NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Golden, Christie - "Narodziny hordy"

Dashner, James - "Gra o życie"

Ukazały się

Larson, B.V. - "Rój"


 Maszczyszyn, Jan - "Hrabianka Asperia"

 Rochala, Paweł - "Ballada o czarownicy"

 Staveley, Brian - "Ostatnia więź"

 Komuda, Jacek - "Czarna szabla" (wyd. 3)

 Majka, Paweł - "Wojny Przestrzeni"

 Sanderson, Brandon - "Biały piasek"

 Sanderson, Brandon - "Legion"

Linki


Zagadka zająca-zabójcy

Opowiadanie "Zagadka zająca-zabójcy" Adriana Skowronia zajęło drugie miejsce w konkursie zorganizowanym przez Katedrę na humorystyczny utwór o tematyce wielkanocnej.



ZAGADKA ZAJĄCA-ZABÓJCY
albo ostatnie cholerne święta na tej planecie


Był piątek. Wielkanocny, swoją drogą. Siedziałem nad poranną gazetą z kubkiem kawy, czytając nagłówki. Gdzieś ktoś kogoś zabił za pół litra, jacyś naukowcy otwierają portale do innych światów, a w którejś restauracji wybuchła bomba. Słowem – nudy.
Zapaliłem papierosa, próbując nie zastanawiać się nad sensem egzystencji. Jedna krótka myśl na ten temat zwykle rozpieprzała mi dzień do samego końca.
I wtedy – stało się. Ktoś zapukał do drzwi. Zaciągnąłem się papierosem drugi raz i zgniotłem go w popielniczce. Wstałem, podszedłem do drzwi i poprawiłem włosy. Otworzyłem je z fachowym uśmiechem.
Na korytarzu stał korpulentny facet około pięćdziesiątki. Wyglądał na zdenerwowanego.
– Jest pan detektywem, prawda? – zapytał, rozglądając się wokół.
Kiwnąłem głową, obserwując jego błądzące po otoczeniu źrenice.
– Proszę. – Otworzyłem szerzej drzwi. – Zapraszam.
Mężczyzna wszedł szybko do środka, prawie mnie przewracając. Wskazałem mu kanapę, na której po chwili usiadł. Chyba zauważył moją zdziwioną minę, bo po chwili powiedział:
– Przepraszam… Miałem trochę stresujący dzień.
– W porządku. – Oparłem się o szafkę i skrzyżowałem ręce na piersi. – Z czym pan do mnie przychodzi?
– Szukam pewnego zwierzęcia.
Jęknąłem.
– Czy ja wyglądam na pieprzonego psiego detektywa? Może powinienem coś zmienić w swoim ubiorze? – ostentacyjnie przyjrzałem się swoim butom i rękawom.
– Dziesięć tysięcy będzie odpowiednią sumą?
Zatkało mnie.
– Ma pan jego zdjęcie? – zapytałem szybko.
Facet pogmerał w wewnętrznej kieszeni garnituru, na oko dość drogiego, i wyjął zrobioną polaroidem fotkę. Przedstawiała zająca siedzącego pośród wielkanocnych pisanek. Było w nim coś dziwnego…
– Mam szukać wielkanocnego zająca? Litości…
– Wiem, że to wygląda zabawnie, ale proszę mi wierzyć – sprawa jest poważna.
– W mieście mogą być setki, jeśli nie tysiące zajęcy. Jakim cudem mam znaleźć tego jednego?
– Słyszał pan o ostatnich morderstwach? Świadkowie twierdzili, że widzieli uciekającego z miejsca zbrodni zająca.
Rzeczywiście, przypominałem sobie artykuł na ten temat w jakimś gównianym tabloidzie sprzed dwóch dni, ale nie jestem jeszcze tak popieprzony, żeby dawać wiarę historiom tego typu.
– Pan chyba żartuje…
Pokręcił głową.
– Proszę być bardzo ostrożnym. Jeśli będzie trzeba, może pan go zastrzelić, ale musimy odzyskać ciało. Pięć tysięcy teraz – położył na stole plik banknotów – i pięć tysięcy po skończonej robocie.
– Za te pieniądze mógłby pan wynająć każdego detektywa w tym mieście. Mogę wiedzieć, dlaczego padło na mnie?
– Moim zleceniodawcom zależy na dyskrecji. Wiemy, że nie będzie stanowiło dla pana problemu zachowanie wszystkiego w tajemnicy. Chcemy uniknąć rozgłosu. Skontaktuję się z panem w ciągu dwóch dni.
Mężczyzna wyszedł w pośpiechu, zostawiając mnie i plik banknotów sam na sam.
Nie miałem się nawet czego chwycić. Sprawa była tak absurdalna, że w tej chwili tylko jedna osoba mogła mi pomóc. Najlepiej poinformowana postać w tym mieście. Niespecjalnie mi się to uśmiechało…

* * *

W końcu ją znalazłem. Stała pod jedną z wielu latarni w najgorszej dzielnicy. Nie wiem, po jaką cholerę, bo było jeszcze jasno. Widać to jakiś podświadomy mechanizm każe prostytutkom stawać w takich miejscach. Poznała mój samochód. Zaczęła zbliżać się doń pokracznymi ruchami, tupiąc butami na szpilkach o chodnik i wymachując błyszczącą złoto torebką.
– Kurwa… – westchnąłem i otworzyłem szybę.
– Cześć, misiaczku! Co tam u ciebie? Postanowiłeś odwiedzić swoją starą przyjaciółkę?
Nie nazwałbym jej w życiu przyjaciółką, ale faktem było, że zanim zaczęła się puszczać, spędziliśmy ze sobą mniej więcej rok. To właśnie dzięki tamtym chwilom uniesienia teraz, gdy ktoś przystawia mi pistolet do głowy, wyłamuje palce, albo przypala papierosem, uśmiecham się durnowato. Jeśli kiedyś pójdę do Piekła, Lucyfer odczuje po raz pierwszy w życiu prawdziwe zażenowanie.
Nachyliła się przy oknie, po czym wtłoczyła łeb do środka. Zapach jej perfum był nieludzki. Śmierdziało, jakby wytarzała się w rozbitym jabolu, a potem wysmarowała się oliwką dla niemowląt. Oczywiście, to tylko luźna hipoteza, bo z obu tych specyfików miałem kontakt tylko z pierwszym. Mimo to zdołałem się uśmiechnąć krzywo.
– Dobry wieczór, Natalio! Jak tam praca? – zagaiłem.
– Och, to słodkie, że pytasz. Ostatnio jest całkiem nieźle.
„Nieźle” znaczyło zapewne tyle, że jej kolana dawno nie miały ze sobą kontaktu.
– A wiesz?– kontynuowała. – Ostatnio pojawił się jakiś świr.
– Świr?
– Tak. Biegał za dziewczynami z siekierą. Mówił, że jest wikingiem.
Nastała chwila krępującej ciszy. Najwyraźniej liczyła na mój komentarz do tej debilnej informacji.
– Ryzyko zawodowe, jak mniemam – podsumowałem. – Słuchaj, mam do ciebie sprawę…
– Dla ciebie wszystko. – Cmoknęła ustami.
– Nie obiło ci się może o uszy coś o zającu?
– Zającu? Jasne, kochanie! Przecież idą święta, nie?
– Szukam pewnego szczególnego zajączka. Ponoć zabił już trzy osoby. Nie wierzę, że niczego nie słyszałaś.
Zadrżała. Wyraźnie coś wiedziała.
– Nie bądź głuptasem! Zające nie zabijają ludzi!
Spojrzałem na nią. W moich oczach mogła wyczytać wszystko, co o niej wiem, a co zaprowadziłoby ją do pierdla w krótkim czasie. Od narkotyków po udział w handlu żywym towarem. Punkt za punktem.
Jęknęła i zwiesiła głowę.
– Dobra. Coś słyszałam. Ale zrozum – nie możemy zdradzać sekretów naszych klientów. Jesteśmy profesjonalistkami.
Przejechałem dłonią po nieogolonym policzku, żeby nie parsknąć. Co ma niby oznaczać profesjonalizm w pracy dziwki? Że była dość sprytna, żeby do tej pory nie zarazić się jakimś wenerycznym gównem? Że za punkt honoru stawia sobie zadowolenie nawet najbardziej obleśnego kolesia? Powiadają, że prostytutką bywa się z zawodu, a dziwką z charakteru. Dobrze znałem Natalię i wiedziałem, że nie brakowało jej ani zawodowej pasji, ani odpowiedniej osobowości, więc może w tym tkwił ten domniemany profesjonalizm?
– Ja też jestem profesjonalistą – stwierdziłem. – I zaopiekuję się twoim sekretem nie gorzej od ciebie. Obiecuję.
Podrapała się po głowie, rozejrzała wokół, po czym w końcu podjęła opowieść:
– Kilka dni temu miałam pewnego zdołowanego klienta. Facet był właściwie całkowicie rozbity. Jęczał, że dzisiaj rozpieprzył całe swoje życie i takie tam… Zwykle nie mam ochoty na zabawę z tego typu kolesiami, ale akurat był słaby dzień, więc…
– Do rzeczy – ponagliłem ją, zapalając papierosa.
– W porządku. Zaczął opowiadać mi, że właśnie stracił pracę w laboratorium. Wyrzucili go, bo nie dopilnował jakiegoś zająca, który uciekł z klatki. Zaśmiałam się, bo przecież w takich laboratoriach mają setki zajęcy i świnek, i czego tylko jeszcze. Ale on powiedział, że to nie był zwykły zając. Że coś im się tam w końcu udało, a on wszystko popsuł. A potem było już zwyczajnie… łóżko i te rzeczy…
– Mówił coś jeszcze?
– Mam opuścić pojękiwania?
– Gdybyś była tak miła…
– To powiedział jeszcze parę razy, że mnie kocha. Ci naukowcy… – zachichotała paskudnie.
Zapatrzyłem się w ulicę przede mną. Naukowiec? Facet, który zlecił mi tę robotę nie wspominał o czymś takim. Trop albo ślepy zaułek. Ale akurat teraz nie mogłem wybrzydzać.
– Gdzie go znajdę? – mruknąłem.
– Proszę cię… Nie mogę.
Wykorzystałem swoje czarujące spojrzenie po raz kolejny. To wystarczyło.
– Aleja Sosnowa 18.
– Dziękuję – rzekłem prawie do siebie.
Rozmowa dobiegła końca. Wiedziałem, że prostytutce Natalii została jeszcze jedna kwestia do wypowiedzenia. Jak zwykle. Czekałem na nią, jak na wyrok.
– Może ty i ja… Moglibyśmy kiedyś… Znowu… Mogłabym rzucić tę robotę i…
– Może. W innym życiu. Ale nie teraz – odrzekłem tak romantycznie, jak tylko umiałem.
Uśmiechnęła się smutno.
– Będę czekała, misiaczku. – Zabrzmiało to niemal jak groźba. Usunęła swoje popiersie znad fotela pasażera i wróciła do pracy.
Odjechałem, modląc się, żeby reinkarnacja była tylko bujdą.

* * *

Szukałem tego miejsca przez dobrych kilka godzin. Aleja Sosnowa. Tak durne nazwy miewają tylko ulice na totalnych zadupiach. A sosny nie zauważyłem ani jednej. Mijałem po kolei domy na absolutnym skraju miasta. Wszystkie takie same – jakby odlane z jednej formy. Sosnowa 14, 16… Zacząłem powoli zwalniać. Sosnowa 18.
Nie dało się pomylić tego domu z innymi – jako jedyny był otoczony taśmą policyjną. Poza tym w pobliżu stały dwa radiowozy i wóz koronera. Wysiadłem i rozejrzałem się. Zauważył mnie jeden z policjantów. Pozdrowiłem go i podszedłem. Znałem go z widzenia, on pewnie też mnie kojarzył. To wiele ułatwiało.
– Co się tu stało? – zapytałem bez zbędnych wstępów.
– Morderstwo. Ktoś strzelił facetowi w głowę z bliskiej odległości.
– Mogę się rozejrzeć?
Zacisnął usta i pokręcił głową.
– Nic z tego. Znasz przepisy.
Nie znałem, ale zgadywałem, że pewnie było w nich coś w stylu „jeśli spotkasz jakiegoś prywatnego detektywa, utrudnij skurwielowi śledztwo”.
– Mogę chociaż… – skinąłem znacząco na znajdujące się w wozie koronera zwłoki.
Zajrzał za róg domu. Słychać było, że kręci się tam parę osób.
– Tylko szybko.
Wskoczyłem do środka. Rozejrzałem się i powoli otworzyłem czarny foliowy worek. Widok nie był miły. Ale trudno jest wyglądać miło z dziurą wielkości grejpfruta w głowie. Facet ubrany był w biały kitel, co nadawało plamom krwi wyrazistości. Przy kieszeni na piersi miał identyfikator. Najostrożniej jak potrafiłem, zwyczajnie zapierniczyłem go nieboszczykowi, po czym zapiąłem na powrót worek. Podziękowałem gliniarzowi i wróciłem do swojego samochodu.
Przyjrzałem się identyfikatorowi. Nowocześnie wystylizowanymi literami była tam napisana nazwa firmy, w której pracował naukowiec. Raincoat Inc. Znałem ją – kto by nie znał? Była to korporacja zajmująca się produkcją niemal wszystkiego – od kaszek dla niemowląt po karabiny snajperskie. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego wszystkie korporacje tak bardzo lubią mieć nic nie mówiące nazwy… Jeden z oddziałów Raincoat Inc. znajdował się w pobliżu centrum miasta. Wielki, oszklony budynek, w którym zdarzyło mi się być raz, czy dwa. Nic ciekawego.
Było już późno. Nie nosiłem zegarka, ale widziałem, że około dwudziestej trzeciej. Zwykle o tej porze jadałem kolację, a właśnie poczułem burczenie w żołądku. Wróciłem do domu, postanawiając zostawić odwiedziny w oddziale firmy na jutro.

* * *

Następnego dnia obudziło mnie wycie syren policyjnych. Cholera, znowu zasnąłem w ubraniu… Zakląłem, podniosłem się z łóżka i wyjrzałem na ulicę.
Dziwne…
Przetarłem oczy i otworzyłem okno.
W pierwszej chwili myślałem, że postanowiono przystroić całe miasto na Wielkanoc. Po chodnikach walały się wysokie na pół metra pisanki, niektóre były przyklejone do budynków jakimś dziwnym śluzem.
Dopiero potem zwróciłem uwagę na ogólne pandemonium. Wszędzie było pełno policji, ludzie na ulicach biegali i wrzeszczeli. Słychać było pojedyncze wystrzały, a nawet serie z karabinów. Widziałem, jak policjanci wzięli w półokrąg jedną z pisanek. Celowali w nią wszystkim, co mieli. Zaczęła pękać.
Dowódca grupy podniósł rękę na znak gotowości. Wtedy z wnętrza jaja zaczęło coś wychodzić. Kiedy opuściło swoje dotychczasowe lokum, zawyło piskliwie. Wyglądało na największego obsmarkanego zająca, jakiego w życiu widziałem. Abstrahując od tego, że nigdy nie widziałem żadnego z posklejaną jakimś odrażającym glutem sierścią.
Poczułem, że chce mi się rzygać…
Policjanci otworzyli ogień, ale bydlę zdążyło wyskoczyć z pisanki i wgryźć się w krtań jednego z nich. Po krótkiej kanonadzie zarówno bestia, jak i jej ofiara, leżały w kałuży krwi. Dowódca machnął ręką i cała grupa ruszyła w dół ulicy.
– Co jest, kurwa? – rzuciłem w pustkę.
Odwróciłem się chwiejnym krokiem od okna i opadłem na fotel. Gapiłem się w ścianę przede mną. Obmacałem kieszenie w poszukiwaniu papierosów i zapalniczki. Znalazłem. Zapaliłem. Ręce mi się trzęsły. Wiedziałem, że muszę się skupić, poukładać jakoś to wszystko. Zając, naukowiec, zabójstwa i… i to, co się dzieje na zewnątrz.
Sprawdziłem kieszenie ponownie. Tak, jak się spodziewałem, znalazłem identyfikator naukowca. Raincoat… Ubrałem płaszcz, chwyciłem leżący na stoliku pistolet i wybiegłem z mieszkania.
Po kilkunastu sekundach wróciłem po dodatkowe magazynki.

Ledwie wsadziłem kluczyki do drzwi samochodu, a jeden z zajęczych pomiotów wskoczył mi na dach. Spojrzał na mnie i zaczął syczeć. Cofnąłem się. Z jego obrzydliwego pyska kapała jakaś niezidentyfikowana substancja.
Był zdecydowanie za blisko, żeby strzał między oczy był czymś utrudniony. Pocisk trafił dokładnie między oczy. Zając nie zdążył nawet wydać dźwięku. Zrzuciłem oblepione flegmą ścierwo z dachu i z piskiem opon ruszyłem w stronę centrum.
Całe miasto wyglądało, jakby trwała wojna domowa. Płonące budynki, wrzeszczący ludzie, odgłosy wystrzałów i zające… Biegające po ulicach, wdrapujące się potężnymi szponami na budynki, obślizgłe zające… Po drodze udało mi się nawet solidnie potrącić jednego z nich. Im bliżej byłem siedziby Raincoat, tym więcej ich spotykałem.
W końcu zatrzymałem się przed potężną budowlą, do której zmierzałem. Nikogo nie spotkałem, gdy wbiegłem do środka. Dziwne… zwykle roiło się tu od ochroniarzy. Kluczyłem korytarzami, aż w końcu dotarłem do działu badań fizycznych. Tutaj już stał strażnik. Zauważył mnie i rozłożył ręce, krzycząc:
– Chwileczkę! Nie może pan tam wejść! To pomieszczenie jest dostępne tylko dla…
Wycelowałem w jego głowę. Zwykle nie grożę ludziom bronią, ale miałem za sobą ciężkie przejścia.
– Spokojnie, spokojnie… To nie będzie konieczne – usłyszałem zza pleców. Znałem ten głos. Należał do człowieka, który zlecił mi tę całą pieprzoną robotę. Stanął po chwili obok strażnika i uśmiechnął się. – Pańskie usługi naprawdę są warte swojej ceny, skoro zaszedł pan tak daleko.
Nie odpowiedziałem. Popatrzyłem na niego, mrużąc oczy.
– To nie ma sensu – mówił dalej i odsunął moją broń od twarzy przestraszonego faceta o karku większym niż obwód mojej klatki piersiowej. – Może pan nas wytłuc co do jednego, ale niczego nie da się w ten sposób zmienić. Rzekłszy kolokwialnie, daliśmy dupy.
Pokręciłem bezradnie głową.
– Bez pieprzenia… O co w tym wszystkim chodzi?
– Nasz… eksperyment wymknął się nieco spod kontroli. Ktoś przeprowadził ostatniej nocy akcję sabotażową.
– Nic z tego nie rozumiem – wycedziłem.
– Zrozumie pan.
Znowu ten dobrotliwy uśmiech. Skinął głową na jeden z czterech korytarzy. Uniosłem sceptycznie brew, schowałem broń i poszedłem we wskazaną stronę.
– Co on tam znajdzie, doktorze? – zapytał strażnik.
– Swoje przeznaczenie… – odrzekł enigmatycznie łysy naukowiec.
Strażnik zamyślił się.
– Gdzieś już słyszałem taki dialog…

Prosty korytarz prowadził do drzwi z symbolem ostrzegającym przed promieniowaniem – trójskrzydłowym czarnym wiatraczkiem w żółtym trójkącie. Szedłem powoli, wiedząc, że oto zbliżam się do rozwiązania zagadki. Pociągnąłem ostrożnie za klamkę.
Za drzwiami znajdowało się coś w rodzaju tarasu widokowego. Wszędzie było pełno monitorów i przycisków. Pode mną rozciągała się monumentalnych rozmiarów hala, z wielką dziurą po jakiejś eksplozji, przez którą widziałem ulicę i kilka płonących samochodów. Zapewne efekt wspomnianego sabotażu.
Podszedłem na skraj tarasu i spojrzałem w dół pomieszczenia.
Chryste… To, co zobaczyłem…
Cała hala była pełna wydających piskliwe dźwięki wielkich zajęcy, skaczących pomiędzy kolorowymi jajami. Na samym środku, w obracającym się pierścieniu o średnicy jakichś ośmiu metrów falował – jak na wodzie – obraz innego świata. Widziałem nieskończone zielone pola, pełne gigantycznych pisanek. Po błękitnym niebie ciągnęły białe chmurki… Widok jak ze świątecznej kartki. Z tym, że na świątecznych kartkach nie widać monstrualnego obślizgłego zająca z przyklejoną do dupska organiczną, rurowatą konstrukcją, którą składa kolorowe jaja.
W tej chwili wszystko zrozumiałem. Przypomniałem sobie artykuł w gazecie. Naukowcy i ich portale do innego świata… Jeszcze nigdy nie byłem tak bezsilny… Klęknąłem i zakrzyknąłem:
– Szaleńcy! Naprawdę to zrobiliście! Bądźcie przeklęci! Niech Bóg przeklnie was wszystkich!
– Już wiem, gdzie to słyszałem… – dotarło do mnie ciche westchnięcie z głębi korytarza.



Autor: Skowroń, Adrian
Dodano: 2008-03-23 12:34:24
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Księcia głupców"


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Delaney, Joseph - "Rytuał"


 Golden, Christie - "Assassin's Creed"

 Atwood, Margaret - "Rok Potopu"

 Gaiman, Neil - "Mitologia nordycka"

 Brennan, Marie - "Historia naturalna smoków"

 Aczel, Amir D. - "W poszukiwaniu zera"

 Łukawski, Jacek - "Grom i szkwał"

 Tregillis, Ian - "Mechaniczny"

Fragmenty

 Miller, Karen - "Skażona magia"

 Mitchell, David - "Slade House"

 Sanderson, Brandon - "Idealny stan"

 Sanderson, Brandon - "Legion"

 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka"

 Liu, Cixin - "Problem trzech ciał"

 Clare, Cassandra i inni - "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS