NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Kańtoch, Anna - "Zabawki diabła" (Powergraph)

Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

Ukazały się

Weinbaum, Stanley G. - "Drapieżna planeta"


 antologia - "Drugie lądowanie. Antologia króciaków"

 Szacha, Georgij - "Nie było smutniejszej historii"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

Linki

Morgan, Richard - "Trzynastka" (twarda)
Wydawnictwo: ISA
Tytuł oryginału: Black Man
Tłumaczenie: Marek Pawelec
Data wydania: Sierpień 2008
ISBN: 978-83-7418-205-8
Oprawa: twarda
Format: 161 x 240 mm
Liczba stron: 592
Cena: 45
Rok wydania oryginału: 2007



Morgan, Richard - "Trzynastka" #3

ROZDZIAŁ 2

Oczywiście aresztowali go.
Przyciągnięty odgłosami strzelaniny, przybiegł oddział opancerzonych ochroniarzy obozu, kryjąc się za rogami budynków i stojącymi pojazdami niczym grupa żuków wielkości człowieka. Słońce lśniło na ich matowych niebieskich pancerzach i hełmach, błyskało na krótkich lufach karabinków szturmowych. Byli też cisi jak żuki – najprawdopodobniej ich wyposażenie obejmowało nie tylko broń i pancerze, ale również mikrofony indukcyjne oraz sprzęt łączności. Carl wyobraził sobie, jak to wygląda z ich strony. Przyciszone, pełne szoku głosy w słuchawkach. Obraz zza gogli.
Zastali Carla siedzącego ze skrzyżowanymi nogami we frontowych drzwiach domku, z pustymi dłońmi wystawionymi na zewnątrz. Była to pozycja medytacyjna tanindo, której nauczył się od Sutherlanda, jednak daleko mu było do medytacji. Mijały właśnie skutki działania siatki i zaczynał z powrotem czuć ból w zranionym boku. Kontrolował go oddechem i utrzymywał ciało w bezruchu. Uważnie przyglądał się, jak oddział ochrony posuwa się ulicą w jego stronę. Swojego haaga i licencję Agencji położył na ulicy dobre cztery czy pięć metrów od miejsca, w którym usiadł, i gdy tylko pierwsza z opancerzonych postaci podeszła bliżej z karabinem zwieszonym na ramieniu, powoli uniósł ręce nad głowę. Chłopak w pancerzu ochronnym oddychał gwałtownie, a młoda twarz widoczna zza gogli i hełmu zdradzała stres.
– Jestem agentem licencjonowania genetycznego – Carl głośno wyrecytował po hiszpańsku – zatrudnionym na kontrakcie przez ONZALG. Tam na ulicy, obok broni, leżą moje dokumenty. Jestem nieuzbrojony.
Podeszła reszta drużyny, wciąż z trzymaną czujnie bronią. Wszyscy mieli po dwadzieścia parę lat. Nieco starszy dowódca oddziału zbliżył się i wziął papiery, ale jego spocona twarz wcale nie zdradzała pewności siebie. Carl siedział nieruchomo i wciąż powtarzał swoje słowa. Musiał się do nich przebić, zanim zajrzą do środka domku. Musiał zyskać jakiś autorytet, choćby pożyczony. Za nowoczesnym sprzętem do tłumienia zamieszek kryli się poborowi, tacy sami jak ci, którzy go tu przywieźli. Większość z nich skończyła szkołę w wieku czternastu lat, część pewnie jeszcze wcześniej. Sąd europejski mógł nic dla nich nie znaczyć, a ich stosunek do ONZ mógł być w najlepszym razie ambiwalentny, jednak licencja Agencji stanowiła imponujący kawał plastiku i holoprojekcji. Jeśli będzie miał szczęście, to może przeważyć, gdy znajdą ciała.
Dowódca grupy opuścił karabin, klęknął obok licencji i ją podniósł. Przechylił holozdjęcie, porównując je z twarzą Carla. Wstał i ostrożnie szturchnął pistolet Haag czubkiem buta.
– Słyszeliśmy strzały – powiedział.
– Zgadza się. Usiłowałem aresztować dwoje podejrzanych w sprawie ONZALG, ale mnie zaatakowali. Oboje nie żyją.
Wymiana spojrzeń między młodzieńcami w hełmach. Kapitan kiwnął na dwójkę z oddziału, chłopaka i dziewczynę, a ci podeszli do drzwi budyneczku. Dziewczyna wykrzyknęła ostrzeżenie do wnętrza.
– Nie ma tam nikogo żywego – zapewnił ich Carl. – Naprawdę.
Dwójka policjantów pokonała drzwi w podręcznikowy sposób, wpadając do środka i zwiedzając pokoje, przed każdym wywrzaskując niepotrzebne wezwania do poddania się. Reszta czekała, z bronią wciąż wycelowaną w Carla. W końcu kobieta wyszła z domu z karabinem szturmowym przewieszonym przez ramię, podeszła do kapitana i zaczęła mówić mu coś szeptem. Carl widział, jak twarz mężczyzny ciemnieje z wściekłości. Gdy dziewczyna skończyła raport, kiwnął głową i ściągnął okulary przeciwsłoneczne. Carl westchnął i przyjął zwyczajowe spojrzenie. Ta sama mieszanka strachu i obrzydzenia. I młody człowiek odpinał już od pasa niebieskie, plastikowe kajdanki. Wskazał na Carla jak na coś brudnego.
– Wstawaj – powiedział zimno. – I dawaj cholerne ręce za plecy.

* * *

Zanim znów go rozcięli, stracił czucie w palcach, a stawy barkowe bolały go od prób mocniejszego ściśnięcia nadgarstków. Pętlę zadzierzgnęli z dziką siłą – nawet zaciśnięcie przy tym pięści nie zapewniło mu odrobiny luzu, a naturalne napięcie ramion rozsuwało mu nadgarstki, więc jak by się nie ustawił, plastik wrzynał się w ciało. Biorąc pod uwagę ranę w boku, tylko tego mu brakowało.
Znaleźli ranę, gdy go przeszukiwali, ale bardziej byli zainteresowani opróżnieniem mu kieszeni niż leczeniem jego obrażeń. Nie ściągnęli kajdanek. Przypuszczał, że nie obchodziło ich, w jakim jest stanie, jeśli tylko nie umrze w areszcie. W centrum ochrony obozu rozcięli mu ubranie. Obojętny medyk obmacał jego ranę, uznał, że jest powierzchowna, natrysnął na nią antybiotyk, skleił i przyłożył plaster. Żadnych środków przeciwbólowych. Potem wsadzili go do plastikowej, lekko śmierdzącej szczynami celi, a dyrektor GH przez dwie godziny udawał, że ma na głowie ważniejsze sprawy niż dwa zabójstwa w swoim obozie.
Carl spędził ten czas, odtwarzając swoją konfrontację z Grayem i szukając sposobu na takie jej rozegranie, w którym Gaby nie musiała zginąć. Oceniał podejścia, użyte słowa, sposób, w jaki potoczyła się rozmowa. Tuzin razy dochodził do tego samego wniosku. Był tylko jeden sposób na ocalenie życia Gaby, a mianowicie zastrzelenie Graya w chwili, gdy tylko wyszedł z łazienki.
Wiedział, że Sutherland by się wkurzył.
Nie ma czegoś takiego jak podróże w czasie, burknął kiedyś cierpliwie. Żyjesz po prostu z tym, co zrobiłeś, i w przyszłości próbujesz robić tylko to, z czym jest ci dobrze. Na tym to wszystko polega. Wchłaniaj, to wszystko.
Niesione wspomnieniami wróciły do Carla jego własne myśli.
Nie chcę już tego więcej robić.
W końcu przyszło po niego dwóch ochroniarzy, mężczyźni bez pancerzy. Zabrali go z celi, nie zdejmując kajdanek, po czym wzięli go do małego biura na drugim końcu budynku. Dyrektor obozu siedział za biurkiem w rogu i machając nogą przyglądał się, jak bezceremonialnie uwalniają Carla. Wyciśnięty z tubki rozpuszczalnik kapnął mu na skórę, przypalając ją. Miał wrażenie, że to nie był przypadek.
– Bardzo mi przykro z powodu tego wszystkiego – dyrektor odezwał się po angielsku bez śladu żalu. Był dość typowym, wysokim białym facetem po czterdziestce, w swobodnym stroju dobrej firmy. Z wcześniejszego wywiadu Carl wiedział, że nazywa się Axel Bailey, ale nie przedstawił się, tak samo jak nie wyciągnął ręki.
– Mnie też.
– Tak, najwyraźniej niepotrzebnie pana aresztowano. Gdyby jednak zgłosił się pan do nas, zanim zaczął pan się bawić w detektywa w moim obozie, moglibyśmy uniknąć wielu nieprzyjemności.
Carl nie odpowiedział, po prostu rozcierał dłonie i czekał na ból, gdy ręce odnowią znajomość z krążeniem krwi.
Bailey odchrząknął.
– Cóż, więc potwierdziliśmy, że Rodriguez faktycznie był osobą, o której pan mówi. Wygląda na to, że udało mu się oszukać nasze procedury. W każdym razie pańskie biuro chce, żeby skontaktował się pan z nimi w celu zdania wstępnego raportu dotyczącego strzelaniny, ale ponieważ nie zamierzamy kwestionować jurysdykcji, oczywiście na tym etapie nie ma potrzeby dalszych działań. Chciałbym jednak uzyskać pańskie zapewnienie, że złoży pan pełny raport w INKOL informujący o naszej współpracy, gdy tylko wróci pan do Londynu. Jeśli to wszystko, jest pan wolny. Właściwie to nawet możemy panu pomóc w znalezieniu transportu.
Carl kiwnął głową. W palcach uaktywniły się pierwsze igły bólu.
– Rozumiem. Chce pan, żebym zniknął, zanim pojawią się tu dziennikarze.
Bailey zacisnął usta w wąską kreskę.
– Zostanie pan przewieziony helikopterem wprost do Arequipy – oświadczył z naciskiem – gdzie będzie pan mógł złapać połączenie do domu. Proszę uznać to za gest dobrej woli. Na miejscu zostaną panu zwrócone licencja i pistolet.
– Nie. – Carl potrząsnął głową. Zgodnie z mandatem ONZALG teoretycznie i tak mógł zażądać wywiezienia helikopterem. Teoretycznie. – Sam mi pan odda moją licencję i pistolet, i to teraz.
– Przepr...
– Pistolet Haag jest własnością ONZALG. Nie wolno go posiadać żadnej nieupoważnionej osobie. Proszę mi go przynieść.
Bailey przestał machać nogą. Przez chwilę patrzył Carlowi w oczy, prawdopodobnie zobaczył w nich to, co się tam kryło, po czym odchrząknął. Kiwnął głową w stronę jednego z ochroniarzy, wyraźnie odczytując jego nazwisko z plakietki na kieszeni munduru.
– Ach, Sanchez. Idź i przynieś rzeczy pana Marsalisa.
Strażnik odwrócił się w stronę wyjścia.
– Nie. – Carl zerknął na Sancheza, który znieruchomiał z ręką na klamce. Wiedział, że zachowuje się dziecinnie, ale nie potrafił się powstrzymać. Spojrzał z powrotem na dyrektora. – Powiedziałem, że pan ma mi go przynieść.
Bailey się zaczerwienił. Zerwał się z miejsca, opierając się o brzeg biurka.
– Słuchaj no, Marsalis, nie moż...
Carl objął boleśnie zdrętwiałą pięść drugą dłonią. Skrzywił się. Głos dyrektora ucichł.
– Idź i przynieś mi go – cicho powtórzył Carl.
Chwila zawisła i pękła. Wciąż zaczerwieniony po czubek starannie uczesanej głowy Bailey przepchnął się obok i otworzył drzwi.
– Pilnujcie go – warknął na strażników i wyszedł. Carl zauważył wymianę uśmieszków między mężczyznami. Przez chwilę rozcierał pięść, potem zamienił dłonie.
– To który z was tak humanitarnie poczęstował mnie rozpuszczalnikiem?
Uśmiechy zmieniły się we wrogą czujność i sztywną ciszę trwającą do czasu, aż Bailey wrócił z jego rzeczami i dokumentami do podpisania.
– Będzie pan musiał to pokwitować – rzucił chmurnie.
Ochrona obozu zapakowała wszystko w czterdziestocentymetrowej szerokości taśmę izolacyjną, z każdym przedmiotem szczelnie zamkniętym próżniowo w plastiku. Carl wziął taśmę, rozwinął ją na biurku i sprawdził, czy niczego nie brakuje. Wskazał na klucz do szafki.
– To do szafki na dworcu autobusowym – wyjaśnił. – W środku jest moja torba.
– Może ją pan zabrać w drodze do helikoptera – odpowiedział Bailey i niecierpliwie przesunął w jego stronę dokumenty. – Moi ludzie pana odprowadzą.
Carl wziął formularz, położył go na biurku, oderwał osłonkę aktywacyjną z naklejki holorejestratora w rogu i nachylił się nad nim.
– Carl Marsalis, SIN s810dr576 – wyrecytował z wieloletnią wprawą – kod autoryzacyjny ONZALG 31 nefryt. Niniejszym oświadczam, że przedmioty na liście w pełni odpowiadają stanowi posiadania zabranemu mi przez ochronę obozu GH 18 czerwca 2107 i zwróconymi mi tego samego dnia.
Kciukiem zapieczętował dysk i odepchnął go od siebie po powierzchni biurka. W chwili, gdy recytował poświadczenie, opanowało go dziwne, duszące uczucie, jakby to on został zapakowany próżniowo w plastik, a nie jego rzeczy.
Nie chcę już tego więcej robić.
Nie, to nie to. Spojrzał w górę i zauważył sposób, w jaki patrzyli na niego Bailey i dwaj strażnicy.
Nie chcę już więcej tym być.

* * *

I tak.
Helikopter wywiózł go z obozu, skręcając nad lśniącym błękitem jeziora, a potem przelatując nad ciemnymi, pięknymi górami w drodze z Altiplano do Arequipy. Helikoptery takie jak ten wyposażono w inteligentne systemy nawigacyjne działające na bazie aktualizowanego w czasie rzeczywistym satelitarnego modelu terenu i pogody, co oznaczało, że leciały praktycznie same. Mimo wszystko pilot uparcie ignorował go przez cały lot. Carl siedział samotnie w przedziale pasażerskim i wyglądał przez okno na krajobraz w dole, luźno dopasowując go do wspomnień z Marsa. Podobieństwa były oczywiste – INKOL symulował tu nie tylko rozrzedzone powietrze – ale mimo wszystko to wciąż był dom, z błękitnym niebem w górze i szerokim horyzontem dużej planety oraz działającym na kości solidnym ciążeniem jednego g.
Nie akceptujcie namiastek, przemknęły mu przez głowę slogany z nadajników politycznych partii Najpierw Ziemia. Nie słuchajcie korporacyjnych reklam. Stąpajcie twardo po ziemi. Walczcie o lepsze życie tutaj i lepszy świat teraz.
Na lotnisku w Arequipie użył swoich papierów ONZALG do zdobycia miejsca sypialnego na pokładzie pierwszego bezpośredniego poziomego lotu do Miami, liniami Delty. Wolałby lot suborbitalny, ale w tym celu nadal trzeba było pojechać do Limy, co prawdopodobnie nie było warte dodatkowego czasu i zachodu. W ten sposób przynajmniej będzie mógł odpocząć. Zostało mu około godziny do odlotu, kupił więc kodeinę spod lady, wziął podwójną zalecaną dawkę i docisnął ją byle czym z baru Korporacji Wołowej Buenos Aires. Jadł niespiesznie na tarasie obserwacyjnym, nie czując smaku, oglądając ośnieżony, wulkaniczny stożek El Misti i zastanawiając się, czy naprawdę gdzieś tam nie było czegoś, czym mógłby zarabiać na życie.
Jasne. Po powrocie idź pogadaj z Zooly, może będzie miała wolne stanowisko bramkarza.
Kwaśny uśmiech. Zaczęli zwoływać pasażerów na jego lot. Dokończył zimne pozostałości pampaburgera olé, wytarł palce i poszedł.
Podczas lotu źle spał – męczyły go sny z cichymi korytarzami „Felipe Souzy” i ślad przerażenia, że w ciszy niskiego ciążenia sunie za nim duch Gaby o twarzy spokojnej i w cudowny sposób niezniekształconej przez śmiertelny strzał, z mózgiem wyciekającym przez otwór z tyłu jej czaszki. Wariacje na temat, ale nic nowego – po prostu zazwyczaj w opuszczonym statku kosmicznym unosiła się za nim inna kobieta, nigdy go nie dotykając, szepcząc sycząco do ucha tuż powyżej progu słyszalności.
Ze snu wyrwał go komunikat pilota informujący, że schodzą do lądowania, ale port został zamknięty ze względów bezpieczeństwa, więc w najbliższym czasie nie wystartują żadne samoloty. Informacje o lokalnych hotelach dostępne są za pośrednictwem...
Szlag.
Prom suborbitalny Virgin zawiózłby go nad Londyn czterdzieści pięć minut po starcie z Miami. Mógłby wrócić do domu na kolację w Banners i wylądować we własnym łóżku pod osłoniętym drzewami okapem mieszkania na Crouch End. Mógłby obudzić się następnego ranka przy śpiewie ptaków i promieniach słońca przebijających się przez chmury i liście. Wreszcie trochę urlopu na Wyspach – przy jego ranie Agencja nie miałaby wyboru – i cały Atlantyk między nim a emocjonalną topografią marsjańskich obozów przygotowawczych.
Zamiast tego poniósł swoją walizkę wzdłuż szerokich, jasno oświetlonych hal pełnych olbrzymich ekranów holograficznych doradzających MYŚLISZ, ŻE TO TYLKO CZERWONE SKAŁY I ŚLUZY? ZASTANÓW SIĘ oraz NA MARSA WYSYŁAMY TYLKO NAJLEPSZYCH. Miami było punktem przesiadkowym Ameryk, a to oznaczało, że każda firma biorąca udział w Inicjatywie Kolonizacyjnej Państw Zachodu miała tu swoje centrum. Kilka lat temu przeczytał oszacowania jakiejś dziennikarki, której udało się dostać więcej mocy obliczeniowej, niż na to zasługiwała. Według niej obecnie co siódma osoba przechodząca przez lotnisko międzynarodowe Miami przylatuje tu w sprawie związanej bezpośrednio lub pośrednio z Marsem i programem INKOL. Ta ilość musi wzrosnąć. Dziś była to pewnie jedna osoba na cztery.
Jechał ruchomymi chodnikami i schodami przez to wszystko, wciąż czując się trochę otępiały po kodeinie. Po drugiej stronie kompleksu terminalu wszedł do nowego Marriotta, wziął pokój z widokiem na lotnisko i z menu usług zamówił wizytę lekarską. Wszystko to na koszt Agencji. Jako pracownik kontraktowy miał dość ograniczone konto kredytowe – jego praca i tak w większości wymagała płacenia gotówką lub waflami, które później odbierał sobie w ramach honorarium – ale biorąc pod uwagę, że nawet w najgorszym wypadku do zamknięcia sprawy Graya zostało kilka dni, wciąż miał na koncie sporo środków.
Czas z nich skorzystać.
W pokoju ściągnął z siebie kurtkę i weblarową kolczugę, rzucił przepocone ubrania na stertę na podłodze i przez piętnaście minut moczył się pod prysznicem. Siatka schowała się z powrotem do swojego legowiska w kręgosłupie, a Carl stanowił jedną wielką listę siniaków odczuwanych przez coraz cieńszą warstwę kodeinowej osłony. Sklejona rana w boku rwała go przy każdym ruchu.
Osuszył się wielkim, puszystym ręcznikiem Marriotta i zakładał właśnie najczystsze ze swoich znoszonych spodni, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Złapał T-shirta, spojrzał w dół na ranę i wzruszył ramionami. Ubieranie się nie miało sensu. Ponownie rzucił koszulkę i podszedł do drzwi nagi do pasa.
Hotelowym lekarzem okazała się być bardzo ładna Latynoska, która zapewne zaliczyła praktykę w jakimś republikańskim szpitalu w centrum, bo na widok rany ledwie uniosła jedną ze starannie wypielęgnowanych brwi.
– Pan od dawna w Miami? – zapytała.
Uśmiechnął się i potrząsnął głową.
– To się nie stało tutaj. Właśnie przyleciałem.
– Rozumiem – odparła, ale nie odpowiedziała uśmiechem. Stanęła za nim i długimi, chłodnymi palcami zaczęła obmacywać ciało wokół rany, sprawdzając klej. Nie była przy tym zbyt delikatna. – A więc jest pan jednym z naszych wspaniałych doradców wojskowych?
Przeszedł na angielski.
– Co, z takim akcentem?
Lekkie skrzywienie ust, gdy obeszła go i stanęła z przodu.
– Pan jest Anglikiem? Przepraszam, myślałam...
– Nic nie szkodzi. Też nie lubię sukinsynów. – Wolał nie wspominać, że zabił jednego w zeszłym roku w barze w Caracas. Przynajmniej na razie. Przeszedł z powrotem na hiszpański. – Ma pani rodzinę w Wenezueli?
– W Kolumbii. Ale to ta sama historia, tylko z koką, a nie ropą. I dłużej. Toczy się, od kiedy moi dziadkowie wyjechali, i nigdy się nie zmieni. – Podeszła do zostawionej na stoliku torby i wyciągnęła ręczny sonograf. – Nie uwierzyłby pan w niektóre rzeczy, jakie opowiadają mi kuzyni.
Carl pomyślał o mundurach widzianych na ulicach Bogoty parę tygodni temu. I o doraźnej egzekucji, której był świadkiem.
– Przeciwnie, uwierzyłbym – zapewnił.
Uklękła przed nim i znów dotknęła rany, tym razem delikatniej. Co dziwne, jej palce wydawały się cieplejsze. Przesunęła sonograf kilka razy po ciele, po czym wstała. Złapał przy tym zapach jej ciała, a ona równocześnie spojrzała mu w oczy i zauważyła, co robi. Przez chwilę rozbłysło między nimi napięcie, po czym dziewczyna wycofała się do swojej torby. Wyciągnęła z niej opatrunki i odchrząknęła, unosząc brwi i uciekając spojrzeniem przed tym, co się właśnie stało.
– Nie mogę dla pana zrobić wiele więcej ponad to, co już zrobiono – stwierdziła trochę pospiesznie. – Ktokolwiek to lepił, znał się na rzeczy. To dobra robota, rana powinna szybko się zagoić. Opryskali ją?
– Owszem.
– Chce pan coś przeciwbólowego?
– Panuję nad bólem.
– Cóż, jeśli pan woli, założę panu nowy opatrunek, chyba że chce pan iść pod prysznic.
– Zrobiłem to przed chwilą.
– Dobrze, w takim razie mogę zostawić...
– Zjadłaby pani ze mną kolację?
Uśmiechnęła się elegancko.
– Jestem mężatką – oświadczyła, wyciągając dłoń z prostą złotą obrączką. – Nie robię takich rzeczy.
– Och, przepraszam. Nie zauważyłem – skłamał.
– Żaden problem. – Znów się uśmiechnęła, ale ze śladem niedowierzania, a ton jej głosu zdradzał, że nie dała się oszukać. – Jest pan pewien, że nie chce żadnych środków przeciwbólowych? Zamierzam obciążyć pana minimalną stawką, i tak wchodzą w zakres usługi.
– Dziękuję, nie trzeba – zapewnił.
Spakowała swoją torbę, posłała mu jeszcze jeden uśmiech i zostawiła go, żeby sam sobie założył opatrunek.

* * *

Wyszedł.
Zapewne nie było to zbyt mądre, ale pchało go zmysłowe wspomnienie nieosiągalnej pani doktor. Jej palce na nim, jej zapach, głos. Sposób, w jaki przed nim klęczała.
Automatyczna taksówka zabrała go na wschód od lotniska, sunąc szerokimi, wielopasmowymi ulicami. Większość lokali wciąż była otwarta – blask paneli LCSL od frontów zapraszał, ale wciąż wydawał się dziwnie odległy, jak światła nadbrzeżnego miasta widziane z morza. Przypuszczał, że to kodeina, może w połączeniu z czymś z siatki. Przez chwilę z satysfakcją przyglądał się, jak wszystko przemija. Potem, gdy ruch zaczął gęstnieć, wysiadł w przypadkowym miejscu, gdzie światła wydawały się najjaskrawsze. Aleja nazwana ku czci jakiegoś bohatera z czasów Odzyskania Kuby, z przymocowaną do cegieł na rogu brązową tabliczką z przyczółkiem i bagnetami. Z szeroko otwartych drzwi wylewał się remiks klasyka Zequiny i Reyesa, wewnątrz i na ulicy wokół Carla prężyły się opalone ciała. Było ciepło i parno, a ubrania skurczyły się do strojów kąpielowych z powiewających pasków jedwabiu u kobiet i lnianych lub skórzanych spodni oraz szerokich, nagich klat u mężczyzn. Kolorem skóry Carl mógł się świetnie wtopić – była to jedna z niewielu rzeczy, które podobały mu się w Miami – ale wszystko psuł jego strój. Płócienne spodnie, najlżejsze buty do wędrówki i T-shirt z czasów gorączki Bradbury’ego w 97. Wyglądał jak cholerny turysta.
W końcu, zmęczony wrogimi spojrzeniami lokalnych uczestników ulicznego życia mówiącymi nie pasujesz tu, zszedł z głównej ulicy i zanurzył się w półmroku klubu o nazwie Picante. Miejsce było obskurne i prawie puste, równie odległe od jego marzeń o zwieńczeniu wieczoru jak reklama przed barem w Garrod Horkan 9 od rzeczywistości Karaibów. W głębi umysłu kłębiły się obrazy jak z kreskówki, w których spotyka latynoamerykańską lekarkę – cóż, przynajmniej jej bliski odpowiednik – w jakimś eleganckim barze salsa pełnym światła z dyskotekowych reflektorów, odbijającego się na koktajlowych szklankach i perfekcyjnych zębach. Przejście do spokojnego, pogrążonego w łagodnym półmroku miejsca zapewniającego większą intymność, równie wysokiej klasy, a potem już prosto do jej domu, gdziekolwiek by nie był. Świeża pościel na wielkim łóżku i okrzyk kobiety w szczycie orgazmu. Cichnący, potem odległy, chwilowy komfort nocy w domu nieznanej kobiety.
Cóż, masz przynajmniej cienie, przyznał z kwaśnym uśmiechem. W Picante zainstalowano kilka tanecznych paneli LCLS, niewiele większych niż jego hotelowa łazienka, tradycyjny prosty bar i oświetlenie ścienne, które sprawiało wrażenie zaprojektowanego z myślą o garści dość oczywistych prostytutek, siedzących przy stołach przy papierosach i drinkach w oczekiwaniu na zaproszenie do tańca. Carl zamówił sobie drinka – nie mieli Red Stripe’a, więc zdecydował się na coś, co nazywało się Torero, i już po chwili tego żałował – i usadowił się przy barze koło drzwi. Mogła to być zawodowa ostrożność albo po prostu dziwny komfort zapewniany przez możliwość obserwacji ulicy – poczucie, że nie musi tu zostać, jeśli nie będzie miał ochoty.
Jednak wciąż tam był prawie godzinę później, gdy weszła i usiadła obok niego przy barze. Barman zbliżył się, polerując szklankę.
– Cześć. Daj mi whiskey z colą. I dużo lodu. Cześć.
Carl zdał sobie sprawę, że to ostatnie skierowano do niego. Podniósł wzrok znad resztek kolejnego piwa i kiwnął głową, próbując w słabym świetle dokonać kalibracji. Próbując zdecydować, czy dziewczyna pracuje.
– Nie wyglądasz, jakbyś się świetnie bawił – zauważyła.
– Nie wyglądam?
– Nie.
Nie była to doctora z Marriotta – miała ostrzejszą i bledszą twarz, mniej obfite krągłości, a metyskie włosy nie były tak zadbane. Nie miała też ślubnej obrączki, po prostu kilka tanich i ozdobnych srebrnych pierścionków na palcach obu dłoni. Obcisły gorset wyglądał, jakby zrobiono go z rzeźbionego metalu, kończył się tuż pod pachami i ostro kontrastował z ciemną, niezbyt obcisłą spódnicą. Do tego obowiązkowe wysokie obcasy. Pokazywała całkiem sporo jędrnego ciała w kolorze kawy – uda poniżej spódnicy, ramiona i krzywiznę podniesionych piersi nad gorsetem oraz pasek brzucha między dwoma elementami garderoby, jednak nie więcej niż przeciętnie jak na ten upał, więc nie musiało to nic znaczyć. Makijażu trochę za dużo, poza tym niezbyt dobrze ukrywał pory z boku jej nosa. Tak, pracowała. Przestał próbować się oszukiwać, przez chwilę wahał się przed podjęciem decyzji jak skoczek w drzwiach samolotu, a potem puścił.
– Właśnie przyleciałem – powiedział. – Podróż służbowa. Wciąż jeszcze nie doszedłem do siebie.
– Tak? – Przechyliła głowę na bok i założyła nogę na nogę. Spódnica podjechała do góry. – Może ci w tym pomóc?

* * *

Później, gdzie indziej i uwolniony z napięcia, jakby to była para ciasnych skórzanych spodni, których nie potrafił zdjąć sam, leżał oparty o zagłówek i przyglądał się dziewczynie, jak chodzi po białym sześcianie pokoju. Od brzegu łóżka do drzwi łazienki nie było wiele więcej niż metr, ale miał wrażenie, jakby wkroczyła do innego wszechświata. Wszystko, co robiła, zdawało się odbywać w olbrzymiej odległości, nawet odgłosy z łazienki: plusk wody, stuki przyborów kosmetycznych, były jakoś przyciszone, jakby dobiegały przez grubą szklaną szybę w jakimś ciasnym wiwarium obcoplanetarnego zoo.
Przyjdźcie obejrzeć ludzi.
Zobaczcie, jak uprawiają gody w naturalnym otoczeniu.
Przebiegł przez niego grymas, ukryty zbyt głęboko, by odbić się w mięśniach twarzy.
Zobaczcie rytuał irygacyjny samicy po stosunku.
Kolejny dreszcz powiedział mu, żeby wstać z łóżka, ubrać się i wynosić w cholerę. Naprawdę nie miał tu już nic do roboty. Skasowała jego wafel, gdy tylko przeszli przez drzwi – przeciągnęła go przez szczelinę czytnika z tą samą cyniczną wprawą, jakiej użyła później przy natryśnięciu prezerwatywą jego nabrzmiałego penisa i wsunięciu go w siebie. Potem dostał trochę podstawowych sztuczek z płatnych kanałów – ssanie własnych palców, gdy wbijał się w nią, ściskanie piersi – kilka dobrze odmierzonych zmian pozycji i serię gardłowych jęków tuż przed jego orgazmem. Teraz, gdy pocięte liśćmi drzew światła ulicy przesuwały żółtawe cienie po ścianach i suficie ciemnego pokoju, a alkaliczny zapach świeżo odbytego stosunku wypełzał z pościeli splątanej przy jego pasie, nagle poczuł się stary, zmęczony i chory. Znów zaczęła boleć rana w boku i odniósł wrażenie, że opatrunek zaczyna się odrywać.
Zamiar dotarł wreszcie do jego systemu ruchowego. Carl usiadł i spuścił nogi z brzegu łóżka. Z wszechświata łazienki dobiegł odgłos spuszczania wody w toalecie. Z jakiegoś powodu dźwięk go pogonił i zanim wyszła ze środka, znalazł swoje spodnie i zaczął je zakładać.
– Idziesz? – zapytała tępo.
– Tak, chyba już na mnie pora. – Zdjął swoją koszulkę z oparcia sofy i naciągnął ją na siebie. – Jestem zmęczony, a ty, cóż, pewnie musisz jeszcze gdzieś iść, prawda?
Cisza. Stała tam, patrząc na niego. Usłyszał cichy odgłos jakby kliknięcia, potem głośniejsze przełknięcie śliny. Nagle zdał sobie sprawę, że kobieta w mroku płacze. Znieruchomiał, zaskoczony, z na wpół wciągniętą koszulką, patrząc na nią. Dobiegło go łkanie. Odwróciła się od niego, obejmując się ramionami.
– Słuchaj – odezwał się.
– Nie, idź. – Głos był twardy i prawie niezniekształcony łzami, zapewne wyszkolony przez uprawiany zawód. Nie usiłowała go doić, chyba że znacznie lepiej szło jej udawanie żalu niż seksualnej ekstazy. Stanął za nią i popatrzył na niezgrabnie splątane strąki wilgotnych włosów.
Obrazy rozlatującego się tyłu głowy Gaby.
Skrzywił się i położył dłoń na jej ramieniu z wahaniem, które powinno być farsą po taniej intymności kupionej u niej dwadzieścia minut temu. Wzdrygnęła się lekko pod jego dotykiem.
– Jestem w ciąży – powiedziała.
Słowa odbiły się rykoszetem od skraju jego umysłu i przez chwilę sądził, że źle usłyszał. Potem, gdy tego nie powtórzyła, zdjął rękę z jej ramienia. Puszkę sprayu Trojana wyciągnęła wcześniej z torebki z cyrkową sprawnością i użyła jej na nim w taki sam sposób. Przyglądanie się temu było chłodno uspokajające, wrażenie że – głupi uśmieszek – trafił w dobre ręce. Teraz ta sama durna część jego osobowości czuła się zdradzona tym przyznaniem do wcześniejszego błędu, prawie jakby oskarżała go, że ma z tym coś wspólnego.
– Cóż – zaryzykował. – To znaczy, nie możesz? No wiesz.
Jej ramiona zadygotały.
– Jesteśmy na Florydzie. To jest tutaj nielegalne już od dziesięcioleci. Trzeba pojechać do Unii albo na Wybrzeże, a ja nie mam takiej drogiej polisy. Nie wystarczyłoby mi, nawet gdybym sprzedała wszystko, co mam.
– I nie ma tu nikogo, kto...
– Nie słyszałeś? To cholernie nielegalne.
Obudziła się w nim odrobina profesjonalnej pewności siebie, wrażenie znalezienia się na własnym podwórku.
– Jasne, prawo nie ma z tym nic wspólnego. Nie o to pytałem. Zawsze są miejsca, gdzie możesz pójść.
Odwróciła się do niego, dłonią ścierając łzy z policzka. Powstałe przy tym smugi lśniły w świetle z ulicy wpadającym przez okna. Prychnęła.
– Jasne, miejsca, gdzie może ty możesz iść. Miejsca, gdzie może iść córka gubernatora. Myślisz, że mam takie pieniądze? A może myślisz, że chcę ryzykować czarnorynkową skrobankę, po której wrócę do domu, żeby umrzeć od krwotoku wewnętrznego albo zejść na zapaść enzymatyczną, bo nie chciało im się właściwie wykonać profilowania? Człowieku, skądś ty się urwał? Chorowanie kosztuje tutaj mnóstwo pieniędzy.
Miał już na końcu języka słowa odsyłające ją w diabły. To nie był jego problem, nie pisał się na to łajno. Zamiast tego znów zobaczył rozpadającą się głowę Gaby i jakby z dystansu usłyszał siebie pytającego cicho:
– Ile potrzebujesz?
Pieprzyć to. Skierował rosnącą irytację na dziewczynę i na siebie, wycelował ją na północny wschód. Niech cholerna ONZALG zapłaci dla odmiany za coś sensownego. Stać ich, do cholery. Niech ten gnojek di Palma spróbuje to kwestionować, jeśli się odważy.
Gdy już ją uspokoił, uciszył jej płacz i uciął deklaracje wdzięczności, zanim zaczęły brzmieć pusto, wyjaśnił, że potrzebuje punktu dostępowego do ściągnięcia wafli kredytowych, których mogłaby użyć. A to mogło wymagać powrotu do hotelu. Słysząc to, dziewczyna zacisnęła dłoń na jego ramieniu i domyślił się, że kieruje nią strach, że jeśli go straci z oczu, a przynajmniej wypuści z okolicy, Carl zmieni zdanie. Znała bezpieczny punkt dostępowy parę przecznic dalej, korzystali z niego czasami jej klienci z centrum. Mogła mu pokazać, gdzie to jest, choćby zaraz, tylko się ubierze, to zajmie moment.
Ulice były praktycznie opuszczone, okolica należała do tańszej wersji osiedli domków i o tej porze jej mieszkańcy albo siedzieli w domach, albo balowali w centrum. Wszystkie fronty sklepów były osłonięte przez metalowe rolety z jaskrawożółtymi nalepkami informującymi o ukrytych wewnątrz ładunkach przeciwwłamaniowych. Kilka barów wciąż było otwartych, wyblakłe neony świeciły nad ich wejściami niczym słabe miejskie latarnie. Przed jednym z nich zebrała się banda młodocianych zbirów opartych o ściany i zaparkowane samochody, groźnie przyglądając się nielicznym przechodniom. Carl poczuł, jak powoli i sugestywnie budzi się jego siatka. Zignorował ją i starał się unikać patrzenia w oczy. Objął dziewczynę ramieniem i odrobinę przyspieszył kroku. Oddalając się, usłyszał jak chłopcy rozmawiają o nim w ciężkim hiszpańskim dialekcie. Nie potrzebował przesadnej wyobraźni do rozpracowania tematu. Pieprzeni turyści, cholerni obcokrajowcy, pieprzą nasze kobiety. Odwieczny rant. Właściwie nie potrafił mieć do nich pretensji. Potem zniknęli za rogiem, a ich głosy zostały zastąpione muzyką z otwartego okna, ciężkim kubańskim jazzem brzmiącym, jakby ktoś grał na pianinie, używając tylko pięści.
Punkt dostępowy mieścił się w betonowej narośli dwa metry na dwa, przylepionej do ściany sklepu niczym jakiś architektoniczny rak. Wyposażono go w solidne drzwi ze stopu tantalu, a wejście oświetlały mocno zakratowane panele LCLS u góry. Carl wszedł w ich światło i nieoczekiwanie poczuł się niczym jakiś artysta estradowy. Wystukał na klawiaturze swój ogólny kod dostępowy i drzwi się otworzyły. Stare wspomnienia i blizna z Caracas kazały mu wepchnąć dziewczynę do środka i aktywować zamknięcie, gdy tylko znaleźli się w środku. Drzwi się zatrzasnęły.
Wnętrze wyglądało praktycznie tak samo jak bezpieczne moduły, z których korzystał na całym świecie: czytnik siatkówki na elastycznym statywie, szeroki ekran z głośnikiem z boku i podajnikiem wafli powyżej, do tego podwójnej szerokości krzesło wyrastające z podłogi, raczej dla otyłych klientów, nie dla szukających intymności par. W każdym razie dziewczyna nie usiadła i ostentacyjnie nie patrzyła na ekran. Naprawdę była tu już z klientami.
– Dzień dobry panu – nieco skrzekliwie odezwał się punkt dostępowy. – Chciałby pan usłyszeć listę opcji dostępnych dla kli...
– Nie. – Carl założył sobie czytnik siatkówki, mrugnął kilka razy w soczewki i odczekał na dźwięk potwierdzenia skanu. Naszła go luźna myśl, co by się stało, gdyby kiedyś musiał zrobić to z podbitym okiem.
– Dziękuję panu. Ma pan teraz dostęp do swoich kont.
Wziął kredyt w dziesięciu waflach o ograniczonej pojemności, gdyż stwierdził że dziewczyna nie będzie chciała zaufać nielegalnej klinice, płacąc jednorazowo całość z góry. Kiedy podawał jej wafle w ciasnej przestrzeni, zdał sobie sprawę, że nie zna nawet jej imienia. Kilka sekund później dotarło do niego, że właściwie wcale nie chce znać. W ciszy przyjęła wafle, patrząc na niego w taki sposób, iż pomyślał, że może zechcieć z wdzięczności zrobić mu tutaj loda. Jednak potem wyszeptała podziękowania głosem tak cichym, że prawie ich nie dosłyszał i zaczął się zastanawiać, czy nie jest po prostu kolejnym zboczonym draniem z przesadną wyobraźnią. Nacisnął blokadę zamka i drzwi otworzyły się z cichym sykiem. Wyszedł za nią na zewnątrz.
Dobra, stary! Rączki do góry, tak żebym je widział!
Krzyk dobiegł go z lewej, a postacie, które na niego skoczyły, wyłoniły się z obu stron. Siatka momentalnie obudziła się do życia. Chwycił rękę, zablokował ją i rzucił właścicielem w stronę milknącego echa głosu. Przekleństwa i odgłosy upadku. Druga postać próbowała go unieruchomić, był w tym ślad jakiejś techniki, ale... szarpnął mocno, ściągnął osłaniające ramię w dół i wbił łokieć w twarz. Poczuł ustępujący nos. Napastnik krzyknął z bólu. Przestawił nogę, podsunął stopę i pchnął. Ten ze złamanym nosem poleciał na ziemię. Pojawił się kolejny, znów z lewej strony. Wykręcił się z drapieżnym uśmiechem i zgiętymi rękami i zobaczył swój cel. Masywny, ze skośnymi ramionami, typ podstarzałego zapaśnika. Carl zamarkował cios, po czym kopnął przeciwnika w brzuch. Płaczliwe stęknięcie i wrażenie solidnego trafienia, ale impet mężczyzny poniósł go do przodu i Carl musiał ostro uskoczyć w bok, by uniknąć powalenia.
Wtedy ktoś walnął go w głowę zza pleców.
Usłyszał nadchodzący cios, poczuł ruch powietrza przy uchu, zaczął się obracać w stronę ataku, ale było zbyt późno. Eksplodowała w nim czerń pełna drobniutkich iskier. Wykręcił się i padł na ziemię w krystalicznym świetle punktu dostępowego. Przez chwilę nic nie widział, potem odzyskał wzrok. Nad nim pojawiła się kolejna masywna postać. Przez tęczę barw zniekształcającą obraz zobaczył lufę broni i przestał się spinać.
– Policja obyczajowa Miami, dupku. Zostań na ziemi, bo wybiję ci dziurę w głowie.
Oczywiście, aresztowali go.



Dodano: 2008-06-20 14:01:45
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Nawiedzenia"


Wygraj "Ostatniego strażnika"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS