NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Kańtoch, Anna - "Zabawki diabła" (Powergraph)

Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

Ukazały się

Weinbaum, Stanley G. - "Drapieżna planeta"


 antologia - "Drugie lądowanie. Antologia króciaków"

 Szacha, Georgij - "Nie było smutniejszej historii"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

Linki

antologia - "Kanon barbarzyńców", tom 1
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: Październik 2008
Redaktor: Robert J. Szmidt
ISBN: 978-83-7574-053-0
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Liczba stron: 464
Cena: 29,99
Seria: Antologie



antologia - "Kanon barbarzyńców", tom 1 #1

Będziesz wiedział

Unoszący się nad drzewami tłusty i czarny dym był niczym fatum, przerażający i straszliwy.
Tknięty złymi przeczuciami Durus dźgnął wierzchowca piętami. Drzewa po bokach traktu zamieniły się w jednolitą szarozieloną smugę. Jednakże to mu nie wystarczało, wciąż uderzał boki wałacha, zmuszając go do jeszcze większego wysiłku. Kiedy później wracał wspomnieniem do tego dnia, wszystkie szczegóły przysłaniała szkarłatna mgła. Wszystkie oprócz tego rozpaczliwego pędu. Gdy minął zagajnik, najgorsze przeczucia okazały się prawdą. Smolisty dym unosił się znad płonącego domu, jego domu.
– Mira, dzieci – szepnął, czując, jak zamiera mu serce.
Choć wydawało się to niemożliwe, zmusił wierzchowca do jeszcze szybszego cwału. Ostrym łukiem okrążył dom i podjechał od frontu. Widok, który ujrzał, zmroził mu krew w żyłach. Przed płonącym domem stały dwawbite w ziemię pale. Z jego ust wydarł się rozpaczliwy skowyt.
Gwałtownym ruchem ściągnął wodze, aż koń przysiadł na zadzie, i zeskoczył z siodła. Biegł, przewracał się, podnosił i znowu biegł. Nie wiedział, ile czasu to trwało, kilka sekund czy całą wieczność. W końcu zatrzymał się przed słupami. Zrozumiał, że już nigdy nie będzie bawił się z synem, nigdy nie siądzie z żoną do kolacji.
Oboje byli martwi i na bogów, miał nadzieję, że umarli szybko.
Nigdzie jednak nie widział trzeciego ciała. Zaczął się rozglądać, a kiedy jego wzrok padł na płonącą strzechę, z wyciem rzucił się do drzwi domu. Przez głowę z prędkością Ojca Wszystkich Burz przelatywały mu myśli. Dziękował bogom, że zbudował dom i przyległą do niego niewielką kuźnię z kamienia, i błagał ich, aby tam kazali Mirze ukryć pięcioletnią córeczkę. Dopadł drzwi i wyłamał je jednym kopnięciem.
– Sonia, Sonia! – wykrzykując imię dziewczynki, wskoczył do płonącego domostwa. Wewnątrz panował gorąc, a dym kłębił się pod powałą, lecz nigdzie nie było ognia. Najwyraźniej tajemniczy napastnicy zadowolili się podpaleniem strzechy, od której zajął się stryszek.
– Sonia, kochanie! – krzyczał, zaglądając we wszystkie zakamarki. – Sonia, jesteś już bezpieczna, to ja, twój ojciec!
Mimo błagań i modlitw nie doczekał się odzewu. W końcu, gdy żar stał się nie do zniesienia, chwiejnie wyszedł na zewnątrz.
Przez jakiś czas chciwie łapał hausty zimnego powietrza.
Gdy oczy przestały mu łzawić, a płuca pozbyły się dymu, ciężkim krokiem podszedł do tych, którzy jeszcze wczoraj byli jego rodziną. Nie miał siły unieść oczu, nie chciał spojrzeć im w twarze, jakby się bał, że wyczyta w nich nieme pytanie: Czemu nas zostawiłeś?
To było ponad jego siły. Osunął się na kolana i połykając łzy, bezgłośnie szeptał modlitwę. Dziwną Składającą się z jednego tylko słowa:
– Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?...
Pogrążony w modlitwie nawet nie zauważył, że słońce czerwienieje i chowa się za horyzontem.
– Dlaczego?...
Pochylał się i prostował, powtarzając to słowo, aż w końcu straciło jakiekolwiek znaczenie. Aż umysł odmówił mu posłuszeństwa. Aż bogowie ulitowali się nad nim i okryli go woalem nieświadomości.Stos pogrzebowy wznosił się ku niebu.
Delikatnie, jak gdyby nie chcąc ich zbudzić, Durus ułożył na nim ciała żony i syna. Umyci i odziani w odświętne szaty rzeczywiście wyglądali na pogrążonych we śnie. Musnął ustami ich czoła, spojrzał po raz ostatni i zsunął się na ziemię.
Skrzesał ogień i podpalił stos.
Czerwono-żółte płomienie skoczyły w górę, łapczywie pożerając suche drewno. Durus cofnął się i zmrużył oczy, patrząc w szalejący ogień. Nie czuł rozpaczy, nienawiści ani złości. Wszystkie uczucia pogrzebał i zapieczętował głęboko w duszy. Teraz chciał tylko wiedzieć, dlaczego to się stało i czy jego córeczka przeżyła.
Będziesz wiedział.
Drgnął z zaskoczenia i rozejrzał się szybko. Nikogo nie było.
Będziesz wiedział – powtórzył głos i nagle Durus zdał sobie sprawę, że słyszy echo przeszłości. Echo pewnej rozmowy, którą odbył wiele lat temu.
Płonący stos przywołał te słowa.
Kiedy ogień zaczął przygasać, ciemne chmury przysłoniły niebo i zerwał się wiatr. Potężne podmuchy najpierw roznieciły dogasające płomienie, po czym zdławiły je i rozwiały popioły. Po chwili wiatr ucichł, a niebo się przetarło. Durus uznał to za znak. Ze zgliszcz wygrzebał łopatę i zaczął kopać tuż przy kuźni. Po kilkunastu ruchach ostrze zadzwoniło metalicznie. Odrzucił łopatę i napinając potężne mięśnie, wyrwał z ziemi pokaźną bryłę. Była dziwna: czarna, wielkości dwóch bochnów chleba, i nie przypominała żadnego znanego metalu. Oczyścił ją z piasku i zaniósł do kuźni. Ogień strawił w niej dach, lecz poza tym nie poczynił większych szkód.
Durus odłożył bryłę pod ścianę i rozpalił ogień w palenisku. Ostrożnie dokładał węgla i dął w miechy, czekając, aż żar osiągnie odpowiednią temperaturę. Wreszcie położył metal na węglach. Powoli matowa czerń ustąpiła krwistej czerwieni, a jakiś czas później czerwień zmieniła się w oślepiającą biel.
Gdy bryła rozgrzała się dostatecznie, chwycił ją szczypcami i położył na kowadle. Bijąc młotem, wrócił myślą do słów, które niedawno przegnał z głowy.
– Jesteś kowalem, panie. – Staruch w stroju wróżbity złapał go za kaftan. – Zacny to fach i grosza przysparza. Ulituj się nad biednym wróżem i daruj mu kilka miedziaków. Odpłacę ci przepowiednią.
Kiedy indziej Durus minąłby go bez słowa, dziś jednak dzień był szczególny. Jego ukochana Mira miała urodzić ich drugie dziecko. Kobiety, które przyszły odebrać poród, wypędziły go z domu i zakazały wracać przed wieczorem. Durus postanowił wybrać się do miasteczka i kupić prezenty na targu.
– Też mi wróżbita – parsknął, wysupłując z trzosa parę drobnych monet. – Już dawno zerwałem z kowalstwem. Mam ziemię i sam sobie jestem panem. Ale masz – rzucił kilka monet do miseczki. – To dla mnie wielki dzień. Nie chcę widzieć wokół siebie niezadowolonych twarzy.
– Wiem, panie, dziś bogowie pobłogosławią cię córką. – Starzec z zadumą pogładził siwą rzadką brodę. – Pozwól, że ci powróżę. Nie jestem żebrakiem, by przyjmować jałmużnę.
Durus spojrzał na niego podejrzliwie.
– Skąd wiesz, że to córka? Gadaj! – Jego ręka wystrzeliła do gardła wróżbity.
– Panie – wycharczał starzec – zmiłuj się. Wszystko stoi w gwiazdach.
Nieco zawstydzony Durus puścił go, ale nie wyzbył się podejrzliwości.
– Gadaj i nie zasłaniaj się gwiazdami, których w dzień nie widać.
– Twoje imię rozbrzmiewa w gwiazdach niczym dzwon. Kiedy tylko cię ujrzałem, od razu poznałem, że to ty, panie. Wstrząśniesz posadami tego świata, poznasz królów i błaznów. Będziesz żeglował po szerokich morzach i wędrował w labiryntach u korzeni gór. Lecz nie to jest teraz najważniejsze. – Przerwał na chwilę, podnosząc oczy ku twarzy Durusa. Ten chciał o coś zapytać, ale spojrzenie wróżbity odebrało mu wolę.
– Za pół roku niedaleko twojego domu z nieba spadnie gwiazda. Och, oczywiście, nie gwiazda. Wybacz staremu wróżebne nawyki. – Starzec zaśmiał się w brodę. – Musimy wszakże dbać o reputację. Spadnie bryła metalu. Ukryj ją, a kiedy nadejdzie właściwy czas, wykuj z niej oręż, nie dla kogoś, dla siebie. Pozwól, żeby twoje ręce same nadały jej kształt, nie próbuj robić niczego na siłę.
– Kiedy? – wychrypiał Durus, na chwilę uwalniając się spod przytłaczającego spojrzenia.
– Będziesz wiedział. – Starzec spuścił oczy, a wówczas Durus otrząsnął się jakby z popołudniowej drzemki.
– Co to za duby smalone, stary? Ja i królowie? Okręty? Chyba na starość rozum ci odjęło. Gadaj mi tu zaraz, skąd wiesz, że będę miał dziewczynkę. Bo jak nie, to... – znacząco zawiesił głos i niby od niechcenia zacisnął potężną pięść.
– Dobry kowalu, wprawdzie jestem tylko wróżbiarzem, starym i trochę ślepym, ale odczytywać znaki jeszcze potrafię. – Starzec umilkł, lecz widząc minę kowala, natychmiast podjął: – Już ci tłumaczę. Spójrz na tego szybującego sokoła. – Wyciągnął rękę, wskazując coś za Durusem.
Ten odruchowo pobiegł wzrokiem za sękatą ręką, a kiedy niczego nie dostrzegł, odwrócił się z gniewem w stronę starca.
– Co do... – zamilkł z ogłupiałą miną, bo tam, gdzie przed chwilą siedział wróżbita, nikogo nie zobaczył. Po chwili wzruszył ramionami, a myśli zaprzątnęły mu podarki dla ukochanej Miry i syna.
Szybko zapomniał o tym, jak sądził, błahym wydarzeniu; najpierw uznał, że wróż strzelał na oślep, mówiąc o narodzinach dziewczynki, a potem sobie wmówił, że wszystko mu się przyśniło.
Pół roku później musiał zmienić zdanie, przynajmniej częściowo. Podwiązywał pędy w winnicy, gdy coś z wielkim hukiem przeleciało wysoko nad głową i sądząc po smudze dymu, spadło niedaleko ich obejścia. Rzucił nóż i kłębek sznurków na ziemię i ze ściśniętym sercem pobiegł do domu. Żona z córeczką na rękach i syn stali nad dymiącym dołem, który otworzył się na polu za kuźnią. Krzyknął na nich gniewnie, posyłając pod dach, sam zaś ostrożnie zajrzał do dziury.
Na dnie leżała bryła rozjarzona jak rozgrzany metal. Natychmiast przypomniała mu się przepowiednia starego wróżbity. Wtedy po raz pierwszy poczuł ukłucie strachu. Zasypał dół i zakazał rodzinie komukolwiek o nim wspominać. I dobrze zrobił, bo przez kilka dni zachodzili do nich ciekawscy zwabieni dziwnym zjawiskiem. Na szczęście nikt nie widział, gdzie dokładnie upadła gwiazda, a on mówił, że nic nie słyszał, bo akurat tego dnia przekuwał lemiesze.
Przez następnych parę lat nie działo się nic złego, Durus więc puścił w niepamięć wróżbę i tajemniczą bryłę. A teraz nagle wszystko doń wróciło.
– Bodaj cię piorun usmażył – mruknął pod adresem wróżbity, nie przerywając kucia. – Ktoś mi za to zapłaci.
– Nie była to groźba, tylko proste stwierdzenie faktu.
Jutrzenka różowiła nieboskłon, gdy wreszcie Durus wyrwał się z transu. Pieczołowicie odłożył narzędzia i ze zdumieniem spojrzał na swoje dzieło: młot, niewielką okrągłą tarczę i sztylet długi na trzy dłonie. Oręż – nawet wyszlifowane ostrze sztyletu – był czarny i matowy. Jednakże ten brak blasku okazał się zwodniczy, metal ciął niczym brzytwa, a przy tym nie tępił się ani nie szczerbił.
Durus rozejrzał się po kuźni. W kącie pod ścianą stały dębowe kołki. Starannie wybrał jeden z nich i zaczął obrabiać.
Przeznaczył je na styliska do narzędzi potrzebnych w każdym gospodarstwie, ale teraz wystrugał trzon młota. Skórzany fartuch pociął na rzemienie, którymi po zamoczeniu okręcił rękojeść sztyletu. Z resztek skóry splótł uchwyty do tarczy i pętle do wieszania młota. Wyniósł swoje dzieło przed kuźnię, a sam wrócił do środka. Po raz ostatni chwycił w dłonie młot kowalski, wzniósł go i z całej siły uderzył w palenisko. Kamienie, z którego było zbudowane, poddały się po kilku ciosach. Durus rzucił młot w gruzy i wyszedł, nie oglądając się za siebie.
Umyty i odziany w skórzane spodnie i kaftan poszedł po konia. Osiodłał go, zarzucił na grzbiet sakwy z jedzeniem. Tarczę przytroczył do siodła, a młot przewiesił przez plecy.
Ze stosu pogrzebowego nic nie zostało. Przez chwilę patrzył na zgliszcza, po czym wskoczył na konia i ruszył do miasteczka. Gdyby tego dnia bogowie przyglądali się domostwu, dostrzegliby, że jakaś część jego duszy pozostała w osmalonych murach.


Dodano: 2008-10-16 23:50:04
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Nawiedzenia"


Wygraj "Ostatniego strażnika"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS