NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

Lawrence, Mark - "Święta siostra"

Ukazały się

Szostak, Wit - "Fuga" (Powergraph)


 Andrews, Ilona - "Magia zmienia"

 Le Guin, Ursula K. - "Dotąd dobrze"

 Hobb, Robin - "Przeznaczenie Skrytobójcy"

 Paolini, Christopher - "Widelec, Wiedźma i smok"

 Flanagan, John - "Powrót Temudżeinów"

 Bloch, Robert - "Psychoza"

 Campbell, John W. - "Coś"

Linki

Harper, Tom - "Mozaika cieni"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Harper, Tom - "Demetrios Askiates"
Tytuł oryginału: The Mosaic of Shadows
Data wydania: Lipiec 2008
ISBN: 978-83-7418-163-1
Oprawa: miękka
Format: 135 x 205 mm
Liczba stron: 352
Cena: 29,90 zł
Rok wydania oryginału: 2004
Tom cyklu: 1



Harper, Tom - "Mozaika cieni" #3

γ
Przeszedłem przez drogę, skręciłem w boczną uliczkę i zszedłem ze wzgórz w stronę kwater handlarzy koło Złotego Rogu. Ścieżka była stroma i kręta, często przechodziła w krótkie odcinki schodów, tam gdzie stok był zbyt zdradziecki, odczuwałem więc wdzięczność wobec Boga, że popielate niebo nie spłynęło jeszcze deszczem, ponieważ musiałbym wtedy wielokrotnie podnosić się z ziemi. Gładkie mury wokół mnie wznosiły się wysoko, z rzadka widniały w nich drzwi, nie dostrzegłem żadnych okien. Były to obmurowane domostwa weneckich kupców, którzy swoje interesy i życie ukrywali przed oczami ciekawskich. Od czasu do czasu niewolnik lub służący wyślizgiwał się zza jednej z masywnych, odlanych z brązu bram, ale przez większość czasu ulica była pusta.
Stopniowo otoczenie zmieniało się na coraz mniej imponujące, budynki z bogatych stały się skromne, a ze skromnych nędzne. Pojawiły się sklepy, wypełniając przestrzeń towarami, dymem i okrzykami sprzedawców obiecujących transakcje niewyobrażalnie wprost korzystne. Musiałem się teraz przeciskać przez tłum, głuchy na pochlebstwa i zachęty. Wyższe piętra budynków widniejące nade mną zbliżały się do siebie coraz bardziej, wydawało mi się, że stoję w nawie ogromnego kościoła. W końcu zatrzymałem się przed domem strzelnika.
– Demetrios! – Gdy tylko przestąpiłem próg jego domu, odłożył pęk piór trzymany w ręku, wstał zza stołu i kulejąc, podszedł, by objąć mnie jak brata.
– Łukasz. – Poklepałem go po plecach, a potem cofnąłem się o krok, by mógł przenieść ciężar ciała na zdrową nogę. – Jak interes?
Łukasz zaśmiał się, wyciągając spod stołu butelkę i dwa popękane kubki.
– Dość dobrze, by zaoferować ci poczęstunek. Póki Turcy i Normanowie robią dzieci swoim kobietom, zawsze będzie dość celów dla moich strzał. – Pochylił się do przodu. – Krążą plotki o nowej wojnie, Demetriosie. Mówią, że wielka barbarzyńska armia nadchodzi, żeby zepchnąć Turków z powrotem do Persji.
– Również słyszałem te plotki – oznajmiłem. – Ale słyszę je co roku, odkąd ty i ja walczyliśmy razem nad Jeziorem Czterdziestu Męczenników. I jak do tej pory widziałem tylko awanturników, którzy obracali się przeciw nam, gdy tylko dostali trochę złota, albo opętanych wizjami wieśniaków.
Łukasz wzruszył ramionami i dolał wina.
– Ja i tak nadal będę na tym zarabiał. Moi zleceniodawcy z pałacu nie zmniejszyli zamówień już od kilkunastu lat.
Rozmawialiśmy przez jakiś czas, wymieniając się wspomnieniami, starymi i nowymi, z których część była wspólna, ale większość nie, aż w końcu wydobyłem z fałd płaszcza tajemniczy pocisk Chrysafiosa.
– Co o tym sądzisz? – Podałem go Łukaszowi. – Czy zrobiłbyś łuk, z którego dałoby się to wystrzelić z taką siłą, aby przebiło stalową kolczugę?
Łukasz wziął ode mnie strzałę i obejrzał ją dokładnie, mrużąc oczy w słabym świetle.
– Dobry łuczarz mógłby taki wykonać – powiedział ostrożnie. – Czyżbyś szukał prezentu dla córki, żeby miała czym odpędzać nachalnych zalotników? – Pytająco uniósł brwi. – Ale taka strzała to niebezpieczna zabawka. Ktoś mógłby się skaleczyć. – Potarł palcem zakrzepłą krew. – Wygląda na to, że już do tego doszło.
– Na to wygląda – przytaknąłem.
– Ktoś ubrany w stalową kolczugę? – Spojrzał na mnie uważnie.
– Być może.
Łukasz oddał mi strzałę.
– Nie. Gdybyś wystrzelił to z łuku, miałbyś dużo szczęścia, gdyby wbiło się w drzewo. Nie znam broni zdolnej poczynić takie szkody.
Zawinąłem strzałę w fałdy płaszcza, zadowolony, że nie ma tu kapitana Waregów, by drwił z tej najnowszej porażki.
Łukasz nalegał, żebym został dłużej, ale czas płynął nieubłaganie i nie chciałem, aby całe złoto Chrysafiosa poszło dziś na marne. Przez trzy godziny chodziłem po Platei, zagadując każdego najemnika i informatora, którego twarz zdołałem sobie przypomnieć, we wszystkich norach, które odwiedzali. Żaden z nich nie wiedział o takiej broni, choć wszyscy zainteresowani byli zakupem, gdybym ją przypadkiem znalazł. Niektórzy próbowali odgadnąć cel moich poszukiwań, inni przekonywali, że za rozsądną cenę zabiją dla mnie każdego, w kolczudze czy też bez. Jeden był szalony i usiłował – na szczęście niecelnie – pchnąć mnie nożem. W końcu, siedząc samotnie w małej, źle oświetlonej tawernie i żując duszoną wieprzowinę, doszedłem do wniosku, że jeśli zbiorowa pamięć wszystkich bandytów i najemników, których w życiu spotkałem, nie pomogła mi wyjaśnić tej zagadki, jej rozwiązanie musi znajdować się gdzieś dalej, poza obszarem naszej wiedzy i poza granicami cesarstwa.
Miałem rację, choć pomyliłem się trochę co do granic. Znajdowało się bowiem w małej tawernie za nabrzeżem żydowskim w osobie niskiego, okrągłego człowieczka z oleistą cerą i ubogim słownictwem.

* * *

Trafiłem na niego przez przypadek. Przyszedłem do tawerny, szukając żołnierza imieniem Kserkses, Saracena, którego poznałem w nieco gorszych czasach. Jeśli broń pochodziła ze wschodu, łudziłem się, że ją zna. Nie znał, ale zanim zdążyłem wymyślić jakąś wymówkę, zaprowadził mnie do stolika i nakłonił do picia podłego wina, które sam pociągał. Smakowało jak wywar z kory sosnowej, trzymałem zatem kielich możliwie blisko ust, żeby ukryć grymas obrzydzenia, podczas gdy on przedstawił mnie swojemu towarzyszowi – grubemu kupcowi z Genui imieniem Cabo – który potrząsnął entuzjastycznie moją dłonią i prysnął mi w twarz śliną, wymieniając swoje imię.
– Demetrios zarabiał kiedyś mieczem – wyjaśnił Kserkses, opisując etap mojego życia, o którym wolałbym zapomnieć. – Teraz zarabia głową. Nie jestem pewien, które z tych zajęć przynosi mu mniejszy zysk.
– Za żadne nie płacą mi tyle, ile jest warte – zapewniłem, choć trzy sztuki złota już zaczynały wydawać mi się wygórowaną stawką.
– Cabo był mądrzejszy – oznajmił Kserkses. – Też się tym parał. A teraz został szanowanym kupcem.
– Co sprzedajesz? – spytałem. Niewiele mnie to obchodziło, ale dopóki mówiłem, mogłem nie pić wina.
Cabo łypnął na mnie chytrze spod gęstych brwi.
– Jedwabie. Klejnoty. Złoto. Broń. Co tylko ludzie kupują.
– Cabo nie lubi, gdy imperialni kupcy monopolizują handel – dodał Kserkses, mrugając do mnie porozumiewawczo. – Uważa, że to obraza boska. Jest jak ewangelista.
– Broń – mruknąłem, ignorując Kserksesa. – Szukam pewnej broni.
Cabo nieznacznie uniósł głowę.
– Czyżby? – spytał Kserkses. – Wracasz do dawnych zajęć, stary druhu?
– Miecz dziesięć sztuk złota – powiedział powoli Cabo i domyśliłem się, że zna grekę akurat na tyle, by móc targować się o towary i urzędowe zezwolenia. Może też o wino i kobiety.
– To więcej niż dopuszczalna cena – zauważyłem. – Poza tym mam już miecz. Potrzebny mi łuk.
– Łuk pięć sztuk złota. Scytyjski. Bardzo mocny.
– Łuk, którego potrzebuję, musi być bardzo mocny. Mocniejszy niż łuki, które robiono do tej pory, a zarazem dość mały, by wystrzelić strzałę nie dłuższą niż ludzka ręka. Dość mocny, by przebić stal.
– I zatopić triremę, i dolecieć na księżyc – przerwał mi Kserkses. – Daj spokój, Demetriosie. Cabo jest kupcem, nie magikiem. Wygląda na to, że za często sprzedawałeś innym swą głowę, więc dla ciebie już nic nie zostało.
– Mogę sprzedać ci taką broń. – Cabo wytarł pot ze swej nagiej czaszki i położył dłonie na stole. Być może zauważył, że ręka, w której trzymałem kielich, zaczęła drżeć. – Za siedem funtów złota.
– Siedem funtów złota? To dość, by kupić całą armię! – Kserkses uznał to za żart i gestem poprosił o wino, ale nie zwracałem na niego uwagi.
– Czy masz tę broń przy sobie? – spytałem.
Cabo potrząsnął głową.
– Może za sześć miesięcy. Może za osiem.
– Jak wygląda? – Nie próbowałem zamaskować rosnącego podniecenia, miałem nadzieję, że przekona kupca do uczciwości moich zamiarów.
Cabo nie krył podejrzeń, był jednak przede wszystkim kupcem i pewnym okazjom nie potrafił się oprzeć.
– Nazywają ją tzangra. Przypomina balistę, ale można ją trzymać samemu. Przebije zbroję.
– I jakim cudownym sposobem to uczyni?
Cabo zmarszczył czoło, usiłując zrozumieć pytanie, następnie uśmiechnął się szeroko i postukał w skroń.
– Magia.
– Genueńska magia? – Nie słyszałem, by ktoś w naszych stronach posługiwał się taką bronią.
Cabo przytaknął.
– Czy w Genui wszyscy ją noszą?
Potrząsnął głową.
– Bardzo droga. Trudno zrobić. Ale można, jeśli chcesz. Jeśli zapłacisz. Pięć funtów teraz. Dwa, gdy dostaniesz.
Pozwoliłem propozycji zawisnąć w powietrzu, udając, że się zastanawiam. Pot znów zaczął się perlić na czaszce kupca.
– Zastanowię się nad tym.
– Dlaczego? Czyżbyś zostawił swoje pięć funtów złota w domu? – Kserkses był rozdrażniony, być może na myśl, że rzeczywiście dysponuję takim majątkiem.
– Postawiłem je na konia w hipodromie – wyjaśniłem. – Muszę odebrać wygraną.
Już zamierzałem wychodzić, gdy przyszła mi do głowy pewna myśl.
– Powiedz mi coś – zagadnąłem, rzucając na stół miedziaka jako należność za wino. – Dużo czasu upłynęło, odkąd rzuciłem poprzednie zajęcie. Gdzie można teraz spotkać cudzoziemskich najemników?
– W Raju – odpowiedział Kserkses ponuro. – Przy drodze do bramy Pege.
– Kto jest najlepszy?
Kserkses wzruszył ramionami.
– Nikt. Wiesz, jak to jest. Co tydzień nowy kogut na kupie gnoju. Idź tam i zapytaj, ktoś cię w końcu znajdzie. Albo poderżnie ci gardło.
Cabo się zaśmiał, rozbryzgując wino po stole.

* * *

Zapadał zmrok, kiedy wkroczyłem na ulicę. Byłem zmęczony – całe wieki upłynęły, odkąd pokonałem tyle mil w ciągu jednego dnia i odwiedziłem tylu zapomnianych znajomych, ale ulga, jaką sprawiło mi znalezienie choćby jednego ogniwa w łańcuchu, dodała moim nogom sił, by wspiąć się na wzgórze, minąć mury kościoła Hagia Sophia i wejść pod rozległe arkady Augusteonu. Kilkunastu starożytnych władców spoglądało na mnie z wysoka: niektórzy dobrotliwie, inni bystrze, jeszcze inni surowo, a każdy wyglądał tak, jak chciał być zapamiętany przez historię, ale nie zwracałem na nich uwagi. Zostawiając po prawej wielką bramę, skierowałem się w stronę niewielkich drzwi w przeciwległym narożniku placu, po bokach których stało dwóch Waregów z kitami piór na hełmach i toporach. Jednym z nich był Aelrik, strażnik, który na moją prośbę stanął rano na miejscu zabitego żołnierza.
Uniósł topór w geście powitania.
– Idziesz do eunucha? Mówili, że przyjdziesz. – Popatrzył na ciemniejące niebo. – Nie spieszyłeś się.
– Idę do Chrysafiosa. Pewnie zechce usłyszeć, co osiągnąłem.
– Więcej niż my, mam nadzieję. – Aelrik zmarszczył brwi w udawanej złości. – Nigdy w życiu nie pokonałem więcej schodów. Sigurd kazał nam pukać do wszystkich domów przy tej ulicy i pytać mieszkańców, czy nie wpuścili dziś do domu mordercy.
– Sigurd?
– Kapitan. Mówił, że ty tak rozkazałeś.
– Hm, tak powiedział? Znaleźliście coś ciekawego?
Aelrik potrząsnął siwiejącą głową.
– Tylko dziewczynę karmiącą dziecko, która nie zdążyła podciągnąć sukni, gdy wchodziliśmy. Nic, co zainteresowałoby eunucha.
– A skoro o nim mowa...
Zostawiwszy towarzysza na warcie, Aelrik przeprowadził mnie wąską arkadą biegnącą wzdłuż sadu. Drzewa owocowe były już nagie, a ich gałęzie białe i pokryte kolcami, ale wciąż śpiewały w nich ptaki. Po lewej stronie minęliśmy ogromną salę, której wysokie drzwi zostały zamknięte na głucho, i znaleźliśmy się w drugim atrium. Obeszliśmy je, trafiając do drugiego, szerszego korytarza. Następnie znów skręciliśmy i wkrótce zgubiłem się w tym labiryncie sal, korytarzy, kolumn i portyków, fontann, ogrodów, posągów i dziedzińców. Powietrze było tu zadziwiające: słodkie niczym miód z wyraźnym aromatem kadzidła i róż, ciepłe jak letni dzień, choć na zewnątrz od dawna panowała zima. Moje uszy napełniał szmer rozmów oraz cichy brzęk strun i odgłos płynącej wody; złocisty blask wylewał się z otwartych drzwi, które mijaliśmy. Ujmowały one w ramy niczym ikony zastygłe sceny z tego egzotycznego świata. Każda sala pełna była ludzi: senatorów ubranych w odświętne szaty, generałów odzianych w zbroje, skrybów i sekretarzy przysypanych stosem pergaminów. Widziałem arystokratki zebrane w małe grupki i rozmawiające ze śmiechem, a także petentów o zmęczonych obliczach właściwych ludziom, którzy zbyt długo czekają na próżno. Było to jak wizja raju, a ja szedłem przez nią – niepozorny i przez nikogo niezauważony.
W końcu Aelrik wywiódł mnie na kamienny dziedziniec. Podwórzec wydawał się starszy niż ta część pałacu, którą właśnie przebyliśmy: mozaiki były tu popękane, a mury nieozdobione, nie licząc rzeźbionych głów cesarskich przodków umieszczonych w płytkich niszach. Dźwięki dobiegające z pałacu zdawały się przytłumione, a zapach perfum i kadzideł mieszał się z odorem miasta. Arkady były puste, jedynie jakaś samotna postać siedziała na marmurowej ławie; uniosła się z wdziękiem, gdy podszedłem. Nagle zdałem sobie sprawę, że Aelrik zniknął.
– Kapitan Waregów uważa cię za głupca, który tylko zawraca mu głowę, każąc przepytywać kupców. – Chrysafios zbliżył się leniwym krokiem. – A później prowokuje swojego pracodawcę, odsyłając eskortę, którą mu przydzielono.
– Gdyby kapitan Waregów wiedział cokolwiek o tropieniu morderców – odpowiedziałem wolno – może przejąłbym się jego opinią.
– Mówił, że kazałeś jego wojownikom, strażnikom z gwardii cesarskiej, przez pół dnia dobijać się ludziom do drzwi i zadawać bezsensowne pytania – naciskał Chrysafios. – Zastanawiam się, Askiatesie, czy aby starczy ci wyobraźni do tego zadania.
– Miałem dość wyobraźni, by odnaleźć broń, o której nie wiedział nikt inny. – Opisałem mu pokrótce tzangrę, o której wspomniał Genueńczyk Cabo. – A intuicja podpowiada mi, że cięciwę tej cudzoziemskiej broni naciągnęły cudzoziemskie dłonie.
– Najemnik? – Chrysafios zastanowił się przez chwilę. – Możliwe. Ty z pewnością potrafisz to ocenić, prawda? – Obserwował, jak mienię się na twarzy ze źle skrywanej wściekłości. – Znam twoją historię, Demetriosie Askiatesie. Być może niewiele wiem o tropieniu morderców, za to potrafię odkrywać sekrety przeszłości. Nawet takie, o których ktoś wolałby zapomnieć. Albo je ukryć.
Nie odpowiedziałem.
– W każdym razie... – Chrysafios rozłożył ręce, aby pokazać, że nic go to nie obchodzi. – Dłonie trzymające cięciwę może i należały do cudzoziemca, lecz jestem pewien, że duch, który pchnął je do czynu, jest nam znacznie bliższy. – Sięgnął do alkowy i wydobył zwój pergaminu wciśnięty za stojący tam posąg. – Rozkazałem urzędnikom, by sporządzili listę wszystkich osób, które skorzystałyby na zwolnieniu tronu.
Sięgnąłem po dokument.
– To dość długa lista. – Drgnąłem, widząc, że u szczytu widnieje imię sebastokratora, starszego brata cesarza, najpotężniejszego po nim człowieka w cesarstwie. Być może Chrysafios i Sigurd mieli słuszność i powinienem trzymać się towarzystwa kupców oraz sklepikarzy.
– Zaiste długa – zgodził się Chrysafios. – Jest to lista, która mogłaby wzniecić bunt lub rebelię, gdyby ujrzał ją ktoś, czyje imię zostało tu wymienione. Przypatrz się jej uważnie i zapamiętaj.
Zbliżyłem pergamin do światła i przypatrywałem mu się z wytężoną uwagą. Wiele imion było mi znanych, inne pozostawały całkowicie anonimowe. Chrysafios stał, przyglądając się w milczeniu, dopóki nie zwróciłem mu listy.
– A teraz powtórz mi ją – rozkazał.
– Pamiętam doskonale. Nie będę jej recytował jak uczeń w szkole.
– Powtórz – powiedział z naciskiem, a jego oczy błysnęły groźnie. – Zapłaciłem za twój umysł, Demetriosie Askiatesie, i chcę wiedzieć, ile jest warty.
– Zapłaciłeś mi za wyniki i nie zawiedziesz się. O co mam pytać tych ludzi? „Czy stoisz za nieudanym zamachem na życie cesarza? Czy posiadasz fantastyczny genueński wynalazek zwany tzangrą?”. Kto z tych arystokratów w ogóle zechce ze mną rozmawiać?
– Zostaniesz odpowiednio przedstawiony. A co do pytań, nie ośmieliłbym się ciebie pouczać. W końcu z nas dwóch to ty opanowałeś trudną sztukę tropienia morderców. Przyjdź zdać mi raport jutro. A teraz, jeśli nie zamierzasz recytować mojej listy, odejdź. Jeden ze strażników odprowadzi cię do domu.
Zmiął pergamin w dłoniach i upuścił go w ogień stojącej obok lampy. Papier buchnął płomieniem, przez chwilę żarzył się w szklanej misie, a potem szybko rozsypał w popiół.



Dodano: 2008-07-30 13:53:51
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Mutanta"


Wygraj "Dragon Age: Cesarstwo masek"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Abercrombie, Joe - "Nim zawisną"


 Baxter, Stephen - "Ultima"

 Abercrombie, Joe - "Ostrze"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Palmer, Ada - "Do błyskawicy podobne"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Komuda, Jacek - "Westerplatte"

Fragmenty

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

 Bławatska, Helena P. - "Opowieści okultne"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS