NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

McDonald, Ed - "Czarnoskrzydły"

Stephenson, Neal - "Epoka diamentu"

Ukazały się

Gwynne, John - "Zawiść"


 Weisman, Greg - "Traveler. Wędrowiec"

 Masterton, Graham - "Martwe tańczące dziewczynki"

 Arnopp, Jason - "Ostatnie dni Jacka Sparksa"

 Ziemiański, Andrzej - "Virion. Obława"

 King, Stephen - "Bastion" (2018)

 Mull, Brandon - "Skoczkowie w czasie"

 Poe, Edgar Allan - "Miasto w morzu i inne utwory poetyckie"

Linki


Weber, David & Evans, Linda - "Wrota piekieł", księga I
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Weber, David & Evans, Linda - "Wrota piekieł"
Tytuł oryginału: Hell's Gate
Data wydania: Luty 2008
ISBN: 978-83-7418-177-8
Oprawa: miękka
Format: 135 x 205 mm
Liczba stron: 512
Cena: 35,90 zł
Tom cyklu: 1



Weber, David & Evans, Linda - "Wrota piekieł", Księga I #4

Rozdział czwarty

Najpierw natrafili na odciski ludzkich stóp.
– Kimkolwiek by nie był nasz obcy – oznajmił wskazując na drugi brzeg Gaythar Harklan – to zszedł tu w wodę.
Jasak przyjrzał się stromej skarpie. Zmrużył oczy z namysłem. Przeciwległy brzeg był jeszcze bardziej pochyły niż ten, na którym stali. Miał jakieś dziesięć do dwunastu stóp. Czy zabójca wszedł do wody jeszcze zanim zabił Osmunę? A może zszedł potem, by zbadać leżące w wodzie ciało? Możliwe też – wzrok setnika stężał – że chciał dobić ofiarę.
Nic nie mogło mu pomóc w rozwiązaniu tej zagadki, tak samo jak w dalszym ciągu nie byli bliżej rozwiązania tajemnicy ostrego dźwięku, który przeciął dzisiejszy poranek.
– Co tam? – zapytał tarczowego drużyny Osmuny.
– Niewiele, Sir. Wygląda na to, że szedł wzdłuż brzegu strumienia i wtedy natknął się na Osmunę.
– Pokaż mi.
– Tak jest, Sir.
Harklan ruszył z powrotem przez strumień. Jasak brodził tuż obok. Threbuch szedł za setnikiem. Na końcu pochodu ponuro człapał Garlath.
– W tym miejscu ześliznął się po brzegu, Sir – powiedział Harklan. – Proszę spojrzeć na te ślady i wyżłobienia.
Jasak widział wyraźnie. Schodzący po brzegu obcy, zachowywał się bardzo niezdarnie. Żaden z andarańskich zwiadowców nie pozostawiłby za sobą tak oczywistego tropu. Co więcej – Jasak nie wyobrażał sobie, by ktokolwiek mógł być tak nieostrożny.
Z rozmysłem nie spojrzał na półsetnika Garlatha, by nie widzieć jego reakcji. Pochylił się niżej i przyjrzał śladom dokładniej.
– Półsetniku Garlath, wyślijcie dwóch ludzi w obie strony strumienia. Niech szukają śladów krwi.
– Krwi? – mruknął miecznik Threbuch, po czym spojrzał tam, gdzie stał Jasak i chrząknął.
– Cholera, ma pan rację, Sir. Osmuna dostał tego drania. Ja nawet nie pomyślałem, by sprawdzić jego kuszę – przyznał rozczarowany miecznik.
– Wszystkimi nami nieźle trzepnęło – powiedział Jasak głosem oschłym jak jesienne liście. – Tyle, że nadal nie wiemy, jak celnie strzelił Osmuna.
W błocie widniało jedynie kilka kropel czerwonej cieczy. Jasne jednak było, że zostawił je ktoś, kto ześlizgiwał się w dół skarpy. Obcy był ranny.
– Przeszukajcie całą okolicę – polecił Garlathowi. – Jeśli będzie trzeba zajrzyjcie pod każdy kamień. Potrzebuję w końcu czegoś konkretnego, cholera! Chcę wreszcie faktów!
Garlath służbiście skinął głową i zaczął wypluwać z siebie kolejne polecenia. Mówił szybko i sprawnie. Jasak musiał – niechętnie – przyznać, że tym razem półsetnik dobierał właściwe rozkazy. Drużyny zwiadowców rozpierzchły się dokoła w poszukiwaniu śladów zabójcy, lub czegokolwiek innego, co mogłoby pomóc w jego poszukiwaniach.
– Półsetniku Garlath! – krzyknął chwilę później któryś z żołnierzy. – Znalazłem coś, Sir. Nie wiem tylko, co to jest.
Jasak poszedł za Garlathem w górę brzegu. Evarl Harnak – miecznik plutonu – klęczał wśród gęstych zarośli, niemal dokładnie na wysokości leżącego w strumieniu ciała Osmuny.
– Proszę tu spojrzeć, Sir – pokazał żołnierz. – Tu są ślady stóp. Na pewno właśnie tutaj stał obcy, kiedy Osmuna wyszedł z zarośli nad strumień.
Podoficer wskazał na wyraźny trop odciśnięty w miękkiej ziemi. W odróżnieniu od śladów na zboczu skarpy, te były równe i mocno odbite. Jasak przyjrzał się im dokładnie.
Zrozumiał, że człowiek, który zostawił te odciski miał na nogach ciężkie buty. Buty z grubymi podeszwami. Zobaczył głęboki bieżnik, przypominający taki, jaki widnieje na wojskowym obuwiu, ewentualnie na butach cywilów, którzy wybierają się na daleką wyprawę w bezdroża. Na podeszwie widać też było jakiś symbol. Podobnych znaków używali w całej Arkanie szewcy do identyfikowania swoich wyrobów. Tego rodzaju obuwie produkowano zawsze seryjnie. Sir Jasak Olderhan gotów był w razie pomyłki zjeść swoje własne buty.
Po plecach przebiegł mu zimny dreszcz. Zabójca Osmuny nie był prymitywnym dzikusem. Był zamożny i wyrafinowany na tyle, że nosił kupione zapewne w sklepie obuwie. Używał przy tym broni o niezwykłej sile i tajemniczym działaniu.
– Mówiłeś, że znalazłeś coś dziwnego?
– Tak, setniku – Harnak przytaknął i wskazał ręką w zarośla. – Kiedy pochylałem się nad tropami zauważyłem odblask słońca. To coś jest z metalu, Sir. Nie wiem jednak, do czego to może służyć.
Jasak klęknął, by samemu przyjrzeć się znalezisku.
Stalowy przedmiot miał kształt cylindra. Z jednej strony był zamknięty, z drugiej otwarty. Na zamkniętym końcu widniała rysa. Była to chyba podstawa. Na metalu znać było delikatne ślady – pozbawione koloru prążki. Przedmiot nieprzyjemnie i niepokojąco pachniał siarką.
Jasak zmierzył wzrokiem odległość pomiędzy przedmiotem a odciśniętymi w ziemi tropami. Mniej więcej – cztery i pół stopy. Cylinder nie został upuszczony. Coś go w krzewy wrzuciło. Coś lub ktoś. Tylko czy rozmyślnie? Czy może nieznajomy napastnik pozbył się tego przedmiotu odruchowo, być może w chwili gdy dosięgnął go bełt Osmuny? Ten niewielki kawałek metalu nie wyglądał na broń. Nie stanowił też chyba nawet części żadnej broni. Z pewnością był zbyt mały by obcy mógł przechowywać w nim to coś, co wyrwało ogromną dziurę w ciele Osmuny. Chyba, że...
Jasak zmarszczył brwi i zastanowił się głęboko. Otwór w plecach martwego żołnierza był rzeczywiście wielki, lecz rana na jego piersi miała przecież niewielką średnicę. Bardzo małą. Dokładnie taką, jak średnica cylindra.
– On tym zabił Osmunę.
– Jak to, tym?
Dopóki miecznik nie zadał pytania Jasak nie zdawał sobie sprawy z tego, że odezwał się na głos. Pytanie Threbucha nie brzmiało, jakby nie dowierzał oficerowi. Wydawał się raczej... zagubiony. Jasak skrzywił się i spojrzał na podoficera.
– Nie pytaj mnie, Otwal. Ale spójrz – Jasak zręcznie wyłowił cylinder spomiędzy zarośli, wsuwając w otwarty koniec cienką gałązkę. – To ma dokładnie taką samą średnicę jak dziura w piersi Osmuny.
– To niemożliwe, żeby ten kawałek metalu przeszył ludzkie ciało – odezwał się półsetnik Garlath tonem ocierającym się o bezczelność. – Nie ma na tym krwi, leżało pod złym kątem, a na dodatek w nieodpowiednim miejscu. Gdyby to coś, przebiło Osmunę wylądowałoby na drugim brzegu strumienia, ale na pewno nie tu, na górze.
– Ale ja wcale nie twierdzę, że to przeszło na wylot przez tego biednego drania – syknął Jasak, ściągając oburącz wodze swojego gniewu.
– Może przebiło go coś, co było wewnątrz cylindra? – zastanowił się miecznik Threbuch. Jasak obrócił przedmiot w palcach tak, że promienie słońca oświetliły jego wnętrze i zajrzał do środka.
– Jeśli tam cokolwiek było, to niewiele z tego zostało – powąchał cylinder. – Śmierdzi jak... spalenizna.
Przesunął wewnątrz koniuszkiem palca i poczuł coś pod opuszkiem. Threbuch drgnął gwałtownie, jakby ledwie tylko powstrzymał się przed odtrąceniem dłoni Jasaka od cylindra. Jasak uśmiechnął się cierpko.
– Wydaje mi się, że możemy chyba mimo wszystko założyć, iż Osmuny nie zabiła żadna trucizna? – zażartował.
– A skąd ten wniosek? – zauważył trzeźwo Threbuch.
– Punkt dla ciebie. Nie obliżę zatem palca, dobrze? – poddał się Jasak.
– Sir! – oczy Threbucha otworzyły się szerzej. – Proszę spojrzeć na skórę!
Setnik opuścił oczy i obejrzał koniuszek palca. Widniała na nim ciemna smuga.
– To węgiel – powiedział zaintrygowany. – Chyba najzwyklejsza sadza.
– Ale... – zaczął Garlath i od razu zacisnął zęby. Nie dokończył tego, co chciał powiedzieć.
– Mów, półsetniku – ponaglił cicho Jasak.
– To przecież zupełnie bez sensu, Sir. Osmuny co prawda nie otruto, ale też i nie spalono!
– To prawda – zgodził się Jasak z namysłem w głosie. – Jego nie spalono ale coś za to spłonęło w tym cylindrze. Spłonęło tak doszczętnie, że została tylko cienka warstewka sadzy. A skoro ten przedmiot ma taką samą średnicę, jak rana w piersi Osmuny, to stawiam na to, że istnieje tu jakiś związek – mimo, że póki co nie potrafię go dostrzec.
– Miotacz zaklęcia zapalającego? Sir? – podrzucił nerwowym głosem Gaythar Harklan. Jasak spojrzał na niego bystro.
– Na tym etapie sprawy nie możemy wykluczyć niczego, tarczowy – odparł. – Jak blisko Osmuny byłeś, w chwili jego śmierci?
– Jakieś trzydzieści jardów, Sir. Może czterdzieści – żołnierz wskazał drugi brzeg, na którym siedziała na skale w słońcu Gadrial. Czekała na nich z godnym pochwały spokojem cywila ciśniętego w sam środek wojskowej operacji, o cały wszechświat oddalonej od najbliższej pomocy. – Byłem za tymi gęstymi krzakami. Diabelnie ciężko się przez to przedrzeć, Sir.
– Jak głośny wydał ci się ten trzask z tamtego miejsca?
– Cholernie głośny, Sir. Aż mnie w uszach rozbolało. Dosłownie.
– Wierzę. Bardzo huknęło nawet i u nas – przyznał Jasak kiwając głową z nieobecnym spojrzeniem.
Cały czas zastanawiał się nad zagadką, której główne elementy miał – jak podejrzewał – już wszystkie w ręku. Harklan miał rację – krzewy wyglądały na niezwykle trudne do przejścia. Zdenerwowanie podoficera – nie wspominając o wojskowym szkoleniu, w którego skład wchodziło wpajanie zasad ostrożnego posuwania się w obliczu nieznanego nieprzyjaciela – z pewnością spowodowało, że minęło bardzo dużo czasu, nim się przedarł przez gąszcz. Niestety – był to prezent dla zabójcy Osmuny, który dzięki zwłoce Harklana zyskał czas na ucieczkę.
Po chwili Jasak zdał sobie sprawę, że już nie patrzy na stalowy cylinder w swych dłoniach z ciekawością. Oglądał go z gniewem i frustracją. Układanka za nic nie chciała złożyć się w całość.
Jednak – bez względu na to jak bardzo go ta zagadka intrygowała – teraz musiał zająć się poszukiwaniami rannego zabójcy.
– Wszedł do wody – stwierdził. – Wskoczył do strumienia po tym, jak wrzucił to w zarośla. Pytanie tylko czy chciał ochłodzić ranę, czy miał jakiś inny powód? Czy zginęły jakieś rzeczy Osmuny?
Rzucił okiem na Evarla Harnaka. Żołnierz spojrzał na oficera jak zbity pies.
– Nie wiem, Sir – przyznał. – My... hmm... jeszcze nie sprawdziliśmy.
– To sprawdźcie teraz, przeklęci! – warknął Garlath tak wściekle, że Harnak aż pobladł.
– Tak jest, Sir!
Miecznik zasalutował służbiście i zbiegł do strumienia. Jasak zmełł w ustach gorzki komentarz. Harnak powinien był sprawdzić stan ekwipunku Osmuny natychmiast; tym razem nie różnił się w ocenie sytuacji z Garlathem. Mimo to, Jasak rozumiał, że żołnierze byli już i tak wstrząśnięci. Krzyki jedynie pogarszały sytuację i mogły przyczynić się do ich kolejnych – jeszcze groźniejszych – błędów.
Garlath dostrzegł niemą dezaprobatę i odpłacił się wyzywającym spojrzeniem. Czekał tylko, aż Jasak zwróci mu uwagę za udzielenie reprymendy żołnierzowi, który nie dopełnił swych obowiązków. Setnik oczywiście nie mógł zrobić nic podobnego, bez względu na to jak wielką miał na to ochotę. Gdyby upomniał za to Garlatha, nawet na osobności, stanowiłoby to dla półsetnika doskonałą okazję do oficjalnego oskarżenia go o folgowanie osobistym uprzedzeniom.
W tej konkretnej chwili Jasak zrozumiał, jak bardzo nienawidził Shevana Garlatha. Według niego na usunięcie ze służby zasługiwał każdy oficer, który w obliczu nieprzyjaciela źle traktował własnych żołnierzy. A już na pewno, kiedy zachowywał się tak w samym środku wydarzeń, jakie mogły zwiastować najpoważniejszy kryzys w dziejach powstania Unii Arkany. Co więcej – usunięcie takiego oficera powinno w opinii setnika wiązać się w wsadzeniem głowy usuwanego, w otwór ziejący, w dolnej połowie jego ciała.
Teraz – jeszcze bardziej niż kiedykolwiek przedtem – Jasak miał ochotę przeprowadzić podobną operację osobiście. Kiedy się odezwał jego głos zabrzmiał jak smagnięcie lodowatego wichru.
– Chcę, byście odnaleźli ślad zabójcy i za nim poszli, półsetniku. Pierwszą drużynę wyślijcie na zachód. Mają iść tym brzegiem strumienia. Druga drużyna pójdzie po drugiej stronie. Niech znajdą miejsce, w którym uciekinier wyszedł z wody. Wiadomo, że jest ranny, nie wiemy jednak jak poważnie, ani w którą stronę uciekł. Pomijając wszystko inne, ranny nie mógłby dojść wśród tych głazów zbyt daleko. Niech szukają śladów na przestrzeni jakiejś – powiedzmy – pół mili.
– Jeśli nie znajdziemy żadnego tropu na zachodzie – ciągnął Jasak – to z dużym prawdopodobieństwem będzie można założyć, że obcy zawrócił na wschód. Stamtąd przyszedł. Wskazują na to odciski w błocie. Niech więc trzecia drużyna przeszuka brzegi na wschodzie.
– A pan co zrobi, Sir? – zapytał cierpko Garlath.
Jasak ze spokojem wytrzymał spojrzenie starszego żołnierza, zniósł tętniącą w jego oczach wrogość. Wrogość, a także pokaźną domieszkę czystej nienawiści. Obaj doskonale wiedzieli, jak bardzo setnik chciał pozbyć się Shevana Garlatha. Jednak obaj rozumieli także, że są na siebie skazani – przynajmniej na czas trwania tej misji. Chłód bijący z odpowiedzi Jasaka zmroziłby jezioro lawy.
– Miecznik Threbuch i ja pójdziemy wzdłuż jedynego konkretnego śladu, jaki pozostawił po sobie ten drań. Tego śladu – setnik wskazał ręką na niewyraźny trop wiodący wzdłuż biegu strumienia i niknący w gęstwinie. – Poprosiłbym tylko o wyznaczenie nam do pomocy kilku żołnierzy. Jakiś dobrze zgrany zespół.
Jasak potrzebował kogoś, kto zająłby się ochroną Gadrial, kiedy on i Threbuch nie będą mogli poświęcić jej wystarczająco wiele uwagi. Śledzenie zabójcy w takim terenie jak tu i jednoczesne eskortowanie cywila było zadaniem przerastającym możliwości dwóch osób. Zostawić jej tutaj też jednak nie mogli. Prędzej zamarzłoby kilka mythalańskich piekieł nim Jasak Olderhan zdecydowałby się powierzyć bezpieczeństwo Gadrial Kelbryan komuś w rodzaju Shevana Garlatha.
– Tak jest, Sir! – Garlath ponownie obraził setnika przesadną precyzją, z jaką zasalutował. Odwrócił się błyskawicznie i wydał kilka rozkazów.
– Za przeproszeniem, Sir – mruknął Threbuch – ale kimkolwiek nie okaże się ten drań, to jednak wyświadczyłby nam niewąską przysługę, gdyby zamiast Osmuny dorwał tego dupka.
Jasak nie odpowiedział. Miecznik powiedział stanowczo za dużo jak na podoficera i setnik doskonale o tym wiedział. Co gorsza wcale się tym nie przejął. Co jeszcze bardziej niepokojące – zupełnie miecznika nie winił. Nie mógł. Postanowił więc zignorować nieregulaminową uwagę i wydał rozkaz, jakiego nie lubi wydawać żaden dowódca.
– Mieczniku, proszę dopilnować, by ktoś zebrał osobiste przedmioty Osmuny. Będziemy musieli odesłać je wdowie. Potem znajdź Kurthala. On rysuje najlepiej z nas wszystkich. Niech naszkicuje obraz tych ran. Z przodu i z tyłu. W skali jeden do jednego.
Threbuch skinął. Jasak wziął głęboki oddech.
– Kiedy skończy – ciągnął beznamiętnym głosem – przygotujcie zwłoki do obrządku polowego. Nie możemy go tak tutaj zostawić, a na odsyłanie ludzi do obozu nas teraz nie stać.
– Tak jest, Sir.
Wyraz twarzy miecznika mówił, że jest tak samo mało ucieszony otrzymanymi rozkazami, jak mało Jasak cieszył się z ich wydania. Tego konkretnego obowiązku nie lubił nikt, a już najmniej Threbuch, który w ciągu długich lat swej służby odprawił polowe obrządki dla większej liczby ludzi, niż był w stanie spamiętać. Kiedyś niewiele brakowało by jednym z takich żołnierzy stał się ojciec Jasaka i coś w oczach doświadczonego żołnierza mówiło, że powziął głębokie postanowienie uczynić wszystko, by nie musieć robić tego także i dla Jasaka.
Threbuch zajął się swymi ponurymi obowiązkami. Jasak spojrzał przez strumień ku miejscu, gdzie siedziała Gadrial. Pilnowali jej żołnierze, stojący niecały jard wyżej na skarpie. Kusze trzymali w pogotowiu. Spojrzenia strażników nieprzerwanie badały okolicę. Kobieta z kolei patrzyła na Jasaka. Nawet z tego miejsca widział w jej oczach szaloną ciekawość. Nie mogła się doczekać, by dowiedzieć się, co takiego znaleźli. Nie dlatego, że lubiła makabryczne historie. Po prostu martwiła się. Nawet więcej niż martwiła. Ukrywanie prawdziwych uczuć wychodziło jej świetnie, ale Jasak widział, że Gadrial się po prostu boi.
Nie było sensu przedłużać jej niepewności. Setnik przywołał dziewczynę gestem dłoni.

* * *

Gadrial wstała ze swojego głazu, ostrożnie przeszła przez wartko rwący strumień i zaczęła wspinać się na brzeg, na którym czekał Jasak. Wiedziała, że nie zdradzi jej wyraz twarzy. Odruchy ciała udało się jej już opanować. Obawiała się jedynie, że oficer wyczyta jej poddenerwowanie wprost z oczu. Nie bała się. Opanowała ją za to mocna, intensywna emocja, której nie potrafiła nazwać. Nie była pewna czy był to niepokój, zmartwienie, zdenerwowanie czy też zdrowe, czujne napięcie. Czymkolwiek by się to uczucie nie okazało postanowiła, że nie pozwoli mu nad sobą zapanować.
Wbijała buty głęboko w miękką ziemię. Oparła się pokusie, by rozmasować sobie pośladki, ciężko obolałe po siedzeniu na twardym kamieniu. Brzeg był stromy i podejście niełatwe, lecz w końcu dołączyła do stojącego na górze Sir Jasaka Olderhana, który obserwował ją spod przymkniętych powiek.
„Wojskowe tajemnice” – pomyślała i westchnęła w duchu. Oficer powie jej tylko to, co według niego powinna wiedzieć. Na pewno nie będzie tego wiele. Spodziewała się, że rozmowa przyniesie jej głównie frustrującą niepewność, lecz kiedy zauważyła chłód w jego oczach, zdenerwowała się jeszcze bardziej. Domyślała się, co było jego źródłem.
Przechodząc przez strumień nie spojrzała na Osmunę.
Była pewna, że Sir Jasak doskonale to zrozumiał. Oceniając świat przez pryzmat swego surowego andarańskiego kodeksu moralnego pomyślał najprawdopodobniej, że wynikało to z nieczułości – może nawet z braku wrażliwości. Z pewnością spodziewał się, że będzie się gapić na zwłoki szeroko otwartymi oczami, mrugać przez łzy i zagryzać wargi. Spodziewał się tego dlatego, że nie była Andaranką i nie powinna w takich sytuacjach zachowywać się jak Andaranka. Na pewno też spodziewał się, że kobieta okaże ciału co najmniej ciekawość – tym bardziej, że jego ludzie nie dopuścili jej wcześniej na tyle blisko, by mogła dokładniej przyjrzeć się obrażeniom martwego żołnierza.
Nie spotkała jeszcze żadnego Andaranina, który dobrze odczytywałby zachowania kobiet z innych kultur w tak złożonych sytuacjach. Stosunek do śmierci i zachowanie w jej obliczu nie były tu wyjątkiem. Gadrial z kolei nie przejmowała się nigdy właściwym zachowaniem wobec umarłych. Osobiście największym szacunkiem i czcią otaczała życie, morderstwa stanowiły dla niej jedynie niewybaczalną herezję wobec owej świętości.
Przyglądanie się ciału zamordowanego oznaczało dla niej – samo w sobie – brak szacunku wobec duszy, która te zwłoki niegdyś zamieszkiwała. Co gorsza – wiedziała, że ta dusza najczęściej jeszcze w nich tkwiła. Zaskoczona nagłym, brutalnym wstrząsem, gwałtowną zmianą stanu istnienia, dusza czekała aż przeminie szok. Niemniej – jak zwykle – Gadrial bardziej przejmowała się pomyślnością żywych. Dla przerażonej duszy Osmuny nie mogła zrobić już nic. Istniało jednak wiele rzeczy, które mogła zrobić dla Sir Jasaka Olderhana i jego żołnierzy. O ile, oczywiście, setnik Olderhan pozwoli jej w jakikolwiek sposób pomóc. Przecież był sztywnym andarańskim arystokratą i mogła się po nim spodziewać, że zechce owinąć ją w pieluchę i zacznie traktować jak wystraszone dziecko.
Stłumiła kolejne westchnienie i pokonała ostatnie dwa kroki dzielące ją od szczytu zbocza. Bijący od Jasaka chłód niepokoił ją bardziej niż się tego spodziewała. Przeszkadzał do tego stopnia, że bardzo chciała by chociaż on jeden ją zrozumiał. Inni nie musieli. Na to jednak też nic nie mogła poradzić. Odetchnęła więc po prostu, podniosła wzrok i spojrzała oficerowi w oczy.
– Udało się wam czegokolwiek dowiedzieć? – zapytała cicho.
– Nie znaleźliśmy niczego poza kolejnymi zagadkami – powiedział. – Mamy zagadki i trop, którym możemy pójść. Ściślej mówiąc, pokonać w przeciwną stronę. Nadal szukamy śladów, które zostawił zabójca po wyjściu ze strumienia.
– No, to już jednak coś – zauważyła z bladym uśmiechem, który przepędził kilka chmur przesłaniających brązowe oczy Jasaka. Oficer popatrzył na nią przez chwilę w milczeniu. Potem najwyraźniej podjął jakąś decyzję.
– Widziała pani kiedyś coś podobnego?
Otworzył dłoń i pokazał jej niewielki, metalowy cylinder. Gadrial pochyliła się i przyjrzała dokładniej nie dotykając przedmiotu. Po chwili, gdy zrozumiała, na co patrzy, zmarszczyła brwi.
– Ktoś coś w tym spalił – zauważyła. Jasak skinął głową i uniósł brew.
– Tak, to prawda – zgodził się.
– Co to było?
– Miałem nadzieję, że to pani magister mi powie.
Powietrze poranka stało się nagle wyraźnie zimniejsze. On nie wiedział, co zabiło Osmunę. Nie wiedział ani trochę więcej niż ona. Kobieta nie odrywała wzroku od dziwnego przedmiotu w jego ręku.
– Ta rzecz ma tak prostą konstrukcję, że nie daje nam żadnych poszlak, co do jej możliwego zastosowania – zauważyła i zmarszczyła brwi – Ktoś, kto nigdy nie widział osobistego kryształu też miałby przed sobą podobną zagadkę. Nie wiedziałby nawet jak przejrzeć zawarte w nim notatki.
– Skąd ta uwaga?
Spojrzała na żołnierza, nieco zaskoczona ostrym tonem jego głosu i nagłym napięciem widocznym w oczach.
– Co?
– Co dokładnie sprawiło, że pomyślała pani o kimś, kto nigdy nie widział osobistego kryształu? – zapytał z naciskiem. Gadrial wydęła usta w zamyśleniu.
– No cóż – odparła. – Pańscy ludzie są przestraszeni. I to nie na żarty. W śmierci Osmuny kryje się coś niezwykle groźnego. Żaden z was nie wie, co tego biedaka zabiło. Teraz z kolei pokazuje mi pan – cywilowi – nieznany przedmiot znaleziony w pobliżu ciała zabitego. Wynika z tego, że nie macie pojęcia kto i jak zabił Osmunę, co z kolei oznacza, że...
Unosiła głos w miarę jak mówiła.
– ...że zabójca nie pochodzi z Arkany – dokończyła powoli i zdała sobie sprawę, że przez cały czas masowała się po ramionach, by uładzić niesforne, miękkie włosy. Poczuła ochotę odwrócić wzrok ku drzewom, lecz znacznym wysiłkiem woli zmusiła się, by nadal patrzeć w twarz Sir Jasaka. – Mam rację, prawda? Inaczej nie pytałby pan, czy wiem, co to jest.
Setnik wziął głęboki oddech. Wyraźnie stłumił cisnącą mu się na usta uwagę i przytaknął.
– Tak. Ma pani całkowitą rację – powiedział po prostu. Gadrial zadrżała.
– Pani magister jest pewna, że nie jest to jakiś rodzaj zasobnika na zaklęcia? – zapytał miecznik Threbuch.
Tym pytaniem udało mu się ją zaskoczyć. Była tak skupiona na rozmowie z Jasakiem, że nie zauważyła powrotu podoficera.
„Nie tylko dlatego zaskoczyły cię jego słowa, prawda?” – spytała zgryźliwie samą siebie. W fakcie, że doświadczony, siwy żołnierz, który mógłby być jej ojcem zadał jej akurat takie pytanie było coś niepokojącego. Zwłaszcza, że zadał je głosem pełnym nadziei. Zrobiło się jej przykro i pokręciła głową.
– Nie mieczniku – odparła łagodnie niwecząc jednocześnie jego nadzieje. – To nie jest zasobnik. A w każdym razie nie przypomina żadnego z zasobników, z jakimi miałam dotąd do czynienia. A widziałam już w życiu wiele najdziwniejszych sprzętów. W tym eksperymentalnych. Nie ma w tym czymś miejsca na sarkolis więc nie wiem, w jaki sposób można by zmagazynować tu zaklęcia. Poza tym nie wyczuwam w tym przedmiocie nawet najsłabszego drgnienia magicznej energii. Nawet poblasku nie ma. Nie. To nie ma nic wspólnego z czarami ani magią.
Kiedy ponownie spojrzała na Jasaka dostrzegła w jego spojrzeniu interesującą nutę ulgi zmieszanej jednocześnie ze smutkiem.
– No cóż – wymamrotał. – Całe szczęście, że nie oznajmiła nam pani, że jest to jakaś super broń zrodzona w koszmarnych snach maga-teoretyka.
Gadrial nie mogła się powstrzymać i spojrzała na ciało Osmuny rozciągniętego nieprzyzwoicie w strumieniu tuż pod nimi.
– Boi się pan, że to może być super broń?
– Nie mam bladego pojęcia, co to może być! – przyznał zdumiewająco otwarcie.
– Czyli naprawdę nie wiemy co zabiło żołnierza? – spytała. Jasak zacisnął usta.
– W najlepszym wypadku jedynie mgliście podejrzewamy – głos oficera brzmiał równie twardo i bezbarwnie jak patrzyły jego oczy. – Coś przeszyło jego ciało, wprost przez serce.
– Ale nie wiadomo, co to był za pocisk?
– Nie.
Gadrial ponownie przyjrzała się niewinnie wyglądającemu stalowemu cylindrowi i westchnęła.
– Przykro mi Sir Jasak, ale nie mam nawet cienia pomysłu. Nie wiem co to jest – znów spojrzała mu w oczy. – Chcę tylko, żeby pan wiedział, jak bardzo chciałabym pomóc.
Reakcja oficera była zaskakująca.
– Jeśli pojawi się coś, w czym będzie pani mogła nam pomóc to zostanie pani o to poproszona. Jesteśmy bardzo daleko od domu. Z dala od pomocy. Zanim się ta sprawa zakończy możemy potrzebować zdolności każdego z Obdarzonych, którzy są z nami. Tymczasem proszę się trzymać blisko miecznika i mnie. Z tyłu.
Chciała coś powiedzieć, ale Jasak uciszył ją unosząc dłoń, po czym zaskoczył ją po raz kolejny.
– Nie jesteśmy na anadarańskich salonach – powiedział. W jego oczach przez moment zabłysło coś, co można było nazwać płomykiem humoru. – W sytuacji zagrożenia jest moim obowiązkiem dopilnować, by nic nie stało się żadnemu z cywilów pozostających pod moją opieką. Tym bardziej, jeśli tym cywilem jest kobieta-magister z tak silnym Darem, by magister Halathyn osobiście mianował ją szefem własnego wydziału badań teoretycznych.
Wyraz jego oczu ośmielił ją do protestu. Oboje wiedzieli, że w jego rozkazach nie było ani słowa z tego, o czym teraz mówił. Poza tym Gadrial nie była cywilem – nie do końca. Pracowała dla ZTTTU, a obecnie była na urlopie naukowym z Akademii, który wzięła by służyć jako oficer naukowy w Drugiej Andarańskiej.
Chciał ją podejść jak młodego gryfa. Nie połknęła jednak przynęty i nie miała takiego zamiaru. Nie była dzieckiem a cierpienia jakich doznała w Akademii Mythal Falls nauczyły ją, które bitwy należy toczyć, a których unikać.
– Doceniam pańską troskę, setniku Olderhan.
Zobaczyła w jego oczach wyraźną ulgę. Spodziewał się, że ona zacznie się spierać. Była przecież Ransaranką i miał pełne prawo oczekiwać z jej strony zachowania, które większość Andaran uznałaby za pełne anarchii i grożące chaosem całemu społeczeństwu. Gadrial nie wiedziała czy ją to irytowało, czy raczej bawiło. Po chwili oczy Jasaka zachmurzyły się na powrót. Nagle zrozumiała, że patrzy już na zupełnie inną osobę. Na ponurego nieznajomego, ze śmiercią czającą się w kącikach groźnie błyszczących oczu.
– Próbujemy odnaleźć rannego zabójcę, magister Kelbryan – powiedział cicho, lecz ten szept był o wiele bardziej mrożący niż niejeden krzyk. – To nie będzie spokojny spacerek przez las. Polujemy na najbardziej niebezpieczną zwierzynę, na jaką może polować człowiek. Jedynym śladem jaki mamy jest ten, który zabójca zostawił nam przychodząc nad strumień. Bez urazy, ale nie jest pani doświadczoną tropicielką. Idąc z przodu mogłaby pani zatrzeć trop, sama nie zdając sobie z tego sprawy.
– Nie obraziłam się. Znam las, ale nie jestem żołnierzem. Nie będę udawać, że umiem robić coś, czego nie umiem.
– Doceniam pani szczerość, magister Kelbryan. Pójdziemy szybko. Bardzo szybko. Nie przeszła też pani treningu bojowego, magister...
– Gadrial – przerwała mu. Uniósł brew. Światło w jego oczach zmieniło swój odcień. Złowieszcze ognie przygasły dając miejsce mgle zaskoczenia.
– Przepraszam?
– Mam na imię Gadrial. Jeśli mamy razem stanąć twarzą w twarz ze śmiercią możemy to równie dobrze zrobić będąc ze sobą po imieniu. Śmierć to osobista sprawa, nie sądzisz? O wiele zbyt intymna, by zmagać się z nią plącząc się jednocześnie wśród zasad dobrego wychowania. Gdybym była żołnierzem, to co innego. Ale nie jestem. Naprawdę. Poczuję się lepiej, jeśli przestaniesz się zachowywać tak wyniośle i zaczniemy po prostu ze sobą rozmawiać.
Zamrugał z niedowierzaniem. Dosłownie. Chciał coś powiedzieć lecz urwał. Po chwili namysłu odetchnął głęboko i w kąciku ust pojawił mu się nikły uśmieszek.
– Masz rację. Bardziej mieć racji już chyba nie można – uśmiech na moment stał się weselszy. – Przypominasz mi tym kogoś. No, ale dobrze – skinął głową. – Na czym to ja skończyłem?
– Mówiłeś mi, że nie mam za sobą wojskowego przeszkolenia – przypomniała cierpko, co wywołało na wargach oficera jeszcze jeden zaskoczony uśmieszek. Szybko się jednak opanował.
– Właśnie. Chodziło mi o to, że chcąc dogonić zabójcę będziemy musieli iść szybko. Możesz mieć kłopoty z nadążaniem – powiedział może nie protekcjonalnie, lecz z pewnością dyplomatycznie. Gadrial zareagowała uśmiechem.
– I tylko tym się martwisz? Najwyraźniej w moim dossier nie wspomniano o tym, że biegam wyczynowo. Na długich dystansach. Może nie potrafię biegać tak szybko jak wy – powiedziała obrzucając znaczącym spojrzeniem mięśnie żołnierza – ale jestem wytrzymała, a to przyda się teraz bardziej niż prędkość, prawda?
Jasak zaczynał podejrzewać, że kobieta, z którą miał do czynienia jest prawdziwym cudem. Zanim zdołał cokolwiek powiedzieć odezwała się znowu.
– Powinieneś wiedzieć o mnie coś jeszcze. Wiesz już, że mam bardzo silny Dar podstawowy. Nie wiesz jednak, że mam też dwa lub trzy pomniejsze. Jeden z nich może się nam przydać.
– Tak?
Gadrial przechyliła głowę i zanim wyjaśniła co miała na myśli obdarzyła Jasaka dłuższym badawczym spojrzeniem. Ostatnie słowo powiedział tonem pełnym nadziei, a nie wyzywająco bądź pogardliwie. Sir Jasak Olderhan był co prawda od stóp do głów błękitnokrwistym Andarańskim arystokratą – w końcu jego przeznaczeniem było zostać następnym diukiem Garth Showma, earlem Yar Khom, baronem Sarkali a także miał otrzymać kilka innych, równie wymyślnych tytułów – nie oznaczało to jednak, że jego mózg uległ całkowitemu zanikowi.
– Będę wdzięczny za każdą pomoc, jaką możesz okazać – powiedział bardzo cicho.
– Dziękuję. Chętnie pomogę jak tylko potrafię. W każdym razie mam ograniczony Dar uzdrawiania. Nie jestem żadnym cudotwórcą – nie umiem nawet połowy tego, co magistron po szkole, lub nawet w miarę Obdarzony chirurg wojskowy. Potrafię jednak leczyć lżejsze obrażenia, a w przypadku ciężkich ran mogę uratować ludzkie życie – choćby przez ustabilizowanie stanu pacjenta, do czasu przybycia prawdziwego Uzdrowiciela, który zabierze się za odtworzenie tkanek.
– Magister Kelbryan – Gadrial... – poprawił się miękko. – Nie masz nawet pojęcia jak bardzo się z tego wszystkiego cieszę.
Piękne światło jesiennego słońca pobladło. Śpiew ptaków wśród drzew zamarł tak samo, jak ucichł szmer wiatru i pomruk wody w strumieniu. Dotarło do niej prawdziwe i złowróżbne znaczenie jego słów. Jasak spodziewał się kłopotów. Poważnych kłopotów. Ran zbyt ciężkich dla sanitariuszy z jego plutonu. Jego chirurg był teraz z półsetnikiem Thermanem Ultharem, cały wszechświat i siedemset mil drogi od portalu na bagnach. Jeszcze wczoraj nikt nie spodziewał się podobnego rozwoju wydarzeń. Gadrial spojrzała na swoje ręce, które potrafiły nieść pomoc bliźnim. Była w stanie wyleczyć kontuzje, skręcenia, złamane palce. To umiała. Miała jednak szczerą nadzieję, że nie będzie musiała mierzyć się z czymś, co przerastało jej uzdolnienia.
Po raz pierwszy od chwili, w której przekroczyła bagienny portal, Gadrial Kelbryan naprawdę się przestraszyła.



Dodano: 2008-01-25 13:01:29
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wodę na sicie"


Wygraj książkę "Traveler. Wędrowiec"


Artykuły

Wywiad z Brandonem Sandersonem


 Wywiad z Dmitrem Glukhovskym

 Wywiad z Joe Abercrombiem

 Modyfikowany Węgiel - powieść a serial

 Co będzie warto czytać z polskiej fantastyki w 2018 roku?

Recenzje

del Toro, Guillermo & Hogan, Chuck - "Wieczna noc"


 Baxter, Stephen - "Proxima"

 Kosik, Rafał - "Różaniec"

 Bradley, Marion Zimmer - "Mgły Avalonu"

 Golden, Christie - "Cisza przed burzą"

 Brzezińska, Anna - "Woda na sicie"

 Miller, Madeline - "Kirke"

 Pettersen, Siri - "Bańka"

Fragmenty

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Wyprawa"

 Straub, Peter - "Upiorna opowieść"

 Hejankowski, Sebastian - "Światłoczuły"

 Lewandowska, Magdalena i Małgorzata - "Drzewo wspomnień"

 Dworakowski, Witold - "Pani Czterdziestu Żywiołów"

 Kiszela, Marcin - "Ostatni prorok"

 Sudomir, Agnieszka - "Szablon"

 Brzezińska, Anna - "Woda na sicie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2018 nast.pl     RSS      RSS