NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka"

Tregillis, Ian - "Powstanie"

Ukazały się

Ryman, Geoff - "Tlen"


 Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilczy księżyc"

 Shannon, Samantha - "Pieśń jutra"

 Tidhar, Lavie - "Stulecie przemocy"

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

 Headley, Maria Dahvana - "Gniazdo"

 Piotrowski, Przemysław - "Radykalni. Terror"

Linki


Obraz

– Nigdy więcej, nigdy więcej - powtarzał sobie biorąc poranny prysznic.
Miał wrażenie, że krople wody ciążą na jego ciele, a spływając po nim, z ogromnym hukiem odpływają do ścieków. Stał oparty głową o ścianę kabiny i pewnie gdyby nie ona, osunąłby się na podłogę. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek czuł się aż tak fatalnie. Co go podkusiło, żeby tyle pić? Nigdy sobie na tak wiele nie pozwalał. Tym bardziej, że ma słabą głowę, o żołądku nawet nie wspominając. Następny dzień po piciu ma zawsze zmarnowany. A poza tym alkohol nie jest jego ulubioną używką. Ale okazja w sumie była nie byle jaka i wymagała poświęcenia. Na wystawę jego fotografii przyszło wielu znanych, a przede wszystkim bogatych ludzi. Tego typu znajomości bardzo mogły mu pomóc w dalszej pracy i szukaniu sponsora dla nowego projektu. Marzył mu się wyjazd do Afryki, tyle tam się dzieje, wiele można zobaczyć, sfotografować, zatrzymać na filmie i pokazać w Europie. I oczywiście zarobić, a może nawet przede wszystkim zarobić.
Jego rozważania przerywał uciążliwy, pulsujący w skroniach ból. Miał wrażenie, że zaraz rozerwie mu głowę. Pomimo to starał się pozbierać myśli i przypomnieć sobie przebieg wczorajszego wieczoru. Zaczął od tego, że nie kojarzył w jaki sposób trafił do domu... obudził się w ubraniu na swoim łóżku, a pierwszą rzecz jaką pamiętał, to roześmiany współlokator, niosący kubek czarnej kawy. Podsuwając mu go pod nos, patrzył na niego z politowaniem. I przy tym jeszcze z wielkim zapałałem relacjonował poranne wiadomości. Andrzej słyszał tylko coś o kradzieży obrazu z Muzeum Narodowego. Niestety jego organizm, zmusił go do szybszego, niż zakładał, wstania z łóżka i udania się do łazienki.
– Andrzejku, kochanie, telefon – krzyknął wesoło zza drzwi Marcin.
– Tak, już biegnę – odezwał się ironicznie Andrzej, kiwając głową pod prysznicem.
– Zapisz kto i powiedz, że oddzwonię, kotkuuu! - Odpowiedział. „Co za cymbał, normalnie kiedyś mnie wykończy ten koleś i jego poczucie humoru” mamrotał jeszcze z głową pod prysznicem.
Resztkami sił wytarł się i wyszedł spod prysznica. Na stole w salonie stał jego obiecany kubek z kawą i otwarty na „onecie” laptop przyjaciela. Andrzej usiadł na jego miejscu i popijając nieco już chłodną kawę zaczął przeglądać wiadomości.
– Ty i co, niezła jazda z tym obrazem?- Zaczął Marcin wychodząc z kuchni, trzymając patelnię pełną rozbełtanej nieludzko jajecznicy.
– O czym ty do mnie mówisz?
– Jak to o czym? Zniknął z Muzeum Narodowego obraz wielkości czterech metrów, tego tam, jak mu, Memlinga Hansa... jakiś Sąd Ostateczny, czy coś takiego. W sumie mało istotne kogo, ale robota pierwsza klasa.
– Jak zniknął? Znaczy ukradli?
– Nie, mówię ci, że zniknął, ukraść to można komuś rower i odjechać, a nie takiego kloca wynieść z monitorowanego Muzeum - całkiem poważnie zauważył Marcin.
– Tak? A jak twoim zdaniem wygląda takie zniknięcie?- Ciągnął dalej dyskusje, popijając chłodną kawę Andrzej?
– No co ty? Nie wiesz? Są różne sposoby. Robisz pstryk palcami, albo mój ulubiony sposób: masz taką zajebistą czarną pelerynkę, o, jak ten koleś z kozią bródką, wczoraj na wystawie. No i wiesz, podchodzisz wyjmujesz pałeczkę, robisz pyk i obrazu nie ma....
– Ale ty jesteś głupi! Założę się, że to twoja robota, gadaj, gdzie go schowałeś?- Andrzej zaśmiał się pomimo nieludzkiego bólu głowy.
– Ja tam zajmuję się tylko rowerami.
Andrzej lubił te głupawe rozmowy z Marcinem, nadawali na podobnych falach. Przyjemnie było rano odezwać się do kogoś, obejrzeć razem mecz, albo od czasu do czasu przypalić skręta. Nie lubił mieszkać sam. To było dla niego bardzo przygnębiające. A od czasu jak zostawiła go Anka, miewał często doły i fatalne nastroje. Dlatego, jak tylko dowiedział się, że Marcin przyjeżdża do Gdańska studiować, zaproponował mu zatrzymanie się u siebie. Chudy, wysoki, o jasnej karnacji i lekko ryżawych długich włosach, sprawiał wrażenie nastolatka z liceum a nie studenta Akademii Muzycznej. Tym bardziej, że jego zachowanie i sposób bycia bardziej pasował do dzieciaka ze skate-parku niż do muzykologa. Chaotyczny, zabiegany, ciągle czymś zajęty i totalnie zakręcony, wprowadził do życia Andrzeja odrobinę rozrywki.
– Ty, my tu gadu-gadu a ktoś chyba do mnie dzwonił? - zauważył Andrzej.
– A taaa, dzwonił... koleś w meloniku i z kozią bródką.
– Oj, nie wygłupiaj się, pytam poważnie, kto dzwonił?
– Ale ja mówię poważnie, ten koleś, co wczoraj łaził za tobą, jak jakiś kieszonkowiec. Przez chwilę myślałem, że będziemy musieli się go dyskretnie pozbyć z imprezy, żeby nie było jakiejś niepotrzebnej sensacji. On jakiś dziwny był jak dla mnie. I ta jego pelerynka. Ty, a jakie on miał oczy. No, ja takich źrenic to nigdy nie miałem- a jak wiesz, mam pięknie powiększone, jak sobie tylko dam czadu...
– Oj przestań - przerwał mu, bojąc się, że przyjaciel rozwinie to do formy opowiadania, co często mu się zdarzało. Marcin uwielbiał swoje poczucie humoru i, często nie zważając czy ktoś go słucha, czy też nie, bredził od rzeczy o swoich dziwacznych spostrzeżeniach.
– No tak, masz rację. Trochę dziwny to on był. Ale z tego, co kojarzę, a niestety, wstyd się przyznać, końcówki już prawie wcale nie pamiętam, to chyba jakiś rosyjski Baron. Przynajmniej tak się przedstawił.
– Ta, jasne, sam Borys Godunow przyjechał kupić twoje zdjęcia - zaśmiał się znowu Marcin.
– Dobra, dobra. Mów lepiej, czego chciał?
– Zostawił informację, że chce się z tobą spotkać i porozmawiać. Ma dla ciebie jakąś propozycję. Jest w hotelu Memento i czeka na telefon od ciebie.
Andrzejowi aż serce szybciej zabiło, a wyobraźnia zaczęła szaleć. Marzyło mu się, że zachwycony jego fotografią mecenas sztuki zza wschodniej granicy zasponsoruje mu wyjazd do Afryki, żeby mógł zrobić nieco zdjęć z toczących się tam walk plemiennych. Widział już, jak jedzie dżipem zakurzoną drogą, jak słońce praży go w twarz, a on trafia najlepiej na jakąś nieziemską masakrę, pełno krwi i czarnych ciał leżących dookoła. To by było coś. Za przywiezienie takich zdjęć zgarnąłby kupę kasy. No i oczywiście sława. Widział już swoje nazwisko w największych serwisach www i we wszystkich liczących się gazetach. Siedział tak przez chwilę, dopijając resztkę kawy. Aż się zakrztusił, gdy w zamyśleniu zaciągnął się fusami, rozbawiając tym Marcina przeglądającego dalej informacje.
– To na myśl o koziej bródce?
– To może być dla mnie wielka szansa. Jak ten koleś ma kupę kasy, to może uda mi się chociaż kupić nowy sprzęt. Może chce nawiązać współpracę? Nigdy nie wiadomo. Pamiętaj, bracie, złotą zasadę. Zawsze frontem do klienta – z uśmiechem zakończył Andrzej, wstając od stołu.
– Ty, ja mówiłem poważnie o tym człowieku. Uważaj, na moje oko był jakiś chory. Chodził za tobą jak cień, nie spuszczał z ciebie wzroku. Przysłuchiwał się każdej twojej rozmowie i dopytywał się gości o ciebie i o twoje podróże. Zatrzymał się w końcu przy zdjęciu tej młodej Rosjanki. Stał tam dłuższą chwilę i wpatrywał się w nią. Krążył wokół tego zdjęcia jak sęp. Oglądał je z każdej możliwej strony. I z tego co mi mówił ochroniarz na fajku, dotykał jej twarzy. Gładził policzki, jakby chciał zetrzeć krew z twarzy. Wyglądało to prawie, jakby znał tą dziewczynę. Mówię ci, to jakiś popapraniec.
– A co w tym dziwnego? - Uśmiechnął się Andrzej.- Może poznał się na mojej fotografii? Może ktoś w końcu doceni moje starania? A co do tego zdjęcia, trzeba przyznać, że ma dobry gust.
– Wiesz co? Ty też jesteś chory. I to wcale nie jest zabawne. Ta dziewczyna została zabita, leżała na zimnej, szpitalnej podłodze, a po policzkach spływała jej krew. Na moje oko miała z dwadzieścia trzy- cztery lata, tyle, co moja siostra. Miała całe życie przed sobą, gdyby nie jakiś chory facet szalejący z karabinem. Gdyby nie to, że znalazła się w złym miejscu i o złej porze. I wcale nie uważam, żeby był to powód do żartów. - Zjeżył się na Andrzeja, szczerze zaskoczonego jego reakcją.
Andrzej nigdy nie widział przyjaciela w takim stanie. W sumie znał go od dawna, świetnie się razem bawili, rozmawiali na wiele tematów, ale jak Andrzej zaczynał mówić o swojej fotografii, Marcin zmieniał temat, albo robił się milczący. Siłą dał się wyciągnąć na jego pierwszą profesjonalną wystawę, którą i tak prawie całą przestał w palarni. Andrzej nie pojmował, dlaczego Marcin z takim dystansem podchodził do jego pracy.
Przecież to artysta, o otwartym umyśle, nie ograniczony żadnymi zahamowaniami, o szerokich horyzontach, a mimo to fotoreportaże z obszarów objętych wojną wywoływały u niego coś w rodzaju niesmaku. Mówił co prawda, że jest osobą wierzącą i chyba to powoduje u niego inne spojrzenie i pojmowanie tematu śmierci.
Raz tylko oskarżył przyjaciela o coś w rodzaju braku szacunku do życia i poszanowania ludzkiej godności. Ale to było na jakiejś imprezce z trawką, więc uznał to za jakieś fanatyczne brednie pod wpływem zioła. Zdawał sobie doskonale sprawę, że to, co robi, to nie łatwy kawałek chleba, ale przecież to nie jego wina, że ludzie się zabijają. On jest tylko dokumentalistą. Często spotykał się z podobnymi oskarżeniami pod swoim adresem.
Jego praca stała się powodem, dla którego zostawiła go Anka. Powiedziała mu, przy ostatniej awanturze, że nie może dłużej znieść życia z taką hieną, żyjącą na cmentarzu i żywiącą się ludzkim nieszczęściem. Zarzuciła mu też, że przestał widzieć w tym wszystkim człowieka i tylko przelicza ile weźmie kasy za zdjęcie czyjejś śmierci - martwi się tylko o to, co krytycy napiszą, i jak zostanie dane zdjęcie odebrane przez oglądających
Taki wykład usłyszał, jak wrócił z podróży oburzony i zaczął jej relacjonować wydarzenia. Jak to młoda Afganka nie dała mu zrobić zdjęć na pogrzebie swojego dziecka. Jak musiał się z nią szarpać i walczyć, żeby cokolwiek sfotografować. Po takiej awanturze nie było mowy, żeby byli dalej razem. Jednak brakowało mu Anki i to bardzo.
– Uważaj na siebie w każdym razie - powiedział Marcin i wstał od stołu, zanosząc pustą patelnię do zlewu. Andrzej skinął głową, w podziękowaniu za jego troskę. Zabrał ze stołu kartkę z numerem telefonu i nazwiskiem, niezbyt czytelnie nabazgranym przez Marcina. Poszedł do swojego pokoju przygotować ubranie na spotkanie.

***
Na dwudziestą umówiony był w barze hotelowym na drinka z panem Borysem Iwanowiczem Krasywym. Na samą myśl o drinku przeszły go dreszcze, ale czego się nie robi dla kariery? „Jakoś to przeżyję” - pomyślał z uśmiechem wysiadając z taksówki na parkingu hotelowym.
Pogoda była wyjątkowo paskudna, nawet jak na październik. Padał deszcz i do tego wiał chłodny, wilgotny wiatr, podwiewając do góry ubłocone liście. Andrzej szedł wolnym krokiem, omijając kałuże. Miał jeszcze chwilę do spotkania, przyjechał wcześniej obawiając się, że mogą być korki, a na spóźnienie nie mógł sobie pozwolić.
Wszedł do holu, gdzie oślepiło go mocne światło. W oddali słychać było cicho grającą muzykę. Zostawił płaszcz w szatni i zapytał, gdzie jest bar. Wysoki, otyły mężczyzna odbierając nakrycie, wskazał mu pomieszczenie na końcu korytarza. Andrzej poszedł powoli we wskazanym kierunku.
Rozejrzał się po sali. Niewiele osób tu było, co mocno go zdziwiło, ponieważ jego zdaniem pogoda była typowo barowa, a do tego sobota wieczór. Raczej spodziewał się tłumu, a tu garstka ludzi. Trzy samotne panie, jakiś podpity, startujący do nich facet- wyglądający na handlowca w podróży służbowej. I jeszcze dwie starsze kobietki popijające w rogu koniaczek. Podszedł do baru i usiadł na stołku.
– Kawę poproszę - zaczepił przechodzącą obok niego mocno umalowaną barmankę.
Na blacie leżały poranne gazety, na pierwszej stronie „Wyborczej”, dostrzegł wielki, czerwony tytuł. „Zniknięcie obrazu Memlinga”. Andrzej uśmiechnął się, przypominając sobie poranne żarty na temat tego zdarzenia. Rozłożył gazetę i zaczął czytać.
„Dziś w nocy zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach obraz Hansa Memlinga pt. „Sąd Ostateczny”. Kradzież z Muzeum Narodowego w Gdańsku jest tym bardziej zadziwiająca, że obraz był dobrze zabezpieczony. Policja przesłuchuje pracowników ochrony i przegląda kasety z monitoringu. Niebywale zuchwała i wręcz niemożliwa kradzież, ze względu na gabaryty obrazu...
Nagle na swoim ramieniu Andrzej poczuł wielką dłoń, aż podskoczył z zaskoczenia, doznając przy tym dziwnego uczucia, czegoś w rodzaju oparzenia.
– Witam, panie Drawecki- usłyszał za plecami.
Odwrócił się i zobaczył przed sobą uśmiechniętego barona. Mężczyzna przypominał posturą starego niedźwiedzia. Wyglądał jak wielka zbita kula. Głowa była bezpośrednio przytwierdzona do tułowia. Nie dało się nie zauważyć jego osoby. Do tego wielkie włochate łapska i potężny tors mocno kontrastowały z delikatną twarzą i dziwnie długą brodą, na której malowniczo sterczała kępa włosów. Groteskowości tej postaci odbierały tylko oczy.
„Są naprawdę dziwne” - pomyślał Andrzej podając rękę baronowi. Biła od nich jakaś hipnotyzująca siła. Źrenice były wielkie, wręcz nienatruralne. Przez chwilę pomyślał nawet, że te oczy nie mogą być ludzkie. Zapomniał się i z ciekawością zaczął się im przyglądać. Patrząc na nie miał wrażenie, że spojrzenie Barona, przenika w głąb jego myśli, że zaczyna grzebać, szperać w jego głowie, że narusza jego prywatność, że poznaje jego tajemnice, sekrety, wspomnienia i lęki.
– Proszę, może usiądziemy przy stoliku- zaproponował mężczyzna, przerywając niezręczną sytuację.
– Tak, oczywiście- oprzytomniał Andrzej.
– Jak udała się wystawa?
– Bardzo miło zostałem przyjęty przez odwiedzających, ale ocenę zostawmy krytykom- uśmiechnął się nieco speszony.
– Tak, to bardzo interesująca wystawa.- Niby od niechcenia westchnął Baron. - A skąd u pana takie zainteresowanie śmiercią, jeżeli mogę zapytać? Przyznam szczerze, że zaskoczyła mnie szczerość przekazu, jaka biła z pana fotografii. Ten realizm, a jednocześnie dramatyzm. Hmm.-pomrukiwał brodacz z aprobatą.
Andrzeja zdziwiła ta twórcza przenikliwość i żywe zainteresowanie jego pracą. Pasja z jaką wypowiedział słowo „śmierć”, akcentując je z wielką dbałością i prawie uwielbieniem, przeraziła nieco fotografa. Miał nawet przez chwilę wrażenie, że jego oczy jakby się powiększyły w tym momencie. Cholerne poczucie humoru Marcina i jego głupawe uwagi na temat tego człowieka sprawiły, że zaczynał zachowywać się jak paranoik. „Niedługo pod jego wpływem zacznę wierzyć w UFO”, pomyślał z rozbawieniem. Natomiast baron ciągnął dalej myśl.
– Niech mi pan powie, jak się panu udaje zrobić tak wspaniałe zdjęcia? Przecież to musi być niebywale trudne, tak stać nad konającymi i cierpiącymi ludźmi i robić im zdjęcia w momencie ich ostatnich chwil. Trzeba mieć silny charakter, żeby mimo wszystko stać obok, nie ingerować i być przy tym jeszcze obiektywnym. Przecież zawsze podczas takich konfliktów, cierpią niewinni ludzie zarówno z jednej jak i z drugiej strony. Musi być pan człowiekiem o niezwykłej wrażliwości, skoro potrafi pan przekazać tyle prawdy o śmierci taką formą wyrazu artystycznego.- Ciągnął dalej baron, mówiąc dziwnie ściszonym głosem.- Przecież to nie obraz, nie rzeźba, nad którą pracuje się w pracowni. Pan tam jest, widzi, przygląda się. Ma pan tak naprawdę chwilę, aby uchwycić dany moment, aby zdjęcie nabrało odpowiedniej treści. Jak się pan czuje w takiej sytuacji, nie przeraża to pana? O czym pan myśli? Czy próbuje pan tym ludziom w jakiś sposób pomagać? - Tym pytaniem chyba najbardziej zaskoczył Andrzeja, jakby coś wiedział, jakby był wtedy w Budionnowsku i widział jak robi zdjęcie tej młodej dziewczynie. Czemu tak go zainteresowało? Przeszły go silne dreszcze i poczuł skurcz żołądka. Pomyślał przez chwilę, że może on naprawdę znał tą studentkę i wie co się tam stało. A teraz będzie się na nim mścił. Może nawet będzie starał się go postawić przez sąd. Chciał wstać i wyjść stamtąd jak najszybciej. Ale szybko zaczął analizować sytuację. Przecież, niby skąd on miał by znać jego tajemnicę. Przy robieniu tego zdjęcia nie było nikogo, nikt nie mógł go widzieć. A tym bardziej nikt nie mógł dostrzec tego, że dziewczyna jeszcze oddychała. Nie mógł wyczuć faceta. O co mu chodzi? Jakiej odpowiedzi się spodziewał, zadając mu tyle pytań. Czego chce od niego? Czy tymi słowami zachwyca się nad jego talentem i pracą, czy wręcz odwrotnie?. Andrzej miał wrażenie, że ten człowiek, wie o nim dużo więcej, niż by się zdawało. Ale skąd, czy gdzieś już się spotkali? Nie mógł sobie przypomnieć. „Raczej nie”, pomyślał, „takiej postaci na pewno nie da się zapomnieć”.
– Widzi pan, wszystko co robię, robię w określonym celu. Pragnę przekazać światu ból i cierpienie wojny. Jej oblicza, zwłaszcza te najgorsze, najstraszniejsze, te najprawdziwsze. Robię to w pewnym sensie z poczucia misji. Aby ludzie dostrzegli bezsens i ogrom zniszczeń, jaki niesie ze sobą wojna.- Wyrecytował Andrzej, bez najmniejszego zająknięcia i bez dłuższego zamyślenia, jakby mówił z pamięci.
– To bardzo ciekawe i zarazem poruszające, co pan mówi. A wie pan, tak się składa, że ja również zajmuję się sztuką. Co prawda amatorsko, taka pasja, coś w rodzaju hobby. A prawdę mówiąc, pracuję bardzo długo nad jednym dziełem. Taki ze mnie artysta jednego obrazu- wyszeptał z powagą, pochylając się w stronę fotografa.
– A jaka tematyka pana pasjonuje, portret, pejzaż, a może sceny batalistyczne?- Od niechcenia wyrzucił z siebie fotograf. Spodziewał się raczej rozmowy o swojej sztuce, a nie o hobby i pasji malowania barona. Liczył na jakieś korzyści z tego spotkania. A tu okazuje się, że koleś chce sobie pogadać przy drinku o swoim obrazie. Bał się, że rozmowa potoczy się innym torem niż zakładał, zaczynał się już denerwować, gdy znowu baron zapytał.
– Jakby mógł mi Pan opowiedzieć jak powstają Pana fotografie? To musi być niezwykle pasjonujące. Na pewno każdemu zdjęciu towarzyszy niezwykła historia. Powinien Pan pomyśleć o wydaniu albumu z odpowiednimi omówieniem poszczególnych zdjęć i ich historią. To by było coś w rodzaju epitafium dla tych wszystkich ludzi, którzy stali się Pana, że tak powiem modelami.
„O Boże, i jeszcze do tego zadaje tendencyjne pytania”. W głowie przez chwilę przemknęły mu słowa piosenki Kazika. „Jak powstają twoje teksty? – gdy mnie ktoś tak spyta, zakurwię z laczka i poprawię z kopyta”. Ile razy jeszcze będzie musiał znosić takich ludzi. Jakby ich naprawdę to interesowało. Nie mają pojęcia o tym co się tam dzieje, jak to wygląda i o co chodzi, przychodzą pooglądać jego fotografie i pogadać ze znajomymi. I tak w ogóle to ich to wszystko niewiele obchodzi. Nie mają nawet pojęcia, gdzie były robione zdjęcia, czego dotyczył konflikt, o co chodziło w tej wojnie. A pytają się go głupio: „jak powstają twoje zdjęcia?” Jakby to było pisanie wiersza. Zaczął już się irytować tą rozmową i nawet pukać nerwowo palcami w stół. Chciał już wyjść, był cholernie zmęczony poprzednim wieczorem, a tu do tego jeszcze taka wpadka z tym baronem. Był zły na siebie, że dał się ponieść i umówił się na to spotkanie. „Trudno”, pomyślał, „trzeba to przeżyć”. Dokończy sączyć drinka i wykręci się czymś, żeby zakończyć to żenujące spotkanie.
– A długo już pan maluje ten obraz, jeżeli mogę zapytać?- wydusił z siebie unikając odpowiedzi na pytanie barona.
– Maluję obraz, rzekłbym, całe wielki. Szukam natchnienia i znów do niego wracam. I muszę przyznać, że mam przeczucie, że jest już na ukończeniu. Znalazłem dwa brakujące do niego elementy. I to wszystko dzięki panu.
– Mnie? Pochlebia mi pan.- Znudzonym, ale grzecznym głosem odpowiedział Andrzej.
– Tak, dzięki panu i pana fotografii. Dlatego też chciałem się spotkać. Mam, jak sądzę ciekawą propozycję, którą jak mi się wydaje, będzie pan zainteresowany.
„No nareszcie”, prawie się wyrwało Andrzejowi: „Będzie kaska, będzie kaska”. Jak małe dziecko ucieszył się w myślach, co od razu chyba wyczuł baron.
– Otóż- ciągnął brodacz.- Chciałbym kupić od pana na wyłączność jedno zdjęcie. Bardzo mi zależy na fotografii tej młodej dziewczyny – zakładniczki zabitej, jak się nie mylę, w zamachu. No i chciałbym usłyszeć coś więcej o historii tego zdjęcia. Proponuję, aby przyjechał pan do mnie na weekend, do mojej posiadłości. Kupiłem tu niedaleko stary pałacyk, właśnie się urządzam i miło by było z kimś porozmawiać. No i pokazałbym panu moje dzieło oczywiście.
– No nie wiem, czy mam wolny termin, muszę to sprawdzić- zaczął kombinować Andrzej, na samą myśl o spędzeniu z tym człowiekiem paru godzin robiło mu się słabo, a co dopiero cały weekend.
– Dwadzieścia tysięcy złotych za fotografię, przelew mogę zrobić w poniedziałek, jak pan sobie życzy- wtrącił baron. Nie czekając nawet na jakiekolwiek próby odmowy przyjazdu.
Szeroki uśmiech Andrzeja baron uznał za zgodę.
– Więc spotkamy się za tydzień u mnie. Proszę, tu jest moja wizytówka, z tyłu jest adres i mapka dojazdowa. Myślę, że poradzi pan sobie.
Odbierając od barona wizytówkę, Andrzej spojrzał na jego dłonie. Dziwne, że wcześniej nie zwrócił na to uwagi. Jego paznokcie były zaostrzone, spiłowane jak pazury zwierzęcia. „No nie mogę, ten koleś ma szpony zamiast paznokci. Co to w mordę za moda, wygląda to paskudnie.” Baron jakby wiedział, o czym myśli fotograf, bo ostentacyjnie pogładził się po bródce, eksponując długość swoich paznokci. Jakby prowokująco, chwalił się nimi.

***
Sporo czasu zajęło Andrzejowi odnalezienie drogi do pałacyku barona. Krążył, a przynajmniej tak mu się zdawało, leśnymi drogami, zanim natrafił na znak informujący o terenie prywatnym. Wąska żużlowa droga prowadziła do widocznego już w oddali małego pałacyku. W miarę zbliżania się do budynku, Andrzej stwierdził, że pałacyk wcale nie wyglądał na taki mały. Podjechał do bramy, nad którą widniał imponujących rozmiarów napis: Tu oczyść serce podłością zatrute, tu zabij w sobie wszelki strach znikomy 1). „Fajna sprawa, taka myśl przewodnia”, pomyślał sobie wjeżdżając na teren posiadłości. Spodziewał się raczej czegoś mniejszego. „Pałacyk”, pomyślał sobie, „ci ruscy to chyba wszystko nazywają pałacykami. Ten w Warszawie to też chyba taki sobie pałacyk”, mówił sam do siebie przyglądając się budowli. Pałac ten bardziej przypominał gotycki kościół, niż siedzibę jakichś książąt. Miał dwie wielkie kolumny, zakończone srebrnymi masztami. Był nieco podniszczony, ale robił niesamowite wrażenie. „Jak to możliwe, że nigdy nie słyszałem o tym miejscu”, pomyślał. Próbując zastukać wielką pordzewiałą kołatką wiszącą na drzwiach, dostrzegł nad ich sklepieniem kolejny napis: Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją 2). „Bardzo śmieszne, ciekawe co będzie dalej”, przemknęło mu przez myśl. Ale poczuł chłód na ciele. Miejsce było trochę mroczne, tym bardziej, że zbliżał się już wieczór, a jesienne, mgliste powietrze dodawało przygnębiającej aury.
– Witam mego gościa.- Baron stanął w drzwiach. Ubrany tym razem w czarny długi płaszcz, przypominający sutannę. Nie miał on jednak ani jednego guzika. Wyglądało to jakby strój ten był zszyty na nim, bez możliwości ściągnięcia go. Czerń materiału, miała nieznaną dotąd Andrzejowi głębię. Patrzył zdziwiony, jak bezszelestnie faluje materiał, pod wpływem ruchów barona. Idąc za jego plecami do pokoju gościnnego, miał dziwne wrażenie, że schodzą pod ziemię. Korytarz był długi i wąski, nie było na jego ścianach żadnych ozdób, jedynie w dużych odstępach przytwierdzone były stare kinkiety, które dawały bardzo mało światła. Powietrze było chłodne i gęste, co jeszcze potęgowało poczucie strachu.
Andrzej przez całą drogę korytarzem nie zauważył żadnych drzwi. Zaczął się nerwowo oglądać za siebie, ale nic nie widział. Światło gasło, gdy mijali kolejny kinkiet, pozostawiając za plecami Andrzeja ponurą ciemność.
– Jeszcze chwilkę i będziemy na miejscu- odezwał się baron, jakby wyczuwając zniecierpliwienie gościa.- Po tym jak się pan rozgości i odpocznie chwilkę, zapraszam na kolację. Przyjdę po pana osobiście, proszę się o nic nie martwić. Mam nadzieję, że będzie pan zadowolony z pokoju, specjalnie przygotowanego dla pana.
Nagle na końcu pustego, jak się Andrzejowi wydawało, tunelu ukazały się drzwi. Baron pociągnął za klamkę otwierając je i puszczając gościa przodem. Fotograf wszedł i zaniemówił. Zaskoczony był przepychem pomieszczenia. Pełno kwiatów, antyczne meble, na środku wielkie dębowe, o rzeźbionych brzegach łoże. Przepiękne obrazy przedstawiające górskie pejzaże, wisiały na ścianach pomalowanych na intensywny bordowy kolor. W rogu pokoju stał wielki, złoty świecznik, z zapalonymi już świeczkami, dającymi przepiękny blask. Wszystko to razem, robiło niesamowite wrażenie. Na prawo od łoża były drzwi do łazienki. Tylko jedna rzecz zdziwiła Andrzeja. „Cholera, nie ma tu okna”. Spojrzał w stronę Barona, ale ten właśnie zamykał za sobą drzwi. Nie zastanawiając się wiele, poszedł do łazienki odświeżyć się po podróży i przygotować do kolacji. „W końcu chce mieć to szybko za sobą.”- Na myśl o dwudziestu tysiącach. na swoim koncie uśmiechał się bezwiednie biorąc prysznic.
Baron wydawał się tym razem nieco bardziej poważny i oficjalny, co zaniepokoiło Andrzeja. Nie był to już ten sam rozgadany i zadający dużo pytań facet. Wydawał się też nieco bardziej szczupły i wyższy. Siedzieli na przeciw siebie jedząc kolację, wymieniając uprzejmości i rozmawiając o pogodzie. Po skończonym posiłku baron zaproponował kieliszek czerwonego wina, na co Andrzej przystał bardzo chętnie, chociaż wolałby coś mocniejszego. Usiedli wygodnie w wielki fotelach ustawionych przy kamiennym kominku. Ogień dawał przepiękne światło, ale nie czuć było od niego ciepła. Wręcz przeciwnie, całe pomieszczenie było chłodne i wilgotne.
– Mam nadzieję, że ma pan negatywy zdjęcia o którym rozmawialiśmy- rozpoczął bez wstępu baron.- W poniedziałek według umowy zrobię przelew na konto, które mi pan poda. Wycedził przez zęby mężczyzna.
Andrzej wyciągnął milcząco film z kieszeni i położył na stojącym przed mim stoliku. Podniósł kieliszek wina i upił trochę.
– Niesamowity smak, przyznał szczerze. Nigdy nie próbowałem czegoś podobnego. Skąd pochodzi to wino, ma taki specyficzny cierpki smak, o kolorze i jego nieco gęstej konsystencji już nie wspominając.- Zachwycał się Andrzej.
–A to wino z moich rodzinnych stron. Trochę dziwne, że nie zna pan jego smaku. No, ale cóż, cieszę się, że panu smakuje. Proszę mi opowiedzieć coś więcej o tej dziewczynie- zmienił temat podnosząc negatyw ze stolika.
Fotograf odstawił kieliszek na stolik i wziął głęboki oddech, jakby chciał w jednym zdaniu odpowiedzieć na pytanie barona. Jego twarz poczerwieniała, a na skroniach pojawiły się krople potu. Na samą myśl o tej historii robiło mu się gorąco. Miał wrażenie, że baron wszystko wie, że go sprawdza, że jednak tam był i coś widział. Myśli kłębiły mu się w głowie, ale ściszonym głosem rozpoczął opowiadanie.
– To zdjęcie młodej studentki medycyny, która została zastrzelona w Budionnowsku. Było to w czerwcu tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym roku. To był mój pierwszy wyjazd na tereny objęte walkami. Miałem umowę z jedną z gazet, że kupią ode mnie każde niemalże zdjęcie z toczących się tam walk. Przez przypadek w sumie znalazłem się niedaleko miejsca, gdzie Szamil Basajew dokonał tej rzezi. Zresztą pan, jako Rosjanin, sam doskonale o tym wie. Była to dla was wielka tragedia, tysiąc dwustu zakładników, z czego zabito około sto trzydzieści osób. Jedną z nich była ta właśnie dziewczyna. To jej zdjęcie właśnie zrobiłem siedemnastego czerwca, jak wpuszczono dziennikarzy do szpitala. Ciała ułożone były pod ścianą, cały korytarz zalany był krwią. Wyglądała jak czerwony dywan na rozdaniu Oskarów. Była pierwszą z brzegu, leżała na boku z głową bezwładnie opuszczoną na posadzkę podłogi. Włosy całe miała czerwone, unurzane w gęstej breji. Zrobiłem szybko zdjęcie, tylko jej, nie dałem rady więcej, widok był przerażający, nie wspominając o drapiącym w gardło odorze. Niech mi pan wierzy, to był najgorszy widok, jaki widziałem, nic potem mną tak nie wstrząsnęło.
Baron przyglądał się Andrzejowi uważnie, śledził każdy jego gest, każdy skurcz na twarzy, wsłuchiwał się w barwę i natężenie głosu fotografa. Jakby starał się doszukiwać czegoś więcej, jakby wiedział, że nie jest to cała prawda. Nie przejawiał przy tym żadnych emocji. Popijał tylko wino z kieliszka i obracał go trzymając za nóżkę swoimi grubymi palcami.
– Rzeczywiście, wstrząsająca historia - wycedził prawie szyderczo, odstawiając kieliszek.
Andrzeja przeraził ton głosu barona, poważnie zaczął żałować, że tu przyjechał. Nerwowo zaczął rozglądać się po pokoju, szukając wyjścia. Zaczął już kombinować, jak tu się wymknąć do pokoju i uciec jak najdalej. Ręce jak przy chorobie alkoholowej zaczęły mu chodzić, aż z tego wszystkiego upuścił na podłogę kieliszek. Echo rozeszło się po kamiennych ścianach, niosąc dalej pogłos po prowadzącym do sali korytarzu.
– Proszę się nie przejmować, spokojnie, nic się nie stało. Czym się pan tak zdenerwował? Panie Andrzeju, umowa nas obowiązuje, wszystko będzie tak, jak ustaliliśmy. Wzruszająca ta pana historia - baron zmienił sposób mówienia.- Mam jeszcze jedną propozycję, chciałbym panu pokazać mój obraz, moje wielkie dzieło. Jak już panu wcześniej wspomniałem, maluję je latami, robię przerwy i znowu do niego wracam. Szukam odpowiednich modeli, ciekawych historii, interesujących motywów. Stąd to moje zainteresowanie i nietypowa prośba. Chciałbym wykorzystać twarz tej dziewczyny do swojego dzieła. Długo szukałem odpowiedniej osoby. Oczywiście historia jej śmierci też ma niemałe znaczenie dla mojego dzieła. Jestem panu bardzo wdzięczny, że zgodził się pan mi sprzedać to zdjęcie z całością praw autorskich i mam nadzieję, że nie gniewa się pan, że zabieram mu, że tak powiem „modelkę”.
– Ależ skąd- z wymuszonym uśmiechem wydusił z siebie Andrzej.- To mi nawet pochlebia. Cieszy mnie to, że znalazł pan brakujący element i niedługo ukończy pan swój obraz.
– Może przejdźmy do mojej pracowni- zachęcił baron,- pokażę panu nad czym tak pracuję.
– Bardzo chętnie, jednak przyznam szczerze, że nie czuję się dobrze, jeżeli moglibyśmy to przełożyć na jutro, byłbym bardzo wdzięczny. Odpocząłbym chętnie w swoim pokoju.- Mówiąc to miał już w głowie plan ucieczki. Trudno, niech przepadną mu te pieniądze, ma to serdecznie gdzieś, ten koleś go przerażał. Wcześniej robił wrażenie troszkę szurniętego arystokraty, ale teraz zaczynał się obawiać, że może coś mu grozić z jego strony. Nawet wyglądał trochę inaczej. Był o wiele wyższy, jego rysy twarzy był bardziej ostre niż ostatnio, nos dłuższy, a te piekielne oczy jeszcze bardziej przerażające. Już nie mówił z zabawnym wschodnim akcentem, tylko poprawną polszczyzną. Był bardziej milczący i poważny. Nawet nieco arogancki.
– Zajmie nam to naprawdę chwilkę,- westchnął baron. Potem spokojnie będzie mógł pan odpoczywać a jutro po śniadaniu, jeśli pan sobie życzy, może pan odjechać.
Wstali od stołu, pozostawiając rozbity kieliszek na podłodze. Andrzej poczuł, że nie ma wyjścia, musi jeszcze dzisiaj się namęczyć, ale trudno, jutro spada stąd jak najdalej i zapomni o tym koszmarnym człowieku. Baron wskazał dłońmi ogromne żeliwne drzwi, których, co wręcz aż niemożliwe, Andrzej wcześniej nie dostrzegł.
Znowu szli wąskim ciemnym korytarzem, bez żadnych okien i wejść do innych pomieszczeń. Baron milczał idąc przodem, a Andrzej drepcząc za nim patrzył na swój cień odbity na ścianie. Był jakiś taki mały, skulony, wyglądał jak zbity, stary pies i tak się czuł. Przez chwilę nawet pomyślał, że może to wszystko przez to cholerne wino, może baron dodał coś do niego. Czuł jak nogi stają się ciężkie, a dłonie ogarnia bezwład. Nie mógł nimi poruszyć. Jego własne ciało, zaczynało żyć jakby swoim życiem. Nogi stawiały kroki, mimo że on chciał się zatrzymać, palce u rąk zaciskały się w pięść i prostowały. Jednak on nie miał nad tym kontroli, ktoś jakby sterował jego ruchami. Nagle zalała go fala gorąca, na ścianie obok swojego cienia nie było cienia barona. Chciał się zatrzymać, krzyknąć, zrobić cokolwiek, ale nie mógł, był jak sparaliżowany. Nie panował nad własnym ciałem, nawet nie mógł mrugnąć powieką. Ale nadal szedł miarowym krokiem, za placami barona.
– Już niedaleko, pozwoli pan, że troszeczkę zmienię wersję pana historii o tej studentce, to oczywiście na moje własne potrzeby, mam nadzieję, że moja wersja się panu spodoba. Jest co prawda bardziej dramatyczna, ale taką już mam naturę. Moje dzieło będzie wtedy bardziej wiarygodne.
Nawet nie czekał na jakikolwiek gest czy odpowiedź ze strony Andrzeja. Szedł dalej, a raczej jakby płynął lekko nad podłogą, szeleszcząc swoim długim, czarnym płaszczem. Andrzej za jego plecami kroczył jak posłuszne cielę, prowadzone na rzeź, tylko jego oczy zdradzały szał przerażenia, jaki odczuwał, nie wiedząc co się z nim dzieje i co się zaraz wydarzy.
– Tak, dziewczyna, rzeczywiście była studentką medycyny, to mi pasuje, zgadzam się, wzięta jako jedna z zakładniczek przez czeczeńskiego rebelianta i przetrzymywana z resztą zakładników. To musiało być coś strasznego, patrzeć jak zabijają kolejnych ludzi i czekać modląc się, żeby nie być kolejną ofiarą. Nie zna pan tego uczucia, prawda? Nieistotnie, mało kto był w takiej sytuacji. Wracając do historii, więc Natasza, bo tak miała na imię, była piękną młodą dziewczyną, miała długie włosy koloru letniego słońca, jasną, niemalże bladą cerę i delikatny uśmiech. Chciała być lekarzem, pomagać, leczyć. Miała silny charakter, który nie pasował do jej delikatnego wyglądu. Miała też silną wolę, nie poddawała się tak łatwo. Wiedziała doskonale, że żeby coś osiągnąć, trzeba walczyć, trzeba pracować, starać się, czasem nawet coś poświęcić. Ale wiedziała czego chce i dążyła do wyznaczonego celu. Była dobrym człowiekiem, a niech mi pan wierzy na słowo, Bóg takich lubi, sprzyja im, pomaga, a czasem nawet robi ustępstwa, zmienia ich przeznaczenie. Taki jest wrażliwy. Bo każdy z nas ma wyznaczoną drogę, jest ona co prawda zaplanowana od początku do końca, ale zawsze jest możliwość dokonania raz jeden wyboru, który albo skieruje naszą duszę do piekła, albo do nieba. No mniejsza z tym, odbiegam za bardzo od tematu. Więc Natasza miała zginąć zabita przez ludzi Basajewa. Taki miał być jej koniec, trudno się mówi. Ale ta Boża słabość, ech. Dostała szansę, mogła żyć i to Bóg dał jej tą szansę. Jak sam wspomniałeś, znalazłeś się w Budimostoku przez zupełny przypadek, miałeś być przecież w Groznym. I to właśnie ciebie Bóg wysłał do niej. Tak, tak, ciebie. Stałeś nad jej ciałem, piękne złote włosy wiły się w kałużach krwi, a ty się nad nią pochyliłeś, żeby zrobić jej zdjęcie. Nagle jej dłoń drgnęła, skierowała ją do ciebie. Ona nadal żyła, pomimo że jej młode ciało poniewierało się po szpitalnej podłodze wraz z innym ciałami zabitych zakładników. I co zrobiłeś, drogi kolego? To była ta szansa od Boga dla niej i jednocześnie dla ciebie. Wiem, tak, wiem, to okrutny żart, to niesprawiedliwe, ale taką mamy umowę z Bogiem. Nie może nic podpowiadać. To sam człowiek wybiera, ocenia, rozważa co jest dla niego ważniejsze. Mogłeś ocalić swoją duszę i jej życie. Wystarczyło dokonać dobrego wyboru. Wierz mi, Bóg był bardzo rozczarowany. Miał trochę inne plany co do niej, a ty wszystko mu zepsułeś. Gdybyś pomógł jej, wezwał lekarzy lub komukolwiek o niej powiedział, przeżyłaby. Ty jednak skuszony wizją zobaczenia swoich zdjęć i chęcią zarobienia pieniędzy robiłeś zdjęcia, stałeś nad nią i pstrykałeś bez opamiętania. A te odgarnianie jej włosów z twarzy, aby zdjęcie było lepsze, bardziej dramatyczne i lepiej się sprzedało, wierz mi, to mistrzostwo, Andrzeju. I uciekłeś, jak skulony pies z podwiniętym ogonem, zadowolony ze swojego bohaterstwa, ze swojej odwagi. Dumny z siebie, że udało Ci się wykonać zadanie, wywiązać z umowy, zrobić zdjęcia z takiego miejsca. Brawo, ja tam jestem dumny z ciebie. Szczyciłeś się tym zdjęciem, pokazywałeś na wystawach i prawie zapomniałeś, że ta dziewczyna mogła żyć, gdybyś jej pomógł, gdyby nie twoja zachłanność i pycha.
Andrzej dusił się w swoim ciele, które stało się dla niego klatką, nie miał wpływu na to, co się z nim działo. Krzyczał, szarpał się, próbował uciec, wszystko to jednak działo się w jego myślach, bo jego ciało szło nadal posłusznie za plecami barona. Nagle ujrzał przed sobą potężne wrota. W jednej chwili znalazł się przed wielkim obrazem stojąc nadal za czarnymi plecami barona. Zaniemówił spoglądając na wiszące na ścianie malowidło. „Boże, to skradziony obraz Memlinga.”- Usłyszał swój głos. Baron jednak nie odpowiedział. Andrzej przebiegł wzrokiem po rozłożonych skrzydłach dzieła. Po prawej stronie przerażająca wizja piekła, ciała szarpane przez demony ciemności i wrzucane w piekielny ogień. Po lewej stronie natomiast rząd nagich ciał kierujących się do bram niebios, witanych przez świętego Piotra. Nagle przy samej krawędzi ramy dostrzegł znajomą mu twarz. W oczekiwaniu na swoją kolej stała pokornie rudowłosa Natasza z dłońmi złożonymi do modlitwy.
Andrzej poczuł jak jego serce zaczyna powoli rozrywać dziki ból. Spojrzał na barona, który wbijał właśnie swoje ostre szpony w jego klatkę piersiową. Czuł dokładnie jak powoli rozszarpuje mu wnętrzności, odbierając mu życie. Nie mógł się jednak ruszyć, stał i patrzył w czarne wielkie oczy barona, który lekko się tylko uśmiechał.
– Ale za co?
– Jak to za co?- Uśmiechnął się baron,- za grzechy, jak wszyscy....
***
„Ciekawe jak tam Andrzej, nie dzwonił jeszcze, ale pewnie nie ma zasięgu w tym lesie.”- Pomyślał popijając kawę i przeglądając zwyczajowo rano wiadomości przy laptopie.
– O w mordę, no niezłe, obraz się znalazł.- Powiedział sam do siebie.
Nagle zadzwoniła komórka. Zerwał się, potykając prawie o pasek od szlafroka.
– Halo, Andrzej?
– Nie, nie Andrzej, to ja, Olka, dzwonię z telefonu koleżanki, słuchaj, czytałeś może o tym obrazie?
– No jasne, właśnie zaczynam, no nie do wiary...
– Mam dla ciebie super propozycję, dzisiaj wieczorem możemy go zobaczyć. Wiesz, że mój ojciec pracuje w policji? Obiecał mi, że zabierze mnie ze sobą. Podobno ktoś lekko zdewastował to dzieło. Jeżeli masz ochotę, możesz iść z nami, jak nie masz nic lepszego do robienia wieczorkiem.
– No chętnie, super, że o mnie pomyślałaś. Czekam tylko na Andrzeja, jeszcze nie wrócił ze spotkania biznesowego. Ale spoko, to o której mam być?
– Tak około dziewiętnastej, ojciec ma przesłuchać paru pracowników muzeum jeszcze i takie tam, a my mamy ściemniać, że robimy jakieś notatki czy coś w tym rodzaju.
– Ok, ale będzie jazda. To do wieczora.
Marcin odłożył komórkę. Usiadł za stołem i dokończył rytualne picie kawy.
***
– Ty sobie wyobraź, że on nawet nie zadzwonił. Sprawdzałem, co jakiś czas, ja też się nie mogę z nim skontaktować. Ma wyłączony telefon.- Żalił się Marcin, gdy wchodzili do gmachu muzeum.
– Oj przesadzasz, to dorosły facet, a wy chyba małżeństwem nie jesteście?- Zachichotała zalotnie Olka.
– No nie, czekam na oświadczyny, ale dupek nawet nie zadzwoni, siedzi z jakimś starym prykiem i popija winko.- Podłapał Marcin.- Wiesz, ale całkiem serio, to trochę dziwne, znam go troszkę i to do niego niepodobne.
– Nie denerwuj się niepotrzebnie, jakby co, to mój tatuś go znajdzie,- pogładziła po plecach przyjaciela.- No, a teraz gwóźdź programu. Wspaniały obraz pędzla Hansa Memlinaga. Wisi sobie na ścianie tak jak przedtem i nikt nic nie wie, nikt nic nie widział.
– Ale mówiłaś, że ktoś go zdewastował? A ja nic, szczególnego nie widzę.
– A to jest coś niesamowitego. Nie wiadomo w jaki sposób, dwóm osobom z obrazu przemalowano twarze.
– Niemożliwe, no co ty opowiadasz?
– Ojciec mówił, że ściągają ekspertów. Na razie od nas, a jak oni nie wyjaśnią sprawy to muszą prosić profesjonalistów z za granicy. Chodź, pokażę ci te twarze.
Podeszli do lewego skrzydła. Olka pokazała palcem młodą dziewczynę stojącą ze złożonymi dłońmi.
– Widzisz, to jej twarz została przemalowana.
– Hm, jakby jakaś znajoma, wyszeptał całkiem poważnie, Gdzieś już ją widziałem, daję sobie rękę uciąć, że znam tą dziewczynę.
– Ty się nawet nie wygłupiaj, zaraz cię zamkną i wmówią, że to ty.
– A ta druga osoba?
– Spójrz tutaj, centralnie jest postać Michała Archanioła, po jego lewej stronie, szatan ciągnie, kolejnego grzesznika do piekła, niesie go do góry nogami, przerzuconego przez swoje plecy. Wiesz co jest niesamowite w tym wszystkim? Że nawet nie ma najmniejszego śladu zachlapania farbą, tak jakby obraz był w nienaruszonym stanie. Ojciec mówi, że nie ma żadnych śladów, poszlak, podejrzeń. Zupełnie nic... Marcin, co ci jest? Czemu tak patrzysz, Marcin? Co się stało?!
Po policzkach mężczyzny wpatrzonego we fragment obrazu popłynęły łzy.
– Czy ty to widzisz?- Pokazał palcami na gołego mężczyznę ciągniętego przez szatana.
– No jasne, że widzę! Ale o co chodzi?
– Przyjrzyj się, no spójrz, przyjrzyj się... to Andrzej.




1) Dante Alighieri, Boska Komedia, Pieśń Trzynasta, przeł. Edward Porębowicz, Wrocław 2003 r.

2) Dante Alighieri, Boska Komedia, Pieśń Trzynasta, przeł. Edward Porębowicz, Wrocław 2003 r.





Autor: Płońska, Katarzyna
Dodano: 2008-11-20 12:26:00
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

"Rok Potopu" do wygrania


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Dashner, James - "Gra o życie"


 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Chmielewski, Artur - "Achromatopsja"

 Roth, Veronica - "Naznaczeni śmiercią"

 Hamilton, Peter F. - "Otchłań bez snów"

 Sanderson, Brandon - "Bezkres magii"

 Hildebrandt, Johanne - "Sigrid"

Fragmenty

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

 Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Bardugo, Leigh - "Królestwo kanciarzy"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Miller, Karen - "Skażona magia"

 Mitchell, David - "Slade House"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS