NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Aldiss, Brian W. - "Cieplarnia" (Wehikuł czasu)

Crouch, Blake - "Rekursja"

Ukazały się

Szostak, Wit - "Fuga" (Powergraph)


 Andrews, Ilona - "Magia zmienia"

 Le Guin, Ursula K. - "Dotąd dobrze"

 Hobb, Robin - "Przeznaczenie Skrytobójcy"

 Paolini, Christopher - "Widelec, Wiedźma i smok"

 Flanagan, John - "Powrót Temudżeinów"

 Bloch, Robert - "Psychoza"

 Campbell, John W. - "Coś"

Linki

Link, Kelly - "Magia dla początkujących"
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Tytuł oryginału: Magic for Beginners
Tłumaczenie: Konrad Walewski
Data wydania: Czerwiec 2008
ISBN: 978-83-245-8617-2
Oprawa: miękka
Format: 135 x 205 mm
Liczba stron: 281
Cena: 24,90 zł
Rok wydania oryginału: 2005



Link, Kelly - "Magia dla początkujących"

"Czarodziejska torebka"

Swego czasu chodziłam z przyjaciółmi do sklepów z używanymi rzeczami. Wsiadaliśmy w pociąg do Bostonu i jechaliśmy do Tekstylnych Rewirów – wielkiego, staromodnego składu odzieżowego. Wszystko w nim jest poukładane według kolorów, co sprawia, że znajdujące się tam ubrania prezentują się przepięknie. To trochę tak, jakbyście przechodzili przez szafę w Opowieściach z Narnii, tyle tylko, że zamiast spotkać Aslana, Białą Czarownicę czy tego okropnego Eustachego, trafilibyście do magicznego świata ubrań, który zamiast mówiących zwierząt, zamieszkują boa z piór, suknie ślubne, pantofle do gry w kręgle, koszule w „tureckie” wzory czy martensy. Wszystko to umieszczone jest na wieszakach, więc najpierw widzicie suknie czarne, które wyglądają razem jak największy na świecie pogrzeb, a dalej wiszą suknie błękitne, we wszystkich odcieniach tej barwy, jakie można sobie wyobrazić, a po nich suknie czerwone i tak dalej. Czerwienie są różowawe i purpurowe, o pomarańczowym odcieniu i cukierkowe. Niekiedy zamykałam oczy, a Natasha, Natalie i Jake zaciągali mnie do któregoś z wieszaków i pocierali mi po dłoni jakąś sukienką.
– Zgadnij, jaki to kolor – pytali.
Mieliśmy taką teorię, że po dotyku można się nauczyć, jak rozpoznawać kolory różnych rzeczy. Na przykład, kiedy siedzicie na trawniku, możecie z zamkniętymi oczami określić, w jakim odcieniu zieleni jest trawa, w zależności od tego, jak bardzo jedwabista i sprężysta jest ona pod palcami. Jeśli chodzi o ubrania, rzeczy z elastycznego aksamitu zawsze dają wrażenie czerwieni, kiedy dotyka się je z zamkniętymi oczyma, nawet jeśli nie są wcale czerwone. Natasha od zawsze potrafiła najlepiej odgadywać kolory, ale Natasza potrafi też najlepiej oszukiwać w karty i nie dać się przyłapać.
Pewnego razu szperaliśmy w dziecięcych koszulkach z krótkim rękawem i znaleźliśmy jedną z Muppetami, która należała kiedyś do Natalie, gdy chodziła do trzeciej klasy. Poznaliśmy, że to jej koszulka, bo wciąż na lewej stronie było widać imię, które jej mama wypisała niezmywalnym flamastrem, kiedy Natalie jechała latem na kolonie. Jake kupił jej tę koszulkę, bo tylko on miał w ten weekend pieniądze. Tylko on miał pracę.
Pewnie zastanawiacie się, co taki facet, jak Jake robi w Tekstylnych Rewirach z grupką dziewczyn. Z Jakiem jest tak, że on zawsze świetnie się bawi bez względu na to, co robi. Lubi wszystko i wszystkich, ale najbardziej lubi mnie. Gdziekolwiek teraz jest, założę się, że świetnie się bawi i zastanawia się, kiedy do niego dołączę. Bo ja zawsze się spóźniam, ale on o tym dobrze wie.
Mieliśmy taką teorię, że przedmioty tak samo jak ludzie posiadają swój życiowy cykl. Otóż jeden z etapów cyklu życiowego sukni ślubnej, boa z piór, koszulki z krótkim rękawem, butów i torebek obejmuje Tekstylne Rewiry. Jeśli ubrania są grzeczne, a nawet gdy są niegrzeczne, ale jednocześnie interesujące, to Tekstylne Rewiry są miejscem, do którego trafiają po śmierci. Możecie łatwo poznać, że nie żyją – po zapachu. Kiedy je kupujecie, pierzecie i zaczynacie na nowo nosić, przenikają waszą wonią, a wówczas otrzymują nowe wcielenie. Ale cała sztuka polega na tym, że jeśli już szukacie jakiejś konkretnej rzeczy, to musicie się przyłożyć. Trzeba szukać wytrwale.
W podziemnej części Tekstylnych Rewirów sprzedają na kilogramy ubrania, sfatygowane walizki oraz filiżanki. Za osiem dolarów można kupić sobie cztery kilo sukien balowych – obcisłą czarną, wzorzystą lawendową, lejącą się różową, srebrzystą, gwiaździstą brokatową, tak cienką, że można przeciągnąć ją przez dziurkę od klucza. Jeżdżę tam co tydzień i poluję na czarodziejską torebkę babci Zofii.
Czarodziejska torebka jest wielka, czarna i jakaś taka kosmata. Nawet mając zamknięte oczy, czuje się pod palcami jej czerń. Tak głęboką, jak to tylko możliwe; jak gdyby dotykając jej, wasza dłoń mogła utknąć w niej niczym w smole albo czarnych ruchomych piaskach, albo kiedy nocą, wyciągając rękę, żeby zapalić światło, czujecie tylko ciemność.
Mieszkają w niej wróżki. Wiem, jak to brzmi, ale to prawda.
Babcia Zofia powiedziała kiedyś, że to rodzinne dziedzictwo. Utrzymywała, że torebka liczy sobie ponad dwieście lat. Oświadczyła, że kiedy umrze, to ja będę musiała się zajmować torebką.
Zostanę jej strażniczką. Dodała, że będzie to mój obowiązek.
Odparłam, że nie wygląda na taką starą i że dwieście lat temu nie nosiło się torebek, ale to ją tylko zezłościło. Mruknęła:
– Powiedz mi wobec tego, moja droga Genevieve, twoim zdaniem, gdzie dawniej damy trzymały swoje okulary do czytania, lekarstwa na serce i szydełka?
Wiem, że nikt mi w to wszystko nie uwierzy. Nie szkodzi. Gdybym sądziła, że mi uwierzycie, nie mogłabym wam o tym opowiedzieć. Obiecajcie, że nie uwierzycie w ani jedno słowo. Tak dawniej mawiała do mnie Zofia, kiedy opowiadała mi bajki. Na jej pogrzebie moja mama, na wpół płacząc, a na wpół śmiejąc się, stwierdziła, że babcia była największą kłamczuchą na świecie. Pewnie pomyślała sobie, że babcia wcale nie umarła. Ale ja podeszłam do trumny i spojrzałam jej prosto w oczy. Były zamknięte. Zakład pogrzebowy podmalował je błękitnym cieniem do powiek i niebieską kredką. Zofia wyglądała tak, jakby zamiast być nieboszczką, miała zostać nową prezenterką w wiadomościach na kanale Fox. Było to odrażające i zrobiło mi się jeszcze smutniej. Ale nie dałam wytrącić się z równowagi.
– No dobra, Zofia – wyszeptałam. – Wiem, że nie żyjesz, ale to ważne. Doskonale wiesz, jak bardzo. Gdzie jest czarodziejska torebka? Co z nią zrobiłaś? Jak mam jej szukać? Co mam teraz robić?
Rzecz jasna nie odezwała się nawet słowem. Leżała tam z uśmieszkiem na twarzy, jak gdyby uznała, że cała ta historia – śmierć, błękitny cień do powiek, Jake, torebka, wróżki, scrabble, Łysoleziwurlekistan, i w ogóle wszystko – była jakimś żartem. Doprawdy, zawsze miała niesamowite poczucie humoru – pewnie dlatego ona i Jake tak świetnie się rozumieli.
Wychowałam się w domu tuż obok tego, w którym mieszkała moja mama, kiedy była dziewczynką. Jej matka, a moja babcia, Zofia Swink, zajmowała się mną, kiedy rodzicie byli w pracy.
Zofia nigdy nie wyglądała jak babcia. Miała duże i błękitne oczy oraz długie czarne włosy, które splatała w dwa warkocze niczym spiczaste wieże. Była wyższa od mojego ojca. Wyglądała jak szpieg albo balerina, albo piratka, albo gwiazda rocka. I tak też się zachowywała. Na przykład nigdy nie jeździła nigdzie samochodem, tylko pedałowała na rowerze. Doprowadzało to moją mamę do szału.
– Czemu nie zachowujesz się tak, jak przystało na twój wiek? – złościła się, a Zofia tylko się śmiała.
Razem z Zofią bez przerwy grałyśmy w scrabble. Mimo że jej angielski nie był olśniewający, zawsze wygrywała, ponieważ ustaliłyśmy, że wolno jej używać łysoleziwurlekistańskiego słownictwa. Łysoleziwurlekistan to kraj, w którym ponad dwieście lat temu Zofia przyszła na świat. (Moja babcia utrzymywała, że liczy sobie ponad dwieście lat. A może i więcej. Czasami nawet twierdziła, że poznała Czyngis-chana. Był od niej znacznie niższy. Ale coś mi się zdaje, że nie mam czasu, żeby opowiedzieć wam tę historię). Łysoleziwurlekistan to również słowo, za które można zgarnąć niesamowicie dużo punktów w scrabble, mimo że w sumie nie mieści się ono na planszy. Zofia ułożyła je, kiedy grałyśmy po raz pierwszy, w duchu zacierałam z zadowolenia ręce, ponieważ podczas mojej kolejki zdobyłam czterdzieści punktów za słowo „błyskawiczny”.
Zofia przestawiała literki na swoim stojaku. Wreszcie spojrzała na mnie tak, jakby rzucała mi wyzwanie, żebym spróbowała ją powstrzymać, i do „łysol” dołożyła „eziwurlekistan”. Wykorzystała słowa „pyszny”, „błyskawiczny, „życzenia”, „los” oraz „drut”, a z „do” zrobiła „dok”. „Łysoleziwurlekistan” przechodziło w poprzek przez całą planszę, a dalej wychodziło poza nią po prawej stronie.
Roześmiałam się.
– Zużyłam wszystkie literki – triumfowała Zofia. Polizała ołówek i zabrała się do podliczania punktów.
– To nie jest żadne słowo – stwierdziłam. – Nie ma czegoś takiego, jak „Łysoleziwurlekistan”. Poza tym tak nie można. Nie wolno ci ułożyć słowa, które składa się z dziewiętnastu liter, na planszy liczącej piętnaście pól wszerz.
– A to czemu? To taki kraj – dowodziła Zofia. – Tam właśnie się urodziłam, moje dziecko.
– Sprawdzimy – powiedziałam. Przyniosłam słownik i spróbowałam go odszukać. – Nie ma takiego miejsca – stwierdziłam.
– Oczywiście, w dzisiejszych czasach już nie istnieje – upierała się Zofia. – Nie był to zbyt duży kraj, nawet wtedy, kiedy istniał. Ale słyszałaś zapewne o Samarkandzie, Uzbekistanie, Jedwabnym Szlaku i Czyngis-chanie. Opowiadałam ci już o tym, jak poznałam Czyngis-chana?
Odszukałam w słowniku Samarkandę.
– No dobra – mruknęłam. – Samarkanda istnieje naprawdę. Jest takie słowo. Ale Łysoleziwurlekistanu nie ma.
– Teraz nazywają go jakoś inaczej – stwierdziła Zofia. – Ale moim zdaniem trzeba pamiętać, gdzie są nasze korzenie. Sprawiedliwość wymaga, abym używała słów łysoleziwurlekistańskich. Twoja angielszczyzna jest o wiele lepsza od mojej. Obiecaj mi coś, pulpeciku, coś bardzo, bardzo drobnego. Zapamiętasz jego prawdziwą nazwę. Łysoleziwurlekistan. Po podliczeniu wychodzi mi, że zdobyłam trzysta sześćdziesiąt osiem punktów. Zgadza się?
Gdybyście wymówili właściwą nazwę czarodziejskiej torebki, brzmiałaby ona mniej więcej tak: „orzipanikanikcz”, co oznacza: „skórzana torba, w której żyje świat”, tyle że Zofia nigdy nie przeliterowała tego słowa dwa razy identycznie. Twierdziła, że za każdym razem trzeba to robić trochę inaczej. Nigdy nie można przeliterować go dokładnie tak samo, ponieważ jest to niebezpieczne.
Nazywałam ją czarodziejską torebką, bo kiedyś ułożyłam słowo „czarodziei” na planszy do scrabble. Zofia uparła się, że pisze się je przez „ji”, a nie przez „i”. Sprawdziła w słowniku i straciła kolejkę.
Zofia opowiadała, że Łysoleziwurlekistańczycy używają planszy i płytek do uprawiania wróżbiarstwa, przepowiadania przyszłości, a czasami tylko do zabawy. Twierdziła, że to trochę tak jak gra w scrabble. Pewnie dlatego okazała się takim dobrym graczem. Łysoleziwurlekistańczycy używali swych płytek i planszy, żeby komunikować się z ludźmi mieszkającymi pod wzgórzem. Ludzie ci znali przyszłość. Łysoleziwurlekistańczycy dawali im zsiadłe mleko i miód, a młode kobiety z wioski chodziły na wzgórze, kładły się na jego zboczach i spały pod gwiazdami. Widocznie ludzie spod wzgórza byli całkiem mili. Ważną rzeczą było to, że nigdy nie wchodziło się pod wzgórze, by spędzić w tym miejscu noc, bez względu na to, jak ujmujący był facet, który tam mieszkał. Jeślibyście tak zrobili, to choćbyście spędzili pod wzgórzem tylko jedną noc, po powrocie mogłoby się okazać, że upłynęło nawet i sto lat.
– Pamiętaj – pouczała mnie Zofia – nieważne, jak bardzo czarujący jest facet. Jeśli chce, żebyś jeszcze raz do niego przyszła, to na nic. Poflirtować nie zaszkodzi, ale nie zostawaj na noc.
Raz na jakiś czas kobieta spod wzgórza wychodziła za mąż za mężczyznę z wioski, choć zwykle miało to opłakane skutki. Kłopot tkwił w tym, że kobiety spod wzgórza fatalnie gotowały. Nie potrafiły przyzwyczaić się do tego, jak w wiosce płynie czas, co oznaczało, że kolacja była zawsze przypalona bądź przeciwnie – niedogotowana. Ale trudno im było znosić krytykę. Raniła ich uczucia. Jeśli ich mąż z wioski narzekał albo nawet jeśli tylko wyglądał tak, jakby miał ochotę ponarzekać, to wystarczyło. Kobieta spod wzgórza wracała do rodzinnego domu i nawet jeśli mąż biegł za nią i błagał, tłumaczył się i przepraszał, mogły upłynąć trzy lata, trzydzieści, albo i kilka pokoleń, zanim do niego powróciła.



Dodano: 2008-06-09 10:08:59
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Dragon Age: Cesarstwo masek"


Wygraj "Mutanta"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Abercrombie, Joe - "Nim zawisną"


 Baxter, Stephen - "Ultima"

 Abercrombie, Joe - "Ostrze"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Palmer, Ada - "Do błyskawicy podobne"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Komuda, Jacek - "Westerplatte"

Fragmenty

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

 Bławatska, Helena P. - "Opowieści okultne"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS