NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"

Ukazały się

Mammay, Michael - "Przestrzeń"


 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Duncan, Emily A. - "Niegodziwi święci"

 Wlazło, Alicja - "Iskra"

 Lisińska, Małgorzata - "Bajki krasnoludzkie"

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Bonowicz, Karina - "Nie wywołuj wilka z lasu"

 Mróz, Remigiusz - "Echo z otchłani"

Linki

Bishop, K.J. - "Akwaforta"
Wydawnictwo: Mag
Kolekcja: Uczta Wyobraźni
Tytuł oryginału: The Etched City
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Data wydania: Czerwiec 2008
Wydanie: I
ISBN: 978-83-7480-086-0
Oprawa: twarda
Format: 135 x 205 mm
Liczba stron: 328
Cena: 35,00 zł
Rok wydania oryginału: 2003
Wydawca oryginału: Prime



Bishop, K.J. - "Akwaforta"

Pogardą i nienawiścią darzę pychę oraz haniebne rozkosze ironii, gdy przekształcona w gasidło odtrąca od celu trafną myśl.

Lautréamont „Poezje”

(Przełożył Maciej Żurowski)


JEDEN

W Kraju Miedzi nie było kamieni milowych. Nierzadko jedynym, co pozwalało wędrowcowi ocenić postępy podróży, był czas drogi od jednych szczątków albo ruin do następnych: pół dnia wędrówki od studni bez wody do armatniej lufy sterczącej z pryzmy piasku, dwie godziny, by dotrzeć do szkieletów człowieka i muła. Starożytna, wycieńczona kraina przegrywała walkę z czasem, a toczący ją rozkład udzielał się wszystkiemu na jej obszarze, jak pod wpływem chandry.
W południowej części krainy połacie pustyni występowały na przemian z obszarami porośniętymi skarłowaciałą roślinnością. Biegł tamtędy tylko jeden trakt, łączący ze sobą z rzadka rozrzucone sioła i oazy. Poprowadzono go wzdłuż pozostałości kamiennego muru, zbudowanego w zamierzchłych czasach przez jakiegoś wodza. Można się było tam natknąć na ruiny wież strażniczych i małych fortów, położonych w znacznych odległościach od siebie. Większa część muru i jego fortyfikacji całkowicie obróciła się w gruzy, ale tu i ówdzie jego stan był na tyle dobry, że pozwalał znaleźć schronienie.
Pewnego wieczoru, pod koniec Miesiąca Łupin, gdy słońce skłaniało się ku zachodowi i nie prażyło już tak mocno, droga zaprowadziła lekarkę Raule do wieży, w której zachowały się jeszcze trzy ściany. Na ten obiecujący widok ze śniadej twarzy kobiety zniknęła zasępiona mina, towarzysząca jej przez całe monotonne, parne popołudnie. Rankiem miała okazję wymienić opowieści z koczowniczymi Harutaimami, którzy również wędrowali drogą, czy raczej obok niej, jako że mieli w pogardzie zbudowane przez ludzi szlaki. Nigdy nie obozowali w pobliżu muru i ostrzegali Raule, by również tego nie robiła. Wierzyli, że w ruinach straszą złe duchy, starożytni, pełni złości nieumarli. Raule jednak wolała nocować pod osłoną murów zamiast na otwartej przestrzeni.
W wieży znalazła popioły czyjegoś ogniska, pustą butelkę, puszkę po mięsie oraz zwitek zakrwawionych bandaży. Zsunęła się z wielbłąda, pozwalając zwierzęciu skubać kolczaste rośliny, które zakorzeniły się w szparach między kamieniami. Przesunęła stopami odpadki w kąt, rozbiła pod ścianą niewielki namiot i rozpaliła małe ognisko w miejscu poprzedniego. Potem zabrała się do posiłku, przeżuwając z trudem pasy suszonej koziny, którą kupiła od Harutaimów. Z większym smakiem spożyła garść daktyli. Nadziewała je jeden po drugim na stary sztylet i piekła nad ogniem, aż stawały się gorące i miękkie. Po tej skromnej kolacji siedziała jeszcze chwilę przy ognisku, owinięta w koc i pogrążona w myślach. Była zmęczona, ale nie mogła zasnąć, choć już zapadła noc.
Po zachodzie słońca temperatura spadła gwałtownie i zerwał się ostry wicher. Gdy Raule wsłuchiwała się w jego zawodzenie, przez głowę przemknęła jej myśl, że łatwo byłoby sobie wyobrazić dobiegające z mroku głosy dżinów i ghuli albo brzęk wielbłądzich dzwonków widmowej karawany wędrującej traktem.
Gdy wreszcie zasnęła, śnili się jej umarli. Ostatnio widziała ich zawsze, gdy tylko zamknęła oczy.

***

Mur skończył się w miasteczku Proof Rock. Późnopopołudniowe słońce grzało z siłą ogniska, a nad spieczoną ziemią roiły się muchy. Raule siedziała ciężko w siodle. Koszula i spodnie kleiły się do jej skóry od potu, a stopy niemal upiekły się w ciężkich buciorach. Rozejrzała się wokół bez zbytniej ekscytacji.
Podobnie jak większość osad w Kraju Miedzi, Proof Rock robiło wrażenie zbudowanego z pozostałości po dawniejszych osiedlach. Jedynymi widocznymi mieszkańcami byli nieliczni staruszkowie i staruszki, którzy drzemali na gankach i balkonach, sztywni jak wystrugani z drewna. Zamknięte drzwi i okiennice dopełniały obrazu opuszczonego gniazda.
Na skraju miasta znajdowała się gospoda sklecona z fragmentów złomu. Na ceglany ganek rzucały cień brezentowa markiza oraz usychająca palma. Za drzwi służył koc przewieszony przez drut, okna zaś wypełniały worki, uniemożliwiające zajrzenie do środka. Do poręczy przed gankiem przywiązano cztery wielbłądy. Raule obrzuciła je szacującym spojrzeniem. Wyglądały zdrowo, miały piękne czapraki, ale brakowało im dzwonków.
Zsunęła się z siodła, przywiązała wielbłąda do poręczy i podeszła do wejścia. Miała na plecach lekarski tornister, świadczący, że nie stanowi zagrożenia, ale prawą dłoń trzymała blisko obrzyna, który wykonała własnoręcznie, pozbawiając strzelbę znacznej części lufy.
Odsunęła koc. Przywitały ją półmrok, wysypana trocinami podłoga, brzęczenie much oraz niemal nieznośny żar. Temperatura panująca na zewnątrz wydała się jej w porównaniu z tym całkiem przyjemna. Jedynymi gośćmi byli czterej mężczyźni grający w karty przy stoliku pełnym butelek, szklanek i stert banknotów. Wszyscy mieli stroje o ciemnych barwach, na których zapięli pasy z bronią i amunicją. Ich twarze niknęły w cieniu pod szerokimi rondami kapeluszy. Ten widok wróżył kłopoty. Wszyscy odwrócili się jak jeden mąż, spoglądając na Raule.
Jeden z nich, szczupły mężczyzna, był całkowicie spowity w czarne domino, a dolną część twarzy osłaniała mu chusta. Raule uśmiechnęła się w duchu, widząc tak spektakularną karykaturę wyrzutka. Wtem jej uwagę przyciągnęła szabla, która wisiała u boku nieznajomego, opierając się czubkiem o podłogę. Znała tę długą, lekko zakrzywioną pochwę.
Mężczyzna naciągnął mocniej kapelusz, jakby się obawiał jej wzroku. Jednakże w tej samej chwili jego palce, obleczone w czarne rękawiczki, zabębniły po blacie, z pozoru od niechcenia. Raule odczytała znaczenie tego gestu:
Miło cię zobaczyć. Później.
Pozostali trzej obrzucili ją spojrzeniami, które również zdawały się mówić: „później”, aczkolwiek w innym kontekście. Nie przejęła się tym zbytnio. Później będą w sztok pijani.
Pomijając duchy prześladujące ją we śnie, Raule od z górą pół roku nie widziała znajomej twarzy, czy to przyjaznej, czy wrogiej. W pierwszej chwili miała ochotę odjechać, ale ostatnio czuła się bardzo samotna. Podeszła do baru, w nadziei że się czegoś napije i dostanie wodę do umycia. Nie dostrzegła za nim nikogo. Jej nozdrza wypełnił ostry smród.
Zajrzała za kontuar i zobaczyła ciało starszego mężczyzny, który z pewnością był barmanem. Coś ciężkiego i ostrego rozłupało mu czaszkę jak skorupkę jaja. Kałuża krwi nie zdążyła jeszcze zakrzepnąć. Na półce pod barem stało kilka butelek, ale Raule postanowiła na razie dać sobie spokój z alkoholem. Między dwiema płytami blachy tworzącymi tylną ścianę znajdowała się szpara, za którą było widać drugą izbę. Raule ruszyła w tamtą stronę, nie oglądając się za siebie.
– Stój, kobieto.
To nie był głos jej znajomego. Brzmiał twardo jak zgrzyt żużlu trącego o żelazo. Raule przystanęła.
– Jak twoim zdaniem zginął ten człowiek? – wycedził mężczyzna.
– Powiedziałabym, że się przewrócił i uderzył w głowę – odpowiedziała, nie odwracając się.
Rozległ się krótki, złowrogi śmiech. Potem szelest kart oznajmił, że wznowiono grę.
Chciał ją tylko nastraszyć.
Raule weszła do izby, która pełniła funkcję sypialni oraz magazynu. Na półkach leżało kilka worków z fasolą oraz kiełbasy o niezbyt świeżym wyglądzie. Na podłodze spoczywała kasa pancerna, rozbita i otwarta. Na podwórze prowadziły dziwnie wyglądające w tym miejscu drzwi witrażowe z szybkami z żółtego i zielonego szkła. Raule przymrużyła powieki, oślepiona nagłym światłem. W narożniku podwórza znajdowała się studnia, przy której stało wiadro. Kobieta nacisnęła pompę i popłynęła brązowa woda. Raule nabrała jej w ręce i spryskała sobie głowę i szyję. W liniach jej dłoni została odrobina błota. Nie zamierzała pić tego paskudztwa, ale pomyślała, że wielbłąd może być spragniony, napełniła więc kubeł i zaniosła do niego. Zwierzę wypiło parę łyków, a potem kopnęło wzgardliwie wiadro. Rozlana woda szybko wsiąkła w suchą ziemię.
Raule pociągnęła łyk z jednej ze swych manierek, a potem usiadła w cieniu palmy i zamknęła oczy. Uszy jednak miała otwarte.
Słońce przesuwało się powoli na niebie. Cienie były coraz dłuższe. Drogą przebiegł wychudzony, trzynogi pies. Z dziury obok stóp Raule wyłaziły mrówki koloru mosiądzu, długie na pół kciuka. Zaczęła je liczyć.
Po dziewięćset trzynastu mrówkach z baru dobiegł huk strzałów.
Choć właściwie się ich spodziewała, wzdrygnęła się na ten odgłos. Zeskoczyła z ganku i padła na ziemię. Raz po raz strzelano z kilku rewolwerów, mężczyźni ryczeli jak rozjuszone byki.
Potem zapadła cisza.
Raule podkradła się do drzwi, przykucnęła i uniosła lekko dół koca. Pośród przewróconych krzeseł i potłuczonego szkła leżały nieruchome sylwetki. Tylko mężczyzna o zasłoniętej twarzy stał jeszcze na nogach. Spowijały go obłoki dymu, rozświetlane wąskimi snopami światła wpadającymi do środka przez nowo powstałe dziury w ścianach i dachu. Naładował parę rewolwerów o długich lufach i schował do kabur. Następnie wyciągnął jatagan i uderzył trzy razy, ucinając głowy leżącym. Zawsze lubił upewnić się w ten sposób, że zabił przeciwnika. Przez głowę Raule przemknęła myśl, że robi to, by się uspokoić, podobnie jak niektórzy ludzie zawsze poprawiają krzywo wiszące obrazy albo noszą jakiś szczególny element ubrania.
Wyprostowała się. Kiedy spróbowała odsunąć koc, drut spadł na ziemię. Mężczyzna poderwał się nagle, unosząc szablę. Kiedy zobaczył, że to tylko Raule, opuścił broń.
Weszła do środka, zatrzymując się kilka kroków przed mężczyzną, stojącym po kostki w mokrych od krwi trocinach.
– Kto oszukiwał? – zapytała, spoglądając na ciała.
– A jak ci się zdaje?
Dobiegający spod chusty głos był miły dla ucha. Pobrzmiewała w nim lekko chropawa nuta północnego akcentu.
– Widzę, że nadal masz pewną rękę, Gwynn.
– Trzeba ćwiczyć, żeby nie wyjść z wprawy – odparł obojętnie. Wytarł szablę o rękaw najbliższego trupa i schował ją do pochwy. Następnie zdjął kapelusz, domino i chustę, odsłaniając białą twarz o delikatnych, cudzoziemskich rysach. Malował się na niej wyraz wytwornego spokoju. Oczy miał zielone, koloru wody morskiej, a długie, czarne włosy związał w kucyk.
– Cieszę się, że cię widzę, Raule – rzekł. Wypatrzył na stoliku całą butelkę i szklankę, po czym nalał sobie porcję trunku. – Napijesz się?
– Może później.
Zaspokoiwszy pragnienie, przeszedł nad leżącymi ciałami i wyciągnął do niej rękę, uśmiechając się szeroko. Uśmiech przegnał z jego twarzy osobliwy spokój, zastępując go złowrogą dwuznacznością.
Raule zawahała się. Przychodziły jej do głowy imiona kilku ludzi, których wolałaby tu spotkać. Gwynn był jednak ongiś jej towarzyszem, a pod niektórymi względami również jednym z najlepszych przyjaciół. Niestety, zostało ich jej już zbyt wielu i nie mogła sobie pozwolić na wybrzydzanie. Uścisnęła jego dłoń.
– Myślałam, że dyndasz gdzieś na szubienicy.
Ich stary wróg, generał Anforth, dowódca Armii Bohaterów, nie lubił zostawiać za sobą żywych nieprzyjaciół, tak jak Gwynn.
– Ja? – zapytał, unosząc drwiąco brwi. – Przecież wiesz, że nigdy nie przepadałem za skocznymi tańcami.
Raule usłyszała w tych słowach raczej kpinę z samego siebie niż brawurę. Odkąd Gwynn okrył się sławą – albo przynajmniej niesławą – zawsze bawił go kontrast między wspaniałością mitycznych opowieści o życiu i śmierci sławnych ludzi a raczej żałosnymi realiami.
– Czy Anforth nadal cię ściga? – zapytała. – Nie potrafię uwierzyć, że mógłby zrezygnować.
– Z pewnością tego nie zrobi. Stary buldog poszukuje mnie z nieustającą zawziętością. Jestem teraz wart fortunę. Gdybym mógł kupić udziały w sobie samym, byłbym bogaty. Musiałaś ostatnio trzymać się na uboczu, jeśli nie widziałaś mojej gęby na listach gończych.
– Obawiam się, że rzadko teraz obracam się w eleganckim świecie.
Przez twarz Gwynna znowu przemknął nieprzyjemny uśmieszek.
– Słyszałem, że nikt już nie chodzi na rauty. Nawet ludzie z towarzystwa wolą się wieczorkiem wybrać na lincz. Jak rozumiem, bawisz się w lekarza w tej okolicy?
– Raz tu, raz tam. Pracy mi nie brakuje.
– Płatnej?
– Nie bardzo.
Szczerze mówiąc, Raule była bliska nędzy. Tylko nieliczni spośród tych, którym udzielała pomocy, mogli jej zaoferować w zamian coś więcej niż nocleg i skromny posiłek. A nawet jeśli zdołali wygrzebać trochę pieniędzy, nie zawsze potrafiła zdobyć się na to, by je przyjąć. Nie chcąc zatrzymywać się przy problemie własnego ubóstwa, zapytała Gwynna, czy słyszał coś o ich znajomych.
– Spotkałem Casvara na Płaskiej Górze – odpowiedział. – Gnił w jaskini, złamaną nogę żarła mu gangrena. Prosił mnie, żebym zachował się jak należy, i spełniłem jego życzenie. W Quanut widziałem nagrobek z imieniem Czerwonej Harni. A ty kogoś spotkałaś?
– Evoiry’ego, kilka miesięcy temu. Sprzedawał drewno na suku. Wyglądał nieźle.
Mężczyzna skinął głową, dotykając rękojeści szabli. Raule spojrzała na jatagan. Gwynn przywiózł go z północy. To była broń maghiańskiej roboty i jej prawdziwa nazwa brzmiała Skrzydło Czapli Przeszywa Powietrze Nad Górskim Jeziorem, ale on nadał jej nowe imię, w swym ojczystym języku anvallickim: Gol’achab, co znaczyło Nie Mój Pogrzeb.
Raule zorientowała się, że zniknęły zdobiące rękojeść klejnoty. Gwynn zauważył jej spojrzenie.
– Błyskotki zamieniłem jakiś czas temu na przydatniejsze rzeczy – przyznał. – Może i straciła na urodzie, ale nadal jest skuteczna. Od czasu do czasu oszczędzam dzięki niej trochę amunicji.
Raule zerknęła w stronę martwego barmana.
– To był taki właśnie przypadek?
– Nie. – Gwynn podszedł do jednego z zabitych i trącił go stopą. – Ten gość oburzył się z powodu czegoś, co tamten powiedział, i zareagował odrobinę przesadnie. – Popatrzył na zwłoki i pokręcił głową. – Biedny skurwysyn. Miał nerwy napięte jak struny fortepianu. Nigdy nie widziałem, żeby był zadowolony. Życie musiało być dla niego ciężkim brzemieniem.
– Wszyscy musieli mieć bardzo napięte nerwy, jeśli nagle zaczęli strzelać do siebie podczas gry w karty – zauważyła Raule.
– Chyba masz rację.
– To co zamierzasz teraz zrobić?
– Położyć się spać – odparł Gwynn, ruszając ku drzwiom. – A o zmierzchu stąd wyjechać.
Wyszedł na dwór i po chwili wrócił ze śpiworem. Zdjął rękawiczki, podwinął rękawy i zaczął przeszukiwać trupy oraz zbierać walające się w kałużach krwi pieniądze. Raule zostawiła go, wychodząc na dwór, gdzie powietrze było nieco świeższe. Przykucnęła pod palmą, spoglądając na ulicę. Staruszkowie nadal spali.
Wiem, jak się czują, pomyślała.
Po chwili Gwynn wyszedł zza budynku, strząsając wodę z dłoni. Rękawiczki miał zatknięte za pas.
Raule skrzyżowała ręce za głową i ziewnęła szeroko.
– Nie sądzę, żeby ktoś miał tu przyjść cię aresztować – zauważyła.
Gwynn wyjął z kieszeni kamizelki długiego, żółtoszarego papierosa oraz pudełko zapałek. Zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko.
– Szkoda, że musimy stąd odjechać…
– Nie jestem taka pewna. Z chęcią odwiedziłabym jakieś spokojniejsze miejsce.
– Znam ładny cmentarz.
Raule uśmiechnęła się półgębkiem. Grób z pewnością czekał ją już niebawem. Zapytała, w którą stronę wybiera się Gwynn. Odpowiedział, że na wschód. Oznajmiła mu, że ona jedzie na zachód i na południe.
– Tu nie znajdziesz pracy, prawda? – zapytał, wskazując papierosem na budynki po drugiej stronie ulicy.
Wzruszyła ramionami.
– Widziałam psa, któremu przydałaby się drewniana noga. – Spojrzała na drzwi. – Kim właściwie byli ci faceci?
– Wędrowałem z nimi od kilku dni. To nie było zbyt porządne towarzystwo.
Odwiązał cztery wielbłądy i zaprowadził je na zaplecze. Raule zdjęła siodło z garbu swego wierzchowca, a potem usiadła na ganku, prostując nogi. Znowu pojawił się trzynogi pies, przebiegając na drugą stronę ulicy. Pomachała ręką, odpędzając muchy. Przyszło jej do głowy, że powinni pogrzebać ciała, bo inaczej mogą wywołać zarazę.
Ale z drugiej strony wtedy miałaby zajęcie.
Czuła się ospała, i to nie tylko z powodu upału. Zastanawiała się, czy nie wstać i nie poszukać sobie jakiejś roboty. Przy tak wiekowych mieszkańcach byłoby dziwne, gdyby nikt tu nie szwankował na zdrowiu. Mogłaby też po prostu powędrować dalej. Gwynn zapewne spodziewał się, że tak właśnie postąpi. Jej ciało nie chciało się jednak ruszyć z miejsca i po chwili zasnęła. Śniło się jej, że wróciła do rodzinnego miasteczka, które było większe od Proof Rock, ale poza tym całkiem do niego podobne. We śnie wszystko wyglądało normalnie, poza ludźmi, którzy nie mieli głów. Spacerowali po suchych ulicach i trudzili się na zaniedbanych polach fasoli, a z kikutów ich szyj sterczały kręgi.
Obudził ją Gwynn. Pod wieczór furia upału nieco zelżała. Niebo już ciemniało. Wydawało się, że do gospody zleciały się wszystkie muchy na świecie. Gwynn znowu zasłonił twarz chustą i wdział gruby płaszcz. Przywiązał pozbawione jeźdźców wierzchowce za swoim i wyglądało na to, że jest gotów do wyruszenia w drogę. Zapytał Raule, czy zechciałaby pojechać z nim kawałek na wschód. Zainteresowała się, dlaczego ją o to prosi. W odpowiedzi wskazał biczem na osierocone wielbłądy.
– Zostałem zmuszony do prowadzenia życia wędrownego handlarza. Znam na suku w Yellow Clay człowieka, któremu mógłbym sprzedać te zwierzęta, a także sporo warty dobytek, jaki odziedziczyłem dziś po zmarłych kolegach, w tym również trzy tuziny sztuk broni palnej znakomitej jakości. Wolałbym jednak uniknąć spojrzeń tłumu. Jeśli zechcesz dokonać za mnie transakcji, połowa zysków będzie należała do ciebie.
– Nie.
– Nie?
– Oferta nie jest zła, ale obawiam się, że nie odpowiada mi źródło twojej szczodrości.
Gwynn wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę.
– Czyżbyś postanowiła wstąpić na ścieżkę męczeństwa w imię szczytnych ideałów, pani doktor?
– Mam nadzieję, że obejdzie się bez męczeństwa, ale faktycznie mogłam się zarazić paroma ideałami. – Ponownie wyprostowała nogi i zaplotła ręce na piersi. – Nawet jeśli ci ludzie nie byli warci wiele, to kogo zabili, żeby zdobyć to wszystko?
– Z pewnością innych, którzy byli warci jeszcze mniej. Jak wielu uczciwych ludzi ma w tych okolicach jakieś pieniądze?
– Ani jeden, ponieważ nieuczciwi ciągle ich rabują.
Gwynn wzruszył ramionami.
– Jak sobie życzysz.
Zmusił wielbłąda do klęknięcia i wdrapał się na jego grzbiet. Potem kazał zwierzęciu wstać i popędził je kopniakiem.
– Uważaj na siebie – rzucił przez ramię.
Kiedy odjechał, Raule spojrzała w drugą stronę. Miasteczko było opustoszałe. Palma zaszeleściła na pierwszym nocnym powiewie.
– Zostaliśmy tylko we dwoje – oznajmiła wielbłądowi i wstała, żeby się przygotować do drogi.
Kiedy zapinała popręgi i sprawdzała strzemiona, przyszło jej do głowy, że rozpaczliwie potrzebuje choć odrobiny pieniędzy. Skierowała się na zachód, mijając milczące domy z ich ciemnymi oknami i pustymi gankami. Cały czas walczyła z tym, co zwała widmem swego sumienia.
Ponieważ było widmem, nie miało zbyt wielu sił.
– Niech cię szlag – mruknęła, nie wiedząc, do kogo właściwie się zwraca. Zawróciła i po chwili dogoniła małą karawanę oraz jej dyplomatycznie milczącego właściciela.

***

Pogrążonym w mroku traktem toczył się szereg podskakujących, skrzypiących wozów zaprzężonych w muły. Było ich piętnaście, a towarzyszyła im garstka chudych jak szczapa krów oraz psów. Niektórzy z siedzących pod brezentowymi plandekami ludzi machali rękami do dwojga jeźdźców. Raule odwzajemniła pozdrowienie. Z chęcią zatrzymałaby się na chwilę, żeby z nimi porozmawiać, ale Gwynn z uporem czas wpatrywał się przed siebie. Z pewnością nie sprawiał wrażenia zainteresowanego pogawędkami z nieznajomymi. Przez większość czasu był jednak rozmownym towarzyszem. Opowiadał jej niezliczone historie o niedawnych przygodach i cierpieniach. Ściślej mówiąc, o swoich przygodach i cierpieniach innych. Te drugie niemal zawsze wynikały z tych pierwszych, a on relacjonował je tonem sympatycznego sępa. W życiu wędrownego lekarza również nie brakowało zabawnych, makabrycznych epizodów i Raule szybko zaczęła wymieniać z dawnym towarzyszem upiorne anegdoty. To była druga noc ich wspólnej podróży na wschód. Z uwagi na Gwynna na odpoczynek przeznaczali najupalniejszą porę dnia. Kiedy nie rozmawiali, Raule często unosiła wzrok, spoglądając na pokrywające niebo gwiazdozbiory. Mantykora wznosiła ogon ponad Koroną; Królowa Jeźdźców zawsze była gotowa rzucić lassem; Biegnący Chłopcy ścigali Skaczącą Dziewczynkę; Sęp nękał Siedmiu Gości wychodzących z Gospody; Żółw człapał z Pucharem na grzbiecie, starając się dotrzeć do Staruchy, która czekała nań po drugiej stronie nieba; Jaszczurka prowadziła dzieci do domu, podążając za sprytnym Nietoperzem. Raule zadawała sobie pytanie, czy za miliony lat gwiazdy przesuną się na pozycje, które pokażą, jak zakończyły się te wszystkie opowieści.
– Więc który z was obrabował barmana? – zapytała w pewnym momencie.
– Ten sam facet, który go zabił – odparł. – Ale ja zabrałem mu wszystko, kiedy załatwiłem jego. To może znaczyć, że są teraz czyste, zależy jak na to spojrzeć.
– Chciałam uciec od dawnego życia – poskarżyła się Raule.
Okres zaburzeń, w które zostali wciągnięci, dobiegł końca. Wojna była przegrana. Minęły trzy lata od chwili, gdy generał Anforth odniósł zwycięstwo, położył kres rewolucji i wysłał jej przywódców do dołów z wapnem. Armia Bohaterów, nadal pod dowództwem Anfortha, polowała na dawnych wrogów na całym obszarze Kraju Miedzi. Czasem można było usłyszeć balladę o czyjejś bohaterskiej śmierci w walce z przeważającymi siłami, w rzeczywistości jednak częściej zdarzała się zdrada dawnych sojuszników, po której następowały proces i egzekucja albo po prostu szybki lincz.
– Co więc czeka cię na końcu twej marszruty, pani doktor? Co jest dezyderatem, mirażem, który przyciąga twe spojrzenie?
– Zastanawiałam się, czy nie wyruszyć na Płaskowyż Teleute.
– To z pewnością niezły pomysł. Słyszałem, że to cywilizowane okolice.
– Odniosłam takie wrażenie.
Prawdę mówiąc, Raule nie miała żadnych konkretnych planów. Za jej głowę również wyznaczono nagrodę, podobnie jak za głowę Gwynna, ale suma była stosunkowo niska, a do tego Raule wywodziła się z tych stron i w związku z tym nie przyciągała tu niczyjej uwagi. Nikt nie zauważy jeszcze jednej drobnej, chudej, śniadej kobiety na targu czy w saloonie. Co więcej, mieszkańcy rozsianych po pustkowiach osad na ogół cieszyli się z odwiedzin lekarza i jeśli nawet któryś z nich skojarzył jej twarz z wizerunkiem Raule – rozbójniczki, złowrogiej szarlatanki i wspólniczki morderców – żaden nigdy jej nie zdradził. Wędrowała bez celu, ciesząc się, że dożyła kolejnego ranka, a dni, tygodnie i miesiące mijały jeden po drugim.
– A ty, mój rewolwerowcu odjeżdżający ku wschodzącemu słońcu, wybierasz się na prerie?
– Bynajmniej. Pociąga mnie prawdziwy Orient. Sarban, Ambashan, Icthiliki, gdzie dziewczęta są piękne…
– Ach, wschodni raj. Z ogrodami i cienistymi tarasami, na których będziesz się mógł wylegiwać przez cały dzień, piękne służki będą ci przynosiły więcej wina niż zdołasz wypić, i będziesz mógł stać się obrzydliwie bogaty, nawet nie ruszając palcem?
– To wszystko rozumie się samo przez się, prawda?
– W rzeczy samej.
Raule pogrążyła się w marzeniach o słodkim życiu w podobnym miejscu.

***

Późną nocą natknęli się na wymarłe miasto położone przy porzuconej kopalni. Nie zatrzymywali się. Wszystko, co warto by było sobie przywłaszczyć, z pewnością dawno już zniknęło.
Godzinę po świcie dotarli do Yellow Clay. Spoglądając przez lornetki, wypatrzyli w tłumie kłębiącym się na suku liczne błękitne mundury. Żołnierze zadawali pytania i sprawdzali dokumenty. Grupy związanych sznurem pechowców pilnowali wartownicy. Kolejni żołnierze rozbijali obóz na skraju miasta.
Gwynn zaklął pod nosem.
– Możemy kontynuować wędrówkę – stwierdziła Raule, wzruszając ramionami. – Znajdziemy inne miejsce.
– Wybierasz się ze mną?
– Skoro dotarłam już tak daleko, chcę dostać swoją działkę.
Pojechali dalej na wschód i wkrótce dotarli do drugiego końca muru. Trakt dzielił się w tym miejscu na dwa szlaki przecinające czerwonawobrązową równinę.
– Przybyłam stamtąd – oznajmiła Raule, wskazując prawe odgałęzienie. – Nie ma tam nic szczególnie ciekawego.
– W takim razie pojedziemy tam – zdecydował Gwynn, skręcając w lewo.
Po czterech godzinach jazdy w rosnącym upale dotarli do czerwonych, usianych szczelinami, skalistych wzgórz o szczytach porośniętych rzadkimi krzewami. Szlak wspinał się na pierwsze z nich stromymi serpentynami, a potem biegł suchym wąwozem pośród zarośli. Rosły wśród nich nieliczne drzewa, głównie akacje i wysmukłe czarnostrąkowce, a ziemię porastał karmnik oraz twarde, splątane sukulenty. Wielbłądy skręciły ku czarnostrąkowcom, by skubać ich liście. Niżej położone gałęzie były już całkowicie oczyszczone. Wkrótce ujrzeli winnych: stadko chuderlawych kóz. Dzwonki i piętna świadczyły, że zwierzęta są czyjąś własnością.
Po mili dotarli do skupiska chat. Na tablicy przybitej do pnia akacji wymalowano napis: PATIENCE.
W Patience, jeśli rzeczywiście tak się nazywała osada, nie było gospody, ale szyld na jednej z chat oznajmiał, że można tam znaleźć gościnę. Raule i Gwynn zatrzymali się i zsunęli z siodeł. Po długim pukaniu wreszcie pojawił się zaspany, gburowaty mężczyzna. Wskazał na klepisko, by im pokazać, że mają tu spać, i zażądał wygórowanej ceny. Raule stargowała ją do połowy. Nie mieli jednak żadnego miejsca dla wielbłądów. Mężczyzna stanowczo odmówił wpuszczenia ich do środka, oznajmiając, że inwentarz nie będzie zasrywał mu domu. Musieli zostawić je na dworze. Gospodarz przywołał ze środka chaty małą dziewczynkę. Dziecko miało na głowie brudny czepek. W przeszłości doznało straszliwych poparzeń. Jego twarz była czerwoną maską blizn. Zostało mu tylko jedno oko.
– Moja córka będzie miała wasze zwierzęta na oku – oznajmił mężczyzna, rechocząc złośliwie.
Raule zasugerowała, że powinni stać na straży. Jej towarzysz zgodził się z tą opinią i zaproponował, że będzie czuwał pierwszy. Kobieta wniosła posłanie do chaty i zapadła w typowy dla niej niespokojny sen. Gwynn obudził ją po południu i z kolei on wyciągnął się na klepisku, nakrywszy twarz kapeluszem. Gospodarz rozwalił się na starym siedzeniu z dyliżansu służącym jako kanapa i udawał, że również śpi, ale od czasu do czasu otwierał oczy i rozglądał się czujnie wokół. Czyżby się obawiał, że ukradną mu ziemię z klepiska albo pajęczyny z sufitu?
Dla zabicia czasu Raule zdjęła z półki talię i zaczęła stawiać pasjansa. Gdy poczuła się tak znudzona, że nie chciało się jej już więcej tasować kart, wyciągnęła z juku swój stary dziennik. W dawnych czasach prowadziła szczegółową medyczną dokumentację, ale wyrzuciła wszystkie zapiski, zostawiając tylko ten zeszyt, pochodzący z jednego z ostatnich, najcięższych miesięcy wojny. Znała go na pamięć i teraz tylko przerzucała kartki, przesuwając spojrzeniem po ciasno upakowanych linijkach pisma. Dziennik zawierał nie tylko cenne informacje medyczne, lecz również osobiste wspomnienia. W przypadku wielu mężczyzn i kobiet, których przypadłości opisała tu maleńkimi literkami, owe szczegóły dotyczące ich kości, mięśni, narządów wewnętrznych, temperatury, wydalin, wymiotów, ataków oraz zgonów były jedynymi zapiskami świadczącymi, że kiedykolwiek żyli. Imię Gwynna nie pojawiało się tu ani razu. Choć nieszczęście często przechodziło tuż obok niego, nigdy nie zadało mu poważnego ciosu. Jego dzieje były jedną wielką litanią szczęśliwych ocaleń.
W połowie dziennika przestała czytać i odłożyła zeszyt. Następnie wyjęła z tej samej torby drugą lekturę, którą posiadała – przewodnik po Płaskowyżu Teleute, który nabyła jako ciekawostkę przed około sześcioma miesiącami.
Mapa na drugiej stronie okładki przedstawiała rozległą Pustynię Solną, która ciągnęła się na południowy zachód od Kraju Miedzi, przecinając brzuch świata. Dalej na zachód leżał Płaskowyż Teleute, wąska, łukowata linia biegnąca skrajem pustyni. Raule dowiedziała się z książki, że urwisko ma z górą tysiąc jardów wysokości, a na szczycie płaskowyżu znajdują się liczne krainy, cały bogaty świat. Wstęp utrzymywał, że w dawnych czasach Płaskowyż Teleute był skrajem kontynentu, a Pustynia Solna stanowiła dno morza. Teraz jednak nie było na niej ani kropli wody. Raule wiedziała coś na ten temat. Władzę sprawowały tam koncerny handlowe. Ich ufortyfikowane osiedla górnicze funkcjonowały jak małe prowincje, a w wodę i wszystko, co potrzebne do życia, zaopatrywała je linia kolejowa. Książka zapewniała jednak, że na szczycie Płaskowyżu panuje diametralnie odmienny klimat. Tekst był pełen egzaltowanych opisów żyzności: szmaragdowozielone góry, nieprzebyte dżungle, potężne rybne rzeki oraz padający tygodniami deszcz. Raule nie potrafiła sobie wyobrazić tak wielkiej ilości wody. W przewodniku znajdowały się również barwne opisy z górą dwudziestu najważniejszych miast Płaskowyżu. Najwyraźniej były one stare, wielkie i miały bogatą historię. Nie była aż tak naiwna, by wierzyć, że w którymś z nich odnajdzie raj, ale i tak poczuła się lekko oszołomiona opisami architektury, ogrodów, pałaców, uniwersytetów, strojów oraz innych przejawów wysoko rozwiniętej cywilizacji.
Zerknęła na Gwynna, który był cichy i nieruchomy jak kamień. W jego ojczyźnie, Anvall, jedyną porą roku była zima o różnych stopniach intensywności. Była to kraina biała jak księżyc i zimniejsza niż tysiąc grobów. Tak przynajmniej opisał ją ongiś sam Gwynn. Latem jej granice topniały niczym kryształki lodu na szczycie zbiornika wodnego, kiedy wstanie słońce, i spadały w czarną otchłań morza, zimą zaś głębina zwracała je lądowi. Raule zastanawiała się, czy Gwynnowi śni się czasem woda? Albo miasta, o których niekiedy opowiadał, twierdze zbudowane w połowie ze skały, a w połowie z lodu? Czy słyszał nocami zew owego niezwykłego, zimnego dachu świata, czy też jego sny wypełniały wizje przyjemności, jakie znajdzie w kwietnych miastach Icthiliki?
Kiedy się obudził, zapytała go o to. Odpowiedział ze śmiechem, że rzadko pamięta sny.
Nasunęła się jej myśl, że fakt, iż do tej pory o tym nie wiedziała, wiele mówi o ich znajomości. Rozmowa o snach była luksusem, na jaki żadne z nich w przeszłości nie mogło sobie pozwolić.
Wojna rewolucyjna zwabiła do Kraju Miedzi licznych cudzoziemców. Najemników, niegodziwców i oszustów, wędrowców poszukujących swojej szansy oraz różnego rodzaju awanturniczą hołotę, która napływała do armii buntowników. Gwynn był jednym z kilkudziesięciu obcokrajowców służących w kompanii, w której Raule była chirurgiem. Rewolucjoniści początkowo cieszyli się masowym poparciem, ale wojna się przeciągała, nastał głód i zrobiło się niebezpiecznie. Ludzie przenieśli swą sympatię na Armię Bohaterów, w nadziei że przywróci ona pokój i status quo. Rewolucjoniści nagle stali się niepożądani, a po zaprzestaniu działań wojennych za ich głowy wyznaczono nagrody. Żeby przetrwać, wiele kompanii musiało się zająć bandytyzmem, w tym również ta, w której służyła Raule. Gwynn stał się wówczas ich hersztem. Przez dwa szalone lata żyli jako piraci traktów w stosunkowo gęsto zaludnionej północnej części Kraju Miedzi. Napadali na banki i pociągi, by pokryć koszty rozrzutnego trybu życia, a jednocześnie walczyli też z armią, gdy tylko się na nią natknęli. Wola ludu w końcu jednak zwyciężyła. Przy pomocy generała Anfortha miasteczka sformowały oddziały milicji i od tej pory nagrodą za zbrodnię częściej bywał ołów niż złoto. Dawni towarzysze masowo przeradzali się w donosicieli bądź łowców nagród. Dumni, szaleni, a także ci, którzy po prostu nie potrafili sobie wyobrazić innego życia, skończyli w płytkich grobach, Gwynn jednak okazał się rozsądniejszy. Rozwiązał bandę, stwarzając wszystkim szansę ucieczki. To wydarzyło się ponad rok temu. Raule zdołała zniknąć skuteczniej, niż zamierzała.
Marzenie o rewolucji było ongiś dla niej czymś ważnym. Po zakończeniu wojny często zadawała sobie pytanie, dlaczego jej na tym zależy, z czasem jednak przestała. Wszelkie myśli o polityce, wielkich sprawach i historii stały się dla niej jak piasek przesypywany przez bardzo odległy wiatr.
Ich gospodarz wyszedł jakiś czas temu na dwór, niosąc kilka sideł. Gwynn przeniósł się na siedzenie dyliżansu i zaczął czyścić broń. Miał jej sporo: kilka rewolwerów, parę strzelb oraz piękny sztucer „Speer”, który z reguły wisiał u siodła w futerale z cielęcej skóry. Gwynn nucił pod nosem, usuwając z broni nawet najdrobniejsze zanieczyszczenia. Po jakimś czasie dziewczynka przyniosła im dwie miski zupy. Postawiła je na klepisku i umknęła pośpiesznie z izby. Raule znalazła w swojej zupie kawałek mięsa i poczuła znajomy smak koziny. Uważała, że posiłek był całkiem niezły, ale Gwynn zjadł tylko łyżkę i odsunął miskę, zadowalając się papierosem oraz kilkoma łykami pociągniętymi z pozbawionej etykiety butelki. Raule skończyła zupę i sięgnęła po miskę Gwynna.
– Mogę? – zapytała.
– Proszę bardzo.
Jedząc posiłek, zastanawiała się nad swoją sytuacją. Była lekarzem, pochodziła z tych stron i Gwynn jej ufał. Z pewnością sądził więc, że jest dla niego użyteczna, i w związku z tym mogła liczyć na pewne korzyści. W przyjaźni zawsze kierował się pragmatyzmem. Raule odpowiadała ta sytuacja. Dzięki temu mogła bez ujmy na honorze zachować podobny dystans do niego.
Droga prowadziła ich coraz bliżej Rozpadliny Świętego Kaseema, potężnego wąwozu, który przeszywał Kraj Miedzi, biegnąc z północy na południe. Na moście z pewnością będą liczne straże. Nie ulegało wątpliwości, że mogła pomóc Gwynnowi w ominięciu ich, jeśli jednak podstęp zawiedzie i dojdzie do walki, jej szanse nie wyglądały najlepiej. Umiała strzelać co najwyżej przeciętnie, a szczęście Gwynna nigdy nie chroniło nikogo poza nim samym. Nie była mu nic winna. Jeśli znajdą przed mostem jakiś suk, weźmie pieniądze i ruszy swoją drogą. Jeśli jednak tak się nie stanie, to czy warto będzie podjąć ryzyko? Doszła do wniosku, że nie.
– Jeśli przed rozpadliną nie natrafimy na żadne targowisko, wracam na zachód – oznajmiła.
Gwynn chrząknął na znak, że ją usłyszał, zaglądając do lufy speera.
Opuścili Patience wieczorem, gdy cienie się wydłużyły i przybrały fioletową barwę. Kręty trakt wyszedł spomiędzy wzgórz na suchą równinę. W świetle księżyca w kwadrze widzieli małe wysepki karmnika, oddzielone od siebie kanałami piasku. Raule odnosiła wrażenie, że niewielki skrawek gruntu powtarza się raz po raz, jakby tę okolicę stworzył jakiś leniwy bóg, posługujący się stemplem. Dręczyło ją podejrzenie, że kręci się w kółko i prędzej się zestarzeje, nim zdoła stąd wydostać.
– Przynajmniej wygląda na to, że Armia Bohaterów nie interesuje się tymi stronami – zauważyła, gdy po trzech godzinach jazdy nie spostrzegli żadnych śladów ludzkiej obecności.
– A cóż mógłby tu porabiać bohater? – zapytał w odpowiedzi Gwynn.
Późną nocą dotarli do górniczej osady, która mogła się pochwalić kilkoma ulicami i nawet była zaznaczona na mapach. Kręciły się tam dziesiątki ludzi, głównie mężczyzn o wyglądzie prawdziwych twardzieli. Nad główną ulicą dominował budynek o zasłoniętych czerwonymi kotarami oknach. Na jego werandzie wypisano pochyłymi literami: KLUB DLA PANÓW. Sąsiadował z nim saloon, z którego dobiegały głośne dźwięki pianina oraz śpiew. Na końcu uliczki znajdowały się szubienica i cmentarz. Obok tych udogodnień ulokowano zbiornik oraz koryto z wodą. Napełnili manierki i napoili wielbłądy, a potem Raule oparła się o zbiornik, żeby obejrzeć mapy. Od Rozpadliny Świętego Kaseema dzieliły ich jeszcze trzy, może cztery dni drogi. Na mapie zaznaczono tylko dwa prowadzące przez nią mosty, a drugi znajdował się na Szlaku Ghańskim, dwieście mil na północ stąd, tuż obok Glory City, gdzie ulokowała się kwatera główna generała Anfortha.
Zapytała Gwynna, w jaki sposób zamierza się przedostać na drugą stronę.
– W jaki sposób? – powtórzył. – Nie wiesz, że wielbłądy umieją latać?
Znowu pociągnął łyk z nieoznaczonej butelki, zasłaniając ją chustą. Dla Raule trunek cuchnął jak płyn do czyszczenia blachy.
– To była pijana odpowiedź – stwierdziła kobieta. – Jak brzmi trzeźwa?
– Niewykluczone, że trzeźwa odpowiedź jeszcze nie istnieje – przyznał. – Ale spróbuję ją odnaleźć. Mam zamiar zbliżyć się do naszej małej otchłani w południe. Liczę na to, że nasi przyjaciele z garnizonu nie będą mieli wtedy ochoty opuszczać chłodnego bunkra. A nawet na to, że będą sobie smacznie spali.
– A co zamierzasz zrobić, jeśli będą czuwać?
– Strzelać celniej niż oni.
– Rozumiem. Jeżeli wyrośnie ci tyle rąk, że zdołasz wypalić ze wszystkich swoich pukawek jednocześnie, załatwisz cały garnizon. Wybacz mój sceptycyzm agnostyczki, ale sądzę, że zginiesz.
– Chcesz się założyć?
– Nie ma mowy. Jeśli wygram, będziesz martwy. I kto mi wtedy zapłaci?
– Mnóstwo ludzi, o ile tylko pokażesz im moją głowę. – Gwynn wrzucił pustą butelkę na cmentarz. – Nadal zamierzasz wrócić?
– Tak.
– W takim razie może lepiej będzie, jeśli zatrzymasz się tutaj.
– Przed nami powinna jeszcze być osada o nazwie Gravel – odparła Raule. – Pojadę z tobą do tego miejsca.
Dosiedli wielbłądów i ruszyli w dalszą drogę. Widoczna w bladym świetle księżyca kraina z każdą milą stawała się bardziej pustynna. Kępy karmnika były coraz rzadsze i od czasu do czasu widzieli brązowe wydmy.
O świcie jechali już przez prawdziwą pustynię. Nad spieczoną równiną górowały czarne skalne wyniosłości. Pod skałami gromadziły się sterty ostrego, brązowego piasku naniesione przez wiatr. Szlak tworzyły tu jedynie słabo widoczne koleiny oraz – jak wszędzie – kości i odpadki. Podążali tą trasą przez dwa dni, wypatrując Gravel.
Trzeciej nocy rozszalała się wichura, która aż do świtu przybierała na sile, niosąc gęste tumany piasku. Gwynn skrył twarz pod dominem, a Raule poszła za jego przykładem, używając chusty. Mimo że jechali ze spuszczonymi głowami, drobny piasek wdzierał się im do oczu i nozdrzy, wnikając jednocześnie we wszystkie fałdy ubrania. Wielbłądy stały się niespokojne i głośnym rykiem wyrażały niezadowolenie. Prawie już nie widzieli drogi.
– Gwynn! – zawołała Raule. – Może tak byśmy to przeczekali?
Jego odpowiedź porwał wiatr, zauważyła jednak, że uniósł bicz na znak zgody. Skryli się za skałą, skuleni obok wielbłądów. Wicher zawodził przeraźliwie, przesłaniając niebo chmurami piasku. Zwierzęta chwilowo nie miały nic do roboty, wykorzystały więc okazję, by okazać irytację, spluwając na wiatr. Ten z kolei roznosił ślinę na wszystkie strony, pokrywając wędrowców cuchnącymi kropelkami.
Burza trwała kilka godzin. Słońce przerodziło się w ifryta smagającego pustynię płomiennym biczem. Gwynn zasnął, ale Raule zdołała jedynie zapaść w niespokojną drzemkę.
Gdy wiatr wreszcie się uspokoił, słońce dawno minęło zenit. Raule uniosła głowę. Ją, Gwynna i wielbłądy pokrywała gruba warstwa brązowego piasku. Wyglądali, jakby ziemia wypluła ich z najgłębiej ukrytych jam. Grubsze ziarenka opadły już na ziemię, ale drobny pył nadal wisiał w powietrzu, przesłaniając niebo całunem barwy umbry. Potrząsnęła Gwynnem, żeby go obudzić, a potem oboje oczyścili ubrania i ekwipunek, na ile tylko było to możliwe. Gwynn starannie rozebrał i wyczyścił całą broń. Raule również wzięła narzędzia i olej, by doprowadzić do porządku obrzyn oraz stary karabin, używany niekiedy przez nią do polowania. Gdy wreszcie skończyli, Gwynn zaproponował, by przejechali jeszcze kawałek, a potem rozbili obóz. Raule nasunęła się myśl, że jeśli Gravel leży w pewnej odległości od szlaku, mogli podczas burzy minąć je niepostrzeżenie. Zasugerowała, żeby się rozejrzeli, i wskazała odległą o pół mili wysoką skałę, pod którą zebrała się wielka sterta piasku.
Usypisko pozwoliło im się wspiąć na wysokość około osiemdziesięciu stóp. Znaleźli się ponad warstwą najgęstszego pyłu i mogli sięgnąć wzrokiem daleko. Raule wyjęła lornetkę i omiotła spojrzeniem horyzont, nie zauważyła jednak nic poza wszechobecnym piaskiem i sterczącymi zeń gdzieniegdzie skałami.
Nic. A może jednak coś? W brązowej dali, tam skąd przyjechali, wypatrzyła szereg punkcików. W pierwszej chwili wzięła je za skalne wyniosłości, potem jednak zorientowała się, że tworzą niezwykle równy szereg. Mogły to być chaty bądź namioty.
Albo mniejsze, bliżej położone obiekty.
– Gwynn, pożycz mi na moment lornetkę - poprosiła.
Jego lornetka miała silniejsze soczewki.
– O co chodzi? – zapytał, spełniając jej prośbę.
Dzięki doskonalszemu instrumentowi Raule z łatwością zorientowała się, czym są punkty.
– Mamy kłopoty – wyjaśniła. To był szereg jeźdźców na wielbłądach. Co najmniej dwa tuziny ludzi posuwały się naprzód szybkim truchtem. Nie towarzyszyły im stada, co znaczyło, że nie są koczownikami. Przeliczyła szybko w głowie odległość i doszła do wniosku, że dzieli ich od nich niespełna dziesięć mil. – Wyglądają na Bohaterów – stwierdziła, zwracając lornetkę Gwynnowi.
Popatrzył na nich i skinął głową.
– Chyba masz rację. – Nie sprawiał wrażenia szczególnie zaskoczonego. Opuścił pośpiesznie lornetkę. – To był błysk słońca w soczewce. Obawiam się, że nas zauważyli. Rozpadlina jest już blisko. Lepiej nie zwlekajmy.
Popędził kopniakiem wielbłąda. Raule bezzwłocznie podążyła za jego przykładem.
– Wątpię, by przyjechali tu podziwiać krajobraz – odezwała się po chwili, jadąc obok niego. – Czy to możliwe, że chodzi im o ciebie?
– Miałem przed miesiącem trochę kłopotów – przyznał z zażenowaniem w głosie. – Myślałem, że już ich zgubiłem.
– Naprawdę?
– Trzeba było ci powiedzieć. Przepraszam.
– A czy przyszło ci może do głowy, że trudniej by cię było wytropić, gdybyś nie zostawiał wszędzie za sobą stosów trupów?
– Próbowałem, ale sytuacja zawsze wymyka się spod kontroli.
Zjechali na dół. Raule zsunęła się pośpiesznie z siodła i splunęła przez ramię.
– Nie wiem, ile Anforth oferuje za twoją głowę, ale to z pewnością za dużo! Czy wie, że jesteś już tylko pustą skorupą?
– Lepiej pozbądźmy się obciążenia – odezwał się Gwynn, jakby jej nie słyszał. Zaczął zrzucać juki na ziemię.
Raule wyobraziła sobie, jak mógłby wyglądać ze sztyletem sterczącym między łopatkami, gniew minął jednak z zaskakującą szybkością. Jego miejsce zajął fatalizm, jakby śmierć wzięła ją już na cel. Nie widziała szans ratunku. Gdyby porzuciła towarzysza i pojechała swoją drogą, żołnierze zapewne by się rozdzielili, a w takim przypadku nie pożyłaby długo. Nie miała zbyt wiele bagażu do wyrzucenia, zaczęła więc pomagać Gwynnowi. Gdy jednak chciała przeciąć sznury mocujące mocny skórzany plecak na grzbiecie jednego z zapasowych wielbłądów, mężczyzna ją powstrzymał.
– Nie ten – rzekł. – Jest zbyt cenny.
Wzruszyła ramionami i przeszła do następnego bagażu. Gdy wreszcie wdrapała się na siodło, zerknęła na stos porzuconych rzeczy. Była wśród nich cała broń zdobyta w Proof Rock. Ktoś się nieźle obłowi.
Rzucili się do ucieczki, wzbijając tumany kurzu. Zapasowe wielbłądy biegły z tyłu, przywiązane sznurem.
– Chcesz się dowiedzieć, na co zamieniłem ozdoby mojej biednej szabli? – odezwał się po kilku minutach Gwynn. – Trzymam to w tamtym plecaku.
Raule zerknęła nań pytająco.
– To dynamit.
– Znakomicie – rzekła, odczekawszy krótką chwilę. – A ile go masz?
– Wystarczy, żeby wysadzić bunkier z wartownikami. I most też.
– Tak właśnie wyglądał twój plan?
– Aha. Miałem zamiar ci powiedzieć.
Raule pomyślała o upale i o tym, że droga kosztuje ich mnóstwo wysiłku, zwłaszcza odkąd nie posuwają się już naprzód w spacerowym tempie. Przyszło jej też do głowy, że huk będzie bardzo głośny. Następnie zastanowiła się nad faktem, że jeśli zdołają przedostać się na drugą stronę i wysadzić most, straci drogę odwrotu.
– Mam wrażenie – zaczęła – że jesteś śmiesznym, aroganckim, kaprawookim, tępym jak muł, skurwysyńskim gównojadem i że zasługujesz na to, by świat o tobie zapomniał.
Gwynn nie próbował się z nią spierać.



Dodano: 2008-05-09 09:47:52
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wojnę makową"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"


 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King, Stephen - "Instytut"

Fragmenty

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

 Dick, K. Philip - "Możemy cię zbudować"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

 Archer, K.C. - "Instytut" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS