NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Tidhar, Lavie - "Stacja centralna"

Maberry, Jonathan - "Pacjent Zero"

Ukazały się

Komuda, Jacek - "Galeony wojny" (2017)


 Kornew, Paweł - "Śliski"

 Campbell, Jack - "Przestrzeń zewnętrzna: Strażnik"

 Ziemiański, Andrzej - "Toy Wars" (2017)

 Chima, Cinda Williams - "Zaklinacz ognia"

 Dayton, Arwen Elys - "Podrózniczka"

 Sutherland, Tui T. - "Mroczny sekret"

 Żwikiewicz, Wiktor - "Delirium w Tharsys"

Linki


Na kształt szczęścia

Dzień 1.

- Co tam?
- Raczej, kto tam?
- Jak to, kto?
- Nie mam Twojego numeru, więc nie wiem, kim jesteś.
- Masz ładne imię w katalogu publicznym.
- Szkoda, że nieprawdziwe.
- Więc jak masz naprawdę na imię?
- Agnieszka.
- Też ładnie. Jestem Miłosz.
- Czym się zajmujesz?
- Jestem handlowcem. A Ty?
- Na razie nie chcę o sobie mówić. Jestem nieciekawym typem.
- Ok., jak chcesz.
- Przepraszam Cię, muszę lecieć. Czy spotkam Cię tu jutro?
- Zobaczymy.

Dzień 2

- Jestem.
- Cześć. Czekałem na Ciebie.
- Nie powiedziałeś mi wczoraj nic o sobie.
- Jak to nie? Pisałem, że jestem nieciekawym typem.
- Wolny, zajęty?
- A Ty?
- Już wolna.
- Gratulować czy współczuć?
- Gratulować.

Tak mijały kolejne dni. Długie rozmowy o niczym i o wszystkim, pełne banałów i ciężkostrawnych zwierzeń. Ani razu nie okłamali się wzajemnie. Możliwość rozmowy przez internetowy komunikator odblokowywała opory przed zwierzaniem się z najskrytszych sekretów. Przecież to przed zupełnie obcą osobą najłatwiej się otworzyć. Zwłaszcza, gdy się jej nie widzi, czy słyszy. Ona opowiadała mu o swoim niedawno zakończonym burzliwym związku, natomiast on starał się mówić o sobie jak najmniej. Wiedziała o nim tylko to, że kochał kiedyś kogoś nad życie i że stracił tą miłość. Uczęszczał potem przez kilka lat na terapię, ale nie zdołał uniknąć próby samobójczej. Teraz jest już wszystko dobrze. I tyle. Reszta to były tylko jej domysły i przypuszczenia; jednym z nich o mało nie zakończyła ich znajomości. Nieważne, o co poszło; dość powiedzieć, że znów zaczęły otaczać go stare i nazbyt dobrze znane upiory.
Pewnego dnia Miłosz poprosił ją o numer telefonu.
- Po co Ci?
- Chciałbym Cię usłyszeć.
- Jestem przeziębiona, mam fatalny głos.
- Ok. ja podam Tobie mój numer, a jeśli będziesz chciała zadzwonisz: 355 841???
- A dalej?
- Myślałem, że nie będziesz chciała 669
- Czy dostanę teraz Twój? Nie będę dzwonił póki się na to nie zgodzisz.
W tym momencie odezwała się komórka Miłosza. Po sygnale wiedział, że to ktoś spoza jego książki telefonicznej. Po dwóch sygnałach telefon zamilkł. Od razu skonstatował, że to telefon Agnieszki. Natychmiast napisał:
- Dzięki.
To, co otrzymał w odpowiedzi zaskoczyła go zupełnie, równocześnie wprawiając w niebotyczną euforię:
- Zadzwoń do mnie, kiedy zechcesz.
Zadzwonił. Długo rozmawiali, jak starzy przyjaciele. Dziewczyna pomyślała, że dając mu możliwość bezpośredniej rozmowy wyciągnie od niego więcej informacji. Bardzo się myliła. Udzielał jej lapidarnych, wymijających odpowiedzi. W pewnym momencie doprowadziło ją to do ekstremalnej irytacji. Wrzasnęła mu więc do słuchawki:
- Jak nie chcesz ze mną rozmawiać to nie zawracaj mi czterech liter!!!
On wtedy odpowiedział jej najspokojniejszym głosem, jaki kiedykolwiek słyszała:
- Zaiste mam swoje tajemnice. A z racji tego, że są moje i że to są tajemnice bardzo cię proszę uszanuj to.
Nie mógł widzieć jak rozłożyła ręce w akcie rezygnacji. Bez słowa rozłączyła się. Obiecała sobie, że już więcej do niego nie napisze, a już na pewno nie zadzwoni. Coś jednak intrygowało ją w tym człowieku, coś nie dawało jej spokoju. Może to ten niezachwiany, stoicki spokój? Może sposób, w jaki się do niej zwracał? Bo przecież kiedy słyszała ostatnio, że ktoś nazwał ją „kotkiem”? A może instynktownie wyczuwała, że przy nim może poczuć się znów doceniona, bezpieczna, ważna, najważniejsza? Może to on zapewni jej równowagę po ostatnich traumatycznych miesiącach? Ale ta jego tajemniczość doprowadzała ją do pasji. Miała przecież silną osobowość, tendencje do dominacji w związku, a on bezczelnie omijał zastawione przez nią pułapki. To chyba najbardziej nie pozwalało jej się uspokoić.
Następnego dnia nie zadzwoniła do niego, ale napisała na GG, i to dopiero po południu, żeby sobie nie myślał zbyt wiele. Od tej chwili Miłosz był już najszczęśliwszym człowiekiem w mieście. Pisali przez ponad godzinę, gdy nagle, zupełnie abstrahując od głównego wątku rozmowy, napisał:
- Spotkajmy się.
Gdy tylko nacisnął „enter”, pożałował swej decyzji. Przecież, gdy się spotkają większość jego aury tajemniczości rozwieje się. A co będzie, jeśli nie spodoba się dziewczynie jego osobowość? A co się stanie, gdy zobaczy jego niezbyt przystojną twarz? Czy nie ucieknie z przerażenia, lub, co gorsze, porozmawia z nim przez kilka minut tylko z grzeczności, przez cały czas źle kryjąc obrzydzenie?
Nie mniej dylematów perspektywa spotkania wzbudziła w Agnieszce. Przecież tak naprawdę go nie zna. A jeśli to jest jakiś nienormalny paranoik? Przecież się leczył. Co prawda mówił, że już wszystko w porządku, lecz to tylko słowa. Tyle się też mówi o różnych dewiantach, mordercach i innych wywrotowcach. Jednak natychmiast zganiła siebie za te myśli. Czyż nie powinna dać mu szansy? Czy już nie czas znów podarować komuś serce? Przecież nie można się zamykać się na świat, ponieważ każdy człowiek jest jego ingredientem, jedynym i niepowtarzalnym.
Następnego dnia spotkali się w parku miejskim. Miłosz siedział na ławce, obok niego spoczywał ogromny bukiet amarantowych róż. I nagle ją zobaczył: piękną, smukłą i wysoką dziewczynę, włosy ciemnoblond do ramion, obcisłe dżinsy i najbardziej niesamowity uśmiech, jaki w życiu widział. Poruszała się tak, jakby płynęła kilka centymetrów nad ziemią. Piękna w całej rozciągłości tego słowa. Słońce tańczące jej we włosach sprawiło wrażenie aureoli wokół jej głowy, co w powiązaniu z jej niesamowitym pięknem zrodziło w chłopaku tylko jedną myśl: „Widzę anioła. Tak pięknej postaci nie mógł stworzyć ten świat.”
Stanęła naprzeciw niego nie mówiąc ani słowa, tylko spojrzała mu w oczy z tym swoim niebiańskim uśmiechem. A on nie mógł się po prostu poruszyć, powiedzieć jednego słowa. Ona zauważyła jego konsternację, więc odezwała się pierwsza:
- Cześć, jestem Agnieszka.
- Mi… Mi… - wziął głęboki oddech. – Miłosz, bardzo mi przyjemnie poznać cię osobiście.
Znów ten jej uśmiech, który połamał skrzydła wszelkim wątpliwościom. Wręczył jej kwiaty i zaproponował spacer. Szli bez słowa, blisko siebie. W pewnym momencie ich ręce dotknęły się i poraził ich prąd. Chłopak wtedy rzekł:
- Albo to moja koszulka z syntetycznego materiału, albo mamy się ku sobie.
Zaśmiała się kryjąc twarz w kwiatach, jakby chciała je powąchać. Miłosz zauważył wtedy, że nawet jej oczy śmieją się w niespotykany sposób. To dodało mu odwagi, wiec powiedział wprost:
- Jesteś piękna.
- Dziękuję.
- Za co?
- Za komplement.
- Przykro mi, ale to nie był komplement.
- Nie? – zapytała szczerze zdziwiona. – A co?
- Stwierdzenie faktu.
Zatrzymała się i spojrzała mu prosto w oczy. Teraz już wiedziała, że go pokochała, takiego, jakim jest, nieodgadnionego, tajemniczego. Była też pewna, że i on ją kocha i że to przeznaczenie skrzyżowało ich drogi.
Odtąd spotykali się już regularnie, przy tej samej parkowej ławce. Spacerowali trzymając się za ręce. Ona zwierzała mu się ze swych codziennych kłopotów, opowiadała mu o swych przeżyciach i czuła się przy nim jakoś inaczej, wyjątkowo. On małomówny, ale zabawny zdawał się oddychać nie powietrzem, lecz jej obecnością, jej zapachem i dotykiem.
Pewnego razu Agnieszka zaprosiła go do siebie na kolację. Jej obawy nie rozwiały się całkowicie, ale czuła, że jemu może dać szansę, może mu pozwolić choćby nieco zbliżyć się do siebie. Przygotowała wspaniałą pieczeń według przepisu jej babci, do tego zapiekane ziemniaki, sałatka coleslaw, oraz słodkie jak miłość czerwone wino.
Przyszedł dokładnie o godzinie dwudziestej, tym razem z przepięknym bukietem polnych kwiatów. Agnieszka do końca życia nie dowiedziała się skąd on je wziął w samym środku zimy. Z resztą wtedy jeszcze o tym nie myślała, ciesząc się jego towarzystwem w swoim mieszkaniu, urządzonym skromnie, ale nowocześnie. Było to w zasadzie jedno duże pomieszczenie, którego trzy ściany były białe a jedna, ta naprzeciw wejścia eksponowała nieotynkowane czerwone cegły, w niej zainstalowany był kominek. Po prawej od wejścia były duże oszklone drzwi na taras, a po prawej kącik sypialny. Nad łóżkiem wisiała reprodukcja obrazu „Uporczywość pamięci” Salvadore Dali. Chłopakowi zawsze bardzo podobało się to surrealistyczne dzieło, o czym nie omieszkał wspomnieć Agnieszce. Całości wystroju dopełniał jasnobeżowy, gruby dywan, niczym kobierzec zaschniętej trawy.
Po skończonej kolacji usiedli na podłodze przy kominku z kieliszkami wina w ręku. Mocno wtuleni w siebie patrzyli w ogień; ona z głową na jego piersi, on całował jej włosy. W pewnym momencie Miłosz odłożył swój kieliszek, następnie odebrał Agnieszce i postawił go obok swojego. Spojrzeli sobie w twarze, w ich oczach tańczyły ogniki, zapewne nikt by w tej chwili nie odgadł czy to odbijał się w nich ogień z kominka, czy może były to płomienie miłości czy wręcz pożądania. Zbliżyli do siebie swe usta, powoli, nieufnie. W końcu ich pocałunek stał się faktem. Delikatnym, miękkim, a zarazem zachłannym aktem pieczętującym jakże przedziwną, dzięki temu jakże piękną miłość. Całowali się coraz mocniej i mocniej; im dłużej to trwało tym bardziej byli głodni siebie. Świat wirował wokół nich w szaleńczym tańcu emocji, uczuć. Po chwili Miłosz położył ją na dywanie, podkładając jej wcześniej swą dłoń pod głowę. Złożył jeszcze jeden subtelny pocałunek na czubku jej nosa, po czym zamknął oczy i palcami począł pieścić jej twarz, jakby chciał się jej nauczyć na pamięć. Otworzył oczy, popatrzył na nią i rzekł:
- Kocham cię.
Wiedziała, że w tych dwóch słowach zamykają się wszystkie ich ukryte pragnienia, skrywane nadzieje i najpiękniejsze myśli. Nic nie odpowiedziała, za to sięgnęła do guzików swej bluzki. Zdążyła odpiąć dwa, gdy chłopak nagle złapał ją za rękę i najspokojniej w świecie szepnął:
- Nie. Jesteś bardzo piękna i pragnę cię, ale proszę – nie.
Była zszokowana. Nigdy nie spotkała faceta, który oparłby się jej w takiej sytuacji, zwłaszcza, że sama bardzo go pragnęła. Zamiast tego odpowiedziała mu czule:
- Nie powiem, że cię rozumiem, ale szanuję twoje uczucia. I jeszcze jedno – też cię kocham.
Pocałowali się ponownie, równie dziko, żarłocznie jak wcześniej. Nagle Miłosz zapytał:
- Która godzina?
- Dwudziesta trzecia trzydzieści.
- Muszę iść.
- Hej, kopciuszku poczekaj. Dokąd się spieszysz? Dlaczego uciekasz? Wyjaśnisz mi w końcu cokolwiek?
Zatrzymał się. Dziewczyna miała już nadzieję, że otworzy się przed nią. Lecz on tylko stał ze spuszczoną głową, nawet się nie obróciwszy, więc ona podeszła do niego. Spojrzała mu w twarz i zauważyła łzy na jego policzku. Bez słowa ucałowała jedną z nich i ustąpiła mu z drogi. Wyszedł w lodowatą ciemność pozostawiając ją bez wyjaśnienia, smutną i przygnębioną. Dziesięć minut później nadszedł sms od Miłosza: „Jutro o 20-tej u Ciebie?”. Odpowiedź była szybka i jedyna do zaakceptowania dla jej przepełnionego miłością serca: ”Tak!!! Kocham Cię!!! Pa,.”
Następnego dnia zjawił się dokładnie o dwudziestej, jak zwykle bez słowa wyjaśnienia. Agnieszka zauważyła, że w zasadzie przyzwyczaiła się do tego i może tak nawet jest lepiej. Znów całowali się i przytulali, wzajemnie obdarowując się najwyższym z uczuć oraz poczuciem bezpieczeństwa. Nigdy jednak nie doszło przekroczenia tej najintymniejszej, najsubtelniejszej granicy pomiędzy nimi.
Tak mijały im kolejne tygodnie. Spotykali się o dwudziestej i wychodził tuż przed północą Pewnego razu, gdy leżeli na łóżku trzymając się w objęciach, zadzwonił telefon. Agnieszka chciała go zignorować, lecz jednak wstała. Odebrała telefon mówiąc:
- Proszę?
Potem nie powiedziała już nic. Schowała tylko twarz za parawanem dłoni i zaczęła płakać. Miłosz natychmiast podbiegł do niej, stanął bardzo blisko, ale nie dotknął. To ona oparła swa głowę na jego piersi i mocno się wtuliła. Nie pytał, co się stało, lecz cierpliwie czekał. Gdy uspokoiła się trochę rzekła przez łzy:
- Moja przyjaciółka zginęła w wypadku.
- Przykro mi, kotku. Zapewniam cię jednak, że dobrze się nią tam zaopiekują – odpowiedział wskazując palcem w górę.
- Proszę cię zostań na noc.
- Chodź, położysz się do łóżka, zrobię ci herbatę z czymś mocniejszym, zaśniesz po tym jak dziecko.
Gdy ona rozbierała się i kładła pod kołdrę on kończył swoją pracę w kuchni. Podał jej filiżankę i usiadł przy niej. Wypiła napój i położyła się. On położył się za nią, mocno przyciągnął do siebie i splótł swe palce z jej palcami. Mimo tragedii, która ją dotknęła, było jej tak dobrze, może to alkohol, może jego bliskość. Dość powiedzieć, że natychmiast zasnęła. Gdy obudziła się rano jego oczywiście nie było.
Zadzwoniła do Miłosza około południa. Dzień był brzydki, padał śnieg z deszczem a niebo miało kolor i ciężar ołowiu. Odebrał niemal natychmiast:
- Proszę?
- Cześć, to ja.
- Cześć, kotku. Jak się trzymasz?
- Chyba dobrze, a przynajmniej na tyle, ile to możliwe. Słuchaj, pogrzeb jest jutro o trzynastej. Mam nadzieję, że pójdziesz tam ze mną.
Nastała tak długa cisza w jej słuchawce, że musiała zapytać czy jeszcze tam jest.
- Kotku wybacz, ale nie mogę. Zapewniam cię jednak, ze będę tam całą swoją duszą. Proszę wybacz.

Poszła na pogrzeb sama. Nie pamiętała całej tej paplaniny księdza, zapamiętała za to dobrze głuche uderzenia zmarzniętej ziemi o trumnę, niczym werble plutonu egzekucyjnego. Jakże go teraz potrzebowała! Jego dotyku, ciepła, dźwięku jego głosu.
Po skończonej uroczystości spacerowała po cmentarzu usilnie próbując znaleźć sposób na przełamanie jego milczenia. Nagle, jakby usłyszała wewnętrzny głos, zatrzymała się. Spojrzała w prawo na znajdujący się tuż obok nagrobek i nogi ugięły się pod nią, w głowie się jej zakręciło, żołądek skurczył się do rozmiarów orzeszka a w płucach zamarł oddech. Z portretu na nagrobku patrzył na nią Miłosz. Nie było mowy o pomyłce; te same zamyślone oczy, ta sama kochana twarz, ten sam nikły uśmiech. Tyle, ze tu miał na imię Maciej i zmarł... 3 lata temu. Nagle pomyślała, ze jeszcze śpi i to tylko zły sen, jednak przejmujące zimno tego dnia odwiodło ją od tej irracjonalnej myśli, choć przecież ostatnia minuta skutecznie opierała się realizmowi. Początkowo nie wiedziała, co robić w tym ekstremalnym oszołomieniu, lecz po chwili wpadła na pomysł by zadzwonić do Miłosza. Wyciągnęła z torebki telefon i wybrała numer chłopaka. Po drugiej stronie odpowiedział jej automat:
- Nie ma takiego numeru. Sprawdź poprawność...
Rozłączyła się. Zupełnie nie wiedziała, o co w tym wszystkim chodzi. Zapewne dziś spotkają się znów o dwudziestej, wytłumaczy jej to nieporozumienie i oboje będą śmiać się z tego do rozpuku.
Minęła godzina dwudziesta druga, a jego nie było. Próbowała się do niego dodzwonić, ale wciąż odpowiadał jej miły głos o nieprawidłowości numeru. Była wściekła, smutna i załamana. Pochowała dziś przyjaciółkę, a na dodatek człowiek, którego tak bardzo kochała zdawał się także nie żyć i to od kilku lat. „Co się ze mną dzieje?” – pomyślała. Potem myśli popłynęły już lawiną. Czy aż tak bardzo potrzebowała miłości, że tylko wyobraziła sobie Miłosza? Czy pragnienie czułości, miłości, bezpieczeństwa przy drugim człowieku może być aż tak potężne, że powoduje tak silne halucynacje i to wszystkich pięciu zmysłów? Zastanawiała się czy to nie jest przypadkiem implikacja ostatnich traumatycznych wydarzeń. Nie, przecież znała go już kilka miesięcy. „Znała”- dobre sobie. Raczej wiedziała o jego istnieniu, niemal codziennie utwierdzając się w tej myśli poprzez jego delikatny dotyk, słodkie pocałunki, cudowne falowanie jej głowy, gdy spoczywała ona na jego klatce piersiowej. Mimowolnie pomyślała, czy kiedykolwiek w takiej sytuacji słyszała bicie jego serca. Skonstatowała nagle, nie bez przerażenia, że nie umie odpowiedzieć na to pytanie. Kim zatem jesteś, młody człowieku? Użyła całego wysiłku woli, by w tym pytaniu użyć słowa „jesteś” zamiast „byłeś”. Doszła w końcu do wniosku, ze im więcej o tym wszystkim myśli tym więcej rodzi się z tego pytań. Jutro na pewno wszystko się wyjaśni.
Oszołomienie i zmęczenie dały znać o sobie i Agnieszka szybko zasnęła. Śniło się jej, że spada w jakąś ciemność, jakby z jakiegoś wysokiego budynku, histerycznie rzucając kończynami. W oknach tej budowli widziała obrazy z jej życia: narodziny, pierwsze urodziny, naukę jazdy na rowerze, szkołę, pierwszy pocałunek, swój „pierwszy raz”, egzamin maturalny, swoje własne mieszkanie z pierwszym chłopakiem i wreszcie siebie z Miłoszem mocno wtulonych w siebie na łóżku. Nagle nie było już wieżowca, zapadła całkowita ciemność, którą po chwili rozświetliło troszeczkę niewielkie światełko, ale jakby bardzo dalekie. Jasność zbliżała się do niej przybierając z wolna kształt postaci. To był on, jej ukochany, znów szedł ku niej. Nie posiadała się ze szczęścia, gdy stanął tuż przed nią i uśmiechnął się swoim najbardziej niesamowitym uśmiechem. Powolutku wyciągnął do niej swą dłoń, coraz bliżej i bliżej, za chwilę znów będzie szczęśliwa, za chwilę znów ją dotknie i...
Przebudziła się z przerażeniem, ale z każdym haustem powietrza nabierała pewności co do tego, jak ma dalej postępować. Ujrzała wyraźnie swoją przyszłość, a raczej jej brak. Przecież, gdy utracimy kogoś, kogo kochaliśmy, już zawsze będziemy samotni, a ona bardzo tego nie chciała. Pragnęła znów być z Miłoszem, gdziekolwiek, w jakiejkolwiek postaci. Czyż i on tego nie pragnął? Czyż nie po to przyszedł do niej we śnie, wyciągając swą dłoń?
Podeszła do szafki w kuchni i wyjęła dwa kieliszki do wina, z których pili pierwszego wieczora u niej. Usiadła dokładnie w tym samym miejscu przed kominkiem, gdzie w tak piękny sposób wyznał jej miłość. Uniosła kieliszki nad głowę i uderzyła jednym o drugi. Szkło rozsypało się dookoła, niczym diamentowym deszczem zdobiąc dywan i jej włosy. Przy nóżkach naczyń, tak jak zamierzała, zostały jednak ostre krawędzie. Wzięła więc do prawej ręki jeden z tych specyficznych skalpeli i nacięła sobie lewą rękę, tuż przy nadgarstku. Krew natychmiast popłynęła w rytm bicia jej pękniętego serca. Analogicznie postąpiła z drugą ręką, używając drugiego pękniętego kieliszka. Położyła się i rozłożyła ramiona, zabarwiając szkarłatem coraz większą część dywanu. Robiło się coraz ciemniej wokół niej i było jej strasznie zimno, a serce biło jej jak oszalałe, na dodatek coraz szybciej. Pomyślała wtedy: „prawdziwa miłość nie istnieje, a przynajmniej nie z Tej Strony. Już do ciebie idę, mój kochany.”
Dwie minuty później umarła, ale przysiągłbyś, że jej pozbawiona życia twarz uśmiechała się.


Autor: Szejner, Przemysław
Dodano: 2008-12-11 18:18:16
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj powieść z World of Warcraft


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e03)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e02)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e01)

Recenzje

Bourne, J.L. - "Armagedon dzień po dniu"


 Szrejter, Artur - "Legenda wikingów. Opowieść o Ragnarze Lodbroku, jego żonach i synach"

 Lem, Stanisław - "Dzienniki gwiazdowe II"

 Cherezińska, Elżbieta - "Płomienna Korona"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

 Bennett, Robert Jackson - "Miasto schodów"

 Denfeld, Rene - "Zaczarowani"

 Gaiman, Neil - "Koralina"

Fragmenty

 Butcher, Jim - "Zdrajca"

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

 Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

 Wilderäng, Lars - "Rozgwieżdżone niebo"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Tapinas, Andrius - "Wilcza godzina"

 Fletcher, Michael R. - "Bez odkupienia"

 Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS