NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Tidhar, Lavie - "Stacja centralna"

Maberry, Jonathan - "Pacjent Zero"

Ukazały się

Komuda, Jacek - "Galeony wojny" (2017)


 Kornew, Paweł - "Śliski"

 Campbell, Jack - "Przestrzeń zewnętrzna: Strażnik"

 Ziemiański, Andrzej - "Toy Wars" (2017)

 Chima, Cinda Williams - "Zaklinacz ognia"

 Dayton, Arwen Elys - "Podrózniczka"

 Sutherland, Tui T. - "Mroczny sekret"

 Żwikiewicz, Wiktor - "Delirium w Tharsys"

Linki


Niewdzięczność niektórych parafian

Opowiadanie "Niewdzięczność niektórych parafian" Jerzego Rosia zajęło trzecie miejsce w konkursie zorganizowanym przez Katedrę na humorystyczny utwór o tematyce wielkanocnej.



Stoi idealnie na środku pokoju. Pan Bóg. W rękach trzyma dwie spakowane walizki i spogląda na mnie z politowaniem. Nie wiem, o co mu chodzi. To prawda, nie wyglądam najlepiej. Aha, zaczął się Wielki Tydzień, wczoraj była Niedziela Palmowa i nie udało mi się trafić do kościoła. Ale to chyba lepiej, bo od piątku po południu siedziałem w „Kalafiorze”. Wpadłem tylko na jedno piwo, jak zwykle, ale okazało się, że przyjechał z Anglii dawny znajomy. Wyjechali tam rok temu z żoną, do pracy. Juras teraz wrócił na święta, przywiózł trochę pieniędzy, a żona została w Londynie z jakimś Pakistańczykiem. Dlatego Juras siedział w barze i oglądał wszystkie „kuriery”, „fakty” i „wiadomości”, najbardziej interesował go Irak i Afganistan, zamachy na meczety i place targowe. Po każdej informacji o nowej bombie i siedmiu czy dwudziestu zabitych stawiał kolejkę dla wszystkich. I tak nam minęło trzy dni, z krótkimi przerwami na sen i chyba o to Bóg ma do mnie pretensje, nawet coś do mnie mówi:
- Oj, Boguś, Boguś! Ty pijaku! Z ciebie już nic nie będzie i dlatego ja cię opuszczam.
I wyszedł. Nawet drzwiami nie trzasnął. Ciekawe, co miał w tych walizkach?
Komórkę trzeba naładować, siódma dwadzieścia, mam piętnaście minut, żeby zdążyć jakoś na ósmą do pracy - o rany! czterdzieści jeden nieodebranych rozmów! ktoś całą sobotę i niedzielę wydzwaniał do mnie z nieznanego numeru. Trzeba będzie oddzwonić, tylko wytrzeźwieję, bo teraz to nawet z Bogiem nie byłem w stanie zamienić słowa. Poczta głosowa? „Niech będzie pochwalony..., ksiądz Radocki, mam prośbę do pana o jak najszybszy kontakt ze mną, mam przekazać panu bardzo ważny list, dziękuję!”. Ksiądz proboszcz do mnie dzwonił, osobiście? To rzeczywiście musi być poważna sprawa.
Chyba do pracy pojadę taksówką, stać mnie. Myślałem, że w portfelu będzie pusto, a tu proszę, gotówka prawie nienaruszona, trzy dni picia za darmo. Dziadkowi Józkowi by się spodobało, on całe życie miał „inkluza”. To taki pieniądz, który swojemu właścicielowi sprowadza inne pieniądze. Inkluz wydany, nawet przypadkiem, zawsze wraca do swojego właściciela. Dziadek pokazywał mi swojego inkluza, ale ostrożnie. Nie wolno było o tym mówić, bo inkluz mógł utracić swoją moc zaklętą w przedstawieniu anioła na jednej ze stron monety. Przechowywał go pieczołowicie, przed śmiercią przekazał mi go i pamiętam, że wielkie było moje zdumienie, kiedy na pierwszym roku studiów odkryłem, że jest to najzwyklejszy srebrny denar rzymskiego cesarza Trajana, z przedstawieniem skrzydlatej bogini zwycięstwa Victorii. Moneta bardzo popularna i nie mająca w sobie nic nadprzyrodzonego. Później ją gdzieś zgubiłem.


* * *


Koło południa wyszedłem na krótko z pracy i wybrałem się na plebanię. Ksiądz proboszcz wyglądał na bardzo uradowanego moją wizytą.
- O, Bogu dzięki, że pan przyszedł, już się martwiłem. Dostałem w piątek list z kurii, z prośbą o dostarczenie panu osobistego zaproszenia od księdza kardynała. Oto ono.
Podał mi zaklejoną kopertę z wykaligrafowanym moim imieniem i nazwiskiem, i odciśniętą owalną, ozdobną pieczęcią. W środku był list - zaproszenie na jutro do siedziby arcybiskupa, odręczny podpis kardynała, a pieczęć odbita w oryginalnym, czerwonym wosku. Proboszcz pobladł.
- Panie Bogdanie, ja mam jeszcze jedną prośbę, korzystając z pańskiej obecności, bo wcześniej nie miałem jakoś okazji. Chciałbym przeprosić pana za tamten incydent sprzed dwóch lat...
- To co nazywa ksiądz incydentem, to był wał dwunastowiecznego grodziska, który kazał ksiądz rozwalić spychaczem i zbudować parking!
- Wiem, źle zrobiłem, ale pan też niepotrzebnie mnie do tej prokuratury podał. Co się stało to się nie odstanie, wybaczmy sobie, bo święta się zbliżają. Ja do pana, oczywiście, urazy nie żywię - taką ma pan pracę. Przecież ja to nie dla siebie, tylko dla parafian, poszerzyłem parking przy kościele. Zresztą nie mam prawa mieć panu za złe, bo prokurator tę sprawę umorzył.
- Pamiętam, pismo o umorzeniu odczytał ksiądz w czasie ogłoszeń parafialnych, przy okazji wymienił mnie ksiądz proboszcz z nazwiska, nazywając wysłannikiem szatana na powiat orkiszewski...
Zbladł jeszcze bardziej. A niech się pomartwi troszkę o to, co powiem kardynałowi w czasie tak nagłej audiencji. Skąd ma wiedzieć, jakie interesy łączą mnie z jego eminencją? Zresztą ja sam też nie wiem. Pojadę tam jutro, to zobaczymy.


* * *


Na podwórzu kurii moje największe zainteresowanie wzbudziły zaparkowane samochody: audi A6, Lexus ES300, BMW 630i - no to moje dwadzieścia złotych poszło się... Nie będę się wyrażał w świętym miejscu, w każdym razie ktoś, kto jeździ takimi limuzynami na pewno nie wpadnie na pomysł, żeby mi zwrócić za bilet kolejowy. Pokazałem list od kardynała na recepcji. Kleryk natychmiast pognał po jakiegoś starszego księdza, a ten zaprowadził mnie do pokojów metropolity. Nie wiem czy kardynała też się całuje w pierścień na przywitanie? Dam sobie z tym spokój, w końcu tradycja rodzinna zobowiązuje. Mojego pradziadka nazywali we wsi „bolszewik”, chociaż służył w armii carskiej, a jak zaczęła się rewolucja to nie u bolszewików, a u Denikina. Nawet pod koniec, jak już wszystko się białym rozsypywało, to porucznikiem go mianowali. Gdy wrócił do rodzinnej wsi, to przestał księdza proboszcza całować w rękę, bo jako oficerowi mu nie wypadało. I proboszcz nazwał go z ambony „bolszewikiem”.
A mój kardynał całkiem miły, nawet się nie nadstawia do całowania. Od razu stwierdził, że to nie on ma do mnie sprawę, tylko jego goście z zagranicy, już czekają. I zaczął mnie przepraszać, że tak nagle mnie wezwał, ale to podobno sprawa nie cierpiąca zwłoki. Co oni tak wszyscy z tym przepraszaniem? Jeszcze brakuje tylko, żeby Pan Bóg wrócił z walizkami i przepraszał mnie, że niepotrzebnie się uniósł.
Czekają na mnie we trójkę. Zakonnik-staruszek chyba ma z dziewięćdziesiąt lat, w brązowym habicie, sprawia wrażenie niewidomego. Drugi to szczupły, wysoki, siwy ksiądz. A przy laptopie siedzi nieduża, pulchna brunetka tylko, niestety, też w habicie, szarym dla odmiany. Trochę kurtuazyjnej wymiany zdań z siwym, po angielsku i po niemiecku, chyba chce się zorientować, jak u mnie z językami, bo kręci zrezygnowany głową. Siostra przejmuje tłumaczenie na polski. Mówi bardzo dobrze, chociaż słychać u niej obcy akcent.
- Najpierw sprawa zasadnicza, musi pan złożyć przysięgę, że to, o czym sie pan tutaj dowie, pozostanie tajemnicą.
- Ja, przysięgę? Ale o co chodzi?
Staruszek podnosi się z fotela, podchodzi do mnie i drżącą, zimną rękę kładzie mi na ramieniu, później na głowie, kręci głową, mówi coś po włosku do siwego, ten do siostry. Ona tłumaczy:
- Brat Anselmo mówi, że nie musi składać pan przysięgi.
Braciszek niby niewidomy, ale rozszyfrował mnie od razu. Zorientował się, co może być warta moja przysięga. Siwy protestuje, ale widocznie to staruszek tutaj rządzi, bo szybko milknie. Anselmo coś mruczy pod nosem, chyba po łacinie, potem znów wyciąga rękę i kładzie mi ją na głowie, przesuwa na czoło, jakby mnie głaskał. Za chwilę się wkurzę, niech sobie idzie do kleryków w seminarium ze swoimi pieszczotami. Siwy długo coś klaruje siostrze, a ona wydaje się być nieco przerażona. Patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami, wreszcie zaczyna tłumaczyć.
- Brat Anselmo rzucił na pana klątwę, gdyby zdradził pan komukolwiek szczegóły naszej rozmowy spotka pana kara.
- Jaką klątwę? O czym siostra mówi?
- To prawie nigdy nie stosowana procedura, w razie gdyby doszło do złamania umowy o milczeniu, w klątwie zawarte jest przekleństwo, które pana dotknie...
- Jakie przekleństwo?
- W dosłownym tłumaczeniu z łaciny to brzmi: „żebyś się w trumnie zesrał”, po prostu zapadnie pan w rodzaj letargu i zostanie pan pochowany żywcem, ale ocknie się pan w grobie, w trumnie i będzie tam jeszcze żył na tyle długo, żeby... no, rozumie pan.
Jeszcze przez chwilę myślałem, że to taki wielkanocny prima aprilis. Siwy jednak patrzył na mnie ze złośliwą satysfakcją, starzec uśmiechał się zadumany, a siostra była autentycznie przerażona. Oni naprawdę to zrobili. Załatwili mnie. Teraz wreszcie zrozumiałem, co to znaczy, że Bóg mnie opuścił.
- Co mam zrobić?
- Po kolei. Najpierw przedstawimy się panu do końca. Jesteśmy członkami komisji kościelnej, która podróżuje po świecie i przeprowadza weryfikację relikwii, związanych z okresem wielkanocnym - wszystkich kawałków Krzyża Świętego, cierni z korony, chust św. Weroniki, gwoździ i tak dalej. Najsłynniejszą taką relikwią, o jakiej zapewne pan słyszał, jest Całun Turyński.
- Słyszałem, oczywiście, ale co ja mam z tym wspólnego?
- W naszej pracy jesteśmy zmuszeni do korzystania z usług specjalistów, a pan jest archeologiem, to duże zadanie, bo samych gwoździ, którymi Chrystus był przybity do krzyża, nie wiadomo ile jest dokładnie przechowywanych w różnych kościołach, oblicza się w przybliżeniu, że około trzech ton, to samo z odłamkami Krzyża Świętego.
- To nie moja specjalizacja, studia skończyłem na samych trójkach...
- Ale pan się już zetknął z tym tematem, właśnie w ten sposób dotarliśmy do pana.
- To jakaś pomyłka, nigdy nie zajmowałem się takimi rzeczami, pracuję w małym muzeum na prowincji, u nas w kościele nie ma żadnych relikwii.
Siostra bez słowa odwróciła do mnie ekran laptopa. Widniał na nim zeskanowany, zresztą jeden z bardzo nielicznych napisanych przeze mnie, artykuł naukowy – sprawozdanie z nadzoru nad układaniem linii gazowniczej w Orkiszewie kilka lat temu. Nic ciekawego tam nie było, poza jednym wykopem, właśnie jego opis widniał na skanie. Na ulicy Cmentarnej, wśród innych szkieletów, odsłoniła się jama przypominająca w zarysie typowy grób, prawie dwa metry długości, ponad pół metra szerokości, półtora metra głębokości, ale nie było w nim zwłok, tylko w miejscu, gdzie powinna znajdować się głowa było kilka płaskich kamieni ułożonych w ten sposób, że tworzyły rodzaj skrzyneczki przykrytej od góry płytą kamienną. W środku tej konstrukcji znalazłem dwie monety, miedziane szelągi Jana Kazimierza, co wskazywało na pochodzenie tego grobu-nie grobu z drugiej połowy XVII wieku. W przypisie umieściłem informację, że według tradycji ludowej utrzymującej się jeszcze długo w tym rejonie, na oczy zmarłego kładziono dwie monety, żeby zapobiec „pociągnięciu za sobą” kogoś, kto nieopatrznie mógłby spojrzeć mu w oczy.
- A teraz wróćmy do sprawy Całunu Turyńskiego, to jest fragment opisu Całunu.
Na ekranie laptopa pojawił się tekst: „Badanie Całunu przyniosło jeszcze jedno sensacyjne odkrycie - ujawniło obecność monet w oczodołach zmarłego. Przy dokładniejszym badaniu okazały się one leptonami, które wyszły z mennicy namiestnika rzymskiego Poncjusza Piłata. Na powiększeniu monety umieszczonej w prawym oku widać litery „UCAI” oraz znak lituus, który miał kształt pastorału. Taki motyw nosiła tylko jedna znana moneta, a mianowicie lepton lituus bity przez Poncjusza Piłata w 29 roku. Odbicie monety na lewym oku jest mniej wyraźne, ale jej zarysy pokrywają się z bitą przez Piłata „groszówką”, zwaną przez numizmatyków dileptonem Julia, gdyż upamiętniała matkę cesarza Tyberiusza. Moneta ta wychodziła tylko przez sześć miesięcy, w 29 roku n.e. Co więcej, leptony lituus i Julia nie noszą na sobie oblicza cesarza, uważanego w starożytności za boga. Wspiera to wniosek, że złożyli je na oczach Jezusa Żydzi lub chrześcijanie żydowskiego pochodzenia, gdyż z ich punktu widzenia tylko monety bez wizerunku cesarza nadawały się do tego celu”. Musiałem mieć bardzo głupi wyraz twarzy, bo siostra z własnej inicjatywy zadała pytanie.
- Nie widzi pan związku? Przecież pan też znalazł pusty grób, co prawda bez całunu, ale z monetami...
- I myślicie, że u nas w Orkiszewie ktoś trzysta lat temu zmarł, pochowali go z monetami na oczach, potem zmartwychwstał, wyszedł z grobu i nikt na to nie zwrócił uwagi?
- Tak nie twierdzimy - to byłoby bluźnierstwo - ale prosimy pana o pomoc w wyjaśnieniu tej sprawy. Chcemy, aby zapoznał się pan ze starymi kronikami kościelnymi w Orkiszewie. Miejscowy proboszcz zostanie zobowiązany do bardzo daleko idącej współpracy z panem, poza tym muszę panu powiedzieć coś jeszcze - nasza komisja nie tylko bada prawdziwe czy fałszywe relikwie, ale także poszukuje tych przedmiotów. Jedną monetę, tę z prawego oka, już mamy, znajduje się w Watykanie, a są pewne poszlaki, że ta z lewego oka może znajdować się w Polsce. Jak każda relikwia związana z Męką Pańską ma ona pewne cudowne właściwości, które szczególnie mogą się manifestować w okresie Świąt Wielkanocnych. Może to panu ułatwić jej odnalezienie.
- Jakiego rodzaju mogą być te właściwości?
- Ponieważ monety te leżały na oczach Jezusa mogą mieć związek na przykład z cudownym wyleczeniem schorzeń okulistycznych.
Mówiąc to siwy zerknął na brata Anselmo. Ładne mi cudowne właściwości, mają jedną monetę, a staruszek jest ślepy na oba oczy. Mój i tak nikły zapał do rozwiązywania tej sprawy, rozwiał się zupełnie. Nie mam zamiaru skończyć spacerując po Orkiszewie z białą laską w dłoni.

* * *

Z monetą sprawa była prostsza niż myślałem. Kronika parafii w Orkiszewie zawierała mnóstwo przypadków cudownych ozdrowień po skorzystaniu z wody ze źródełka bijącego na placu kościelnym. Przez dwa dni odczytywałem takie zapisy: „Uczciwy Mathias Milka, długo chorując na oczy, że nie mógł widzieć, dowiedziawszy się o pociesznym źródle, gdy miejsce święte nawiedził, zdrowo do domu się powrócił”. Albo „Ewa Frankowa zeznała, iż przez rok bardzo ciężko chorowała na oczy, uczyniła votum dać koraliki z bursztynami, jakoż doznała łaski i te dziś oddała koraliki i mszę świętą najęła dziękując”. Spędziłem nad kroniką dwa dni. W Wielki Piątek rano podszedłem do ocembrowanego źródła i zanurzając ręce w lodowatej wodzie, zacząłem grzebać w piasku na dnie. Po piętnastu minutach miałem już pięć monet: półgrosz Zygmunta III Wazy, szeląg Stanisława Augusta, dwie carskie kopiejki i dilepton Poncjusza Piłata z przedstawieniem kłosa. Kto i kiedy go wrzucił do źródełka nie wiadomo. Czy jeśli go oddam komisji brata Anselmo woda straci swe cudowne właściwości? Chyba już je straciła, bo ostatni zapis w kronice dotyczący źródełka brzmiał: „Jędrzey Jędrzejowski, iż jadąc na koniu, koń się zląkł i tegoż pomienionego Jędrzejowskiego zrzucił na kamienie a sam uciekł, aż trzeciego dnia go znaleziono z wszystkiem nawet y flasza szklana z pewnym likworem nie stłukła się. Ten cud nie komu inszemu, tylko cudownej wodzie przyznając...”. Jak widać ludność miejscowa zaczęła cudownej wody używać do sporządzania również „pewnych likworów”, których smaku mogę się jedynie domyślać, ale łatwo było po ich spożyciu spaść z konia, lecz również ich działaniu przypisać cudowne ocalenie. Moje poszukiwania z daleka podejrzliwie obserwował ksiądz Radocki. Oczywiście nie powiedziałem mu ani słowa o ich celu.
- No i co, znalazł pan to, czego szukał?
- Tak, właściwie tak, już skończyłem.
- To dobrze, ja też muszę przed świętami pogonić robotników, skończyć to pewnie nie skończą, ale niech choć trochę uprzątną na budowie.
- A cóż to ksiądz proboszcz buduje?
- A taki nieduży remont, trochę muszę bramkę za plebanią poszerzyć, sprzedałem tego mojego starego volkswagena, kupiłem mercedesa eskę i nie mieści mi się we wjazd na podwórze.
Serce mi żywiej zabiło, nie, nie z zazdrości o merca, tylko z obawy o bramę. Za plebanią ksiądz proboszcz ma piękną, późnobarokową furtę o kamiennym portalu. Raczej miał, bo gdy doszedłem na miejsce robotnicy kończyli betonować fundament pod słupy nowej, szerokiej, metalowej bramy, otwieranej na fotokomórkę. Fragmenty portalu leżały pod murem. Niepostrzeżenie wcisnąłem monetę w zastygający beton fundamentu. Jeżeli to faktycznie działa na oczy, to ksiądz Radocki prędzej czy później zarysuje sobie karoserię mercedesa. A jeśli nie, to zgłoszę się do brata Anselmo, już on przypilnuje, żeby bezcenną relikwię wydobyć i przy okazji każe rozwalić tę szkaradną bramę.
Pan Bóg nie powrócił. Spakował się z mojego życia bardzo dokładnie, nawet śladu nie zostawił. Nawet jak z grobów wychodzą, to coś zostaje: całun albo te monety na Cmentarnej. A u mnie nic.



Autor: Roś, Jerzy
Dodano: 2008-03-23 11:27:31
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj powieść z World of Warcraft


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e03)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e02)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e01)

Recenzje

Bourne, J.L. - "Armagedon dzień po dniu"


 Szrejter, Artur - "Legenda wikingów. Opowieść o Ragnarze Lodbroku, jego żonach i synach"

 Lem, Stanisław - "Dzienniki gwiazdowe II"

 Cherezińska, Elżbieta - "Płomienna Korona"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

 Bennett, Robert Jackson - "Miasto schodów"

 Denfeld, Rene - "Zaczarowani"

 Gaiman, Neil - "Koralina"

Fragmenty

 Butcher, Jim - "Zdrajca"

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

 Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

 Wilderäng, Lars - "Rozgwieżdżone niebo"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Tapinas, Andrius - "Wilcza godzina"

 Fletcher, Michael R. - "Bez odkupienia"

 Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS