NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

Sanderson, Brandon - "Droga królów" (twarda okładka)

Ukazały się

McDonald, Ian - "Luna: Wschód"


 Gwynne, John - "Gniew"

 Stephenson, Neal - "Śnieżyca"

 Domagalski, Dariusz - "Więzy krwi"

 Piekara, Jacek - "Ja, inkwizytor. Przeklęte kobiety" (miękka)

 Piekara, Jacek - "Ja, inkwizytor. Przeklęte kobiety" (twarda)

 Lem, Stanisław - "Wysoki Zamek"

 Carter, Rachel E. - "Ostatnia walka"

Linki

Goonan, Kathleen Ann - "Muzyka światła"
Wydawnictwo: Solaris
Tłumaczenie: Małgorzata Koczańska
Data wydania: Październik 2007
Oprawa: miękka
Liczba stron: 500



Goonan, Kathleen Ann - "Muzyka światła"

8 lipca 2115

Radiokowboj i Nowa Granica

Atak piratów na Miasto Półksiężyca był szybki i brutalny. I zdarzył się akurat wtedy, gdy Peabody odwiedzał słonia.
Peabody żył w nocy, a przesypiał większość tropikalnych dni – słonecznych i upalnych. Niewielka wieża, w której mieszkał samotnie, wznosiła się nad pływającym miastem, nastroszona antenami. Wnętrze wypełnione było urządzeniami radiowymi: nadajnikami, odbiornikami, tunerami i wzmacniaczami, całym tym ustrojstwem, które zbudował lub wyhodował, a także starszymi maszynami, zabranymi z kontynentu; wszystko zabezpieczone bakteriami zjadającymi rdzę, by w wilgotnym morskim klimacie przedłużyć ich funkcjonowanie o lata.
Peabody przebywał w Mieście Półksiężyca dość długo. Samotnik, niezbyt przyjazny, ale znający doskonale funkcjonowanie miasta, zyskał sobie przezwisko, jakim większość się do niego zwracała – Inżynier.
To mu odpowiadało.
Tego dnia, gdy po przebudzeniu jak zwykle jadł pałeczkami porcję brązowego ryżu i pił jaśminową herbatę, usłyszał narastający sygnał alarmu. Nadeszła burza, jadeitowe fale porysowały pioruny. Jeden uderzył bardzo blisko i pociemniał na tle nieba. Do wieży wtargnął zimny podmuch. Błyskawica strzeliła w morze, zabrzmiał basowy grzmot. Deszcz rozpadał się srebrzystymi kolumnami, spływającymi po obrzeżach miasta. Okno ze stalowej siatki, które Peabody zawsze pozostawiał otwarte, automatycznie zacisnęło oka, gdy uderzyły w nie pierwsze krople deszczu – założył to zabezpieczenie ze względu na elektroniczne urządzenia wewnątrz, które nie mogły moknąć.
Linia białych boi, pięćset stóp poniżej, wyglądała z góry jak zastygła piana fali rozbijającej się o trawiasty brzeg. Palmy kokosowe pochyliły się pod naporem wiatru. Przez aquafarmę pełną ryb i mięczaków, w lagunie otoczonej pasmami ziemi, przebiegły wstrząsy. Peabody przyglądał się, jak mały statek zwija biały żagiel.
Miasto Półksiężyca unosiło się na Morzu Karaibskim, rozrastając się na łukach sztucznego lądu, rozciągając jak namiot wzdłuż lin zbiegających się na wierzchołku, który Inżynier widział przez okno.
Po drugiej stronie wieży nad miastem rozpinał się ogromny klosz, tak daleko, że wzrok nie sięgał krawędzi. Kopuła była domem około miliona ludzi i ponad półmilionowej populacji zmodyfikowanych zwierząt. Teraz widok błyskawicznie rozmył się w potopie burzowej ulewy.
Peabody wiedział, że w sercu sztucznej wyspy kryje się impuls, potencjał zdolny przemienić ją w osiedle kosmiczne – od początku sztuczny ląd projektowano z tą myślą. Miasto Półksiężyca powstało jako środowisko przyjazne dla nauki, gdzie ludzkość osiągnąć miała szczyty rozwoju, gdzie wynaleziona zostanie technologia, która pchnie ludzi w przestrzeń kosmiczną i pozwoli tam egzystować. Wizja ludzkości w kosmosie przyświecała założycielce miasta. Brakowało jednak kilku istotnych powodów, by marzenie dojrzało i stało się rzeczywistością – przede wszystkim brakowało celu, a teraz również żywotnego powodu do opuszczenia Ziemi. Miasto rozwijało się przez około siedemdziesiąt pięć lat, a Peabody mieszkał w nim przez ostatnie czterdzieści jako anonimowy Inżynier.
Urodził się niemal dokładnie u schyłku epoki łączności radiowej. Ówczesne osiągnięcia w fizyce, genetyce, biologii i chemii zaowocowały cudami nauki, obiecującymi przemianę ludzkości w nowy gatunek – gatunek, który zdobędzie gwiazdy. Stale obecne radio, telewizja, telefony i Internet były dla ludzi niczym nowe zmysły i tworzyły nowy styl myślenia, rozprzestrzeniający się na całym świecie.
Kiedy Peabody się urodził, ten styl myślenia właśnie zaczynał walić się w gruzy. Zniknął zupełnie w okresie, gdy Inżynier wszedł w wiek dojrzewania. Komunikacja radiowa stała się wtedy sporadyczna i zawodna.
Wówczas właśnie rozpoczęto tworzenie Miasta Półksiężyca, częściowo po to, by ocalić wiedzę, ale również po to, by rozwijać naukę i prowadzić badania. Jednak to nie miasto, do którego przybywali uciekinierzy z cofniętego w rozwoju cywilizacyjnym świata, dało początek przemianom. Sprawił to tajemniczy Sygnał z kosmosu, który napływał na Ziemię od prawie stu lat, tworząc radiową próżnię, nazywaną przez mieszkańców sztucznej wyspy El Silencio.
Mimo to życie bujnie kwitło w rozległych tropikalnych ogrodach, na osłoniętych plażach i w zatokach – wszędzie wdrożono osiągnięcia nanotechnologii, by zapewnić mieszkańcom Miasta Półksiężyca zdrowie i warunki do rozwoju wiedzy. Nie istniała tu prywatna własność, nie było więc powodów do kradzieży. Każdy obywatel mógł, wedle życzenia, wyhodować sobie ubrania dowolnego kroju, meble w wymarzonym stylu czy jakiekolwiek przedmioty codziennego użytku. Jeżeli się znudziły, można je było oddać innym lub zwrócić do banku materii. Co prawda prywatne terytorium mieszkańca miasta było małe, ale życie w sporej części toczyło się na terenach publicznych.
Gdy populacja rosła, miasto rosło wraz z nią – dzięki elektrostatycznym sieciom, katalizującym minerały z wody morskiej, powstawały nowe budynki i pawilony.
Tworzenie sztucznego lądu było procesem powolnym. Podczas kilku minionych dziesięcioleci z tego powodu konieczne stało się wprowadzenie listy oczekujących, którzy chcieli zamieszkać w pływającym mieście. Kilka ugrupowań próbowało stworzyć sztuczne wyspy w innych miejscach, ale Miasto Półksiężyca powstało podczas pierwszej fazy El Silencio, kiedy dostępna była jeszcze cała spuścizna wiedzy, technologii i zasobów dawnej cywilizacji. Teraz takie przedsięwzięcie byłoby znacznie trudniejsze. Peabody nie wiedział, czy budowa innych miast na wodzie zakończyła się sukcesem, chociaż żywił żarliwą nadzieję, że tak się stało.
Jego wieżę, która nawet po zachodzie, gdy słońce nikło za horyzontem, iskrzyła życiem, odwiedzały czasem dzieci chcące ujrzeć cuda radiotechniki. Peabody wyłapywał krótkie transmisje i przez dekady zbierał informacje. Stacje na całym świecie nadal nadawały, ale El Silencio zakłócało fale radiowe. Od czasu do czasu impuls energii rozchodził się w przestrzeni, tworząc niepowtarzalny według dotychczasowych badań wzór.
Peabody wychodził niemal każdej nocy, spacerował od czwartej do piątej nad ranem, czasem dłużej, jeśli miał ochotę, ale ostatnio zauważył, że szuka okazji do pogawędki lub możliwości wspólnego słuchania albo grania do świtu syntetycznej, wielokulturowej muzyki, jakiej kolebką było Miasto Półksiężyca.
Nie mógłby powiedzieć, że miasto upada.
Ludzie jednak zawodzili – umierała idea miasta. Niekiedy sądził, że jest jedyną osobą, która zastanawia się, dlaczego radio przestało działać prawidłowo.
Umysł Peabody’ego przechowywał mapę gwiazd, uformowaną podczas bolesnych etapów rozwoju, gdy corpus calossum, spoidło wielkie w jego mózgu, rozrastało się bardziej niż u większości ludzi. Owa niezwykła mapa pojawiła się w umysłach wielu dzieci poczętych tego samego dnia, co Inżynier. Przez większość życia próbował zapomnieć o jej istnieniu. Proces jej przyswajania, równie niewykrywalny i niepożądany jak nowotwór, nie należał do przyjemnych.
Peabody’ego i jemu podobnych ścigano i poddawano badaniom na polecenie rządu, który łączył ich pojawienie się z Ciszą. Nieustanna konieczność ukrywania się przed poszukiwaniami zatruła dzieciństwo Inżyniera.
W rzeczy samej, istniało powiązanie. Ataki podczas dojrzewania, objawiające się silnymi i trudnymi do wytrzymania bólami głowy, miały ten sam wzorzec i częstotliwość co impulsy. Zdumiewające, że teraz tak wiele dzieci w mieście, gdy osiągnęło pełnoletność, wybierało tę właśnie modyfikację mózgu, jakby stanowiła jakiś rytuał przejścia do dorosłości.
Wszystkie te informacje wraz z mapą gwiezdną wchodziły w skład Współdziałania, podobnie jak inne dane nawigacyjne odkryte przez NASA. Te ostatnie Peabody ukradł z Centrum Lotów Kosmicznych w Houston, w czasach, gdy był jeszcze młody.
Każda osoba w Mieście Półksiężyca miała dostęp do Współdziałania, informacyjnej warstwy miasta, w której zgromadzono i przechowywano wszystkie dane fizyczne oraz matematyczne – trudno uwierzyć, w jak szerokim zakresie. Dostęp do Współdziałania można było uzyskać z wielu różnych interfejsów.
Słońce na chwilę wychynęło zza burzowych chmur, na błękitnych falach zatańczyły pomarańczowe języki światła. Okna uchyliły się i chłodna bryza przepłynęła przez niewielką przestrzeń mieszkalną, gdzie znajdowała się kanapa, krzesło, wnęka z materacem i kuchnia, oddzielona od reszty pomieszczenia barkiem z piwem.
Peabody zaparzył więcej herbaty, przyglądając się kajakarzom, którzy przyszli na wieczorne pływanie.
Był, co tu kryć, przygnębiony. Wydawało się, że żadna z tych wspaniale poskładanych informacji tworzących Współdziałanie nie zostanie nigdy użyta inaczej niż w celu zwiększenia osobistego komfortu mieszkańców wyspy. Nanotechnologia stała się sposobem na zadowolenie ludzi, którzy przestali marzyć. Tak uważał. I bardzo się bał, że ma rację.
Dawniej ludzie przypływali do miasta, uciekając przed Plagą Noworleańską – niedbała wymowa utrwaliła ściągnięcie w nazwie. Społeczność naukowców stawała się coraz liczniejsza i rozwijała się szybko.
Lecz młodzi badacze nie zajmowali miejsc po starszych. Jakiś czynnik sprawił, że dzieci bardziej niż naukami ścisłymi zaczęły się interesować dziedzinami biologii – prowadzeniem farm morskich, uprawą owoców i warzyw w zamkniętej przestrzeni, jaką stała się sztuczna wyspa. Skierowały myśli do wewnątrz zamiast zajmować się odszyfrowaniem zagadek materii i metodami jej kształtowania wedle ludzkiej woli. Może dlatego, że świat się zmienił i tak bardzo zmalał.
Może nie wystarczało wolnej przestrzeni dla filozofów nauki, takich, dla których światło i jego tajemnice stałyby się najważniejszym życiowym wyzwaniem. W mieście nie dokonała się od lat żadna rewolucja naukowa, choć co rusz pojawiały się wieści o przełomach, jakie miały miejsce na stałym lądzie. Ostatnio nieco ekscytacji wzbudziło zakończenie projektu akceleratora cząstek i rozpoczęcie fazy doświadczeń. Urządzenie otoczyło miasto niczym pierścień olbrzyma, unoszący się sto stóp nad poziomem morza. Chociaż sztuczna wyspa przetrwała kilka huraganów piątego stopnia, burze początkowo uniemożliwiały uruchomienie akceleratora. Ta konstrukcja, w całości wdrożona dzięki Współdziałaniu, musiała zostać zmodernizowana. Peabody niecierpliwie czekał na rezultaty napraw – doświadczenia z akceleratorem mogłyby ukazać nowe perspektywy w badaniach nad zrozumieniem tajemnic światła.
Inżynier postrzegał wszystko jako kadencje światła. Dłoń trzymająca filiżankę z herbatą była zestalonym światłem, niezwiązanym z określonym miejscem w przestrzeni. Pustkę tej małej wyspy, Ziemi, wypełniały wibrujące atomy, formujące się w skupiska, tak samo jak w całym wszechświecie, choć może miejscami wiązki atomów stawały się gęściejsze. Jedynym, co czyniło to miejsce wyjątkowym, była świadomość człowieka, jego własny blask.
Dla Peabody’ego to właśnie stanowiło największą zagadkę.
To oraz pragnienie zrozumienia, co się stało z falami radiowymi.
Wiedział, że byli inni, którzy, jak on, próbowali wspólnie ustalić protokoły i stworzyć nową sieć łączności. Ale każde połączenie urywało się nazbyt szybko i nie można było na nim polegać.
Wielu, również Peabody, wierzyło, że niszczycielska moc El Silencio jest rezultatem świadomych i zamierzonych manipulacji ziemską atmosferą, dokonanych przez nieznaną, odległą siłę. Zdawało się to tym bardziej prawdopodobne, że sekwencja impulsów, Sygnał, od samego początku sprawiała wrażenie uporządkowanej.
Przypuszczalnie u źródła Sygnału leżała wiedza o naturze światła przewyższająca to, co odkryli ludzie. Peabody poświęcił życie niwelowaniu tej różnicy, szczególnie w dziedzinie matematyki. Jego najlepszy przyjaciel, radioastronom Zeb Aberly, podzielał jego pasję i zainteresowanie zagadką Sygnału. Ale Zeb opuścił Miasto Półksiężyca wiele lat temu.
Poświęcenie życia jednej pasji nabrałoby sensu tylko wtedy, gdyby nawiązano kontakt z nadawcami Sygnału. Być może odpowiedź – rozwiązanie – dla Inżyniera i jemu podobnych została przygotowana, lecz nie wysłana, a może wysłano ją, lecz nie dotarła do celu.
Kiedy Peabody spoglądał na Miasto Półksiężyca, nie potrafił odgonić mrocznego przeświadczenia, że te bajeczne światła, pojawiające się wśród tropikalnej nocy, nagle znikną, jakby nigdy nie płonęły.
Możliwe, że jego życie, pełne bólu i strat, było tylko wynikiem pytania uformowanego ze światła i że gdzieś w oddali oczekiwano odpowiedzi – odpowiedzi, jaką Inżynier starał się sformułować, poświęcając się badaniom, nauce i rozwiązywaniu zagadek.
A może była to tylko wielka improwizacja – gdzieś tam daleko, w międzygwiezdnej otchłani, solista opuścił scenę i melodia uległa zmianie, a Ziemia na zawsze została okaleczona.
Albo ludzki mózg, ewoluujący pod wpływem warunków ziemskiego środowiska, okazał się jednak niezdolny do zrozumienia wszechświata, choćby nie wiadomo jak desperacko się starał. Niemożliwe było przecież, aby jeden umysł objął całą wiedzę, jaką rozwinęła ludzkość przez wieki nauki. Peabody miał jednak nadzieję, że Współdziałanie, nieludzka przecież forma gromadząca informacje i pozbawiona ludzkich ograniczeń, użyje tych danych do wyznaczania nowych horyzontów i ścieżek rozwoju i znalezienia odpowiedzi na najbardziej dręczące pytanie obecnej epoki: jaka jest przyczyna Ciszy i jak można to powstrzymać?
Albo wykorzystać.
Tak czy inaczej, miasto było świadkiem dyskusji na ten temat, lecz rozważania nie przynosiły rezultatów, służyły raczej utrzymaniu status quo, jakby ludzie byli tylko dobroczynnymi bakteriami towarzyszącymi w egzystencji organizmowi sztucznej wyspy.
Coś trzymało Peabody’ego w mieście, choć nie umiał powiedzieć, co to takiego, może poza tym, że miasto pragnęło jego obecności. Taka myśl była niezwykła, szczególnie że był realistą i praktykiem. Nie wydawało mu się jednak wcale dziwne, że system tak wielki jak Miasto Półksiężyca mógłby mieć własną wolę. Być może system był nawet na tyle mądry, żeby obawiać się własnego przeznaczenia – rozwinięcia się do lotu w kosmos. A może nawet przygotowywał się do opuszczenia ludzi, pozostawienia ich, tak jak młode kocięta są porzucane przez matkę, gdy przestają karmić się jej mlekiem?
A jeżeli system miasta miał świadomość, to był również na tyle inteligentny, by samodzielnie zrealizować wszelkie plany.
Czarny kot na kanapie przeciągnął się i ziewnął. Peabody odgarnął od niego zbłąkany obraz, sekwencję metaferomonów, która objawiła się jako kilka splątanych linii i kolorowych plam i teraz podążyła za ruchem dłoni mężczyzny.
Był to jeden z wielu defektów Peabody’ego. Dla większości wyspiarzy pracę i życiowe wyzwanie stanowiły próby komunikowania się ze zwierzętami za pomocą różnorodnych metod, ale Inżynier, choć go to interesowało, nie potrafił zrozumieć zwierzęcych myśli. Obrazy nie tańczyły po jego skórze, ponieważ jego własny symboliczny język pozostawał zamknięty w umyśle. Inżynier nie umiał go przetłumaczyć tak, by stał się zrozumiały dla świata.
Przez lata jedynymi towarzyszami Peabody’ego były koty. Wędrowały po wieży, wylegiwały się w promieniach słońca na lśniących kafelkach posadzki, jakby zawarły umowę, że będą dotrzymywać Inżynierowi towarzystwa na dystans. Zawsze miał tylko jednego kota – gdy ten umierał, przygarniał kolejnego.
Pomimo defektu zaprzyjaźnił się ze słoniem, który mieszkał w nowym pawilonie, około dwóch mil na zachód od wieży. Chodził go odwiedzać w każdej wolnej chwili. Przecinał miasto, niemal obce, klucząc po ścieżkach biegnących wśród gąszczu tropikalnych roślin, orchidei i krzewów. Mijał bawiące się dzieci, które nie obawiały się ani nieznajomych ludzi, ani jadowitych zwierząt. Szczerze mówiąc, dostrzegał coś przerażającego w cechującym te dzieci absolutnym braku zwykłego strachu...
Była już późna noc, nieprzygaszone przez słońce światło gwiazd błyskało na nieboskłonie. Peabody nareszcie się obudził. Diody mrugały na ścianach w małym pomieszczeniu. Posadzka odbijała błyski – jak większość powierzchni w mieście, będących częścią potężnego, wyrafinowanego i kompleksowego hipertekstowego systemu informacyjnego. Inżynier zazwyczaj wywoływał tam mapę świata z niewielkimi świetlnymi punktami, wskazującymi źródła, z których udało mu się odebrać transmisje radiowe.
Teraz, gdy nie padało na nie światło z zewnątrz, okna na dachu zamknęły się, pozwalając, by umysł mężczyzny wypełniły myśli o gwiazdach. W pomieszczeniu, w którym stały urządzenia radiowe, było ciemno, poza wskaźnikami częstotliwości, tańczącymi w rytmie, który Peabody od dawna próbował zrozumieć i pojąć.
Inżynier zabrał się za wzorce sygnałów, nasłuchując krótkich, przerywanych transmisji ze stacji, nadających wciąż, od prawie stulecia, pomimo że fale rzadko przebijały się przez atmosferę. Kołysał się lekko, sennie, jak drzewo na wietrze, i spoglądał na zamglone światła Miasta Półksiężyca. Jego dłoń, gdy sięgnął szybko do pokrętła, wyglądała jak u mężczyzny w średnim wieku, może pięćdziesięciolatka – wyjątkowo zdrowego i sprawnego. Peabody nie zamierzał się odmładzać – zbyt wielu widział ludzi, którzy po procesach odnowy biologicznej ciała i przywróceniu młodości umysłowo również cofali się w rozwoju. Zresztą, od pięćdziesięciu z górą lat lub jeszcze dłużej Inżynier wymykał się czasowi. Podejrzewał, że jest to związane z darem, jaki otrzymał dawno temu od kochanki.
Na horyzoncie pojawiły się światła – zapewne wracała flota rybacka. Wypił kolejną filiżankę herbaty.
Ostatnimi czasy w zasięg radia wpadał Paryż, na minutę lub dłużej, nadając piosenki śpiewane ochrypłym głosem lub, co bardziej interesujące, jakiś kod. Inżynier wiedział, że Paryż ma wielką antenę, której rozbudowa przez lata pochłaniała sporo energii.
Nagle z jednego z głośników dobiegło zakłócenie.
Peabody zerwał się szybko i podszedł, zainteresowany uporządkowanym, czystym brzmieniem. Zakres dźwięków poszerzał się szybko i współbrzmiał z radiomapą nieba, jaką nosił w umyśle od dzieciństwa; rozległe tony wywoływały uczucia, jakie były udziałem nielicznych ludzi.
Promień światła zestalił się w południowej części pomieszczenia, jak zwiastun świtu.
Peabody czekał na to od zawsze. Wiedział. To światło, w końcu, odpowie mu, DLACZEGO.
Zrobił krok w kierunku świetlistego kształtu, w głębokim skupieniu, ale z umysłem nadzwyczajnie czystym, spokojnym.
Owalna bryła, wysoka na dziesięć stóp. Dotyk sprawił, że przez powierzchnię widma przebiegły fale lśnień, jakby pasma tęczy.
Peabody czuł wywołany muzyką ból w piersi, do oczu napłynęły mu łzy.
– Tak? – wydusił bezsensownie.
Myśli wybuchły w umyśle mężczyzny, mieszały się i rozwijały w niedosiężnych obszarach, rezonowały głęboko w mózgu, zbyt szybkie jednak, by objąć je świadomością. Biliony akordów napięły zmysły do granic możliwości; miał wrażenie, że ulega halucynacji.
W pełni jednak zdawał sobie sprawę, że to wszystko jest realne. Zewnętrzne. Lecz równocześnie mocno z nim związane.
Przemieniał się.
Wiedział, że doświadcza nieskończonych możliwości rozwijających się wymiarów w superstrunach.
Pochłonęło go światło – nowa postać światła. Nie rozumiał, jak ani dlaczego.
Nieskończoność, wcześniej tylko abstrakcyjne pojęcie, wydawała się niemal namacalna. Tańczące cząstki wszechświata, jakie składały się na ciało Peabody’ego, zjednoczyły się z czasem i materią w jedność, skąd wszystko brało swój początek i rozprzestrzeniało się z niewyobrażalną prędkością.
Światło znikło.
Wstrząśnięty Inżynier zatoczył się, ale wrodzona energia sprawiła, że zaraz się wyprostował. Patrzył w miejsce zdarzenia.
W wieży panowała niezwykła cisza.
Peabody uświadomił sobie, że nie zna nikogo, z kim mógłby porozmawiać. Żałował, że nie ma przy nim Zeba, radioastronoma i bliskiego przyjaciela. Zresztą i tak nie umiałby opisać słowami swoich przeżyć. Był matematycznie uzdolniony, ale ujrzał oto zupełnie nową geometrię, zaledwie rzucił okiem, i musiał to przemyśleć, o ile w ogóle uda mu się cokolwiek pojąć.
Coś się wydarzyło. Coś niesamowitego i potężnego.
Ale co? I dlaczego?
– Wrócę niedługo – oznajmił kotu, a w zamian odebrał powtarzający się, zabarwiony rozkazem obraz ryby. Zamarł, zaskoczony i uradowany zarazem.
Potem szybko wrócił do pokoju z urządzeniami radiowymi. Był podekscytowany – pobudzony, jakby naelektryzowany.
Kiedy zjeżdżał platformą windy poruszającej się w przezroczystej rurze, doznał krótkotrwałego wrażenia, że światła wokół wskazują punkty w przestrzeni międzygwiezdnej, skąd rozpocznie się kosmiczna odyseja, choć porzucił nadzieję, że tak się stanie.
Skierował się do miejsca, gdzie zajmowano się najbardziej ekscytującymi projektami badawczymi w mieście, włącznie z pracami projektowymi inicjującymi budowę akceleratora. Pomieszczenie nazywano po prostu Halą Nauki i Wiedzy. W czasach świetności przypominała instytut nauk ścisłych w Princeton, gdzie praktycznie o każdej porze można było spotkać fizyków, matematyków czy biologów, prowadzących żarliwe dyskusje lub pochłoniętych projektami badawczymi. Tutaj bywało podobnie, szczególnie podczas prac, przy których korzystano z pomocy Współdziałania.
Otworzył powoli ciężkie, łukowate wrota z drewna. Większość przedmiotów w Mieście Półksiężyca była bardzo lekka i niezwykle wytrzymała, powstała z polimerowych tworzyw o długich łańcuchach skręconych w węglowe pierścienie – materiałów łatwych do kształtowania w zależności od bardzo różnorodnych potrzeb. Lecz w niektórych miejscach ludzie woleli dobrze znane, tradycyjne przedmioty.
Peabody wszedł. Nisko ustawione lampy zapłonęły, oświetlając pomieszczenie.
Naprzeciw siebie, w kąciku do rozmów, stały kanapy klubowe, ale kilka krzeseł przysunięto do stanowisk roboczych, z których można było uzyskać dostęp do różnych warstw Współdziałania. Na podłodze rozrzucono ratanowe maty. Kilka kokonów umożliwiało pełny dostęp, całkowite zanurzenie się we Współdziałaniu, ale Peabody wolał ich unikać, ponieważ połączenia nie można było w pełni kontrolować.
Przez chwilę wyobrażał sobie, że ten pokój jest pełen przyjaciół z dawnych czasów, towarzyszy, z którymi spędzał miesiące i lata przy projektach badawczych. Wielu, jak radioastronom, opuściło Miasto Półksiężyca – sfrustrowani, skwapliwie wyjechali, by sprawdzić, co dzieje się w innych częściach świata.
Inżynier usiadł i zapisał przeżyte niedawno doświadczenie, opisując światło najlepiej, jak mógł, a potem przesłał zapis do Współdziałania.
To była jedynie krótka notatka. Żałował, że nie potrafi powiedzieć nic konkretnego o widmie. Wszystkie doznania, tak czyste i intensywne, teraz wydawały się tylko iluzją.
Pustka pomieszczenia przywołała na powrót uczucie zniechęcenia i bezsilności. Spodziewał się, że przyjdą tu inni ludzie. Czyżby tylko jemu zdarzyło się to niesamowite doświadczenie? A może była to jedynie ułuda wyobraźni?
Wyszedł.
Przeciął dżunglę na trzynastym poziomie, za dnia siedlisko kakadu, ar o długich ogonach i papug nierozłączek – mówiących ptaków, wśród których nie brakowało jednak papug-buntowników, za nic mających ludzkie manipulacje w ich genach i wracających do naturalnych zachowań, a nawet próbujących przekonać do tego pozostałe zmodyfikowane ptaki.
Peabody starał się wypatrzyć, czy jego przyjaciel, biała papuga, filozof, jest pośród nich. Papuga mieszkała w wieży przez trzy lata. Uczona od narodzin, zgromadziła szerokie słownictwo, szczególną elokwencję przejawiając w kwestiach związanych z filozofią Gai, której stała się wyznawczynią. Na koniec przyswoiła papuzi język obrazkowy, wyświetlany na dziobie u ptaków, które wybrały tę opcję komunikacji, a także wyhodowała sobie w szponach receptory umożliwiające dostęp do Współdziałania. Niedługo potem przeprowadziła się w pobliże Hali Nauki. Ale od tamtej pory Inżynier już jej nie spotkał.
Z oddali dobiegały piski i wrzaski małp, prawdopodobnie zaniepokojonych pojawieniem się intruza, oraz szum wodospadu. Peabody minął magazyn żywności, otwarty przez całą dobę; nie był jedynym nocnym markiem w mieście.
Zapach czosnku przywołał wspomnienia: małą włoską restaurację, gdzie razem z żoną często jadali kolacje jeszcze w czasach, gdy pracował jako Naczelny Nanoinżynier Biomiasta Kwiatów systemu Chicago. To było dziesiątki lat temu. Mieszkał tam długo, do chwili, gdy żona popełniła samobójstwo. Wtedy opuścił miasto, nękany niedowierzaniem i odrętwiały od gniewu.
Próbował zignorować natrętne obrazy z przeszłości i rozluźnić się przed wizytą u słonia. Spotkania zawsze działały na niego uspokajająco.
Szedł pół godziny. Powstrzymał się od przywołania jednego z małych ślizgaczy, co mógł zrobić w dowolnym miejscu miasta. Powędrował pieszo do heksagonu rozciągającego się na kilkunastu akrach wyspy.
Domena słonia, zdobna przyciętymi krzewami i drzewami oraz otoczona morzem, miała sadzawkę chłodnej wody, nad którą gromadziły się czaple oraz inne wodne ptactwo. Wysoka trawa falowała w podmuchach nocnej bryzy. Przypływ uderzał o falochron, a światła floty, które Peabody widział z wieży, odbijały się w wodzie, teraz już bliżej brzegu. Słony wiatr był silny.
Stojąc na pomoście obserwacyjnym, odszukał wzrokiem ciemną sylwetkę słonicy wśród kępy młodych figowców.
Obserwował wielkie zwierzę. Było to niezwykle kojące zajęcie. Słonica uniosła z niepokojem trąbę i wciągnęła powietrze. Od czasu do czasu wiatr przynosił odgłosy wzburzenia i kwaśny zapach zwiędłych, wilgotnych liści.
Peabody zastanawiał się, co słonica myśli i ile wie.
Miała wspomaganie w postaci języka obrazkowego, ale nigdy go nie używała, pomimo żarliwych wysiłków badaczy i opiekunów. Była tylko słoniem, pięcioletnim, czyli jeszcze dzieckiem. A na dodatek, choć słonie są zwierzętami stadnymi, ta mała nie miała rodziny.
Ponury nastrój Inżyniera wzmógł się, gdy ten uświadomił sobie samotność zwierzęcia. To był grzech i wszyscy wokół myśleli podobnie. Planowano, że na wyspie zamieszka więcej słoni, ale budowa sztucznego lądu postępowała bardzo powoli. Debaty – czy można zaryzykować wprowadzenie jeszcze dwóch lub nawet trzech słoni, czy jest dość pożywienia, czy potrzeby słoni nie przeważają nad innymi sprawami – stawały się coraz bardziej gorące i gniewne. Takie dyskusje były na porządku dziennym w Mieście Półksiężyca. Opinie rozkładały się prawie po równo, choć niekiedy sprawę słonia przesłaniały inne rozważania. Podczas głosowań przez wyspę przebiegały fale pulsujących barw, a przy wyjątkowo istotnych debatach takie fale mogły się utrzymywać nawet kilka dni, dopóki nie rozpoczęło się kolejne głosowanie.
Peabody zauważył dziwną poświatę. Noc zdawała się trochę jaśniejsza niż powinna, okoliczne lampy zaczęły brzęczeć.
A może tak mu się tylko wydawało?
Rozległo się trąbienie słonicy, naglące, dzikie. Pomost pod stopami mężczyzny zawibrował wyraźnie. Inżynier domyślił się natychmiast, że zwierzę coś próbuje oznajmić za pomocą niesłyszalnych dla ludzkich uszu dźwięków o niskiej częstotliwości, które mogłyby przenosić się na długim dystansie i dotrzeć do innych stad słoni.
Czy słonica kiedykolwiek się zastanawiała, czy jej komunikaty są rozumiane? Albo, skoro dorastała samotnie, czy wierzyła, że może porozumieć się ze swoimi opiekunami?
Te rozmyślania tylko pogłębiły przygnębienie Inżyniera.
Ku jego zaskoczeniu, słoń obrócił się i skierował prosto do niego.
Przez chwilę czuł strach, choć wiedział, że zwierzę jest łagodne. Ale jakie wielkie!
Masywna głowa słonicy kołysała się, gdy ta biegła majestatycznie, jakby świadomie wybrała kierunek. Zatrzymała się po drugiej stronie niskiego ogrodzenia, parę stóp przed mężczyzną, i spojrzała nań uważnie ciemnymi, wielkimi jak spodki oczyma. Peabody zamarł.
I wtedy otrzymał przekaz obrazkowy, tak precyzyjny i dokładny jak w radiowej transmisji, którą odebrał wcześniej.

kula światła rozbłyskująca między morzem i niebem
wzlatuje
unosimy się wraz z nią
świat pozostaje w dole
odchodzimy
w mroczną przestrzeń
nasze światło wśród bilionów świateł
płoniemy
zmieniamy się w światło
teraz

Mężczyzna ujrzał to ponownie: słońce wznoszące się z morza, wędrujące nad horyzontem, a potem wyżej w przestrzeni czarnego nieba. Słoń, on sam oraz wszystkie żywe stworzenia na Ziemi uniosły się i połączyły w żywy, radosny korowód światła.
Ziemia została z tyłu; malejąc i znikając, słońce wtopiło się w biliony innych gwiazd, które nagle poruszyły się, tworząc nowe konstelacje.
Peabody ujrzał kosmos w zupełnie nowej perspektywie.
Potężne, piękne, podniosłe tony symfonii światła rozbrzmiały w jego wnętrzu; muzyka światła, które było czasem, przestrzenią i miejscem. Jedno kwantowe zdarzenie, pole, skąd wszystko – każdy atom, cały czas i przestrzeń, każda żyjąca istota, wszystkie świadome myśli – eksplodowało.
Trąbienie słonicy wstrząsnęło ziemią.
Inżynier, po wiekach samotności, zrozumiał: to jest to.
To jest to!
Zatrzymał przez chwilę tę myśl. Albo to myśl zatrzymała jego: ten obraz, ten ruch, ta muzyka. Słonica ją czuła, rozumiała, przekazała Peabody’emu, podzielając jego wrażenia i nadając im zrozumiałą postać.
Zaczął się śpieszyć. Tamto zdarzenie było prawdziwe, realne. Teraz przekonanie wyraźnie się nasiliło. Musiał koniecznie przekazać relację Współdziałaniu – obrazy były na pewno wskazówką prowadzącą do źródła Sygnału i kryła się w nich zarówno groza, jak i szacunek.
Gdy się odwracał, by odejść, ziemia zadrżała lekko. Mężczyzna chwycił się poręczy. Pomost, na którym stał, łączył się z falochronem, więc ten wstrząs nie był niczym niezwykłym.
Ale Inżynier poczuł jakby... ruch?
Absurd! – pomyślał, przypominając sobie ogromną sieć lin z kotwicami, które utrzymywały wyspę w miejscu. Nic nie było w stanie przeciąć tych łączy. Jedynie przy celowym użyciu nanoprogramu można by zerwać potężne kotwy.
W ułamku sekundy wsiadł do ślizgacza i pośpieszył do Hali Nauki, omijając spore grupy ludzi, przemieszczające się między pawilonami. Twarze wyspiarzy były pełne napięcia. Parokrotnie próbowano go zatrzymać, ale nie zareagował.
Peabody wszedł do Hali. Sieć kokonu oplotła go natychmiast; zimna, galaretowata substancja dotknęła receptorów rozsianych po skórze. Rozluźnił się w uspokajającym uścisku tkaniny. Kochał Współdziałanie i lękał się go – kochał za nieograniczone bogactwo informacji, a bał się utraty kontroli, jakiej doświadczał, gdy znalazł się wewnątrz tego zbioru danych.
Poprosił o hormony do nauki. Pomogą mu przyswoić i zrozumieć to, czego doświadczył. Sprawią, że otworzy się całkowicie dla Współdziałania. Było to przerażające uczucie, lecz musiał się połączyć bezpośrednio, w pełni zjednoczyć z systemem.
Przepłynął przez podstawowe programy i odkrył z zaskoczeniem, że miasto naprawdę oderwało się od dna morza i dryfuje swobodnie po oceanie.
A potem, z oddali, poczuł eksplozje.
Jasonie Peabody. Światła na oceanie to statki, które mnie atakują.
Miasto zwróciło się do niego bezpośrednio, wiedząc, że jest jednym z tych, którzy je – a raczej ją, gdyż zawsze mówiło o sobie w formie żeńskiej – zaprojektowali.
Inżynier przeklął swój brak czujności. Miasto posiadało systemy obronne, oparte jednak nie na przemocy, lecz na dobrym zarządzaniu atutami. Oznaczało to, że rozwiązania defensywne wdrożyli ludzie, którzy nie mieli skłonności do zadawania innym bólu. Co gorsza, byli to ludzie, którzy odczuwali szacunek wobec innych i nie potrafili sobie nawet wyobrazić, że istnieją tacy, którzy tego nie podzielają. Peabody został przegłosowany wielokrotnie, gdy proponował bardziej stanowcze i bezpośrednie środki, takie jak choćby pociski.
W efekcie jedyną obecnie tarczą obronną były skryte i subtelne środki nanotechniczne, na przykład powoli działające trucizny, nanoprogramy zmieniające osobowość atakujących i skłaniające ich, by wracali do domu. Nie można było w ten sposób zapobiec uderzeniom. A ran nie da się uleczyć, jeżeli miasto zostanie poważnie uszkodzone lub zniszczone.
– Rozpocznij produkcję plagi obronnej – rozkazał Jason.
Już jest gotowa.
– A ty?
Jestem gotowa od dawna. Światło przyśpieszyło procesy wzrostu.
Choć nie użyła wyrazu „światło”, posłużyła się liczbami i symbolami, które rozbłysły przed nim krótko, jak gdyby wierzyła, że rozmawiają jak równorzędni partnerzy, choć była przecież miastem – umysłem ogromnym, obcym i niepojętym.
Peabody musiał opuścić kokon i czym prędzej zrobić to, co mógł. Walczył, by uwolnić się od Współdziałania.
Został jednak złapany, jak małe żyjątko uwięzione w paszczy wielkiej ryby, i zabrany w jeszcze głębsze poziomy miasta.
– Ból na 187,43 stopniu, wysokość 46 stóp. I znowu, 187,31. 124 i 399.
Liczby przewijały się przez umysł i świadomość Inżyniera, przez umysł i świadomość miasta. Odczuwał każde uderzenie i eksplozję w trzech wymiarach i czasie rzeczywistym.
Zaczął gwałtownie wpadać głębiej w miasto, coraz bliższy paniki.
– Zniknęły!
– Co zniknęło?!
Moje dane. Koordynaty. Cel, do którego mam dążyć.
Poczuł przypływ strachu i nie wiedział, czy to jego emocje, czy miasta.
Miasto mówiło o systemie nawigacji i informacjach, które ukradł z NASA, lata temu, gdy jeszcze dorobek cywilizacji technicznej nie był całkowicie stracony. Były to obliczenia dotyczące map gwiezdnych, ale łączyły się z innymi danymi, których nie można było odtworzyć.
– Zbyt duże zniszczenia. Nie zdążyłam przesłać informacji w inne miejsce. Ale to ty je przyniosłeś. Wiesz, gdzie je znaleźć. Potrzebuję ich. Teraz.
Wkrótce odejdę.
– Pójdę po nie. – Peabody upewnił miasto, że odczuwa, jak ważne jest polecenie, choć wyraził to prostym językiem, w którym nie dało się zawrzeć konkluzji, do jakich doszedł transludzki umysł systemu. To dlatego, że miasto starało się mówić tak, jak mówi się do dziecka. W porównaniu ze Współdziałaniem człowiek z całą pewnością był jak dziecko.
Peabody zdawał sobie sprawę, że będzie musiał udać się do Centrum Lotów Kosmicznych w Houston, choć myśl o ponownym podróżowaniu przez dziwną, postnanotechnologiczną Amerykę nie napawała go radością. Zbyt długo ukrywał się na wyspie. To będzie długa wędrówka, ale zamierzał zrobić wszystko, co w jego mocy, by zebrać resztki, jakie mogły jeszcze pozostać w Houston, i odtworzyć dane nawigacyjne potrzebne Miastu Półksiężyca.
Gwałtownie napłynęły wspomnienia: Dzieci tłoczące się w przejściu. Udaje mu się zagonić je miotłą na szeroki korytarz. Posadzka na początku lśniąca czystością dalej przechodzi w brudny brąz błota. Mężczyzna jest szpiegiem, a jego kryptonim to...
– Woźny! – wołają jak co dnia młodzi ludzie, a on odsuwa miotłę od drzwi i wchodzi do środka. Przypomina sobie, że to świetlica dla dzieci pracowników. Zastanawia się, gdzie podziali się dorośli. Nigdy żadnego nie widzi z dziećmi.
W świetlicy są zabawki oraz podstawowy sprzęt medyczny, ale pierwsze, co rzuca się w oczy, to przysłane przez rząd kokony do nauki. Woźny rozumie, kim mają się stać te maluchy w przyszłości.
Dzieci otaczają go ciasnym kręgiem, śmieją się.
– Woźny, niech pan nie wychodzi! Niech pan szybko wraca!
Po kilku tygodniach może już zrobić to, po co tu przybył. Kradnie kopie map NASA, które pokazują, skąd nadchodzi Sygnał, a także dane z międzynarodowych źródeł informacyjnych, które zbyt szybko ulegają zapomnieniu lub zgubieniu.
– Ile mam czasu?
– Czterdzieści osiem dni. Wtedy pojawi się okno.
– Okno?
– Dostęp – odpowiedziało miasto z lekkim zniecierpliwieniem. – Dogodne warunki czasoprzestrzenne. Pora transformacji. Wyjątkowa. Kieruj się sercem podczas podróży, Jasonie Peabody. Kiedy wrócisz, dowiesz się. W KOŃCU.
– W końcu?
– Teraz tego nie rozumiesz. Ani ja. Jesteśmy pomostem...
Peabody’ego zalało nieoczekiwane uczucie bezgranicznej radości.
Miał świadomość, że miasto mówi prawdę – niedoskonałym językiem, tak, by nawet dziecko mogło zrozumieć i pojąć konieczność pośpiechu. W przekazie nie było sugestii o nagrodzie, ani też wzmianki, że całe przedsięwzięcie może okazać się porażką.
Przypominało to obliczanie trajektorii albo pracę nad precyzyjnym wyznaczeniem kierunku ruchu. Podano cel. Ogromna zmiana objęła atmosferę; zmiana, która nadeszła… skądś. I zwiastowała… coś. Jak roślina, która gromadzi siły, by wydać w przyszłości kwiat, choć nie wie, co się stanie; jak dziecko osiągające dojrzałość – tak samo ludzkość miała do przekroczenia próg dojrzałości i perspektywę egzystencji w kosmosie. Próg oświecenia.
Do Inżyniera dotarł zaledwie cień tej świadomości – możliwość, muśnięcie harmonii, której częścią był on i wszystko, co żywe. To nie był Plan, lecz Zdarzenie, stała gotowość do rozwoju – wolna improwizacja, podlegająca prawom, jakie ludzkość sama sobie narzuci podczas przemiany.
Świadomość, produkt uboczny, pragnęła przeniknąć wszystko. Chciała przyswoić całą wiedzę.
Nagle kolejny wybuch wstrząsnął ścianami budynku.
Miasto, z którym rozmawiał, znikło. Zapadła ciemność, a Inżynier poczuł otępienie, jakby część jego osobowości otrzymała bolesny cios.
Szamotał się uwięziony, próbując krzyczeć, ale z gardła nie dobył się najcichszy nawet dźwięk.
A potem, wspomagany przez kompozycję hormonów uwolnionych do krwi przez naturalne procesy fizjologiczne, Jason został porwany przez…
Amerykanistyka. Zacofana i przestarzała dziedzina studiów, którą zajmowali się tylko kompletni fanatycy. W Mieście Półksiężyca działało tysiące podobnych grup.
Zachodnia biblioteka została zniszczona podczas ataków, groziło jej również niebezpieczeństwo utraty zasobów. Miasto pilnie poszukiwało ciała, w którym mogło przechować kopie zapisów.
Peabody znalazł się dokładnie we właściwym miejscu i czasie. I dysponował dobrym połączeniem, pozwalającym przelać dane, ponieważ miał silne wspomnienia z dzieciństwa spędzonego właśnie na Zachodzie Ameryki.
Został opętany przez najprawdziwszego Kowboja.
Znalazł się pomiędzy czerwonymi wzgórzami Arizony, na zbyt rozległej przestrzeni i pod zbyt błękitnym niebem.
To było coś więcej niż powrót do wspomnień. To było uczenie się. Wiedza.
Peabody rozwinął się poza granice własnej osobowości. Stał się krajem, jego mitologią, głębią historii, prawami i opowieściami.
Dawni ludzie Zachodu sfilmowani w Sedonie. Z radia płynie śpiew o Wind Rock, nocna transmisja jest czysta i bez zakłóceń. Wielka biała góra rozrasta się za Flagstaff, to tutaj, według Indian Hopi, kobieta-pająk uprzędła świat. Dziewczyny z Buffalo, teksańskie dzwonki, noce w Oklahomie, bójki w saloonach, poganiacze bydła, walki na prerii. Opowieści, opowieści, opowieści.
Żadnych prób ucieczki ze Współdziałania – oto wlewał się w Peabody’ego mityczny złoty człowiek, dopasowywały się zapisane wydarzenia kulturalne, sztuki na Broadwayu, serial „Gunsmoke”, powieści Cormaca McCarthy’ego, rzezie, niebezpieczne miasteczka, strumyki, gdzie pływają pstrągi, utwory poetów. Nauka – rodzima i przyniesiona przez imigrantów – stapiała się w światło wiedzy, niemożliwej do objęcia umysłem. A jednak wiedza wsączała się do ciała Peabody’ego, w nisze kości, w krew i mięśnie, wpajając mu szaleństwo emocji, marzeń i snów, możliwości i...
I przyszłości...
Lecz zaraz – światło – jego wyprawa! Nie może tego tak zostawić!
Nagle został wyrzucony z rozgorączkowanego Współdziałania – w chwili, gdy rozpadło się w eksplozji.



Dodano: 2008-02-08 15:41:45
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Recydywista"


 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

Fragmenty

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS