NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Zelazny, Roger - "Aleja Potępienia"

Žamboch, Miroslav - "Bakly. Szukanie śmierci", tom 1

Ukazały się

Sutherland, Tui T. - "Przebudzenie Pełni"


 Sullivan, Michael J. - "Zniknięcie córki Wintera"

 Sanderson, Brandon - "Legion: Wiele żywotów Stephena Leedsa"

 Schwartz, Richard - "Oko pustyni"

 Abnett, Dan - "I nie poznają co to strach"

 Lewicka, Anna - "Szał"

 Riordan, Rick - "Złodziej pioruna" (wyd. ilustrowane)

 Hearne, Kevin - "Rozdziobią nas Loki, wrony"

Imprezy

Dni Fantastyki 2019 r.
Od: 2019-07-05
Do: 2019-07-07

Linki

Hyland, M.J. - "Odzyskany"
Wydawnictwo: Nowa Proza
Tytuł oryginału: Carry Me Down
Tłumaczenie: Jan Kabat
Data wydania: Maj 2008
ISBN: 978-83-7534-040-2
Oprawa: miękka
Format: 125x195
Liczba stron: 400
Cena: 29,99
Rok wydania oryginału: 2006



Hyland, M.J. - "Odzyskany" #2

Odzyskajcie mnie

(…)
Zaglądam do Księgi rekordów Guinessa, żeby sprawdzić, czy nie ma tam kogoś, kto odznaczałby się zdolnością wykrywania kłamstw. Nie znajduję nikogo. Napiszę do nich, że umiem wykrywać kłamstwa. Jeśli postanowią poddać mnie testowi, a ja go zdam, to może znajdę się w księdze, nie z powodu pobicia jakiegoś rekordu (jak na przykład ktoś, kto zjadł najwięcej jajek na twardo albo wyhodował najdłuższe wąsy), ale dlatego, że dokonałem niezwykłej rzeczy.
Zastanawiam się, czy nie napisać też do muzeum osobliwości Ripleya. Może się mną zainteresują. Nad łóżkiem trzymam zdjęcie Leroya Ripleya. Widać na nim, jak obejmuje ramieniem człowieka zwanego El Fusilado, „Rozstrzelany”, który stanął przed plutonem egzekucyjnym i przeżył. El Fusilado ma na twarzy pełno dziur po kulach, ale uśmiecha się szczęśliwy, że jest w towarzystwie Ripleya. Tak czy inaczej, zarobię na swoim talencie dość pieniędzy, żeby pojechać nad Niagarę.
Nasłuchuję przez chwilę i zastanawiam się, czy ojciec przyjdzie do mojego pokoju z prezentem, kiedy już wróci do domu. Wyciągam spod łóżka pudełko na buty i oglądam pocztówki i broszury, które ciotka Evelyn przysłała mi z Niagary.
Wiem dokładnie, jak będzie wyglądała moja wyprawa. Przede wszystkim pojadę tylko z mamą i chcę siedzieć razem z nią w jumbo jecie i oglądać z okien odrzutowca największy z wodospadów, Horseshoe, zanim wylądujemy na lotnisku w Niagarze. Chcę też zrobić sobie z matką zdjęcie w kokpicie w towarzystwie pierwszego i drugiego pilota.
Chcę, żebyśmy zmokli od pyłu wodnego wodospadów, a potem się wysuszyli – to będzie w lecie – podczas wędrówki po Clifton Hill do wesołego miasteczka, gdzie są rożne kolejki, a przede wszystkim muzeum Ripleya.
Patrzę o wpół do dziewiątej na zegarek, a ojca wciąż nie ma w domu. Idę do salonu i pytam babcię, gdzie jest. Mówi, że ojciec zostanie na noc w Wexford. Ma się spotkać z dawnym szefem i poprosić o jakąś przysługę. Zasypiam z broszurą muzeum Ripleya pod poduszką.

4
Rano, godzinę wcześniej niż było umówione, do naszego wiejskiego domku przychodzi mój przyjaciel Brendan. Zawsze jest wcześnie, jakby chciał przyłapać ludzi na tym, czego nie powinni robić. Podchodzi do okna mojej sypialni i stuka w szybę.
- Halooo – woła, naśladując głos jakiegoś farmera. – Sprzedałem dziewięć krów w jeden dzień.
- Halooo – odkrzykuję. – Lepiej dziewięć niż osiem, jak powiadają.
- Mam wejść od frontu czy od tyłu? – pyta.
- Jeśli o mnie chodzi, możesz wejść nawet przez komin.
W domu są drzwi frontowe i te od tyłu, zawsze otwarte.
- Jasne – mówi, a potem rozpłaszcza nos na oknie i liże szybę.
Brendan jest niższy ode mnie, ale lepiej zbudowany i szerszy. I silniejszy. Ma w zwyczaju się garbić, pochyloną głowę i szyję wysuwa do przodu; wygląda tak, jakby starał się utrzymać coś na plecach.
Kiedy wchodzi do mojego pokoju, siadamy na podłodze i rozmawiamy przez chwilę. Nie siadam z nim na łóżku. Na łóżku siadam tylko z matką. Zastanawiam się, czy powinienem pokazać mu pieniądze, ale dochodzę do wniosku, że nie. Co by było, gdyby zechciał trochę wydać? Albo powiedzieć o tym jednej ze swoich sióstr?
Ruszamy w swoją stronę, na pole naprzeciwko domu, ale gdy przechodzimy przez kuchnię, zatrzymuje nas babcia.
- Brendan! – mówi. – Zostań przez chwilę, pogadamy.

*

Babka często ubiera się od stóp do głów tym samym kolorze; dzisiaj ma na sobie żółtą koszulę, żółtą spódnicę i żółte buty na wysokich obcasach. Nawet jej duże oczy wydają się żółte. Proponuje Brendanowi jajka na miękko i kiedy je gotuje i przyrządza grzankę, Brendan opowiada jej, że u niego w domu siedziały niesforne bliźniaczki i bawiły się z jego siostrami, zanim wyszedł, i że nie mógł się doczekać, kiedy się wreszcie od nich uwolni.
- Jakie bliźniaczki? – pyta babka.
- Bernice Boyd i jej siostra Bernadette – wyjaśnia Brendan. – Przyniosły mojej siostrze kartę urodzinową i tort.
- Niech twoja siostra uważa z tą kartą. Może trzeba ją przetrzeć mokrą ściereczką, zanim znów weźmie ją do ręki.
- Nie można złapać zarazków z kartki urodzinowej – mówię.
- Wścieklizna – wyjaśnia babka, głos ma donośny, ze zwiotczałych ust wypada odrobina śliny. – Skończy się na tym, że wszyscy dostaniecie wścieklizny. Cała rodzina będzie mieć pianę na ustach.
Chcę wyjść z pokoju, kiedy moja babka tak gada, ale jajka są już gotowe.
- Proszę – mówi.
Jajka nie dogotowały się i są zbyt wodniste, żeby jej jeść. Najgorzej jest z białkiem: to surowy, przezroczysty płyn. Żółtko nie wygląda tak źle jak surowe białko.
- Możesz je zjeść – zwracam się do babki. – Nie jestem głodny.
Babka ścina czubek swojego jajka nożem i białko spływa po skorupce na talerz. Zamiast posłużyć się łyżeczką albo kawałkiem chleba, unosi kieliszek od jajka do twarzy i zlizuje białko z brzegu skorupki. Potem podnosi talerz ze stołu, przechyla do ust i zlizuje rozlane jajko do czysta. Je tak, jakby uważała, że przeżuwanie stanowiło przy tym pewna przeszkodę, jakby chciała, by wszelkie jadło miało konsystencję płynną. Gdyby przy tym stole usiadła ryba, jadłaby tak samo jak babka.

*

Nie rozumiem, jak taka schludna i dobrze wychowana osoba może jeść w ten sposób i robić taki bałagan; zawsze ciągnie się za nią lepki ślad jedzenia i kruszynek. Zaczynam odczuwać złość, że jest taka odrażająca, i dlatego brak mi tchu. Ale przyjęła nas pod swój dach, kiedy nie mieliśmy pieniędzy, i często powtarza, że to nasz dom. Poza tym śpiewa piosenki bojowe, kiedy się kąpie, i gra ze mną w scrabble’a, nauczyła mnie też grać w tryktraka i pokera, i nie pozwala mi wygrywać.
Chwytam Brendana za kurtkę i wyciągam z kuchni.
- Musimy już iść – mówię.
- Och – odpowiada babka. – Jeśli naprawdę musicie...
Nie mogę zrobić nic, by nie była taka smutna, że znów zostaje sama.

*

Kopiemy piłkę godzinami i w końcu lądujemy na polu jakąś milę dalej, w połowie drogi między domem a naszą szkołą. Jest już prawie ciemno i trudno dostrzec piłkę. Kucam, żeby trochę odpocząć, a Brendan siada na futbolówce.
- Wiesz, że jak zaczniemy szóstą klasę, za jakieś osiem miesięcy, to niektóre dziewczęta będą nosić już staniki? – pyta, podskakując na piłce, w górę i w dół.
Wstaję i kopię mocno piłkę pod jego siedzeniem.
- Do tego czasu będę już w Księdze rekordów Guinessa.
- Co?
- Napiszę do nich za kilka dni, jeszcze nim zacznie się szkoła.
- Niby dlaczego mieliby napisać o tobie w Księdze rekordów Guinessa?
- Nie mogę jeszcze powiedzieć, ale zrobię to, jak tylko dostanę od nich odpowiedź. Chwilowo musi to pozostać w tajemnicy.
- Przestań kopać piłkę! W tajemnicy? A niby komu miałbym powiedzieć?
- Widzisz, rzecz, dzięki której dostanę się do Księgi, jest dość niezwykła.
Wstaje z piłki i wypina pierś, ja też wypinam swoją. To taka gra, w którą się bawimy, jeśli nie ma między nami zgody. Mówię „no”, on mówi „no” i przez chwilę się przepychamy.
- No?
- No?
- No?
Cofa się, a ja go atakuję.
- No?
Teraz on mnie atakuje. Tracę równowagę i upadam. Leżąc na ziemi, pytam:
- No?
Śmieje się do mnie.
- Już piąta. Muszę lecieć.
- Skąd wiesz, że jest piąta, skoro nie masz nawet zegarka? – pytam.
- Spojrzałem jakiś czas temu na twój i zobaczyłem, że było po trzeciej.
Patrzę na zegarek, jest za minutę piąta.
- Nie ma jeszcze piątej – mówię.
- Założę się, że jest.
W innej sytuacji zacząłbym kolejne starcie, dla zabawy, ale chcę wrócić do swojego pokoju.
- Do zobaczenia w poniedziałek w koszmarnej szkole.
- Do zobaczenia – mówi Brendan i podnosi z ziemi piłkę. – I nie zapomnij powiedzieć po drodze krowom, że trawa im nie służy.
- Cześć – mówię.
Zaczyna iść tyłem, tak jak i ja. Patrzymy na siebie zbyt długo; nie bardzo wiemy, czy skinąć głową, czy się uśmiechnąć, i w końcu zaczynamy stroić miny, które irytują nas obu. Odwracam się i ruszam jak najszybciej do domu.

*

Idę tą samą drogą co zwykle, wzdłuż porośniętego sosnami traktu, a potem przez pola, w stronę chaty mojej babci. Przez ostatnie pole biegnie wąska ścieżka, którą podążam każdego dnia po szkole, gdzie ziemia jest wydeptana, a trawa nie rośnie. To ścieżka, którą sam wychodziłem, i zakręca ona pośrodku pola trzykrotnie jak wąż.
Na skraju pola, na północ od naszej chaty i niedaleko od drogi, rośnie drzewo, a wśród jego konarów tkwi lalka. Nie potrafię przejść obok, nie patrząc w górę.
Jest wetknięta w zagłębienie między dwiema gałęziami, na wysokości około dziesięciu stóp, poza zasięgiem rąk; siedzi tam od trzech lat, od kiedy zacząłem chodzić do szkoły państwowej w Gorey. Jej ubranko jest spłowiałe, a połacie skóry na dłoniach i ramionach są czarne, jakby cierpiała na odmrożenia.
Zimą odwracam się od niej, gdy tylko widzę, że wciąż tam jest, ale w lecie, kiedy po południu nie jest jeszcze tak ciemno, robi mi się jej żal i chcę ściągnąć ją z drzewa. W letnie wieczory, wracając ze szkoły do domu, obiecuję czasem lalce, że wejdę na drzewo i ją zdejmę, ale gdy tylko zjem coś i napiję się, zapominam o niej.

*

Gdyby nie Crito, która siedzi na kuchennym stole i mruczy, domek byłby pusty i cichy. Nie palą się światła i radio jest wyłączone. Może babcia poszła na bingo albo zakupy, ojciec jest wciąż w Wexford. Może matka jest na próbie do letniej pantomimy. Siadam przy stole i biorę Crito na kolana. Czekając, aż ktoś wróci do domu, będę się oddawał myśleniu.
Matka robi lalki, ale mówi, że nie jest dość sprawna ani zdolna, żeby nimi poruszać. „Zostawiam to fachowcom – powiada. – Nie jestem wykonawcą”.
Ale ja wiem, że się myli. Po zeszłorocznej pantomimie, kiedy ludzie już wyszli w większości z teatru, a światła zgaszono, jakaś mała dziewczynka zaczęła płakać, że nie ma już lalek. Jej mama straciła cierpliwość i powiedziała: „Wychodzę”, po czym zostawiła dziewczynkę, która zawodziła: „Gdzie jest Wilk? Gdzie jest Kurczak Burczak?”.
Moja matka pokazała dziewczynce, że lalki nie są prawdziwe, odgrywając Kurczaka Burczaka głosem Wilka, a Wilka głosem Kurczaka Burczaka. Kiedy dziewczynka zaczęła płakać jeszcze głośniej, moja matka uklękła przy niej i położyła dłonie na żebrach dziewczynki. „Nie płacz już – powiedziała. – Lalki poszły spać”.
Dziewczynka płakała, dopóki matka nie pocałowała ją we włosy. Podszedłem do nich, a wtedy matka cofnęła dłonie z piersi dziewczynki. „Zostaw nas, John. Idź poczekaj w samochodzie”. Dała mi kluczyki, ale ja nie poszedłem do samochodu. Schowałem się w kuchni obok holu kościelnego i patrzyłem przez okno, by się upewnić, że nic więcej się nie wydarzy.
Dlatego wiem, że matka jest lepsza, niż twierdzi.

*

Przyrządzam sobie grzankę z dżemem jeżynowym i idę do salonu. Widzę, że ojciec cały czas był w domu. Siedzi w milczeniu, na końcu kanapy, tam gdzie jest najbliżej ognia, i czyta „Pięciu największych filozofów od czasu Platona”. Ma na sobie luźne spodnie i zielony sweter z dziurą przy szyi. Na brodzie ma ciemny zarost.
- Cześć, tato – mówię.
- Cześć, synu – odpowiada.
- Masz dla mnie ten prezent? – pytam.
- Jaki prezent?
- Ten, który mi obiecałeś.
- O, tak. Nie zdążyłem go jeszcze kupić. Jutro to zrobię. Będziesz miał jeszcze większą niespodziankę.
- Ale obiecałeś.
- Amorficzny upór – mówi ojciec. – To jest to, na co cierpisz: dziecięca wiara, że można i powinno się mieć wszystko.
Włączam telewizor i siadam na drugim końcu kanapy z grzanką w dłoni; oglądam przez dziesięć minut „Doktora Who” i w końcu robi mi się zimno. Wstaję, żeby poruszyć pogrzebaczem węgle w palenisku. Kiedy siadam z powrotem, ojciec mówi, jakby zapomniał, że już nawiązaliśmy rozmowę:
- Cześć, synu. Spędziłeś miły dzień z Brendanem?
- Tak – odpowiadam. – W porządku.
Połykam kilka kęsów grzanki, ale wydaje mi się, że mój język jest sparaliżowany.
- Tato? Kiedy już ukończysz kryminologię, to będziesz pomagała łapać przestępców?
Ojciec wzdycha głęboko i odkłada książkę na kolana. Wiem, że chce dziś porozmawiać. Podciągam nogi na kanapę i przysuwam się bliżej, tak że moje kolano dotyka jego nogi.
- Niespecjalnie – odpowiada. – Chcę ich zrozumieć. Słyszałeś to powiedzenie: „Lepiej zapobiegać niż leczyć”?
- Ale ty, wuj Jack i wuj Tony twierdzicie, że kryminaliści powinni dostać to, na co zasługują. Sam mówiłeś, że powinno się ich wieszać.
Ojciec wyczuwa, że go przyłapałem. Zamyka na chwilę oczy, potem je otwiera, jakby chciał zacząć on nowa.
- Czasem trudno się z czyichś słów zorientować się, co ktoś naprawdę myśli. Ludzi bardzo trudno poznać. Moje zdanie w tej sprawie jest o wiele bardziej skomplikowane. Naprawdę uważam, że tylko potwór może powiesić drugiego człowieka. A ten, który zapobiegnie karze śmierci w Ameryce, będzie jednym z największych, jacy kiedykolwiek żyli.
Patrzy na mnie, by się przekonać, czy rozumiem. Rozumiem. Lepiej, niż to sobie uświadamia. Po chwili ciągnie:
- Rozmowa i w ogóle słowa, jakich ludzie używają, kiedy próbują rozbawić się nawzajem, zabić czas i złagodzić nudę i samotność... No cóż, analiza tych słów to zapewne najgorsza metoda oceny kogokolwiek, a rozmowy, które prowadzę z twoimi wujami, a które najczęściej słyszysz, to coś w rodzaju odruchu, jakbym cię poklepał po kolanie, a twoja noga podskoczyła.
Potem wraca bez słowa do swojej książki. Chcę dalej rozmawiać; nie powinien kończyć w taki sposób.
- Ale czy chcesz przez to powiedzieć, że nie zamierzasz karać przestępców? Nawet tych naprawdę złych? A gdyby jeden z nich zabił mamę?
- Powinno się ich karać – mówi, pocierając sobie twarz. – W granicach rozsądku. Może jednak powinniśmy przede wszystkim wiedzieć, dlaczego popełniają te swoje zbrodnie.
Przysuwam się do niego bliżej; czuję ciepło jego ciała.
- A gdyby ktoś wiedział, że przestępca kłamie? Gdyby ktoś był wykrywaczem kłamstw?
- To głupie pytanie.
Doznaję nagłego, niespodziewanego i palącego bólu, jakbym w żołądku miał rozpalone żelazo. Przesuwam po talerzu kawałek grzanki i znów patrzę na niego.
- Ale chcę wiedzieć, co by się stało, gdyby wiadomo było z całą pewnością, że przestępca kłamie.
- Mówisz o wariografach? O wykrywaczach kłamstw? – pyta.
- Tak.
- Ale niektórzy ludzie potrafią bardzo dobrze kłamać.
- A gdyby istniał człowiek, który byłby ludzkim wykrywaczem kłamstw i potrafił powiedzieć, kiedy ktoś kłamie?
Ojciec marszczy czoło.
- Nie sądzę, by ktoś taki istniał.
Prostuję się i uśmiecham. Wygląda na to, że matka dotrzymała słowa i że ojciec nic nie wie.
- Ale gdyby istniał?
- No cóż, musiałby mi to udowodnić. Ale byłby pewnie wariatem, jak jeden z tych dziwaków z twoich książek.
Ściągam odrobinę skórki z grzanki i wrzucam ją go do ognia, i więcej już nic nie mówię. Kawałek po kawałku, odłamuję skórkę i wrzucam do ognia.
- To kiepski zwyczaj wyrzucać dobry chleb.
Wstaję z kanapy.
- Nie jestem głodny – mówię. – Idę do siebie.
Ale nie robię tego, tylko wychodzę na dwór przez drzwi frontowe. Choć jest zimno, mokro i ciemno, podkładam sobie kurtkę i siadam na niewielkim trawniku obok żwirowanego podjazdu i wyrywam garściami trawę. Obserwuję przejeżdżające samochody i krowy na polu po drugiej stronie drogi; podchodzą do ogrodzenia po dwie albo trzy, jakby myślały, że ktoś je uwolni.
Macham czasami do nich i podchodzę, żeby dać im trawę, którą wyrwałem. Lubię wyrywać trawę, lubię dźwięk darcia, czysty dźwięk rozrywania.




Dodano: 2008-05-16 13:14:37
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e02)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e01)

Recenzje

antologia - "Opowieści niesamowite. Literatura francuska


 de Castell, Sebastien - "Krew Świętego"

 Moore, Stuart - "Marvel: Wojna domowa"

 Hamilton, Peter F. - "Noc bez gwiazd"

 Clarke, Arthur C. - "Koniec dzieciństwa"

 Howard, A.G. - "Alyssa i obłęd"

 Fletcher, Charlie - "Ostatni"

 Scalzi, John - "Upadające imperium"

Fragmenty

 Schwartz, Richard - "Oko pustyni"

 Bond, Gwenda - "Mroczne umysły"

 Patykiewicz, Piotr - "Otchłań"

 Clarke, Arthur C. - "Koniec dzieciństwa"

 Keyes, Daniel - "Kwiaty dla Algernona"

 Schwab, V.E. - "Vicious. Nikczemni"

 Lawrence, Mark - "Koło Osheim"

 Górski, Piotr - "Reguła zakonu"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS