NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"

Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

Ukazały się

Butcher, Jim - "Zimne dni"


 Larson, B.V. - "Świat stali"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" (wydanie papierowe)

 Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Sanderson, Brandon - "Słowa światłości" (twarda okładka)

 Knaak, Richard A. - "Malfurion" (Blizzard Legends)

 Atwood, Margaret - "Testamenty"

Linki

Dębski, Eugeniusz - "Tamta strona czasu"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Owen Yeats
Data wydania: Październik 2008
ISBN: 978-83-7574-021-9
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Liczba stron: 344
Cena: 27,99
Seria: Asy polskiej fantastyki



Dębski, Eugeniusz - "Tamta strona czasu" #2

Bombowa podróż

Gdy do odjazdu ekspresu zostało siedem minut, pobiegłem po ruchomym chodniku na teren dworca. Wskoczyłem do wagonu stojącego na bezludnym peronie, odczekałem przy oknie kilka minut i dopiero gdy wagon ruszył, by na zbiorczej rampie dołączyć do innych, przyjeżdżających z pozostałych dworców miasta, znalazłem swój przedział. Bilet wsunięty w szparę czytnika otworzył drzwi, ale nie wchodziłem. Spędziłem na korytarzu kilkanaście pierwszych minut jazdy, aż poczułem kilka delikatnych wstrząsów i pociąg po sformowaniu składu ruszył pełną szybkością. Spacer po korytarzu przekonał mnie, że tylko trzy przedziały są zajęte. Szybko wróciłem do końcówki kompa na początku wagonu i wykupiłem pozostałe sześć przedziałów. Pozamykałem w nich drzwi, a sam ulokowałem się w pierwszym od wejścia.
Pod kuloodpornym ubraniem byłem mokry jak mysz, to znaczy jak mysz biegająca w pancernym futerku. Musiałem skorzystać z prysznica, a potem owinięty w prześcieradło usiadłem pod strugami chłodnego powietrza z klimatyzatora, żeby opatrzyć i zdezynfekować swoją psyche. Wykonałem cały dwugodzinny kompleks mato--soe. Zakończyłem dwoma seriami autohipnozy, czego nie robiłem od dziesięciu lat. Ale też chyba nigdy wcześniej nie czułem się aż tak zagrożony i nigdy nie miałem tak nikłego pojęcia o przeciwniku. I nikt nigdy nie zabił w odstępie trzech dni dwóch moich pracowników.
Absolutny debiut.
Wypaliłem dwa papierosy pod rząd i poczuwszy się nieco lepiej, ułożyłem na szerokim łóżku. Cichy szmer, może świst powietrza ciętego korpusem monoszynowego amtraka albo tylko sama świadomość pędu, nie wiem, w każdym razie coś ukołysało mnie skutecznie...
Kiedy nagle się obudziłem, w przedziale było ciemno, rozświetlała go tylko poświata gwiazd i księżyca padająca z okna. Zerwałem się i błyskawicznie ubrałem. Osłuchałem ściany i drzwi, ale nie licząc syku powietrza nic nie dotarło do moich uszu. Stałem nieruchomo pośrodku przedziału przez kilkadziesiąt sekund z wnętrznościami skręconymi w ciasną spiralę. Ekspres wszedł właśnie w łagodny zakręt, siła odśrodkowa delikatnie pchnęła mnie w kierunku okna i wtedy usłyszałem dwa szybkie metaliczne stuknięcia w sufit.
Na palcach przysunąłem się do drzwi, odbezpieczając pistolet. Otworzyły się bezszelestnie, a ja przykucnąłem i z żabiej perspektywy rozejrzałem się po korytarzu. Pusto. Nie wychodząc z przedziału, zastanawiałem się chwilę. Przypomniałem sobie wąskie drzwi zaraz przy wejściu do wagonu. Znalazłem w kieszeni futerał z cienkimi tytanowymi wytrychami, jeden wziąłem w zęby, drugi ścisnąłem w lewej ręce i szybko przemknąłem na koniec wagonu. Łatwo się dostałem do sekcji serwisowej, bez trudu odnalazłem włącznik. Chwilę mrugałem, usiłując szybko się zorientować w pomieszczeniu. Było tu wszystko, o czym marzyłem: kilka skrzynek z narzędziami i duża okrągła klapa w suficie. Zamknąłem drzwi, zablokowałem zamek, zaczepiłem drabinkę i wdrapałem się pod sufit.
Klapa otwierała się za pomocą korby po odblokowaniu zamka. Nie potrzebowałem nawet narzędzi. Dla pewności, by nie wywołać niepotrzebnie alarmu, zsunąłem się na dół i wróciłem z nożycami. Przeciąłem cienki przewód sygnalizujący otwarcie klapy, po czym jeszcze raz zszedłem, by odłożyć nożyce i wyłączyć światło. Odczekałem chwilę, aż wzrok przyzwyczai się do ciemności, i trzeci raz wspiąłem się po drabince. Odblokowałem zaczepy klapy, a potem trzymając biffaxa w prawej ręce i zapierając się nogą o ścianę, szarpnąłem korbę. Stawiła mocny, sprężysty opór. Nie miałem szans otworzyć jej jedną ręką. Schowałem pistolet do kieszeni i poprawiłem się na drabince. Wiedziałem, że na dachu ekspresu pędzącego z prędkością prawie czterystu kilometrów na godzinę człowiek się nie utrzyma, broń zatem na razie nie była mi potrzebna. Wiedziałem również, że jeśli w ogóle otworzę klapę, pęd powietrza może mnie zmieść z drabinki jak śmieć z parapetu. Oplotłem nogami pręty drabiny, nabrałem powietrza i ponownie pociągnąłem korbę. Coś cmoknęło, klapa uniosła się odrobinę i nagle z głośnym furkotem odskoczyła.
Ryk powietrza wypełnił komórkę, moje ręce wpadły w strugę wichru omywającego ściany i dach pociągu, rzuciło mną tak, że boleśnie uderzyłem przedramionami w krawędzie otworu. Omal nie spadłem z drabiny, rozkaszlałem się ogłuszony uderzeniem powietrza. Jakiś czas poprawiałem się, wciąż nie mogąc znaleźć optymalnej pozycji. W końcu jak przed skokiem do wody zaczerpnąłem głęboki oddech i wysunąłem czubek głowy na zewnątrz. Musiałem z całej siły napiąć mięśnie karku, by nie stracić łba. Udało mi się go wystawić, tak że w świetle księżyca zamajaczyła przede mną płaszczyzna dachu, lecz mając głowę w tunelu aerodynamicznym, nie byłem w stanie stwierdzić, czy jasny występ na nim jest częścią pociągu czy czymś obcym – po prostu powietrze rozchylało mi powieki i czułem, że za chwilę gałki oczne wypadną mi z oczodołów.
Zsunąłem się na podłogę, włączyłem światło. Szarpany na wszystkie strony gwałtownymi porywami wiatru, rozejrzałem się po komórce. Zacząłem przeglądać szafki przynaglany myślą, że któryś z pasażerów usłyszy hałas i zawiadomi obsługę, a obiekt na dachu, jeśli nie był częścią składu, również skłaniał do pośpiechu. W trzeciej czy czwartej szufladzie znalazłem okulary spawalnicze, przestawiłem drabinę, tak by pęd powietrza przyciskał mnie do niej, a nie odrywał, i szybko wdrapałem się na jej szczyt. Teraz, napinając z całej siły mięśnie szyi, mogłem chwilę patrzeć przed siebie, pęd powietrza rozchylał mi wargi i nadymał policzki. Mózg zakotłował się w czaszce omywany dwiema strugami powietrza wpadającymi przez uszy, ale opłaciło się – nie zawiódł mnie ten pęcherz na dachu, półkula jaśniejąca na ciemnym tle. Sześć przyssawek parami wolno przesuwało bąbel do przodu. Prosty mechanizm napędowy, używany na przykład do czyszczenia przepływów wody w zaporach, tu miał do wykonania inne zadanie. Bąbel co prawda oddalał się ode mnie, zmierzał jednak w kierunku, który nie napawał otuchą. Spróbowałem ocenić, ile ma jeszcze do przejścia, by znaleźć się nad moim przedziałem, tym wykupionym w terminalu, i równocześnie gorączkowo myślałem, co dalej robić.
W grę wchodziła tylko ucieczka do przodu. Gdy ładunek zdetonuje, wówczas pęd powietrza rozerwie skład. Wagony, te z tyłu, osiądą na szynie magnetycznej i nawet jeśli utrzymają się na niej, dla śpiących smacznie pasażerów nastąpi piekło. Zresztą z przodu niekoniecznie musi być inaczej.
Zsunąłem się dwa stopnie niżej i wyjąłem biffaxa. Pochyliłem głowę, by dać odpocząć mięśniom szyi, głęboko odetchnąłem kilka razy, zmuszając umysł do ekspresowej analizy: jeśli uda mi się w ogóle wycelować i odstrzelić przyssawkę, to ryzykuję, że nie zdążę się uchylić i bomba gruchnie mnie w głowę. I nie detonując wykona swoje zadanie. A z drugiej strony nie ulegało wątpliwości, że muszę strzelać.
No to już... Jeszcze raz poprawiłem się na drabince i wysunąłem dłonie z biffaxem na zewnątrz. Udało mi się zaczepić o brzeg otworu małymi palcami obu dłoni ściskających kolbę pistoletu. Nachyliłem głowę do przodu, wysunąłem ją przez otwór i naprowadziłem muszkę na ostatnią prawą przyssawkę. Poczekałem, aż przyklei się do dachu, i wystrzeliłem dwa razy. W łoskocie wichury prawie nie słyszałem huku, ale wiedziałem, że nie trafiłem.


Dodano: 2008-10-28 17:00:06
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj nowości wydawnictwa Initium


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Maszczyszyn, Jan - "Necrolotum"


 Bardugo, Leigh - "Król z bliznami"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

Fragmenty

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS