NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Fedyk, Karolina - "Skrzydła"

Morgan, Richard - "Siły rynku" (Mag)

Ukazały się

Webb, Nick - "Wolność"


 Grabowska, Ałbena - "Nowy Świat"

 Bułyczow, Kir - "Przełęcz" (Klasyka radzieckiej sf)

 antologia - "Czarna kula"

 Kloos, Marko - "Punkt uderzenia"

 Burroughs, Edgar Rice - "Sztuczny człowiek z Marsa"

 Sheckley, Robert - "Status cywilizacji"

 Card, Orson Scott - "Płomień serca" (wyd. 2)

Imprezy

Dni Fantastyki 2019 r.
Od: 2019-07-05
Do: 2019-07-07

Linki

Huff, Tanya - "Cena krwi"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Huff, Tanya - "Victoria Nelson"
Tytuł oryginału: Blood Price
Data wydania: Maj 2008
ISBN: 978-83-7574-040-0
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Rok wydania oryginału: 1991
Seria: Obca krew



Huff, Tanya - "Cena krwi" #2

"Źle mi się myśli w dzień"

Terri Neal oparła się ciężko o ścianę windy, wzięła kilka głębokich oddechów, a kiedy doszła do wniosku, że zebrała wystarczająco dużo sił, uniosła rękę, by spojrzeć na zegarek.
– Dwunasta siedemnaście? – jęknęła. „Gdzie, do diabła, podział się poniedziałek i po co w ogóle wracać do domu? Za osiem godzin i tak muszę tu wrócić”. Poczuła ciężar pagera na biodrze i szybko zmówiła cichą modlitwę o pełne osiem godzin. Firma dziś już wycisnęła z niej swoje – ten cholerny dzwonek odezwał się, gdy tylko wsiadła o 4:20 do samochodu – więc może, może dadzą jej spokój w nocy.
Drzwi otworzyły się, a Terri, powłócząc nogami, wysiadła z windy do podziemnego garażu.
– Wyjście z biura – mruknęła do siebie. – Etap drugi.
Mrużąc oczy, rozejrzała się po prawie pustym garażu, po którym jej cień tańczył jak szalona marionetka. Nigdy nie lubiła zimnego, mocnego światła jarzeniówek. Świat w nim skąpany wydawał się nieprzyjazny i przerysowany. A już tej nocy...
Potrząsnęła głową. Brak snu powodował, że umysł płatał jej figle. Powstrzymując chęć obejrzenia się za siebie, dotarła wreszcie do tego, co wynagradzało jej nieskończone nadgodziny.
– Cześć, słodziutki. – Sięgnęła do kieszeni po kluczyki. – Tęskniłeś?
Otworzyła tylne, piąte drzwi, dźwignęła walizkę – „to cholerstwo waży chyba tonę!” – i wsunęła do bagażnika. Oparła łokcie na uszczelce i zamarła, do połowy zanurzona w samochodzie, wdychając zapach świeżego lakieru, nowego winylu, nowego plastiku i... psującego się jedzenia. Marszcząc brwi, wyprostowała się.
„Przynajmniej dochodzi spoza mojego samochodu...”
W milczeniu zamknęła bagażnik hatchbacka i odwróciła się. Ochrona zajmie się tym jutro, ona chciała jak najszybciej wrócić do domu.
Potrwało chwilę, zanim zrozumiała, że nigdy tam nie dotrze.
Kiedy krzyk wreszcie trafił do gardła Terri, jego już tam nie było – zostało wyrwane, a krzyk stał się bulgotem, gdy przecięta krtań napełniła się krwią.
Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyła, gdy głowa opadała jej do tyłu, były czerwone linie spływające po karoserii jej nowego samochodu.
Ostatnią rzeczą, jaką usłyszała, było uporczywe „pip, pip” jej pagera.
A ostatnią rzeczą, jaką poczuła, był dotyk ust na tym, co zostało z jej gardła.

* * *
We wtorek rano pierwsza strona brukowca oznajmiała wielkimi literami: PRZECINACZ ZNOWU ATAKUJE. Pod tytułem widniało zdjęcie trenera drużyny Toronto Maple Leafs, w podpisie mające – nie po raz pierwszy w tym sezonie – pytanie, czy powinien zostać zwolniony, skoro Leafsi znowu okupowali sam dół ligowego rankingu. Układ strony był dość dziwny, ale ta gazeta właśnie w takim celowała.
– Zwolnijcie właściciela – mruknęła Vicki, poprawiając okulary i mrużąc oczy nad maleńkim drukiem pod tytułem, gdzie napisano: „Więcej na stronie 2”. A tam, uzupełniony o zdjęcie podziemnego garażu i histeryczną relację kobiety, która znalazła ciało, znajdował się opis zmasakrowanych zwłok, dokładnie odpowiadający temu, co Vicki zastała na stacji Eglinton West. – Cholera.
„Jak stwierdził śledczy z wydziału zabójstw, Mike Celluci”, czytała, „nie ma wątpliwości, że nie jest to przypadek naśladownictwa, a ktokolwiek zamordował Terri Neal, zabił również w niedzielę w nocy Iana Reddicka”.
Vicki podejrzewała, że Mike powiedział coś zupełnie innego, chociaż sens mógł być taki sam. Rzadko uznawał za konieczne współpracować lub chociaż ukryć niechęć do prasy. I nigdy nie był tak uprzejmy.
Jeszcze raz przeczytała o wszystkich szczegółach i przeszył ją trudny do zidentyfikowania lęk. Przypomniała sobie o dziwnej, ociągającej się obecności, jaką czuła. Wiedziała, że to nie koniec morderstw. Wybrała numer, zanim jeszcze zdecydowała się zadzwonić.
– Poproszę z Mikiem Cellucim. Co? Nie, nie zostawię wiadomości.
Odkładając słuchawkę, zastanawiała się, co takiego chciała mu powiedzieć. „Że mam przeczucie, że to dopiero początek? Byłby zachwycony”.
Odsunęła brukowiec i sięgnęła po dziennik. Na stronie czwartej znajdowała się mniej więcej ta sama historia, tylko bez połowy przymiotników i większości histeryzowania.
Żadna z gazet nie wspomniała, że rozerwanie gardła pojedynczym ciosem było raczej niemożliwe.
Gdyby tylko mogła sobie przypomnieć, czego brakowało tamtemu trupowi... Westchnęła i przetarła oczy. Miała pięciu Fu Chanów do odwiedzenia...

* * *
Na dnie wykopu coś było. DeVerne Jones oparł się o siatkę i wydychając w ciemność opary piwa, zastanawiał się, co powinien z tym zrobić. To był jego wykop, pierwszy, odkąd został brygadzistą. Rano mieli zaczynać układać konstrukcję, tak żeby móc od razu wylać cement, kiedy wreszcie przyjdzie wiosna. Przesunął wzrokiem po ciemnych kształtach maszyn. A teraz coś tam było. W jego dole.
Pożałował w duchu, że zdecydował się zajrzeć na budowę w drodze z baru do domu. Minęła już północ, a kształt, który dojrzał przez płot, był pewnie jakimś biednym lumpem szukającym ciepłego kąta, gdzie miałby spokój od glin. Załoga wyrzuciłaby go rano, nikomu by nie szkodził. Tyle że trzymali tam masę drogiego sprzętu i mogło chodzić o coś zupełnie innego.
– Szlag.
Wygrzebał klucze i poszedł w stronę bramy. Kłódka była otwarta. Przez wilgoć i zimno czasem nawalała, ale to on wychodził ostatni z terenu budowy i sprawdził ją. Prawda?
- Większy szlag. - Właśnie się okazało, że zaglądając tu, bardzo dobrze zrobił.
Zawiasy skrzypnęły na znak protestu, kiedy otwierał bramę.
DeVerne czekał przez chwilę na szczycie podjazdu, sprawdzając, czy dźwięk spłoszył zwierzynę.
Nic.
„Żołądek pełen piwa i już jesteś bohaterem”, pomyślał, wystarczająco trzeźwy, by uświadomić sobie, że mógł się pakować w kłopoty, ale wystarczająco pijany, by się tym nie przejmować.
Gdy był w połowie drogi do wykopu, jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności na tyle, że znowu to zobaczył. Ludzki kształt, poruszający się zbyt szybko jak na lumpa, znikający za jednym z buldożerów.
Tak cicho jak tylko był w stanie DeVerne przyspieszył. Miał zamiar złapać tego sukinsyna na gorącym uczynku. Zboczył trochę z drogi i wyciągnął ze sterty złomu prawie metrową rurę. Skrobanie metalu o metal, nienaturalnie głośne, odbiło się echem od ścian wykopu. Zdradziwszy swoją obecność, DeVerne ruszył za buldożer z uniesioną bronią, wykrzykując wyzwanie.
Ktoś leżał na ziemi. DeVerne widział znoszone, obszarpane buty, reszta kryła się w cieniu. W tym cieniu - albo może rzucając go, tego nie był pewien -czaiła się druga postać.
DeVerne znowu krzyknął. Postać wyprostowała się i odwróciła, owijając w ciemność.
Nie zauważył, że się poruszyła, póki nie wyszarpnęła mu rury z dłoni. Ledwie miał czas, żeby unieść drugą rękę w daremnej próbie ocalenia życia.
– Coś takiego nie istnieje! – zakwilił cicho, kiedy umierał.
W środę rano nagłówek brukowca, wysoki na dziesięć centymetrów, oznajmiał: WAMPIR PRZEŚLADUJE MIASTO.

* * *
Uniósł jej ramię i przesunął językiem po delikatnej skórze na wewnętrznej stronie nadgarstka. Z głową odrzuconą do tyłu Caroline pojękiwała, oddychając z wysiłkiem.
Już prawie.
Obserwował ją uważnie i kiedy zaczynała szczytować, giąć się ku niemu, ujął małą, pulsującą żyłkę u nasady jej kciuka między czubki zębów i wgryzł się. Delikatny ból był tylko jednym spośród już i tak zbyt wielu bodźców. Podczas gdy ona przeżywała kolejne fale orgazmu, on pił.
Skończyli niemal w tej samej chwili.
Delikatnie odsunął z jej twarzy kosmyk wilgotnych mahoniowych włosów.
- Dziękuję - powiedział miękko.
- Nie, to ja dziękuję - wymruczała, chwytając jego dłoń i składając na niej pocałunek.
Leżeli przez jakiś czas w ciszy. Ona lekko przysypiała, a on rysował delikatne wzory na krzywiznach jej piersi, śledząc palcami błękitne linie żył pod białą skórą. Teraz, kiedy był nasycony, już go nie rozpraszały. Upewniwszy się, że koagulant w ślinie zadziałał i mała ranka na nadgarstku nie będzie więcej krwawić, wyplątał swoje nogi spomiędzy jej i powlókł się do łazienki, by się umyć.
Ocknęła się, kiedy wkładał ubranie.
– Henry?
– Wciąż tu jestem, Caroline.
– Teraz. Ale wychodzisz.
– Mam pracę. – Włożył sweter i zamrugał, kiedy wysunąwszy głowę, spojrzał w ostre światło lampki nocnej. Wieloletnia praktyka powstrzymała go przez wzdrygnięciem, ale odwrócił się, żeby pozwolić wrażliwym oczom dojść do siebie.
– Nie mógłbyś pracować w dzień, jak normalni ludzie? – zaprotestowała Caroline, podciągając kołdrę i zwijając się pod nią w kłębek. – Wtedy miałbyś noce wolne dla mnie.
Uśmiechnął się i odparł zgodnie z prawdą:
– Źle mi się myśli w dzień.
– Pisarze... – westchnęła.
– Pisarze – zgodził się, pochylając, żeby dać jej całusa w nos. – Jesteśmy zupełnie innym gatunkiem.
– Zadzwonisz?
– Jak tylko będę miał czas.
– Mężczyźni!
Sięgnął nad jej głową i wyłączył lampkę.
– To też.
Zręcznie unikając szukających go po omacku dłoni, pocałował Caroline na pożegnanie i cicho przeszedł przez sypialnię i pogrążone w ciemności mieszkanie. Słyszał za plecami, jak rytm jej oddechu się zmienił. Wiedział, że już śpi. Zwykle zasypiała, jak tylko skończyli, i nie zauważała, kiedy wychodził. To była jedna z tych cech, które szczególnie w niej lubił, bo dzięki temu rzadko musiał wymyślać wymówki, czemu nie zostaje na noc. Włożył buty i płaszcz, po czym wyszedł z mieszkania, nasłuchując, czy zamek zatrzaskowy w drzwiach wskoczył na swoje miejsce. Pod wieloma względami to były najbardziej bezpieczne czasy, w jakich kiedykolwiek zdarzyło mu się żyć. Pod innymi – najbardziej niebezpieczne.
Caroline nie miała pojęcia, czym on właściwie jest. Dla niej nie był niczym więcej niż przyjemnym przerywnikiem, nieregularnym kompanem, seksem bez poczucia winy. Nawet nie musiał się specjalnie starać, by sprawy tak się ułożyły.
Na widok swojego odbicia w drzwiach windy uniósł brew.
– Chcę więcej.
Niepokój rósł w nim od jakiegoś czasu, prześladując, nie dając chwili wytchnienia. Konsumpcja pomogła go uciszyć, ale nie na długo. Dusząc jęk frustracji, Henry obrócił się i walnął dłonią w plastikową ścianę. Uderzenie w zamkniętej przestrzeni było głośne jak wystrzał. Wbił wzrok w sieć pęknięć rozchodzącą się spod jego dłoni. Czuł pieczenie, ale wyglądało na to, że przemoc pozwoliła odegnać przyczynę niepokoju.
Hałas nie zwabił nikogo do holu i Henry, już niemal w szampańskim humorze, bez przeszkód opuścił budynek.
Na ulicy panowało przeszywające zimno. Szczelniej owinął szyję szalikiem i podniósł kołnierz. Co prawda był mniej podatny na pogodę niż zwykli ludzie, ale nie znaczyło to, że lubił, jak zimny wiatr hula mu po plecach. Z połami skórzanego płaszcza powiewającymi wokół nóg poszedł w stronę dzielnicy Bloor, skręcił na wschód i skierował się do domu.
Chociaż dochodziła pierwsza w nocy w czwartek, a wiosna 1991 miała chyba zamiar pojawić się wyjątkowo późno, ulice nie były jeszcze puste. Na biegnącej ze wschodu na zachód osi miasta wciąż panował ruch, a im bardziej Henry zbliżał się do Yonge i Bloor, głównej krzyżówki miasta, tym więcej ludzi mijał. To jedna z cech tej części miasta, którą najbardziej lubił: tak naprawdę nigdy nie spała. Dlatego zamieszkał tak blisko niej, jak tylko się dało. Dwa kwartały za Yonge skręcił na półkolisty podjazd i po łuku doszedł do drzwi swojego budynku.
Niegdyś mieszkał w zamkach każdego kształtu i rodzaju, w przeróżnych prywatnych wiejskich posiadłościach, nawet w krypcie czy dwóch, kiedy czasy były szczególnie ciężkie. Ale od wieków nie miał domu, który służył mu równie dobrze co apartament w budynku w centrum Toronto.
– Dzień dobry, panie Fitzroy.
– Dzień dobry, Greg. Coś się działo?
Ochroniarz uśmiechnął się i sięgnął do przycisku odblokowującego drzwi.
– Cicho jak w grobie, proszę pana.
Henry Fitzroy uniósł rudozłotą brew, ale czekał, aż drzwi się otworzą, a brzęczyk przestanie wydawać elektroniczny dźwięk, nim zapytał:
– A skąd wiesz, jak cicho jest w grobie?
Greg wyszczerzył się radośnie.
– Byłem strażnikiem na cmentarzu Mount Plea-sant.
Henry pokręcił głową i też się uśmiechnął.
– Powinienem był wiedzieć, że masz gotową odpowiedź.
– Tak, proszę pana, powinien pan. Dobranoc.
Ciężkie szklane drzwi zamknęły się, uniemożliwiając dalszą rozmowę, więc kiedy Greg sięgnął po gazetę, Henry skinął mu na pożegnanie, po czym ruszył w stronę wind. I wtedy się zatrzymał. I odwrócił, żeby spojrzeć przez szkło.
WAMPIR PRZEŚLADUJE MIASTO
Poruszając wargami w miarę czytania, Greg położył gazetę na biurku, zakrywając nagłówek.
Świat Henry’ego zawęził się nagle do tych trzech słów. Pisarz gwałtownie otworzył drzwi.
– Zapomniał pan czegoś, panie Fitzroy?
– Twoja gazeta. Pokaż mi ją.
Zaskoczony tonem, ale posłuszny rozkazowi Greg przesunął gazetę przed siebie, aż Henry wyrwał mu ją spod dłoni.
WAMPIR PRZEŚLADUJE MIASTO
Powoli, bez żadnych gwałtownych ruchów, Greg odsunął krzesło do tyłu, oddalając się tak bardzo jak tylko mógł od mężczyzny po drugiej stronie biurka.
Nie wiedział, dlaczego to zrobił, ale w ciągu sześćdziesięciu trzech lat życia i dwóch przeżytych wojen nigdy nie widział takiego wyrazu twarzy, jaki miał teraz Henry Fitzroy. I liczył, że nigdy nie zobaczy. Ten gniew był czymś więcej niż ludzki gniew, a strach, jaki budził, czymś więcej niż ludzki duch mógł znieść.
„Proszę, Boże, niech on się nie zwróci przeciwko mnie...”
Minuty ciągnęły się, a papier darł pod sztywniejącymi palcami.
– Ekhm... Panie Fitzroy...
Orzechowe oczy, przypominające zamrożony dym, oderwały się od lektury. Porażony intensywnością tego spojrzenia ochroniarz przełknął ślinę raz i drugi, zanim zdołał wreszcie dokończyć:
– Może pan, ekhm, zatrzymać gazetę.
Strach słyszalny w głosie Grega przebił się przez wściekłość. W strachu kryło się niebezpieczeństwo. Henry z powrotem odnalazł w sobie misternie skonstruowaną maskę ucywilizowania, pod którą skrywał drapieżnika, i zmusił ją do powrotu na miejsce.
– Nie znoszę takiej pogoni za sensacją. – Rzucił gazetę na biurko.
Greg podskoczył. Krzesło uderzyło o ścianę, nie było dokąd uciekać.
– Takie granie na lękach czytelników to nieodpowiedzialne dziennikarstwo. – Henry westchnął i ukrył gniew pod patyną zrezygnowanej irytacji. Czterysta pięćdziesiąt lat praktyki sprawiało, że jego maska wyglądała wiarygodnie, niezależnie od tego,jak niewygodna stała się ostatnio. – To źle świadczy o nas wszystkich.
Greg westchnął i wytarł wilgotne dłonie o uda, chwytając się tego wyjaśnienia.
– Myślę, że pisarze są przewrażliwieni na tym punkcie – podsunął.
– Niektórzy z nas tak – zgodził się Henry. – Jesteś pewien co do gazety? Mogę ją zatrzymać?
– Żaden problem, panie Fitzroy. Zacząłem od sprawdzenia wyników hokeja. – Jego umysł już wymazywał to, co zobaczył, racjonalizując tak, żeby wszystko wydawało się możliwe i do zniesienia. Ale jednak Greg nie przysunął krzesła z powrotem do biurka, póki drzwi windy się nie zamknęły, a światełko wskaźnika nie poszło w górę.
Wysiłek, jaki musiał włożyć w stanie nieruchomo, niemal powiązał Henry’emu mięśnie w supły. Fitzroy skoncentrował się na oddychaniu, na kontrolowaniu wściekłości, powstrzymywaniu jej, by nie przejęła sterów. W tych czasach jego rodzaj mógł przetrwać dzięki niewyróżnianiu się, a on właśnie popełnił potencjalnie fatalną w skutkach pomyłkę, okazując swoją reakcję na nagłówek. Pozwolenie prawdziwej naturze na ujawnienie się w odosobnieniu pustej windy nie było szkodliwe, ale w obecności śmiertelnika... to co innego. Nie żeby spodziewał się, że Greg nagle wskaże go palcem i zacznie krzyczeć „wampir”...
Poczucie winy, że przestraszył ochroniarza, pozwalało uspokoić złość. Lubił Grega, w tym świecie pełnym równości i demokracji dobrze było spotkać kogoś gotowego służyć. Jego podejście przywodziło Henry’emu na myśl jednego z pracowników posiadłości, w której przebywał jako chłopiec, i to wspomnienie przeniosło go, przynajmniej na chwilę, w prostsze czasy
Z barierami ustawionymi z powrotem na miejscu, wysiadł z windy na czternastym piętrze, przytrzymując drzwi, żeby pani Hughes i jej mastiff mogli wsiąść. Wielki pies przeszedł obok niego na sztywnych łapach, ze zjeżoną na karku sierścią i złowrogim warczeniem dochodzącym z głębi gardła. Pani Hughes jak zwykle zaczęła przepraszać.
- Naprawdę tego nie rozumiem, panie Fitzroy. Owen zazwyczaj jest takim słodkim psiakiem. Nigdy... Owen!
Mastiff, trzęsący się z pragnienia ataku, wmanewrował swoje wielkie cielsko pomiędzy właścicielkę i mężczyznę przy drzwiach, utrzymując jak największy dystans między nią i wyczuwanym zagrożeniem.
- Proszę się nie martwić, pani Hughes. - Henry puścił drzwi, które zaczęły się zasuwać. - Nie może pani oczekiwać, że Owen będzie wszystkich lubił. -Na chwilę przed tym, jak drzwi się całkiem zamknęły, uśmiechnął się do psa. Mastiff bezbłędnie rozpoznał wyszczerzenie zębów i skoczył naprzód. Henry zdobył się na o wiele bardziej szczery uśmiech, kiedy nerwowe szczekanie w szybie windy cichło coraz bardziej.
Dziesięć minut sam na sam z psem i rozwiązaliby problem. Prawa sfory były proste, rządził najsilniejszy. Ale Owen zawsze towarzyszył pani Hughes, a Henry wątpił, czyby zrozumiała. Ponieważ nie miał zamiaru izolować się od sąsiadki, jakoś znosił niechęć mastiffa. Szkoda. Lubił psy i naprawdę niewiele było trzeba, żeby pokazać Owenowi jego miejsce.
Kiedy już wszedł do apartamentu i zamknął za sobą drzwi, znowu spojrzał na gazetę i prychnął.
WAMPIR PRZEŚLADUJE MIAST
OOkazało się, że ciała Terri Neal i DeVerne’a Jonesa zostały opróżnione z krwi.
Nagłówek pasował.
A Henry wiedział, że to nie jego robota.
Nagłym ruchem nadgarstka posłał gazetę na drugi koniec pokoju i z niewielką satysfakcją patrzył, jak strony opadają na podłogę niczym zranione ptaki.
- Kurwa. Kurwa. Kurwa!


Dodano: 2008-05-20 21:21:20
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e02)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e01)

Recenzje

antologia - "Opowieści niesamowite. Literatura francuska


 de Castell, Sebastien - "Krew Świętego"

 Moore, Stuart - "Marvel: Wojna domowa"

 Hamilton, Peter F. - "Noc bez gwiazd"

 Clarke, Arthur C. - "Koniec dzieciństwa"

 Howard, A.G. - "Alyssa i obłęd"

 Fletcher, Charlie - "Ostatni"

 Scalzi, John - "Upadające imperium"

Fragmenty

 Schwartz, Richard - "Oko pustyni"

 Bond, Gwenda - "Mroczne umysły"

 Patykiewicz, Piotr - "Otchłań"

 Clarke, Arthur C. - "Koniec dzieciństwa"

 Keyes, Daniel - "Kwiaty dla Algernona"

 Schwab, V.E. - "Vicious. Nikczemni"

 Lawrence, Mark - "Koło Osheim"

 Górski, Piotr - "Reguła zakonu"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS