NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Watts, Peter - "Ognisty deszcz"

Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

Ukazały się

antologia - "Kryształowe smoki 2019"


 Chokshi, Roshani - "Srebrzyste węże"

 Kamiński, Tomasz - "Polowanie"

 Komuda, Jacek - "Wizna"

 antologia - "Tarnowskie Góry Fantastycznie 2"

 Hill, Joe - "Gaz do dechy"

 Hill, Joe - "Strażak" (2020)

 Hill, Joe - "NOS4A2" (2020)

Linki

Dębski, Eugeniusz - "Tamta strona świata"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Owen Yeats
Data wydania: Wrzesień 2008
ISBN: 978-83-7574-009-7
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Liczba stron: 304
Cena: 27,99
Seria: Asy polskiej fantastyki



Dębski, Eugeniusz - "Tamta strona świata" #1

Załóż sobie opaskę na kulasa
Branża metalowa nigdy nie była moją ulubioną dziedziną przemysłu. Jej wyrobom poświęcałem tyle uwagi co przeciętny kot nasionom sosny kanadyjskiej. Chyba że jakaś gruda metalu została uformowana w zgrabną karoserię albo nawiercono ją, tworząc jednookiego potomka Samuela Colta. Tymczasem ta zwykła żelazna klapa w podłodze, ten płat metalu, kupka rozwalcowanej stali uformowana jednym uderzeniem potężnej prasy przyciągała mój wzrok już ponad czterdzieści minut. Stałem obok niej, od strony zawiasów, wstrzymując oddech. Od godziny nie paliłem i bezgłośnie oddychałem przez szeroko otwarte usta. Gdyby trzeba, bez wahania sfajdałbym się w spodnie, byle cicho. Palce prawej ręki zdrętwiały w kieszeni kurtki, ale tym się nie przejmowałem – było to odrętwienie dobrze mi znane. Dłoń ciasno opięła idealnie wymodelowaną kolbę wielkiego elephanta opartego lufą o dno dużej kieszeni bez klapy. Nie bałem się, że zaczepię o coś wyciągając broń – elephant nie miał żadnych ozdób, żadnych wystających części, nie miał nawet muszki, tylko delikatny obły występ na końcu krótkiej trzycalowej lufy. Muszka nie była potrzebna: amatorzy nie brali go do ręki, a zawodowcy wiedzieli, że wystarczy muśnięcie pocisku, by oderwać rękę od tułowia. Po dobrym trafieniu w kręgosłup ofiara śmiesznie załamywała się do tyłu i uderzała głową w pięty własnych stóp.
Lewą ręką wymacałem w kieszeni zapalniczkę. I choć była bezszmerowa, a w całym budynku nie został nawet skrawek szyby w oknie i ostry jak lancet przeciąg niewątpliwie wyciągnąłby od razu dym papierosa, nie zapaliłem. Wiedziałem, że Chinaglia siedzi w swojej norze napięty jak katapulta i nie za bardzo chciałem zwalniać tę sprężynę.
Przestałem się bawić zapalniczką i szybko mrugnąłem kilka razy. Bardzo chciałem, by drgnięcie klapy było rzeczywistością, a nie projekcją marzeń.
Drgnęła.
Poszła wolno w górę. Była ciężka i Chinaglia musiał podnosić ją tuż nad swoją głową. Odczekawszy, aż uniosła się na wysokość trzydziestu centymetrów, skoczyłem na nią. Podkurczyłem nogi i postarałem się odbić od klapy najmocniej, jak mogłem. Ustąpiła pod moimi stopami dość gładko, uderzyła najpierw w coś twardego i dopiero potem huknęła w metalową kryzę, na której przed chwilą się opierała. Zanim odskoczyła, złapałem za uchwyt i szarpnąłem w górę. Na dole panował mrok, w słupie ciemności pod klapą, rozjaśnionym z lekka światłem padającym z góry, mignęła czyjaś ręka, usłyszałem kilka miękkich stuknięć o metalowe szczeble drabiny, a każde z nich ciepłym echem odbijało się w moich uszach. Na zakończenie tego króciutkiego utworku na szczególnym ksylofonie dobiegło mnie soczyste plaśnięcie i dość twardy, szczególnie przyjemny trzask.
Wyjąłem z wewnętrznej kieszeni mocny reflektor i skierowałem światło w dół. Chinaglia leżał rozciągnięty bezwładnie na zaśmieconej szarej podłodze. Drobiny kurzu wzbite w powietrze jego upadkiem tańczyły wirując nad ciałem. Wstąpiłem w ten srebrzysty korowód, schodząc po drabinie, zeskoczyłem z ostatnich dwóch szczebli i odtrąciłem nogą matowy rewolwer leżący obok podkurczonej prawej nogi. Nachyliłem się nad Chinaglią, zrewidowałem go. Miał w kieszeni duży nóż z dwoma wyrzucanymi ostrzami, kropelka rtęci w pustym środku gwarantowała pożądany lot klingi. Wystrzeliłem obie w kąt piwnicy i włożyłem nóż z powrotem do jego kieszeni. Potem podszedłem do niskiego metalowego regału. Na samej górze leżał klaser, a jego zawartość, dziesiątki ociekających krwią kartek fotofolii, przekonała mnie, że trafiłem pod właściwy adres. Wsunąłem klaser do kieszeni. Nie musiałem już niczego szukać. Odnalazłem strugą światła duży, dwudziestolitrowy kanister z wodą. Nalałem ze dwa litry do garnka, chlusnąłem tym w twarz Chinaglii, po czym odszedłem na bok i usiadłem w kącie na czymś w rodzaju pryczy. Struga światła wycelowana była prosto w zamknięte jeszcze oczy leżącego na podłodze mężczyzny.
Chinaglia poruszył się lekko, nieznacznie drgnęła mu ręka, szarpnął nią, uniósł ją do głowy. Na jego oczy padł cień, nie widziałem więc, kiedy je otworzył, lecz poczułem to, bo nagle coś ohydnie zimnego, jak mokra śliska ścierka, uderzyło mnie w twarz. Wtedy Chinaglia odsłonił oczy i usiadł.
Miał bezbarwną nijaką twarz, jeśli jednak zatrzymało się na niej wzrok przez jakąś chwilę, plecy drętwiały od spojrzenia jego wodnistych oczu, nie wyrażały one bowiem niczego, były doskonale, absolutnie obojętne. Jak śmierć.
– Czego chcesz? – zapytał spokojnie.
Przesunął się do tyłu i oparł plecami o ścianę. Nieznacznym ruchem wyprostował fałdę bluzy, tak by lewa kieszeń, ta z nożem, była równo rozłożona na podłodze. Uśmiechnąłem się szeroko.
– Chyba nie sądzisz, że szukałem czwartego do brydża? – powiedziałem.
– Forsa?
– Dostanę za ciebie.
– Na pewno mniej niż dam ja.
– Pewnie tak. Wydoiłeś przecież swoje ofiary do dna, ale i tak nawet ich grosze są lepsze niż twoje zakrwawione dolary.
– Glina... – stwierdził.
Pokręciłem głową przecząco i uświadomiłem sobie, że z reflektorem wycelowanym w twarz nie może mnie widzieć.
– Coś jakby – poinformowałem.
– Aha... Kilku za mną szurało. Dwaj już dołują. – Oblizał cienkie wargi.
– Domyślałem się. Jedenaścioro dzieci, czterech dorosłych plus dwaj policjanci i dwaj detektywi. W sumie dziewiętnaście osób.
Chwilę trwała cisza, Chinaglia jakby sprawdzał mój rachunek, podniósł oczy ku górze. Mój palec wskazujący bez udziału świadomości mocniej przywarł do spustu elephanta.
– Umiem liczyć dalej – powiedział i wciągnął wargi między zęby.
Skóra twarzy naciągnęła się, wyglądał teraz, jakby na zbyt dużej twarzy ktoś – kto, na Boga?! – umieścił za blisko siebie nos i oczy.
– Trzeba było popisywać się arytmetyką w szkole, może nie siedziałbyś teraz tu i...
Jakoś dziwnie miękko i płynnie sięgnął do kieszeni. Nie zauważyłem, kiedy wyjął rękę, tylko szczęk sprężyny w nożu uświadomił mi, że musiał to już zrobić. Lufa elephanta skoczyła w górę, pocisk wykroił kawał betonu nad głową Chinaglii, ale gdyby nie wcześniejsza rewizja, byłby to mój ostatni strzał. Siedzieliśmy nieruchomo i gdy pogodziłem się już z myślą, że biały płaszczyk kostuchy tylko mnie musnął, powiedziałem:
– Zastanawiam się właśnie, czy aby nie powinienem wymierzyć raz w życiu sprawiedliwości własnoręcznie. Okazja jest świetna, a chyba nie wątpisz w swój wyrok, co? – Nic nie mówił. – No właśnie. Komora. Poza tym wykonując egzekucję tu, na miejscu, odbieram ci szansę ucieczki na przykład.
Omiotłem pomieszczenie jeszcze raz reflektorem, podszedłem do ławki ze stosikiem konserw i zacząłem wyrzucać je przez klapę w suficie. Chinaglia patrzył przez cały czas w punkt, w którym byłem przed chwilą. Zdawał się nie słyszeć stukotu puszek nad głową i nie rozumieć znaczenia tego dźwięku. Gdy skończyłem likwidację zapasów, usiadłem na łóżku na wprost jego twarzy.
– I miałbym dodatkową satysfakcję, ja i rodziny pomordowanych przez ciebie dzieci... – postukałem się w kieszeń, gdzie leżał klaser ze zdjęciami jego ofiar, lecz nie zaszeleścił tak, jak bym sobie życzył – że zdychałeś tu co najmniej kilka dni... Bez żywności, ale z wodą, mógłbyś tu siedzieć i miesiąc. To za długo. Bez wody wytrzymasz tydzień. A z tą ilością wody... – przesunąłem lufę i nacisnąłem spust. Kanister eksplodował, jakby był wypełniony słabą mieszanką wybuchową. Woda prysnęła na ściany, podłoga zalśniła. Dwie strugi światła łączyły teraz mnie i Chinaglię: ta z reflektora i jej odbicie w cienkiej kałuży na betonie. – Z tą ilością wody – powtórzyłem – może dziesięć dni... Po moim wyjściu możesz ją wyzbierać w szmaty, potem spróbuj pić mocz, zawsze to coś. – Gadałem czując, że wcale się mnie nie boi, dlatego zamiast wyprowadzić go i zadzwonić po patrol, plotłem, usiłując wydusić z niego choć kroplę strachu, milionową część tego, co przeżywały jego ofiary. – Mam w wozie puszkę syntetycznego cementu i utwardzacz, znasz to, prawda? Zapchałeś tym usta Bobowi Xedarowi. Twardnieje w ciągu dwóch sekund i nie daje się usunąć. Wyleję to na klapę, a po dwóch tygodniach dam znać kapitanowi Woodeyowi. Jeżeli chcesz mu sprawić przyjemność, wytrzymaj te dwa tygodnie, choć muszę uprzedzić, że wybieram się na mały urlop i mogę zabalować dłużej, więc nie nastawiaj się na te czternaście dni, ciągnij, ile się da. Zawsze to...
– Kto mnie sypnął? – przerwał mi, świetnie wiedząc, że nie zagram roli, jaką sobie w tym scenariuszu wyznaczyłem.
Wzruszyłem ramionami, snop światła majtnął się aż nadto wyraźnie, więc nie mówiłem nic. Nawet martwemu Chinaglii nie zdradziłbym nazwiska informatora.
– No to chodźmy – zaczął się podnosić. – Nudzisz potwornie.
Oparłem ręce na kolanach i odbiłem się od pryczy. Wtedy skoczył. Nacisnąłem spust zupełnie odruchowo. Trzeci raz ściany piwnicy przyjęły na siebie huk elephanta, kolano Chinaglii zderzyło się z pociskiem, który wyłamał je do tyłu, czerwone strzępy trysnęły na boki, a Chinaglia runął jak po ciosie betonowym taranem. Upadł na prawy bok, zgiął się i zacisnął obie ręce powyżej lewego kolana; prawą nogę miał wyciągniętą na całą długość, ale lewa i tak była dłuższa o jakieś dwadzieścia centymetrów. Gdy szarpnął się w tył, nie podążyła za ciałem. Z miejsca, gdzie przed kilkoma sekundami było kolano, z uda i oddzielnie leżącej łydki ze stopą chlustała krew i szybko, bo zmieszana z wodą, rozlewała się po podłodze.
– Załóż sobie opaskę na kulasa, bo nie będę się specjalnie spieszył – powiedziałem, choć nie chciało mi się otwierać ust.
Obszedłem wciąż powiększającą się kałużę i po drabinie wylazłem z piwnicy. Założyłem stary zardzewiały skobel na klapę, przewlokłem kawałek mosiężnego drutu walającego się pod ścianą i wyszedłem z budynku. Po kilkunastu krokach obejrzałem się: od drzwi biegły coraz mniej wyraźne czerwone ślady. Przełknąłem ślinę i szurnąłem kilkakrotnie podeszwami o asfalt, po czym pomaszerowałem wśród ruin oraz domów jeszcze stojących, lecz naznaczonych piętnem zniszczenia i upadku.
Chodnik był stosunkowo mało zryty, dużo mniej niż tak samo nie naprawiana od wielu lat jezdnia, szedłem szybko w nadziei, że fala nudności opadnie, gdy tylko odpowiednio daleko odejdę od piwnicy i tego, co tam zaszło. Na pierwszym skrzyżowaniu skręciłem w lewo, przeszedłem przez jezdnię, odruchowo spojrzawszy w obie strony, choć od miesięcy, a może i od lat koło samochodu nie potoczyło się po wypłowiałym szarym, z płytkimi kawernami asfalcie. Po trzystu metrach skręciłem w szeroką bramę i znalazłem się na podwórku. Doszedłem do zmurszałej ceglanej ściany chyba jeszcze z połowy dwudziestego wieku i wcisnąłem się między nią a karoserię mojego bastaada. Przyłożyłem kciuk do plasterka dekonsora, drzwi sapnęły i otworzyły się, wyjąłem z kieszeni latarkę i pistolet, rzuciłem na prawe siedzenie i wpakowałem się za kierownicę. Ze skrytki wyjąłem dziewiczą butelkę „Club 1999” – alkohol 33-procentowy, najmocniejszy na rynku poza meksykańskim ściganym z urzędu bimbrem, stanowczo za słaby jak na moje dzisiejsze emocje. Ale jak miałem wyzbyć się dygotu dłoni i obrzydzenia z mózgu? Przyjrzałem się butelce z namysłem. Dzień się zaczął parszywie, jeszcze się nie skończył, miałem do załatwienia to i owo... W końcu wlałem w usta łyk, spłukując jakiś wstrętny osad z dziąseł i języka. Pociągnąłem jeszcze raz, zapaliłem pierwszego od godziny papierosa i ułożyłem się wygodnie w fotelu. Czułem się podle, jak puszka po konserwach rzucona zgłodniałemu kundlowi – pusty i wylizany z wszelkich treści.
Siedziałem tak z kwadrans, zanim zamknąłem drzwi i położyłem palec na dekonsorze zapłonu. Wyjechałem z podwórka wolno, na ulicy przyspieszyłem trochę, potem, w miarę jak zbliżałem się do centrum i stan jezdni się poprawiał, jechałem coraz szybciej. Na skrzyżowaniu Siedemnastej i Sto Dwudziestej Trzeciej wysiadłem, kupiłem paczkę gumy oraz butelkę matthewsa. Wyciągnąłem z przezroczystej rury kubek i wróciłem do samochodu, żując gumę. Podjechałem kawałek pod budkę telefoniczną, komórka nie nadawała się na tę rozmowę. Zaparkowałem obok, wysiadłem i z kubkiem w ręku wszedłem do kabiny. Wyjąłem gumę z ust, po omacku zakleiłem nią obiektyw pod sufitem, a potem przedziurawiwszy palcem dno kubka, wcisnąłem go na mikrofon. W pionową szparę obok klawiatury wrzuciłem dwucentówkę i stuknąłem w klawisz z napisem „Police”. Na ekranie pojawił się umundurowany dyżurny, rzucił okiem na swój ekran i zobaczył, że jest ciemny. Gdy nieznacznym ruchem palca uruchomił najbliższy patroler, powiedziałem:
– Nie spiesz się tak, chłopcze. Tu nie mają nic do roboty, niech jadą do rudery oznaczonej numerem siedemdziesiąt cztery na dawnej Sześćdziesiątej Czwartej i zejdą do piwnicy. Z lekarzem – dodałem obserwując go uważnie przez cały czas, więc gdy lewa ręka drgnęła mu, kopnąłem szybko drzwi. Nie zdążyły się zablokować, ja zaś nie kryjąc ironii dokończyłem: – Jeżeli naprawdę chcecie zamykać rozmówców w budkach, to zmieńcie rozkład przycisków albo montujcie wyższe lady. Każdy pętak w mieście wie, co oznacza każdy wasz ruch.
Kiedy tylko wyszedłem z kabiny, rozległ się trzask zamka i zaraz po nim jęk syreny. Kabina służbiście zaryglowała drzwi, uruchomiła sygnał akustyczny i żółty pulsujący reflektor na dachu. Nie była aż tak doskonała, by wiedzieć, że zamknęła tylko niezbyt świeże powietrze.


Dodano: 2008-09-01 10:43:56
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"


 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

Recenzje

Wilhelm, Kate - "Gdzie dawniej śpiewał ptak"


 Collins, Suzanne - "Ballada ptaków i węży"

 Bradbury, Ray - "Green Town"

 Taylor, Dennis E. - "Gdyż jest nas wielu"

 Butcher, Jim - "Opowieść o duchach"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Wolfe, Gene - "Miecz i Cytadela"

 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

Fragmenty

 Elison, Meg - "Księga Bezimiennej Akuszerki"

 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Zamiatin, Jewgienij - "My"

 Urbanowicz, Artur - "Paradoks"

 Sykes, Sam - "Siedem czarnych mieczy"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i lato z diabłem"

 Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS