NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Gwynne, John - "Gniew"

Žamboch, Miroslav - "Bakly. W objęciach śmierci", tom 2

Ukazały się

McDonald, Ian - "Luna: Wschód"


 Gwynne, John - "Gniew"

 Stephenson, Neal - "Śnieżyca"

 Domagalski, Dariusz - "Więzy krwi"

 Piekara, Jacek - "Ja, inkwizytor. Przeklęte kobiety" (miękka)

 Piekara, Jacek - "Ja, inkwizytor. Przeklęte kobiety" (twarda)

 Lem, Stanisław - "Wysoki Zamek"

 Carter, Rachel E. - "Ostatnia walka"

Linki

Grzędowicz, Jarosław - "Wypychacz zwierząt"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: Czerwiec 2008
ISBN: 978-83-7574-020-2
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Liczba stron: 472
Cena: 29,99
Seria: Bestsellery polskiej fantastyki



Grzędowicz, Jarosław - "Wypychacz zwierząt" #2

Poseł na słodko-kwaśno, minister finansów na chrupko

Rafał spóźnił się pół dnia, wszedł do gabinetu Wojtka o drugiej i od progu powiedział:
– Zapraszam cię na obiad do dobrej knajpy.
Wojtek przestał stukać ołówkiem o zęby i wytrzeszczył oczy. To, co zrobił przed chwilą jego wspólnik, przypominało sytuację, w której wszedłby tu arcybiskup i powiedział: chodźmy na go-go. Rafał nie jadał na mieście absolutnie nigdy, a jeżeli już, to w Makdonaldzie. Lata młodości spędzone na zmywaku w dziesiątkach restauracji za granicą sprawiły, że brzydził się wszystkiego, czego osobiście nie upichcił. Najchętniej odżywiałby się jakimiś pakowanymi w laboratorium racjami kosmicznymi z tubki. W Makdonaldzie, jego zdaniem, było przynajmniej sterylnie.
– Gdzie się podziały te wszystkie: „Ja wiem, jak to przyrządzają” albo: „Otruć, to się mogę sam” czy „Nikt nie będzie mi pluł do zupy”? Dzięki. Tym razem to ja nie mam apetytu.
– Powiedziałem, że zapraszam. Co znaczy, że mam specjalne powody. Co tu będziesz robił? Siedział i obserwował telefon? Czekał na cud?
– Będę siedział i rozkoszował się nieobecnością Hrabiego – odpowiedział Wojtek ponuro. – I tak nic nie przełknę.
– Obiad, który zamierzam ci postawić, przełkniesz na pewno.
W samochodzie oczywiście rozmawiali o swoim trzecim wspólniku, jak dwóch wrzodowców najchętniej opisujących sobie kolejne objawy. Albo opowiadali pełne bezsilnej nienawiści dowcipy o prawnikach, co na jedno wychodziło. Kiedy rozkręcali firmę, obaj dysponowali odrobiną gotówki i niemal nadprzyrodzonym talentem do interesów. Rozumieli się w pół słowa i potrafili przejechać przez pół Azji, żeby za grosze kupić coś, co potem sprzedali w Londynie za tysiąc funtów. A potem okazało się, że o ile obaj są wirtuozami handlu i pośrednictwa, to w obliczu gąszczu przepisów, meandrów księgowości, tabelek i papierków okazują się bezradni jak nowo narodzone pieski. W tej sytuacji postanowili dokooptować młodego, zdolnego prawnika, którego obaj znali, a który sprawiał wrażenie sympatycznego. Pomysł wydawał się genialny. Hrabia będzie siedział w biurze, a oni w tym czasie będą sprzedawać Turkom czeskie szkło, Francuzom polską strusinę, a Tajom bursztyn. Skończyło się inaczej.
Po trzech latach Hrabia, zwany tak z powodu snobizmu i kretyńskiego sygnetu na chudym palcu, co nieco kontrastowało ze swojskim nazwiskiem „Kapucha”, wyrolował ich obu tak dokładnie, że praktycznie siedzieli u niego w kieszeni. To on im mówił, co mają robić, i zgarniał wszystkie zyski. Co gorsza, nie istniał żaden sposób, żeby się go pozbyć. W wyniku kilku sztuczek z przepisami i księgowością Hrabia miał na wspólników takie haki, że każdy urząd w Polsce z zachwytem skazałby ich na ciężkie galery i kazał wyrzucić klucz od kajdan.
Obracany w nieskończoność temat szybko się wyczerpał i w samochodzie zapanowała ponura cisza. Wojtek, patrząc na zalaną wiosennym słońcem ulicę, wspominał dawne szczęśliwe czasy, kiedy zarabiali na siebie i prowadzili dzikie interesy w stylu średniowiecznych kupców. Handlowali, podróżowali, bawili się oraz bogacili. Wtedy życie było przygodą, teraz stało się ponurym, szarym koszmarem.
– Gdzie ty mnie wleczesz na ten obiad? – zapytał w końcu Wojtek. – Tu nie ma żadnej knajpy.
– Jest, tylko bez szyldu – oświadczył Rafał. – Spoko. Lubisz chińską kuchnię?
– Ty i chińska kuchnia? To już nie wierzysz, że tam podają koty i gołębie?
– Przekonałem się. To nie jest jakaś tam restauracyjka z europejskimi podróbami ani brudna bazarowa buda. To autentyczna chińska kuchnia. Przyrządzą ci wszystko.
– Znaczy co? Pijawki w cukrze? Stuletnie jaja?
– Zobaczysz.
Rafał zaparkował pod starą, niczym niewyróżniającą się kamienicą. Przeszli przez bure podwórko studnię, gdzie między oknami suszyły się jakieś szmaty.
A potem weszli do piwnicy.
– Wygląda tu faktycznie jak w Pekinie – powiedział sceptycznie Wojtek, krocząc po zaplutej, popękanej cementowej podłodze. – O co chodzi?
– Moment. – Rafał zastukał do drzwi. Żelaznych, z odsuwanym judaszem jak w więzieniu.
Weszli do krętego pomieszczenia oświetlonego przytłumionym światłem czerwono-złotych lamp obwieszonych frędzlami. Gołe ściany ozdobione gdzieniegdzie kiczowatymi obrazkami malowanymi na jedwabiu. Akwarium z pływającymi leniwie karpiami. Betonowa podłoga, po której poniewierały się niedopałki i ogryzione kości. Proste drewniane stoły osłonięte parawanami. W powietrzu unosił się ciężki zapach przypraw, sosu sojowego. Pod ścianą przy maleńkim stoliku siedział nieprawdopodobnie stary i pomarszczony Chińczyk w czarnym kaftanie i niewielkiej czapeczce, który patrzył na nich badawczo przez oczy wąziutkie jak strzelnice bunkra.
Wojtek poczuł się jakoś niepewnie. Za zasłoną z paciorków widać było kuchnię. Wielkie woki, nad którymi buchały różowe płomienie podpalonego spirytusu i kłęby pary. Wokół garnków i długiego stołu uwijali się najwyraźniej autentyczni Chińczycy. Słychać było rytmiczne uderzenia tasaka i brzękliwą muzykę z magnetofonu. Wszystko to przypominało raczej palarnię opium z czasów Powstania Bokserów niż restaurację. Jednak siedzieli tu jacyś klienci. Kilku Azjatów w ciemnych garniturach obsiadło z pałeczkami w ręku okrągły stół z obrotową tacą, parę innych osób kryło się przy stolikach za parawanami.
Kelnerka wyglądała niczym wyjęta z filmu z Jackie Chanem, nosiła czerwony, haftowany w smoki kaftan, ale jakimś cudem rozumiała po polsku. Rafał, ten sam, który tak brzydził się nawet najdroższych restauracji, że w hotelu Hilton własnoręcznie przyrządzał sobie kanapki, tu rozsiadł się wygodnie, konferował z przygiętą w półukłonie Chinką stojącą z dłońmi złożonymi powyżej kolan i w ogóle zachowywał się jak u siebie w domu. Na początek zamówił piwo.
Nawet piwo mieli tu chińskie. Tsin-Tao.
– Przeszedłeś przemianę osobowości? – zapytał Wojtek. Przyjaciel wydobył nagle telefon komórkowy i przez chwilę wpatrywał się w ekran.
– Szlag. Przepraszam. Zaraz wracam.
Kiedy wrócił, Wojtek siedział z głupkowatym uśmieszkiem i oczami pełnymi zdumienia, z nadgryzioną krewetkową prażynką w dłoni.
– Słuchaj! – zaczął szeptem. – Kiedy wyszedłeś, tamten facet, to jest ten z telewizji... Nie gap się! Kelnerka przyszła po zamówienia. No i koleś powiada do niej, że chce swoją żonę z grzybami mun. A jego kumpel powiada, że chce serce byłego prezesa w sosie ostrygowym, masz pojęcie? Pomyślałem, że robią sobie jaja. Ale goście przy tamtym stoliku to są jacyś politycy. Poznaję mordy co najmniej dwóch. Jeden chciał, rozumiesz, posła Cimciaka na słodko-kwaśno, a ten drugi ministra finansów na chrupko. To jest jakieś porąbane! O co chodzi? Tu jest ukryta kamera?
Rafał pochylił się w stronę Wojtka i zachichotał.
– Na tym właśnie polega bajer. U Chińców wszystko jest mistyczne. Równowaga. Yin i yang, nie? Więc to jest taki rodzaj chińskiej terapii. Możesz symbolicznie pożreć swoje problemy. Coś cię gnębi, zjadasz to i zaczynasz sobie dawać radę, rozumiesz? Te krzaczki tam na ścianie oznaczają: „Przyrządzimy wszystko!”. Wszystko, rozumiesz? Recesję, posła albo teściową. To jest najmodniejsza knajpa w mieście. Człowieku! Tu jadają prawdziwe szychy! To jak? Zjadamy Hrabiego?
Wojtek roześmiał się.
– Czemu nie? Hrabiego Kapuchę z kapustą po pekińsku?
Ostatecznie zamówili Hrabiego po seczuańsku i żeberka Hrabiego w sosie czosnkowym. Wojtek poprosił jeszcze o przyprawy, bo twierdził, że bez dodatkowych sosów nie byłby w stanie drania przełknąć.



Dodano: 2008-06-07 08:56:28
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Recydywista"


 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

Fragmenty

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS