeniesie :)

Shadowmage - 18:44 13-02-2009
Hmm... ja nic nie powiem :p

bio - 22:44 13-02-2009
Nie za ciekawie to wyszło. Może Jeff, nie ma nic ciekawego do powiedzenia ? Lektury powolne mnie do takiej opcji rozliczenia ze sprawą przenoszą.
Nie wiem. Ale się znudziłem.

nosiwoda - 09:08 16-02-2009
toto pisze:Niedługo do NF Żerań z wywiadami się przeniesie :)
I to będzie ostateczny upadek tego pisma :/
Co, znając tragiczne losy historii, nie jest, niestety, wykluczone.

Komentuj


Konkurs

Trzeci tom Cobleya do wygrania


Barbarzyńcy od Rebisu na Święta


Artykuły

Mikołajkowo-świąteczne polecanki Katedry


 Drugi wywiad z Tomaszem Kołodziejczakiem

 Richard Matheson: Był Legendą

 Godzina W i fantastyka

 Na skraju jutra: książka a film

Recenzje

Martin, George R.R. - "Świat Lodu i Ognia"


 "Kajko i Kokosz. Szkoła Latania" (audiobook)

 Butcher, Jim - "Rycerz lata"

 Cobley, Michael - "Wschodzące gwiazdy"

 Funky Koval. Bez oddechu (audiobook)

 Koontz, Dean - "Apokalipsa Odda"

 Elliott, Kate - "Nadciągająca burza"

 Card, Orson Scott - "Cień Hegemona"

Fragmenty

 Mróz, Remigiusz - "Chór zapomnianych głosów"

 Sanderson, Brandon - "Słowa światłości"

 Hobb, Robin - "Wyprawa skrytobójcy" #2

 Hobb, Robin - "Wyprawa skrytobójcy" #1

 Nieznaj, Anna - "Błąd warunkowania"

 Ryan, Anthony - "Pieśń krwi"

 Szostak, Wit - "Oberki do końca świata"

 Ćwiek, Jakub - "Chłopcy 3. Zguba"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2014 nast.pl     RSS      RSS