NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Podlewski, Marcin - "Księga Zepsucia. Tom 1"

Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Ukazały się

Gwynne, John - "Zgliszcza"


 Bardugo, Leigh - "Oblężenie i nawałnica"

 Przechrzta, Adam - "Gambit Wielopolskiego" (Fabryka Słów)

 King, Stephen - "To" (druga okładka filmowa)

 Jensen, Danielle L. - "Mroczne wybrzeża"

 Zahn, Timothy - "Ostatni rozkaz"

 Sanderson, Brandon - "Legion. Kłamstwa patrzącego"

 Johnson, Daisy - "Pod powierzchnią"

Imprezy

Sabat Fiction-Fest
Od: 2019-08-16
Do: 2019-08-18

Copernicon 2019
Od: 2019-09-13
Do: 2019-09-15

Linki

Harper, Tom - "Mozaika cieni"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Harper, Tom - "Demetrios Askiates"
Tytuł oryginału: The Mosaic of Shadows
Data wydania: Lipiec 2008
ISBN: 978-83-7418-163-1
Oprawa: miękka
Format: 135 x 205 mm
Liczba stron: 352
Cena: 29,90 zł
Rok wydania oryginału: 2004
Tom cyklu: 1



Harper, Tom - "Mozaika cieni" #4

δ
Przemierzając korytarze pałacu, odnosiłem wrażenie, że znalazłem się w niebie. Następnego ranka trafiłem do Raju. A przynajmniej do miejsca noszącego tę nazwę; zdecydowanie nie usprawiedliwiało powyższego porównania. Mówiono, że kiedyś na łagodnych stokach wzgórza rozciągały się pola, zielone od pszenicy i pełne tłustego bydła, te czasy dawno jednak minęły. Zboże zmielono na proch, bydło zarżnięto, a przyczółki rozrastającego się miasta nieubłaganie zajęły ich miejsce. Nie było to nędzne przedmieście, lecz raczej zbieranina szop i walących się bud, gdzie znajdowali schronienie ci, którzy wykorzystali już wszystkie zasoby pieniędzy i sił, próbując dotrzeć do miasta. Wielu z nich nigdy stąd nie odeszło, a biorąc pod uwagę bliskość wież garnizonu, nieunikniony stał się rozwój pewnych profesji, które od zawsze pozostawały domeną ludzi biednych i zdesperowanych.
Taką reputacją cieszyło się owo miejsce, jednak gdy brnąłem pomiędzy bruzdami i potłuczonymi płytami drogi selymbryjskiej, zdawało mi się ono podobne do wielu innych. Dzieci bawiły się na skraju traktu, kobiety o pomarszczonych twarzach kuśtykały wzdłuż niego, niosąc na plecach wielkie szmaciane toboły, od czasu do czasu widziało się chudego mężczyznę z cerą spaloną słońcem siedzącego nad miseczką orzechów, daktyli lub suszonych fig. Podszedłem do jednego z nich i przykucnąłem, żeby spojrzeć mu w oczy.
– Szukam człowieka do niebezpiecznych zadań – zwróciłem się do niego, używając starej formułki obowiązującej w tym zawodzie.
Mężczyzna spojrzał na mnie spod przymrużonych powiek, podczas gdy żuk wspinał mu się po nodze, wędrując w stronę miseczki z figami. Wyglądał, jakby coś rozważał, zmagając się z wewnętrznym dylematem. Potem rzucił mi w twarz garść owoców.
Zniecierpliwiony, potrząsnąłem głową.
– Nie, nie, dziękuję. Szukam człowieka...
Przerwałem, gdy druga garść owoców podążyła za pierwszą. Mężczyzna wykrzywiał się teraz, wymachując rękami ze złością.
Naszła mnie spóźniona myśl.
– Czy mówisz po grecku?
Cisza, która nastąpiła później, była dla mnie wystarczającą odpowiedzią. Uniosłem ręce w geście przeprosin i powstałem, by odejść. Gdy uszedłem jakieś dziesięć kroków, poczułem ukłucie, jakby drobny kamyk uderzył mnie w łydkę, ale nie odwróciłem głowy.
Wolno podążałem wzdłuż drogi. Jeszcze trzy- albo czterokrotnie próbowałem zaczepiać przechodniów lub handlarzy, znalazłem się jednak poza granicami cywilizowanego świata i wszyscy mówili tu w jakichś barbarzyńskich językach. Pomyślałem, że lepiej zrobię, jeśli wrócę tu z tłumaczem – kilku kręciło się zwykle po porcie i oferowało kupcom swe usługi. Z drugiej strony zostałoby mi wówczas niewiele czasu, by odwiedzić dostojników z listy Chrysafiosa, a on zapewne szybko dowiedziałby się, że zaniedbałem ten obowiązek.
Lekkie szarpnięcie za brzeg płaszcza wyrwało mnie z zamyślenia. Instynktownie poszukałem dłonią sakiewki, aby się upewnić, że jest na miejscu. Była tam, ale stojące obok dziecko obrzuciło mnie karcącym spojrzeniem.
– Rozumiesz, co mówię? – zapytałem bardziej ze zdziwieniem niż z nadzieją.
Ku mojemu zaskoczeniu przytaknęło.
– Naprawdę?
Chłopiec jeszcze raz skinął głową i błysnął zębami.
– Wiesz, gdzie znajdę pewnego człowieka? Niebezpiecznego człowieka? – Wykonałem kilka ruchów naśladujących ciosy miecza. Chłopiec pomyślał chwilę, po czym przytaknął po raz trzeci.
– Elimas – powiedział głosem piskliwym jak kurczak. – Ty iść Elimas.
– Elimas.
– Tak. Ty iść Elimas.
Do tej pory starałem się zachować dystans, lecz teraz pozwoliłem chwycić się za rękę i pociągnąć w stronę wąskiego zaułka prowadzącego między rzędy zniszczonych domostw. Wytężałem wzrok, ze wszystkich stron wypatrując zasadzki. Miałem ze sobą stanowczo zbyt wiele złota otrzymanego od Chrysafiosa i żadnej broni, nie licząc sztyletu ukrytego w cholewie buta. A mały, bosonogi ulicznik w znoszonej tunice biegł wciąż naprzód, wiodąc mnie coraz głębiej w labirynt zrujnowanych domostw. Teraz dopiero dotarł do mnie ciężar złej sławy tego miejsca, poczułem na sobie wrogie spojrzenia oczu śledzących mnie zza popękanych desek i wystrzępionych kawałków tkaniny służących tu za okiennice i drzwi. Mężczyźni, których mijaliśmy, milkli na nasz widok i spoglądali na nas zuchwale, podczas gdy kobiety siedziały z rozłożonymi nogami, składając niedwuznaczne propozycje. Pocieszało mnie tylko to, że chłopiec nie wygląda na zaniepokojonego.
Przyprowadził mnie na podwórze, gdzie przy mdłym ogniu siedziała stara kobieta, która mieszała coś w usmolonym kociołku, bełkocząc przy tym niezrozumiale. Obok stał naprędce sklecony namiot, szeroki pas purpurowej tkaniny udrapowanej na dwóch patykach, które tworzyły wejście. Tkanina wyglądała zupełnie jak ta, którą dekorowano ulice podczas cesarskich procesji, ale nie powiedziałem tego głośno.
– Elimas – powiedział chłopiec i odbiegł.
Patrzyłem, jak znika za stertą gruzu, która mogła być czyimś domem, i poczułem nieodpartą chęć, by podążyć w jego ślady. Przebyłem jednak tak daleką drogę, że mogłem wykonać jeszcze jeden krok, niezależnie od tego, jak niewłaściwym i lekkomyślnym mi się zdawał. Ignorując staruchę przy ogniu, chichoczącą teraz niczym demon, schyliłem się, prawie ukląkłem i wpełzłem do wnętrza namiotu.
Tkanina musiała być naprawdę dobrego gatunku, ponieważ wewnątrz wszystko spowijały ciemności, choć być może przyczynił się do tego dym z pobliskiego ogniska. Zakaszlałem, oczy zaszły mi łzami. Sięgałem po nóż ukryty na kostce, kiedy usłyszałem jakiś ruch.
– Elimas? – zaryzykowałem.
Z tyłu namiotu rozległ się ciężki oddech i kaszel.
– Elimas – odpowiedział w końcu jakiś głos. Wyczuwało się w nim niepewność i wahanie. Nie należał do Rzymianina.
– Czy rozumiesz po grecku? – Stałem w miejscu, nadal gotowy do skoku, ale opuściłem nóż.
Elimas nie odpowiedział. Poczułem, jak opuszcza mnie nadzieja. Nagle w przedłużającej się ciszy dwukrotnie zaszczekał pies, tak blisko, że odruchowo poderwałem w górę prawe ramię, blokując wyimaginowany cios. Gwałtowny ruch wytrącił mnie z równowagi i upadłem niezgrabnie na wysypane piaskiem klepisko.
– Nie lękaj się – powiedział Elimas. Jego głos nie niósł ze sobą ani odrobiny otuchy. – Sophia zna odpowiedź na wszystkie pytania.
– Sophia? – Miałem nadzieję, że nie chodzi mu o staruchę przy ogniu.
Pies siedzący, jak się zdawało, w pobliżu Elimasa, znów zaszczekał dwukrotnie. Wzrok z wolna przyzwyczajał mi się do półmroku; z trudem dostrzegłem zgarbioną sylwetkę starego człowieka, który siedział przede mną ze skrzyżowanymi nogami. Biała broda sprawiała, że stawał się podobny do ducha. Jedna dłoń spoczywała na ciemnym kształcie widocznym obok, który – gdyby nie szczekanie – można by wziąć za poduszkę.
– Sophia – powtórzył mój gospodarz, a pies zaszczekał dwukrotnie.
Przyszła mi do głowy absurdalna myśl.
– Sophia to twój pies?
Dwa szczeknięcia stanowiły oczywiste, choć niewiarygodne potwierdzenie tego faktu.
– I Sophia odpowie na moje pytania? – Przemknęło mi przez głowę, że w ognisku, którego dym wypełniał mi teraz płuca, płonęło coś oprócz drewna. – Oczywiście, będzie mówiła po grecku?
Tym razem tylko jedno szczeknięcie.
– Co to ma znaczyć? Nie zna greki?
Dwa szczeknięcia.
Rozejrzałem się, szukając kurtyny nad wejściem. Niestety, opadła, gdy wchodziłem. Co powiedziałby Chrysafios, gdyby zobaczył, jak marnuję swój cenny czas, rozmawiając z tresowanym zwierzęciem?
Dostrzegłem, jak Elimas czule poklepuje sukę po grzbiecie.
– Nie mówi – oznajmił skrzypiącym głosem. – Ale rozumie.
Spojrzałem na niego jadowicie.
– Rozumie po grecku?
Dwa szczeknięcia miały dowodzić, że owszem.
– Powiedz mi zatem, Sophio – zacząłem, rozważając, jak daleko posunę się w tej niedorzecznej zabawie. – Czy znajdę tu w pobliżu jakiegoś najemnika?
Sophia spojrzała na mnie z pogardą, po czym oparła głowę na łapach i prychnęła lekceważąco.
– Co znowu? – Byłem jednocześnie zniecierpliwiony i zdecydowany poddać się atmosferze tego niezwykłego snu.
Elimas walczył z kaszlem, kołysząc się w przód i w tył. Gdy atak ustąpił, wetknął kościsty palec w miękki piach i narysował okrąg, wewnątrz którego nakreślił mniejszy okrąg z zakrzywioną linią ust i parą oczu.
Wieloletnie doświadczenie z rozmaitymi szarlatanami oraz dość jasna wymowa rysunku pozwoliły mi zgadnąć odpowiedź.
– Chcesz pieniędzy za rozmowę z twoim psem?
Coś jakby grymas bólu wykrzywił mu twarz. Gwałtownie potrząsnął głową i wskazał na sukę.
– Twój pies chce pieniędzy za rozmowę?
Sophia rozchyliła pysk i wydała dwa słabe szczeknięcia. Wymyślając sobie w duchu od głupców, wyjąłem z sakiewki obola i rzuciłem go na piasek.
Spojrzała wyniośle na monetę i odwróciła się, by polizać zad.
Z najwyższą niechęcią dorzuciłem drugiego obola. Wciąż nie zwracała na mnie uwagi. Trzeci obol podążył w ślad za drugim, a za nim – przysiągłem sobie, że następnego nie będzie – brzęknęła srebrna silikwa.
Sophia odwróciła się do mnie i wydała dźwięk aprobaty.
– A teraz – powiedziałem zmęczonym głosem – powiedz, czy znajdę tu najemnika?
Szczeknęła dwa razy – ale to wiedziałby nawet pies. Za taką kwotę oczekiwałem o wiele więcej.
– Gdzie?
Pies i jego właściciel posłali mi karcące spojrzenie.
– Czy znajdę go przy drodze selymbryjskiej?
Raz.
– Nieopodal?
Dwa.
Zastanowiłem się przez chwilę, przypominając sobie wszelkie charakterystyczne punkty, które pomogłyby mi lepiej sformułować to pytanie.
– Czy wielu jest ludzi, którzy mogą mi w tym pomóc?
Raz.
– Jest tylko jeden?
Dwa.
– Czy to barbarzyńca? Frank?
Raz.
– Rzymianin?
Dwa.
– A ten człowiek znajdzie dla mnie najemnika?
Dwa.
– Czy on ma jakieś imię?
Dwa.
Znów się zawahałem, gdy zdałem sobie sprawę, że bez dokładnej lokalizacji lub imienia nawet ten dziwny pies mi nie pomoże. Nie mógł mi powiedzieć niczego, czego już bym nie wiedział lub nie domyślał się wcześniej – i w tym tkwiła cała sztuczka. Byłem głupcem, skoro uwierzyłem, że będzie inaczej, dałem się nabrać na dym, ciemność i gnostyckie brednie tego fałszywego magika. Zacząłem się wycofywać, rzucając suce ostatnie złe spojrzenie.
I właśnie wtedy, gdy na nią spojrzałem, przysięgam, że zobaczyłem, jak pies podnosi głowę, otwiera pysk i wyraźnie wymawia.
– Vassos.
Otworzyłem usta w kompletnym zdumieniu.
– Vassos?
Dwa ciche szczeknięcia.
– Człowiek imieniem Vassos – powtórzyłem, zbliżając się na powrót do psa. – To jego szukam?
Dwa szczeknięcia oznajmiły koniec rozmowy. Pies odwrócił się do mnie tyłem i zaczął gonić własny ogon.

* * *

Wyszedłem na światło dzienne, z trudem otrząsając się z wrażenia, jakie zrobiło na mnie to dziwne spotkanie. Mój umysł wahał się pomiędzy powątpiewaniem a ciekawością. Właścicielka kociołka zniknęła, z jej ogniska pozostał zaledwie żar. Wciągnąłem do płuc chłodne powietrze, mając nadzieję, że pomoże mi oczyścić myśli. W swojej niecodziennej karierze czerpałem informacje z najrozmaitszych źródeł, od urzędników państwowych po notorycznych przestępców, często też błagałem Boga o objawienie, jednak nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się rozmawiać z niemym zwierzęciem. Cóż mi zostało, jak tylko przekonać się, ile warta była jego odpowiedź?
Wkrótce okazało się, że suka oddała mi znacznie większą przysługę niż wielu ludzkich informatorów. Mimo że nie władałem frankijskim, bułgarskim, serbskim ani żadnym innym barbarzyńskim językiem, jakim posługiwano się w tym miejscu, imię „Vassos” działało jak zaklęcie: gdy tylko je wymieniałem, twarze moich rozmówców rozjaśniało zrozumienie i żywo gestykulowali w tym lub innym kierunku. W ten sposób powoli posuwałem się na zachód w stronę murów niekończącą się uliczką pełną walących się ruder, aż w końcu Cyganka włócząca się wokół studni wskazała ponad moim ramieniem i powiedziała zdecydowanie: „Vassos”.
Za moimi plecami stał dom, dość niezwykły jak na tę okolicę. Starszy i lepiej utrzymany niż inne zabudowania w pobliżu, mógł być kiedyś stojącą pośród owych mitycznych pól wiejską rezydencją, która jednak podupadła i straciła dawny urok. Mimo to obecny właściciel, kimkolwiek był, miał dość pieniędzy, by zamontować solidne bukowe drzwi i stalowe kraty w oknach.
Zastukałem do drzwi, zastanawiając się, w czym przeszkodzę ludziom znajdującym się w środku. Nikt nie odpowiedział.
– Vassos – zawołała ze śmiechem Cyganka, patrząc na mnie z drugiej strony ulicy.
Załomotałem po raz drugi. Nie wyczułem w środku żadnego ruchu, kątem oka jednak dostrzegłem, że jedna z zasłon zafalowała nieznacznie. Podbiegłem do niej w samą porę, by ujrzeć znikającą twarz kobiety.
– Vassos! – zawołałem, próbując odsunąć zasłonę poprzez kraty. – Vassos?
– Nie – powiedział ze środka jakiś głos. – Nie. Vassos nie.
– Gdzie on jest? – Puściłem zasłonkę i odszedłem od okna. W środku panowała cisza, jednak mój odwrót został nagrodzony, gdy silna ręka odgarnęła zasłonkę, odsłaniając mocno umalowaną twarz kobiety, patrzącej na mnie ostro. Jej suknia zszyta była z różnych kawałków materiału, z których żaden nie był podobny do innego, i zawiązana jak popręg poniżej piersi, które przez to wydawały się jeszcze większe. Wokół jej ust widniały czerwone ślady, na policzku miała świeże zadrapanie. Jej oczy były twarde jak odłamki szkła.
– Vassos nie – powtórzyła z naciskiem. – Vassos praca. Praca.
– Jutro?
Wzruszyła ramionami, pogłębiając szczelinę między piersiami.
– Jutro? Jutro.
– Przyjdę jutro.
Niezależnie od tego, czy mnie zrozumiała, rozmowa była skończona. Zasłona została zaciągnięta, a dom pogrążył się w ciszy.

* * *

Spędziłem całe popołudnie, siedząc w ogrodzie pewnego arystokraty, przyglądając się ogrodowej fontannie i bawiąc się z jego kotem. Co godzinę odwiedzał mnie jego zarządca, zapewniając, że zaraz zostanę przyjęty, jednak to kłamstwo szybko mi się znudziło. Szczerość mieszkańców przedmieść bardziej mi odpowiadała. Zacząłem od samego dołu listy Chrysafiosa, mając nadzieję, że spotkam się tu z choćby niechętnym przyjęciem, ale nadzieja okazała się złudna, a jako że był to dzień postu, nie mogłem nawet poprosić zarządcy o wino. W końcu, gdy cienie zaczęły się wydłużać, opuściłem to niegościnne miejsce i udałem się do pałacu. Chrysafios nie krył rozczarowania, a gdy wróciłem do domu, przekonałem się, że moje córki także.
– Codziennie wracasz do domu dopiero po zmroku, ojcze – zaczęła oskarżycielsko Helena. – Spóźniasz się na kolację.
– Dobra córka wita ojca własnoręcznie przygotowanym posiłkiem – zacytowałem z uśmiechem.
– Dobra żona – poprawiła Helena ostro. – Córka może już dawno spać, gdy ojciec uzna za stosowne pojawić się w domu.
Rozsiadłem się wygodnie na krześle i nabrałem łyżkę zupy.
– Przepraszam – powiedziałem pokornie. – Moi panowie z pałacu każą mi wprawdzie ciężko pracować, ale płacą tak dobrze, że może pewnego dnia nie będę już musiał pracować równie ciężko. A wtedy zjemy kolację wszyscy razem. Zupa jest znakomita.
Rzeczywiście. Helena odziedziczyła zdolności kulinarne po matce.
– Czy pałac jest bardzo piękny, tato? – spytała Zoe, siorbiąc zupę niczym żołnierz. – Czy jest pełen fontann i świateł?
– Tak właśnie. Pełen fontann, świateł, złota i śmiechu – odpowiedziałem i opisałem, najlepiej jak potrafiłem, te kilka zakamarków, które miałem okazję oglądać. Nie trzeba było dużo upiększać, żeby oczy Zoe rozszerzyły się z podziwu.
– Myślałam, że królestwo niebieskie należeć będzie do ubogich. – Kiedy mówiłem, Helena wpatrywała się w talerz, ale teraz uniosła głowę z pogardą. – Myślałam, że Pan strąci z tronów możnych tego świata, a ich pycha zostanie ukorzona przed jego majestatem. Jak możesz pracować dla tego tyrana pławiącego się w rozkoszy i występku?
– Pracuję dla niego, ponieważ jego życie jest tak samo ważne, jak życie każdego człowieka. – Rozmawialiśmy o tym już poprzedniego wieczoru. – I ponieważ jest jedynym władcą, który za mojej pamięci nie doprowadził naszego kraju do ruiny. Jada w złoconych salach i pije ze złotych pucharów, ale potrafi utrzymać porządek na granicy i wojsko z dala od miasta. To wystarczy.
Choć naprawdę wierzyłem w to, co mówiłem, rozumiałem pogardę widoczną w oczach Heleny, ponieważ wiedziałem, że moje słowa są dla niej tak samo puste, jak dla mnie, gdy byłem w jej wieku. Pamiętałem słowa mnichów, którzy wpajali mi uwielbienie dla pokory i ubóstwa, podczas gdy sami do woli korzystali z sadów, które kazano mi pielęgnować. Pamiętam, jak bolała mnie ta niesprawiedliwość. Czyżbym na starość stał się jeszcze jednym z piewców starego porządku?
Z pewnością uważała tak Helena, ponieważ wstała od stołu, trzaskając krzesłami i talerzami, po czym wymaszerowała sztywno z pokoju.
Zoe patrzyła, jak wychodzi.
– Ona potrzebuje męża – powiedziała z brutalną szczerością dziecka. – Dlatego jest taka zła.
– Wiem – odparłem ze znużeniem. – Niedługo coś z tym zrobimy. – Nadziałem na nóż kawałek rzepy i dodałem: – Powinna jednak uważać na to, jak wyraża się o cesarzu. Imperator ma wiele uszu i wielu szpiegów.
A ja, pomyślałem, leżąc w łóżku, jestem jednym z nich.



Dodano: 2008-07-30 13:54:31
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Podlewski, Marcin - "Księga Zepsucia. Tom 1"


 Sullivan, Michael J. - "Zniknięcie córki Wintera"

 Vonnegut, Kurt - "Syreny z Tytana"

 Ziębiński, Robert - "Stephen King. Instrukcja obsługi"

 Dukaj, Jacek - "Po piśmie"

 Banks, Iain M. - "Wspomnij Phlebasa"

 Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

Fragmenty

 Karnicka, Anna - "Paradoks Marionetki: Sprawa Marionetkarza"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

 Jensen, Danielle L. - "Mroczne wybrzeża"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS