NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"

Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina" (2019)

Ukazały się

Larson, B.V. - "Świat stali"


 Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Sanderson, Brandon - "Słowa światłości" (twarda okładka)

 Knaak, Richard A. - "Malfurion" (Blizzard Legends)

 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 North, Claire - "U schyłku dnia"

 Atwood, Margaret - "Opowieść Podręcznej" (2020)

Linki

Weber, David & Evans, Linda - "Wrota piekieł", księga I
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Weber, David & Evans, Linda - "Wrota piekieł"
Tytuł oryginału: Hell's Gate
Data wydania: Luty 2008
ISBN: 978-83-7418-177-8
Oprawa: miękka
Format: 135 x 205 mm
Liczba stron: 512
Cena: 35,90 zł
Tom cyklu: 1



Weber, David & Evans, Linda - "Wrota piekieł", Księga I #3

Rozdział trzeci

Echo ostrego, suchego trzasku brzmiało równie nienaturalnie jak dźwięk, który je wywołał. Zamilkły wszystkie ptaki. Nawet wiewiórki przerwały swój zwyczajowy harmider. Na długą, pełną niepewności chwilę zapadła cisza. Gadrial Kelbryan popatrzyła na Sir Jasaka Olderhana.
– Co to było? – zapytała cicho, jakby obawiając się odpowiedzi.
– Sam chciałbym to wiedzieć. Sprawdzę.
Setnik także odpowiedział szeptem, do którego zmusiło go niejasne przeczucie. Nie rzucał jednak słów na wiatr. Jedno spojrzenie na półsetnika Garlatha wystarczyło mu do zrozumienia, że rzeczywiście sam będzie musiał sprawdzić źródło niezwykłego dźwięku. Każdy oficer wart swego stopnia już nawiązałby kontakt ze swoimi wysuniętymi czujkami, strzegącymi boków kolumny. Garlath tego nie zrobił. Stał po prostu i przyglądał się z namysłem temu samemu fragmentowi lasu, który podziwiał jeszcze zanim rozległ się ten dziwny, ostry dźwięk.
Gdyby Jasak nie rzucił okiem na półsetnika dokładnie w odpowiednim momencie, mógłby nie zauważyć sposobu, w jaki drgnął starszy oficer. Nie widziałby jak jego głowa obraca się ku tajemniczemu dźwiękowi. Ominąłby go widok przerażenia malującego się w ciemnych oczach oficera, zanim zdołał na powrót przybrać swą wystudiowaną, nonszalancką pozę.
Jasak jednak zdążył to wszystko dostrzec. Aż zbyt dokładnie. Zacisnął zęby. Niestety nie mógł oskarżyć dowódcy plutonu o rejteradę. Jego udawana obojętność stanowiła doskonałą przykrywkę. W dodatku poza swym nagłym, intuicyjnym przeczuciem, że coś było nie w porządku, Jasak nie miał żadnego innego powodu, by tak myśleć. A ściśnięty żołądek nie stanowił dobrego uzasadnienia oskarżenia o „tchórzostwo w obliczu wroga”, mimo że obaj – on i Garlath – dobrze wiedzieli, dlaczego ten drugi nie zareagował na zagrożenie, które kryło się za niezwykłym dźwiękiem.
Albo – jakie mogło się kryć – upomniał się Jasak. Nie przyszło mu to łatwo, lecz uspokoił się nieco i postanowił odtąd baczniej przyglądać się własnym reakcjom i zachować jasność myślenia. Zauważył bowiem w sobie negatywne nastawienie do Garlatha i skłonność do przypisywania jego decyzjom jak najgorszych motywów.
Tak naprawdę przecież półsetnik zignorował jedynie jakiś leśny dźwięk. Dźwięk, który mógł równie dobrze okazać się odgłosem starego, padającego na ziemię drzewa. Jasak gotów był postawić pięć swych następnych żołdów, że źródło dźwięku nie było aż tak idylliczne, lecz póki nie miał lepszych informacji...
Zza linii mieniących się wspaniałymi barwami topoli wypadł nagle tarczowy Gaythar Harklan. Biegł miażdżąc pod ciężkimi buciorami kępki muchomorów. Przemknął obok półsetnika Garlatha i dysząc ciężko, zatrzymał się, tuż przed Jasakiem.
– Sir! – żołnierz zasalutował drżącą gwałtownie ręką. – Sir, proszę o pozwolenie... kontakt z nieprzyjacielem...
– Kontakt z nieprzyjacielem? – warknął Garlath przerwawszy kontemplację czubków drzew i ruszył na żołnierza niczym wściekły łoś. – Nie chcesz chyba zrobić durnia z setnika? I jak śmiałeś opuścić posterunek bez rozkazu?
– S...sir... – zająknął się Harklan, obracając się bezradnie pomiędzy Jasakiem i wzburzonym Garlathem – chodzi o Osmunę. On nie żyje, sir!
– Nie żyje? – zapytał ostro Jasak i uniósł szorstko rękę uciszając kolejny wybuch jadu Garlatha. – Co go zabiło?
Chciał zapytać „kto”, lecz po chwili odniósł wrażenie, że musiał tu zadziałać jego Dar. Gdyby nie on, odpowiedź Harklana powinna wprawić go w najwyższe osłupienie.
– Właśnie o to chodzi, Sir. Nie wiem, co go zabiło. Nikt nie wie. M...myślę, że przegapił rozkaz postoju, Sir. Już miałem poinformować zwiadowców na flankach, że idę po niego naprzód, kiedy rozległ się ten dźwięk – żołnierz głośno przełknął ślinę. – Huknęło właśnie ze strony, gdzie był Osmuna. Dobrą chwilę przedzierałem się tam przez krzewy. Wtedy go znalazłem. On nie żyje, Sir. Po prostu, kurwa, nie żyje. Zwiadowca z prawej flanki dołączył do mnie i żaden z nas nie wie, dlaczego zginął ani jak to się stało.
– Dość już tego! – ciemna cera Garlatha przybrała niemal purpurowy odcień. – Wpadliście w histerię, żołnierzu! Stawicie się do raportu i...
– Półsetniku Garlath!
Lodowaty głos setnika zatrzymał Garlatha w pół słowa.
– Sir? – zapytał zdławionym głosem.
– Straciliśmy żołnierza, półsetniku. Jeśli wolno, to sugerowałbym, by to ten problem stał się naszym priorytetem. Dyscyplina zaczeka.
Pod skórą Garlatha wyraźnie zagrały mięśnie. Rumieniec gniewu zalał nagle całą jego szyję i zniknął za kołnierzykiem munduru. Wściekłe, przestraszone spojrzenie wpiło się w twarz Jasaka i przez krótki moment Garlath sprawiał wrażenie, jakby za chwilę miał eksplodować. Potem jednak spuścił wzrok.
– Oczywiście, Sir – zazgrzytał.
Gdyby szczęka Garlatha była choć trochę bardziej sztywna, kość pękłaby jak z lodu. Rzucił na Harklana gniewne spojrzenie, w którym czaiła się groźna obietnica rychłej zemsty. Jasak zauważył i to i obiecał sobie dokonać własnej zemsty w związku ze stosunkiem Shevana Garlatha do tarczowego drużyny. Po chwili półsetnik odszedł i krótkimi szczeknięciami zaczął wydawać własne rozkazy.
Mimo, że krzyczał bardzo głośno, pierwszy pluton dopiero po dziesięciu minutach przybrał szyk, który można było od biedy nazwać gotowym na odparcie ataku.
Jasak obserwował dowódcę plutonu swym zimnym, brązowym spojrzeniem. Co najmniej połowa wydawanych przez Garlatha rozkazów powiększała tylko panujący dokoła chaos. Kołnierzyk munduru półsetnika przesiąknięty był potem, mimo panującego wokół, porannego chłodu.
Jasak zdał sobie sprawę, że wynikało to z najzwyklejszego strachu. Może nawet nie najzwyklejszego, bo wydarzenia toczyły się szybko. Nie trzeba było posiadać wielkiego Daru, by wykryć źródła braku odwagi Garlatha: strach przed tym, co uśmierciło Osmunę, strach przed popełnieniem błędu poważnego na tyle, by został wydalony ze służby, strach, który podpowiadał, że ten błąd już został popełniony...
„Głupi to ma szczęście” – pomyślał gorzko Jasak zastanawiając się po raz kolejny w jaki sposób Garlath zdołał przetrwać każdego innego setnika wyznaczonego do nadzorowania jego poczynań.
– Kiedy ruszymy – odezwał się do Gadrial nie patrząc w jej stronę, z uwagą skupioną na cieniach wśród lasu które nagle stały się o wiele bardziej wrogie – trzymaj się blisko mnie.
Rzucił na nią spojrzeniem. Lekko skinęła głową. Wyglądała na spiętą, lecz nie przerażoną. Po dłuższym przyjrzeniu się kobiecie zrozumiał coś innego. Panicznie się bała, lecz nie pozwalała, by lęk nad nią zapanował. Półsetnik Garlath powinien się od niej uczyć. Od zwykłego cywila. O ile cokolwiek w tej kobiecie można było nazwać „zwykłym”.
Zatrzymał na niej wzrok trochę dłużej niż zamierzał. Nie zauważyła. Zbyt pochłaniało ją badanie ściany lasu czujnym, świdrującym spojrzeniem, któremu nie miał prawa umknąć żaden, najlżejszy nawet ruch czy drgnienie. W jej skupionej, zwartej postawie kryło się coś w rodzaju groźnej elegancji, niemal piękna, przywodzącego na myśl urodę polującego sokoła lub gotującego się do ataku gryfa. Jasak zastanowił się przez chwilę, czy magister Kelbryan przeszła szkolenie w posługiwaniu się jakimikolwiek zaklęciami obronnymi. To wyjaśniałoby jej opanowanie. Ponownie zaskoczyła Jasaka swym przygotowaniem i kompetencjami. Była zawodowcem świadomym swych umiejętności – a także słabych stron – i była gotowa na przyjęcie wszelkich nieprzyjemnych niespodzianek, jakie mogły spotkać ją na którymkolwiek z mnogich wszechświatów.
Przypomniał sobie, że ma własne obowiązki i przestał myśleć o kobiecie. Okazało się to dziwnie trudnym zadaniem. Jego podziw dla atrakcyjnej magister zmienił się gwałtownie w głęboki szacunek, po tym jak nie wpadła w panikę na wieść o nagłej śmierci żołnierza.
Minęło o dziewięć i pół minuty za dużo, lecz pluton wyruszył po dziesięciu minutach, co było zapewne życiowym rekordem Garlatha. Udało mu się nawet uformować szyk odpowiedni do marszu przez nieznany i potencjalnie wrogi teren. Jasak był gotów iść o zakład, że całe dodatkowe dziewięć i pół minuty zajęło Garlathowi przypomnienie sobie jak ten właściwy szyk powinien wyglądać.
Mimo to, dotarcie do miejsca, w którym poległ Osmuna zajęło im dwa razy więcej czasu niż powinno. Przede wszystkim dlatego, że Garlath zaczął bać się każdego cienia... a w tak gęstym lesie cieni było niezwykle dużo.
Gdy weszli między drzewa Jasak wysunął się bezpośrednio przed Gadrial.
– Idź zaraz za mną – powiedział.
Gdyby miał do czynienia z innym cywilem, dodałby też, że należało zachować ciszę. Ten konkretny cywil robił jednak w jesiennym poszyciu, pełnym kolorowych, zeschłych liści, o wiele mniej hałasu niż Garlath. Woń deptanych gałęzi i traw – suchy, osobliwy zapach podobny do cynamonu – przypomniał Jasakowi świąteczne ciasta. Niestety, tym razem zapach ten mieszał się z wonią strachu, przeskakującego niczym elektryczne wyładowania z żołnierza na żołnierza. Wyczuwalna niepewność Garlatha przenosiła się na cały pluton. Jasak czuł wyraźnie, jak plugawy lęk powoli niszczy jego ludzi i jeszcze raz poczuł chęć natychmiastowego przejęcia dowództwa. Ochota ta była niemal przemożna, lecz w tej sytuacji, odebranie dowództwa Garlathowi, tylko pogorszyłoby morale plutonu. Nie potrzeba im było teraz – w chwili gdy połowa plutonu nie miała kontaktu wzrokowego z oficerami i podoficerami – nagłej zmiany w hierarchii. Nie miał wyboru – musiał pozwolić wykonywać swe zadania Dowodzącemu Pięćdziesięcioma. Stłamsił więc w sobie niecierpliwość i pocieszył się widząc, że Gadrial utrzymuje niezmienną odległość dwóch kroków za nim.
Choć tak naprawdę to jeszcze tylko wzmagało jego frustrację. To przecież Garlath był szkolony do tego, co robiła nieszkolona magister Kelbryan.
Mimo swego skupienia na Garlathu i żołnierzach pierwszego plutonu, zauważył kątem oka, że Otwal Threbuch podążał za nim niczym cień. Nie wiedział tylko, czy miecznik zajął taką pozycję, by chronić Jasaka czy idącą za nim, delikatną kobietę. Nie miało to jednak znaczenia, ponieważ Jasak rozmyślnie polecił jej iść tak blisko siebie, by w razie potrzeby miecznik mógł pomóc im obojgu. Niemniej, czysto teoretycznie, zastanowił się nad intencjami Threbucha.
„Z pewnością po prostu nie chce się tłumaczyć przed matką, jeśli coś na jego zmianie pójdzie nie tak” – pomyślał setnik z uśmieszkiem.
Żołnierze plutonu Shevana Garlatha dotarli wreszcie do celu i – pod milczącymi spojrzeniami Jasaka i Threbucha – zajęli pozycje. Tym razem Garlath postąpił wybitnie regulaminowo. Poszczególne drużyny plutonu zajęły pozycje zapewniające całkowite zabezpieczenie okolicy. Prawdopodobnie jego motywacje były niewłaściwe (a na dodatek wyłącznie osobiste) niemniej choć raz wykonał jakieś zadanie wzorcowo.
Kiedy trzy z czterech drużyn plutonu rozpierzchły się po lesie w przeciwnych kierunkach, żołnierze zaczęli porozumiewać się między sobą imitując głosy ptaków. Sygnały te andarańscy zwiadowcy wypracowali dawno temu. Ktoś nawet przypomniał sobie, jakie gatunki powinni naśladować, w tej strefie klimatycznej. Jasak jednak z jakiegoś powodu wątpił, żeby przestrzegania procedur komunikacyjnych dopilnował osobiście półsetnik Garlath.
Kiedy czekali, aż reszta plutonu zajmie wyznaczone pozycje, Jasak spojrzał na Gadrial i podniósł palec do ust, dając znak do zachowania ciszy. Ostrzeżenie wypłynęło z niego odruchowo i okazało się całkowicie zbędne. Kobieta była bardzo spięta, czekała w bezruchu. Poruszały się tylko jej oczy, bezustannie badające otoczenie. W tych oczach zobaczył dziwną mieszaninę intensywnego skupienia i czegoś jeszcze. Czegoś, co zastanowiło go przez chwilę. Nie potrafił nadać nazwy temu uczuciu, ale było to coś pomiędzy ekscytacją i strachem.
Bała się. To było jasne. W tej sytuacji nie bałby się tylko idiota – a do tej kategorii Gadrial nie należała z pewnością. Bała się, lecz nie była przerażona, co dawało jej przewagę nad Garlathem. Poza tym była ciekawa, bardzo ciekawa. Półsetnik sprawiał wrażenie człowieka, którego jedynym marzeniem jest uciec i schować się w jakimś bezpiecznym miejscu, ona natomiast – tak, jak Jasak – wyczuwała w powietrzu tajemnicę. Tajemnicę, którą chciała rozwikłać. Nikt nie musiał jej przypominać, że – tak samo jak pozostali – mogła w każdej chwili zginąć, lecz mimo niebezpieczeństwa, w jej ślicznej główce pracował bezustannie poszukujący odpowiedzi umysł.
Z pomiędzy gęstych zarośli rozległ się w końcu ostry, przenikliwy gwizd – sygnał zakończonego rozmieszczania drużyn. Garlath drgnął słysząc go, ale nie odpowiedział. Nozdrza miecznika Threbucha poruszyły się gniewnie. Spojrzał na Jasaka, który lekko skinął głową.
Threbuch wyręczając Garlatha odgwizdał w odpowiedzi umówiony sygnał. Liście pobliskiego krzewu rozstąpiły się na boki i ukazał się im Jugthar Sendahli. Ciemnoskóry żołnierz, uciekinier z Mythal, gdzie jako nie-Obdarzony członek kasty garthan był nikim, u Jasaka stał się jednym z najlepszych. Nie był też głupi, czego raz po raz dowodził. Spojrzał na swego miecznika i skinął z szacunkiem Jasakowi, lecz zasalutował półsetnikowi Garlathowi.
– Melduję, że teren zabezpieczony, Sir. Wszyscy na miejscach. Kusznicy gotowi do akcji. Zasobniki smoka naładowane i odbezpieczone. Osmuna leży tam, Sir.
Jasak zafrasował się w duchu. Mimo, że Sendahli starał się mówić spokojnie i rzeczowo w jego głosie czuć było napięcie. Co do diabła tak przestraszyło tych ludzi? Przecież to wszystko doświadczeni żołnierze, weterani walk z piratami, zbójcami z pogranicza i łowcami działek. Śmierć dla żadnego z nich nie była niczym nowym, a mimo to żołnierze plutonu półsetnika Garlatha trzęśli się jak trusie.
Po skroni Garlatha spłynęła kolejna kropla potu. Jasak spojrzał na Gadrial. Mrużyła oczy, zastanawiała się nad czymś. Widać było, że też dostrzegła strach w oczach Sendahliego.
Żołnierz ruszył między zarośla. Jasak, Garlath, Threbuch i Gadrial poszli za nim, ostrożnie przemieszczając się w gęstym poszyciu lasu, coraz bardziej splątanym w miarę zbliżania się do strumienia.
Zatrzymali się na krawędzi nasypu nad wartkim nurtem. Żołnierze, którzy wcześniej strzegli z Osmuną obu boków kolumny prawidłowo stworzyli skierowany naprzód posterunek, który miał przyjąć na siebie pierwszy ciężar ewentualnego ataku. Nie zmienili pozycji, mimo, że pozostała część plutonu rozproszyła się na kilkaset jardów. Nie drgnęli też na widok nowoprzybyłych. Jasak obiecał sobie, że musi za to szczególnie pochwalić miecznika Harnaka.
Ciało Osmuny leżało w strumieniu. Garlath ruszył w dół skarpy. Wyglądał przy tym jak człowiek, który marzy jedynie o tym, by znaleźć się zupełnie gdzie indziej. Setnik bez słowa poszedł w jego ślady. Przez głowę przemknęło mu pytanie czy Garlath żywił choć cień podejrzenia, jak bardzo Jasak życzyłby sobie, by to marzenie wreszcie się spełniło. Miecznik Threbuch szedł za Jasakiem pilnując go jeszcze uważniej niż do tej pory. Tylko Gadrial została na górze. Wyglądała na zadowoloną z tego, że Jasak – unosząc dłoń do góry – nakazał jej nie podchodzić.
Osmuna nie żył i nie dało się temu zaprzeczyć. Jego zwłoki leżały na wpół zanurzone w usianym głazami nurcie strugi. Padając uderzył w jeden z ostrych kamieni i muchy już zaczynały się zlatywać do czerwonej plamy, którą zostawił na jaskrawo zielonym mchu. Najwyraźniej odbił się od skały i stoczył do wody. Głowa Osmuny znajdowała się całkowicie pod falami. Czyżby utonął od uderzenia tym czymś, co utoczyło z niego tak wiele krwi?
Jasak zmarszczył brwi i ostrożnie podszedł bliżej. Zwiadowca znieruchomiał na swym prawym boku. Nad fale wystawała jego pierś, plecy i lewe ramię. Setnik zauważył dziurkę w piersi żołnierza. Była bardzo mała, niemal trudna do zauważenia. Jasak przybrał jeszcze bardziej zafrasowaną minę. Zastanawiał się, co za diabelstwo mogło spowodować tak wyglądającą ranę.
Jej rozmiar nie pasował do bełtu z kuszy. Zresztą w ranie nie tkwił ani bełt, ani nawet zwykła strzała. Jasak wiedział, jakiego rodzaju obrażenia powodują oba rodzaje pocisków. To, co stało się z Osmuną musiało zostać spowodowane zupełnie czym innym. Jego rana nie wyglądała też, jakby ktoś wyciągnął z niej strzałę już po śmierci. Otworek w ciele Osmuny wywierciło coś, co przeszło przez jego mundur jak gorący nóż przez kostkę masła. Tyle, że włókna nie zostały rozcięte – a przynajmniej nie w sposób, w jaki rozciąłby je nóż. Materiał został rozerwany przez coś na tyle silnego, by wcisnąć jego skrawki w pierś żołnierza. Tego rodzaju efekt wywoływały trafienia z większych kusz, lecz wtedy rany były znacznie większe. Dziurka w ciele zwiadowcy nie wyglądała też na zadaną ostro zakończonym ostrzem, kolec do lodu także odpadał. Żadna z tych broni nie wcisnęłaby rozerwanych i poszatkowanych kawałeczków munduru bezpośrednio w ranę.
Jasak przeszedł ostrożnie balansując na mokrych kamieniach na drugą stronę ciała. Spojrzał na plecy Osmuny i zamarł zdjęty lodowatym przerażeniem.
„Na jaja Graholisa! Co to było?” – przemknęło mu przez głowę.
Nagle zrozumiał przerażenie, które dostrzegł w oczach żołnierzy.
Plecy Osmuny zostały rozdarte od wewnątrz.
Dosłownie.
Otwór ziejący tuż pod lewym ramieniem Osmuny miał niemal średnicę ludzkiej pięści. Gadrial prawdopodobnie nie miałaby najmniejszego problemu z włożeniem swej dłoni do rany. Jej krawędzie wyglądały jakby ktoś wewnątrz ciała żołnierza odpalił wybuchowe zaklęcie.
Przerażenie, nagłe i bezwzględne, przebiegło wzdłuż kręgosłupa Jasaka i umiejscowiło się w pobliżu klamry u pasa. Nigdy nie słyszał o wybuchowym czarze, którym można było przeszyć ludzkie ciało, niczym bełtem kuszy. Nie słyszał o zaklęciach, które eksplodowały w ciałach ofiar, a szkoły do których uczęszczał Sir Jasak Olderhan należały do najlepszych, jakich absolwentem mógł zostać syn andarańskiego arystokraty. Swego czasu przestudiował całą historię Arkany, wliczając w to dzieje Wojen Magów – w trakcie których dopuszczano się na bezbronnych, nie-Obdarzonych ludziach, najróżniejszych mrożących krew w żyłach okrucieństw. Nigdy jednak nie spotkał najmniejszej nawet notatki o podobnym zaklęciu bitewnym. Nie znał czaru, który mógł wywołać spustoszenie, na jakie właśnie patrzył.
Coś poruszyło się obok niego. Odwrócił się gwałtownie. Otwal Threbuch na widok pleców zabitego syknął przez zęby, po czym podniósł zaniepokojone, wstrząśnięte spojrzenie na Jasaka.
– Ma pan jakikolwiek pomysł, Sir? – zapytał mając najwyraźniej nadzieję, że wykształcenie setnika pomoże rozwikłać zagadkę.
– Nie. Nie mam – Jasak pokręcił przecząco głową. Threbuch zaklął szpetnie pod nosem.
– Tego się właśnie obawiałem – mruknął zgrzytając zębami. – I co my, kurwa, mamy teraz zrobić, Sir?
Jasak spojrzał znacząco na Shevana Garlatha. Dowódca plutonu wpatrywał się w plecy Osmuny głośno przełykając ślinę. Co chwila odrywał wzrok od zmasakrowanych zwłok i spoglądał wystraszonym wzrokiem na brzegi strumienia w kierunku złowieszczych drzew. Za każdym razem jednak wracał spojrzeniem do leżącego w wodzie zwiadowcy.
– Półsetniku Garlath?
– Sir? – odezwał się drżącym głosem Garlath i spojrzał niespokojnie na Jasaka.
– Sugeruję, żebyście spróbowali odnaleźć drani, którzy to zrobili.
Garlath sztywno i niezdecydowanie skinął głową. Zanim zaczął wydawać rozkazy musiał trzykrotnie zaczerpnąć powietrza w płuca. Prawdopodobnie musiał też zaczerpnąć odpowiednią ilość odwagi.
– Rozproszyć się! Odszukać jakiekolwiek ślady nieprzyjaciela. Znajdziemy skurwysyna, który to zrobił.
„O tak” – obiecał w duchu Jasak martwemu żołnierzowi. – „Bez wątpienia go znajdziemy.”

* * *

Shaylar uzupełniała właśnie mapę o kolejny, nowy strumień, kiedy wytrącił ją z koncentracji nagły dźwięk. Szorstki, jakby jęczący, tak nikły, że niemal niedosłyszalny wśród szumu strumienia. Odgłos dobywał się niemal spod jej stóp.
– Shaylar!
Skoczyła jak oparzona, ołówek ześliznął się po mapie. Spojrzała w dół zbocza, w stronę strumienia i tym razem sama krzyknęła. Ktoś wspinał się po skarpie. Poznała intruza dopiero, gdy jego chuda postać osunęła się na powrót do wody. Mężczyzna jęknął boleśnie.
– Falsan!
Rozejrzała się gwałtownie po polanie. Szukała wzrokiem Barrisa Kasella. Stał dobre piętnaście jardów dalej na wschód, w pobliżu szukającego czegoś między krzewami Braiheri Futhaia.
– Barris! – zaskoczyła żołnierza okrzykiem. – Dawaj tu Tymo!
Rzuciła się po skarpie w dół. Ślizgała się po mokrych liściach i wilgotnej glinie. Tak samo – próbując się podnieść – ślizgał się Falsan. Dobiegła do niego, objęła ramieniem i spróbowała go podciągnąć...
Jego ból uderzył znienacka. Poczuła go we własnej piersi. Straciła dech patrząc jak Falsan próbuje powiedzieć coś pobladłymi wargami. Zwiadowca upadł ponownie i ześliznął się w dół. Z głośnym pluskiem wpadł do lodowatej wody i legł niemal zupełnie bez ruchu. Zatrzymał się na plecach – co pozwoliło jej zobaczyć złowieszczą czerwoną plamę na koszuli. Czerwień pokrywała całą pierś Falsana, wypływając z miejsca, w którym coś przeszyło ubranie i ciało.
– Ghartoun! – wrzasnęła głosem, w którym słychać było głębokie przerażenie.
Falsan chwycił się jej bluzy zakrwawioną, drżącą dłonią. Spomiędzy poszarzałych warg wydobył się, niemal nieuchwytnym szept.
– Człowiek... strzelił do mnie... zostałem... strumieniu...nie ma... śladów... nie... wyśle...
Skończył mu się oddech. Nie zamknął oczu. Zostały szeroko otwarte. Potwornie szeroko otwarte.
Czuła jak odchodzi. Czuła jak niewidzialna energia, którą był Falsan chan Salgmun rozwiewa się w jej ramionach niczym dym. Gorączkowo szukała rany. Pod palcami wyczuła metal. Ogłupiała i wstrząśnięta, spojrzała i dostrzegła grube, stalowe drzewce, wystające z jego ciała niemal na dwa cale. Dłonie miała rozgrzane krwią Falsana. Resztę jej ciała przeszywał jednak chłód. Siedziała, trzęsąc się gwałtownie, wpół zanurzona w lodowatym strumieniu. Próbowała skupić się na tych niedorzecznych słowach, które przed chwilą usłyszała.
Strzelał do niego człowiek.
Człowiek.
Poza ich drużyną w tym wszechświecie nie było nikogo. To znaczyło, że...
Barris Kasell, Tymo Scleppis i Ghartoun chan Hagrahyl niemal dosłownie jeden przez drugiego, ześliznęli się w dół wilgotnej skarpy. Chan Hagrahyl potwornie zaklął, kiedy wpadł do wody tuż obok Shaylar. Uzdrowiciel, który dotarł do niej chwilę potem spojrzał tylko i jęknął.
– Za późno – Shaylar usłyszała jego głos. – Nie żyje.
Podniosła głowę. Ten drobny ruch zajął jej całą wieczność. Miała wrażenie, że na karku dźwiga całą górę. Spojrzała w oszołomione, nierozumiejące oczy Ghartouna.
– Ktoś go zastrzelił – jej słowa zabrzmiały jak uderzenia topora o martwy lód. – Powiedział, że ktoś do niego strzelał.
Chan Hagrahyl odwrócił spojrzenie od jej twarzy i spojrzał na tkwiący w piersi Falsana kawałek bladego metalu.
– Bogowie... – wyszeptał.
Nagle cały strumień zaczął dziko falować – w górę i na boki. Shaylar poczuła na swych ramionach silne ręce, usłyszała jak ktoś woła jej imię. Poczuła szum w uszach i czarną nicość, która chciała wessać jej świadomość.
„Nie zemdleję jak uczennica!” – cichy, zdecydowany głos zachrobotał gdzieś w głębi niej. Uwolniła się od rąk, które próbowały zaciągnąć ją z powrotem na brzeg. Kiedy ją puściły upadła na kolana, lecz ogromnym wysiłkiem woli uspokoiła rozszalałe zmysły.
Rozejrzała się. Klęczała, chwiejnie i drżąco, pomiędzy splątanymi korzeniami. Wreszcie odzyskała kontrolę nad własnym ciałem. Uniosła spojrzenie i w jej polu widzenia pojawiła się para ciemnych oczu. Obok niej klęczał Barris. Podtrzymywał ją jedną ręką, zabezpieczając ją przed ponownym upadkiem do wody.
– Już dobrze – powiedział łagodnie. – Przez chwilę myślałem, że zemdlejesz.
Jej ciało spróbowało rozgrzać policzki. Jednak nadal była zbyt wyziębiona by zarumienić się ze wstydu. Jego kolejne słowa ukoiły trochę poczucie upokorzenia i ogarnęły ją niczym ciepły koc.
– Przeszłaś silny szok, Shaylar, a nie masz za sobą wojskowego treningu.
– Wojskowego treningu? – powtórzyła, zaskoczona głośnym skrzekiem, który zastąpił jej głos. Barris skinął głową.
– Kiedy Utalentowany rekrut wstępuje do armii, szkoli się go na okoliczność tak brutalnych przeżyć, jak cudza śmierć w walce, zwłaszcza taka, doświadczana w bezpośrednim kontakcie. Cywile nie są do tego przygotowywani. Nawet członkowie zespołów badawczych.
Głuchy warkot pobrzmiewający w głosie Barrisa przedzierał się powoli przez pokrywającą ją lodowatą powłokę obojętności. Gniew – zrozumiała po chwili. Była rozgniewana i wściekła na to, że została narażona na coś tak okropnego, tak nagle. Czuła też złość o wiele głębszą. Jej przyjaciel został zamordowany. Szkoda, że morderca nie widział Falsana wspinającego się przez błoto.
Gdy pojęła to wszystko część wstydu jaki czuła jeszcze chwilę temu po prostu znikła. Nagłemu wybuchowi emocji towarzyszyły, pojawiające się łzy. Rozpłakała się i zaczęła trząść. Próbowała się nie poddawać, ale bez skutku. Barris wziął ją za jeden łokieć, a Tymo za drugi. Pomogli jej wspiąć się na górę. Tymo objął ją ramieniem.
– Nie broń się, Shaylar – powiedział. – Niech dreszcze przeminą same. Tak organizm pozbywa się szoku, drgawki nie pozwalają mu zagnieździć się na zbyt długo w umyśle ani zatruć ciała.
To brzmiało niemal przekonująco. Fakt, iż nie brzmiało przekonująco do końca wzbudził w niej lekki niepokój. Z drugiej strony Tymo wiedział przecież o czym mówi. Znał się przecież na tych sprawach. Usiadła więc w ciepłych promieniach słońca i czekała, aż przestanie się trząść. Kiedy dreszcze wreszcie ustały wzięła głęboki oddech i podniosła oczy.
– Słyszałam jak strzelał – powiedziała. – To wtedy musiało się...
– Tak. Też to słyszałem. – przytaknął Barris z głosem pełnym gorzkiego poczucia winy. – Pomyśleć tylko, że on taki kawał drogi walczył, próbował wrócić, cierpiał, a my nic nie zrobiliśmy...
– To nie twoja wina Barris! – przerwał mu gwałtownie Ghartoun. Kasell spojrzał na dowódcę zespołu.
– Przecież ja byłem kiedyś żołnierzem, cholera! – warknął niemal wrogo. – Powinienem był...
– Co powinieneś? – zapytał z naciskiem Ghartoun chan Hagrahyl, sam wyraźnie wściekły i wstrząśnięty. – Wywąchać co się stało z powietrza? Nie jesteś Utalentowany. Falsan także nie był. Shaylar jest Głosem – najlepszą telepatką w pięciu najbliższych wszechświatach – i też niczego nie wyczuła! Nie urodził się jeszcze Głos, który potrafiłby odczytywać takie rzeczy od nie-Utalentowanego. Przestań więc opowiadać mi tu o jakiejś cholernej winie! Już!
Kasell na sekundę mocno zacisnął szczękę. Gdy minęła, skinął głową i rozluźnił się.
– Tak jest. Masz rację. Tylko, że...
– Wiem. Triad, ale wiem. Chciałbym też wiedzieć, gdzie jest jego karabin. Nie przyniósł go ze sobą.
Kasell powiedział jedno, bardzo wulgarne słowo.
– Fanthi – Ghartoun zawołał potężnego, przysadzistego mężczyznę, który sprawiał na Shaylar wrażenie, jakby cały czas spodziewał się, że za moment wybuchnie dokoła niego strzelanina. – Roześlij patrole na pięćdziesiąt jardów w każdą stronę. Nie wiemy, gdzie są ci dranie. Nie wiemy też jak blisko, a o ich liczebności nie chce mi się nawet wspominać.
Fanthi chan Himidi, który przed podjęciem pracy dla Konsorcjum Chalgyn odsłużył w ternathiańskiej armii dwakroć dłuższy okres od wymaganego, skinął służbiście głową, po czym szybko i sprawnie rozesłał zwiadowców. W zespole było ośmiu ludzi, którzy mieli jakieś doświadczenie wojskowe i to właśnie oni przejęli dowodzenie. Kucharz, poganiacze, rusznikarz – nawet adiutant Ghartouna – na ich komendę utworzyli krąg wokół obozu. Shaylar, na sam tylko widok tych wszystkich, kierowanych przez Himidiego poczynań, poczuła się lepiej.
Ghartoun odczekał chwilę patrząc ze smutkiem w jej oczy, po czym przyklęknął obok.
– Shaylar – zaczął łagodnie. – Muszę cię o to spytać. Czy Falsan coś powiedział?
– On... – Niepewnie zaczerpnęła tchu i powtórzyła tych kilka słów, które zdążył powiedzieć zabity. – Jestem pewna, że miał na myśli to, że nie mogą nas wyśledzić. Tylko, że nie zdołał dokończyć, bo...
Urwała i przełknęła ślinę.
– Oni? – zapytał Ghartoun ostro. – Jesteś tego pewna? Nie „on”?
– Nie – powiedziała z namysłem. – Nie jestem pewna. Powiedział „nie wyśle...”, ale miałam wrażenie, że chciał powiedzieć „nie wyśledzą”. Nie wiem, czy to znaczy, że widział ich kilku. Może po prostu bał się, że inni są gdzieś w pobliżu.
Dowódca wymienił ponure spojrzenia z Barrisem Kasellem i ponownie zwrócił się do Shaylar.
– Mówił coś jeszcze? Wyczułaś coś? Cokolwiek, co mogłoby nam pomóc w ustaleniu, co się tam, na bogów, stało?
Shaylar po raz kolejny odetchnęła głęboko, pokręciła głową by w niej sobie rozjaśnić, po czym uniosła rękę i zaczęła mówić. Zamknęła oczy i przebiegła myślą każde wrażenie i każdą emocję – wszystko, co poczuła podczas tych kilkunastu sekund rozmowy z Falsanem. Zamordowany zwiadowca nie był Utalentowany, ale Shaylar dotknęła jego ciała. To pomagało. Nie Widziała niczego, co on widział, lecz uczucia kryjące się za słowami wypowiedzianymi przez umierającego przedostały się do jej świadomości. Gdyby tylko udałoby się jej odnaleźć je w sobie...
– Ghartoun, myślę, że podczas walki był tylko jeden napastnik – powiedziała wreszcie. – Nie wyczuwam wrażenia „sam przeciw wielu”. Czuję raczej „ja przeciw niemu”. On chyba po prostu bał się, że gdzieś są inni, którzy mogliby za nim przyjść po śladach krwi.
– Dlatego trzymał się strumienia – mruknął Ghartoun.
– Tam, gdzie był jeden, z pewnością znajdą się kolejni – powiedział cicho, ale stanowczo Kasell. – Widziałeś co go zabiło?
– Tak. Bełt z kuszy.
– Kusza? – Shaylar spojrzała na dowódcę ekspedycji. – Przecież... to... średniowieczna broń!
– Tak samo jak maczugi i miotane kamienie – syknął Ghartoun. W jego oczach tliła się tłumiona wściekłość. – A mimo to wszystkie one mogą zabijać równie skutecznie jak karabiny. Walczyliśmy za pomocą kusz prawie przez tysiąc lat naszej przeklętej historii. Potem wpadliśmy na to, jak wytwarzać proch. Ci, z którymi mamy tu do czynienia wcale nie muszą być na naszym poziomie rozwoju technologicznego, by nas pozabijać.
– Racja – zgodził się stalowym głosem Kasell. Ghartoun chan Hagrahyl znów spojrzał na Shaylar.
– Wyczuwasz jeszcze cokolwiek?
Spróbowała. Bez powodzenia.
– Przepraszam – szepnęła smutno. – Dotykałam go tylko przez kilka sekund, a potem... – głos zaczął jej drżeć. – Przepraszam. Niczego więcej nie czuję.
– I tak jestem ci wdzięczny za to, co zrobiłaś – zapewnił ją chan Hagrahyl i ścisnął jej ramię zaskakująco mocno, zupełnie jakby zapomniał, że ledwie dorastała rozmiarami ternathiańskiemu podrostkowi.
– W porządku – wstał. Jego ręce błądziły w okolicy kolby pistoletu i rękojeści sztyletu, które nosił w futerałach przymocowanych do szerokiego, skórzanego pasa. – Nie mamy pewności, kim lub czym są nasi wrogowie. Wiemy jednak, że nie są sympatyczni i nie w smak im nasze towarzystwo – spojrzał Barrisowi Kasellowi w oczy hardym i zdeterminowanym wzrokiem. – Może się okazać, że mamy do namysłu krótką chwilę. O ile Shaylar się nie myli i Falsan spotkał tylko jednego z tych drani. Gdyby nie zabił go za pierwszym strzałem usłyszelibyśmy przynajmniej dwa. Ale skoro udało mu się go wykończyć od razu, to pewnie minie trochę czasu, zanim jego kumple stwierdzą, że zbyt długo nie wraca. Musimy jednak założyć, że w pobliżu byli jacyś inni i, że w końcu odnajdą drogę do naszego obozu. Nie mamy innego wyjścia, jak wracać do portalu zanim nas tu okrążą. Od tego wystrzału upłynął już mimo wszystko dłuższy moment.
Shaylar wstrzymała oddech. O tym nie pomyślała. W jednej chwili gęsty las, do tej pory tak cichy i piękny, stał się groźną i niebezpieczną knieją. Atakował ich grupkę z każdego cienia, niepokoił każdym drgnieniem tonących w słońcu liści. W mgnieniu oka wszystkie drzewa wydawały się kołysać bardziej złowieszczo, mamiły wzrok i inne zmysły. Gdzieś tam, dobre dwie mile na wschód od obozu pracował samotny i nieświadomy niczego Jathmar. Już zaczęła nawiązywać kontakt, kiedy z transu wyrwał ją głos Elevu Gitela.
– Musimy ostrzec kapitana Halifu. Shaylar musi przesłać wiadomość. Natychmiast.
Shaylar spojrzała na mężczyzn. Chan Hagrahyl skinął głową patrząc jej w oczy.
– Skontaktuj się z Darcelem. Przekaż mu, co zaszło. Niech poinformuje o wszystkim kapitana Halifu, a potem wróci na naszą stronę portalu, by nasłuchiwać dalszych wiadomości od ciebie. Potem spróbuj skomunikować się z Jathmarem. Wiem, że nie możesz z nim porozmawiać, ale musimy go ostrzec i ustalić miejsce spotkania.
– Miejsce spotkania? – z niedowierzaniem spytał Braiheri Futhai. – Nie chcesz na niego zaczekać w obozie?
Chan Hagrahyl spojrzał na zaskoczonego przyrodnika.
– Nie, nie możemy sobie na to pozwolić. Musimy stąd odejść tak szybko, jak tylko zdołamy. Chcę, żeby wszyscy spakowali tylko absolutnie niezbędne rzeczy. Wymarsz za dziesięć minut.
– To niemożliwe! Nie przygotujemy się w tak krótkim czasie! – zaprotestował Futhai.
– Zostawimy wszystko, czego nie uda się szybko spakować – syknął Ghartoun. – Zostawimy też wszystko z czym nie jesteśmy w stanie biec truchtem stąd aż do portalu. Czy to jasne?
– Ale...ale co z Falsanem?
– Falsan nie żyje, a moim zadaniem jest dopilnować, żeby nie dołączyło do niego już żadne z nas!
Słysząc ostry ton dowódcy Futhai otworzył szeroko oczy. Widać było jak napinają się mięśnie jego twarzy. Obrzucił chan Hagrahyla upartym spojrzeniem, które Shaylar widywała jedynie w chwilach jego najwyższego wzburzenia.
– Nie opuścimy tego miejsca, póki ten biedak nie otrzyma należytego pochówku!
– Nie mamy na to czasu! – głos chan Hagrahyla brzmiał z mocą lodowca kruszącego skały.
– Jesteśmy ludźmi cywilizowanymi proszę pana, a cywilizowani ludzie mają zwyczaj grzebać swych zmarłych – odgryzł się Futhai. Kasell spojrzał na naukowca wściekle.
– Na pewno nie wtedy jak strzelają do nich jacyś cholerni tubylcy! – warknął dowódca głosem coraz bardziej wzbierającym wściekłością.
– Nikt do nas nie strzela – zauważył irytująco rozsądnie, spokojnym i uprzejmym tonem Futhai. – Skoro nie grozi nam bezpośrednie niebezpieczeństwo, winniśmy śmierci tego biednego człowieka okazać należyty szacunek.
Dłoń Barrisa Kasella zacisnęła się w pięść na pasku karabinu. Z wyrazu jego twarzy można było wyczytać, że wolałby w tym uścisku zgnieść kark przyrodnika.
– Skoro jesteś tak odważny – wychrypiał – to możesz zostać i samemu go pochować. Tylko, na bogów, nie oczekuj, że reszta zaczeka tu spokojnie na całą hordę tych drani, którzy pewnie już w tej chwili idą śladem Falsana!
– Falsan szedł strumieniem. Nie zostawiał za sobą śladów, po których mogliby nas wyśledzić – zauważył Futhai z niemal jawną pogardą w głosie. – Sam dobrze o tym wiesz i...
– Dosyć! – ryknął chan Hagrahyl. Wszyscy umilkli. – Nie stać nas na dalszą stratę czasu. Nie mamy go ani na pogrzeby, ani na spory. Masz rację, Braiheri, że wracając do nas korytem strumienia Falsan nie zostawił śladów. Pamiętaj jednak, że oni mogą przyjść po śladach, które zostawił wychodząc z obozu. Pewnie rzeczywiście zamarudzą trochę organizując pościg, ale potem nie będą mieli już najmniejszego problemu z odnalezieniem tej polany.
Chwilę jeszcze patrzył gniewnie na naukowca, po czym zwrócił się do Shaylar.
– Shaylar, natychmiast wyślij wiadomość do Darcela. Potem spakuj to, co najważniejsze. Całą resztę zostaw. Pod żadnym pozorem nie wolno ci porzucić niczego, co pozwoliłoby zabójcom Falsana wyśledzić nas po drugiej stronie portalu. Zabierz wszystkie mapy, notatki, wszystko...
Przesunął wzrokiem po pozostałych.
– Wy także nie zostawiajcie niczego, bardziej skomplikowanego technologicznie niż noże czy kije. Ci ludzie nie wiedzą o nas niczego i chciałbym, żeby tak zostało. Braiheri, jeśli ci to pomoże, to zbierz wszystko, co miał ze sobą Falsan i przykryj go kamieniami. Najlepiej w samym strumieniu. W ten sposób nie znajdą jego ciała i nie domyślą się, że był jednym z nas. Masz wybór: zabrać swoje notatki albo pochować Falsana. Na nic więcej nie mamy czasu.
Z powrotem odwrócił się do Shaylar.
– Mam nadzieję, że rozumiesz, dlaczego Jathmar będzie musiał dogonić nas po drodze? Moim obowiązkiem jest teraz wyprowadzić stąd jak najwięcej żywych. Nie mogę czekać na nikogo.
Wytrzymał jej spojrzenie mając nadzieję, że kobieta zrozumiała.
Zabolało ją serce. Miała ochotę zaprotestować, lecz wiedziała jednocześnie, że dowódca ma rację. Drżała na samą myśl o tym, że Jathmar był teraz sam w tym lesie. W lesie, w którym jedna osoba już została zabita. Spojrzała na Hagrahyla i sztywno skinęła głową.
Jego oczy zdawały się mówić „dziękuję”.
– W takim razie do roboty. Racji żywnościowych bierzemy tylko tyle, żeby dojść do portalu. Musimy iść szybko.
Shaylar zobaczyła skierowane na siebie spojrzenia towarzyszy. Nikt – poza Futhaiem – nie zmarszczył brwi, lecz odczytała ich myśli równie jasno, jakby każdy z nich był w pełni wyszkolonym Głosem. Z trudem przełknęła ślinę.
„Będę dla nich ciężarem w drodze. Oni to wiedzą i ja to wiem. Nie stać nas na to” – pomyślała.
Coś nieznanego i hardego zadrgało w jej duszy i dodało jej sił. Podniosła się na nogi. Zaskoczyło ją, jak szybko otrząsnęła się z szoku po śmierci Falsana. Teraz miała przed sobą nowe zadanie do wykonania. Nie było to zadanie z rodzaju tych, na które się godziła podpisując umowę z Konsorcjum – wymiana ognia z nieznanym przeciwnikiem stanowiła ostatnie z możliwych do przewidzenia zagrożeń – lecz niczego to nie zmieniało.
– Skontaktuję się z Darcelem z namiotu – powiedziała ostrym, zdecydowanym tonem, który sama ledwo poznawała. – Jednocześnie będę się pakować. Postaram się też ostrzec Jathmara.
Głos nie drżał jej ani trochę. Ghartoun chan Hagrahyl spojrzał jej głęboko w oczy. Widać było, że stara się oszacować to, co w nich zobaczył. Po chwili skinął głową.
– Dobrze. Zwijamy obóz i w drogę.



Dodano: 2008-01-25 13:00:53
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj nowości wydawnictwa Initium


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Bardugo, Leigh - "Król z bliznami"


 Chiang, Ted - "Wydech"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Fragmenty

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS