NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"

Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Ukazały się

Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"


 antologia - "Opowieści niesamowite z języka niemieckiego"

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Zagubiona przyszłość" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Proxima" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Kosmiczni bracia" (reedycja)

 Vonnegut, Kurt - "Rysio Snajper" (2020)

 Caldecott, Andrew - "Miasteczko Rotherweird"

 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

Linki

Weber, David & Evans, Linda - "Wrota piekieł", księga I
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Weber, David & Evans, Linda - "Wrota piekieł"
Tytuł oryginału: Hell's Gate
Data wydania: Luty 2008
ISBN: 978-83-7418-177-8
Oprawa: miękka
Format: 135 x 205 mm
Liczba stron: 512
Cena: 35,90 zł
Tom cyklu: 1



Weber, David & Evans, Linda - "Wrota piekieł", Księga I #2

Rozdział drugi

Shaylar Nargra-Kolmayr kucnęła pod klapą przesłaniającą wejście do jej namiotu, wyszła w chłód poranka i głęboko wciągnęła rześkie powietrze. Świeży, jesienny powiew miał niebiański posmak. Zamknęła oczy i przeciągnęła się, by tym bardziej móc rozkoszować się wspaniałymi aromatami niesionymi przez wiatr. Przypominający cynamon zapach suchych liści mieszał się z miękką, zieloną wonią mchów i głęboką, bogatą nutą mokrej ziemi z leśnego poszycia. Uśmiechnęła się szeroko. Było jej dobrze. Otworzyła oczy i spojrzała na złocistą mgiełkę, która, niczym gruba zasłona rozciągała się ponad strumieniem wzdłuż którego szli już od trzech dni. Słyszała jego wartki nurt. Był niemal tak szeroki jak rzeka. Bulgotał, szemrał płynąc swym, wydartym puszczy korytem.
Za nią wyszedł z namiotu jej mąż – Jathmar Nargra. Ukośne promienie słońca przemieniły jego piaskowe włosy w miedziany płomień. Ich końcówki skręciły się pod wpływem wszechobecnej tu wilgoci. Wyglądał teraz, jak kędzierzawe dziecko ze zdjęć, które niedługo po ślubie oglądali z jego matką. Cały obwieszony był różnorodnym sprzętem polowym: stalowa menażka, wodoodporny kompas, lornetka, płócienny plecak. Sztucer, dla wygody zarzucił na ramię. Za pasem tkwił rewolwer marki Halanch i Welnahr.
Sztucer i ciężki, jednostrzałowy pistolet stanowiły ochronę przed nieprzyjazną zwierzyną. Przynajmniej dzisiaj nie spodziewali się innych zagrożeń. Praktycznie nie istniała tu najmniejsza nawet szansa natknięcia się na bandę rabusiów ani na grupę grasujących w okolicach portali piratów. Znajdowali się przecież w dziewiczym wszechświecie. Nie zawsze było jednak tak spokojnie. Zwłaszcza na pograniczu. Shaylar cieszyła się bardzo, że nie zajdzie potrzeba użycia całego tego arsenału, lecz musiała przyznać, że jej mąż wyglądał groźnie i mężnie. Stał w złocistych promieniach słońca, spływających spomiędzy mieniących się wspaniałymi barwami liści niczym kolumny roztopionego masła.
Na ogorzałe od słońca oblicze Jathmara wypłynął szeroki uśmiech. Więź małżeńska sprawiła, że poczuł jej radość.
– Piękny poranek, prawda? – zauważył. – Nawet z kimś tak mało bohaterskim jak ja w tle.
– Bardzo piękny – zaśmiała się Shaylar.
– Ranisz me serce, kobieto! – jego pociągła twarz przybrała nieszczęśliwy wyraz. Każdy poza Shaylar dałby się nabrać. – Miałaś się ze mną nie zgodzić!
– Mój drogi. Jesteś uzbrojony po zęby i wyglądasz tak groźnie, że od razu widać, że niestraszne ci są czarne niedźwiedzie, wilki, dziki i pumy, od których na pewno aż roi się w okolicy. Czego więcej może chcieć taka delikatna samiczka jak ja?
– Ha! Teraz wyszło ci dużo lepiej!
Poruszył brwiami i dumnie nadstawił się do pocałunku na dzień dobry. Dokładniej mówiąc – do piątego pocałunku na dzień dobry, odkąd – dwadzieścia minut temu – wygrzebali się ze śpiworów. Shaylar roześmiała się w duchu. Mąż otoczył ją ramionami. Jathmar Nargra potrafił skorzystać z życia. Biorąc pod uwagę, że większą część ostatnich czterech lat spędzili w towarzystwie czterdziestu kawalerów – plus minus jednego czy dwóch ochroniarzy, którzy wrócili do domu, lub zostali pożarci przez krokodyle – miał zamiar wykorzystywać każdą, nadarzającą się okazję na pieszczoty.
Shaylar zresztą zachowywała się podobnie. We wszystkich zbadanych dotąd wszechświatach natykano się na pumy. Co więcej, po osiemdziesięciu latach eksploracji wszyscy byli zgodni, że wszystkie wszechświaty były do siebie łudząco podobne. Nie miała więc nic przeciwko temu, by Jathmar zbroił się jak jakiś bandyta. Choć te jego śmiercionośne zabawki przeszkadzały co prawda w chwilach jakich jak ta – nie narzekała.
Kiedy Jathmar zdecydował wreszcie, że pocałunek trwał wystarczająco długo – przynajmniej na chwilę – cofnął się. Shaylar uśmiechnęła się i zauważyła wystający z jego plecaka szkicownik.
– Czyżby czekał nas leniwy dzień? – zapytała słodko. Jego przejrzyste, zwierzęce oczy zabłysły.
– Drażnij się ze mną, drażnij, niewierna ladacznico. Zobaczysz, że pewnego dnia będę musiał się opędzać od klientów maczugą. Wtedy rzucimy robotę, bogaci i szczęśliwi.
– Ja już jestem szczęśliwa – przyznała z uśmiechem. – A mając do dyspozycji to wszystko – wskazała szerokim gestem otaczającą ich dzicz – komu potrzeba bogactwa?
– Właśnie, komu? – powtórzył odgarniając znad jej oka kruczoczarny kosmyk włosów. Kilka z nich zawsze wymykało się noszonym przez Shaylar warkoczom. – Ty naprawdę jesteś szczęśliwa – powiedział uśmiechnięty, odczytując jej uczucia dzięki szczególnej więzi łączącej małżeńskie pary Utalentowanych osób. – Martwiło mnie to. Wiesz, wtedy, kiedy rozpoczynaliśmy walkę o to, żebyś mogła pracować w zespole.
– Tak. Wiem – odpowiedziała cicho. – Wiem, też jak bardzo naciskałeś w tej sprawie Zarząd.
– Przeważyło zdanie Halidara Kinshe, nie moje – skromnie sprostował Jathmar. – A ty, serce moje, znałaś tego parlamentarzystę dużo dłużej niż ja. No, ale – uśmiechnął się jeszcze szerzej – jeśli rzeczywiście chcesz obrzucać niegodnego małżonka wyrazami wdzięczności, to nie będę się zbyt stanowczo sprzeciwiać.
– Jesteś... – powiedziała surowo i pacnęła go zwojem map. – Jesteś niepoprawny!
– Ale za to łatwo daję się kusić. Chodź...
Roześmiała się, kiedy poruszył szybko brwiami. Potem uniósł głowę i spojrzał na wskroś złotych i szkarłatnych chmur liści nad nimi.
– To dobry dzień na szkicowanie, prawda? Nie mówiąc już o tym, że pogoda jest równie dobra na badania. Mgła powinna się niedługo podnieść.
– Tak, jakbyś potrzebował ładnej pogody – zachichotała Shaylar. Talentem Jathmara była zdolność dostrzegania ukształtowania terenu w promieniu pięciu mil. Niezależnie od pogody i oświetlenia albo i jego braku. – Ale masz rację. W taki dzień będzie jeszcze przyjemniej. Przyznam jednak, że czasem robię się zazdrosna, kiedy tak siedzę sama w obozie, a ty włóczysz się po całej okolicy.
– E tam. Jesteś szczęśliwa jak perła wśród ostryg – powiedział bawiąc się koniuszkiem jej nosa. – Poza tym już chyba zapomniałaś o ostatnim naszym wszechświecie. Musimy korzystać ze słońca, póki świeci.
– To prawda.
Shaylar wzdrygnęła się na samo wspomnienie i wcale nie był to do końca udawany gest. Ostatni wszechświat, którego mapy sporządzali przed przejściem do obecnego miał portal umieszczony w samym centrum obszaru, który cechowała chyba najwyższa średnia opadów we wszystkich znanych wszechświatach. W domu byłoby to miejsce położone na północny zachód od Rokhany, nieopodal ujścia rzeki Yirshan do ogromnego Oceanu Zachodniego. Mieli niewiarygodne szczęście, że ich portal wejściowy i portal wiodący do tego wszechświata dzieliło niecałe trzysta mil. Portale położone tak blisko siebie były niezwykle rzadkie. I niezwykle cenne.
Mimo to, i mimo przewodnika Darcela Kinlafii – pracującego z nimi Ogara Portali, który okazał się bezcennym pomocnikiem, przejście dwustu sześćdziesięciu zalanych wodą mil zajęło im niemal półtora miesiąca. Słońca nie widzieli przez okrągłe dwadzieścia trzy dni. Większość ich sprzętu pokryła się pleśnią, do której wywabienia – kiedy już wreszcie przestało padać – zużyli potężne ilości środków przeciwgrzybicznych. Po sześciu tygodniach podróży w przemoczonych ubraniach, po nieprzerwanej walce z mokradłami, po przedzieraniu się z maczetami przez splątane, wilgotne poszycie lasu i po nocach spędzonych pod ociekającą moskitierą, ta rześka, jasna jesień sama w sobie stanowiła prawdziwy raj.
– Ja nie narzekam – powiedziała wesoło. – W końcu udało nam się znaleźć portal i zostawić deszcz za sobą. A biedny kapitan Halifu musiał tam wybudować fort! Tylu niezadowolonych żołnierzy na raz nie widziałam chyba nigdy w życiu.
Grafin Halifu podzielił się z Jathmarem i Shaylar – oczywiście poza zasięgiem słuchu podległych mu ludzi – swą pikantną opinią na temat tego, co myślał o manierach multiwersum, które raczyło umieścić portal w takim, zapomnianym przez bogów i ludzi, miejscu. Biorąc pod uwagę, że Uromathianie czcili panteon bóstw niemal równy liczebnością populacji samych Uromathian, to miejsce musiało być naprawdę bardzo zagubione, skoro wszyscy ci bogowie naraz zapomnieli o nim.
Z jakiegoś niejasnego powodu kapitan nie był też zachwycony decyzją Ghartouna chan Hagrahyla, by nazwać tamten wszechświat „Nową Uromathią”, na cześć ojczyzny Halifu.
– Fakt. Żołnierze Grafina nie tryskali wtedy radością – zachichotał Jathmar. – Sam nie byłbym szczęśliwy, gdyby to mi kazali cokolwiek budować w pobliżu tamtego portalu. Siedzą teraz po uszy w błocie, z cała tą pracą na głowie.
Tym razem to on, szerokim gestem wskazał otaczające ich gigantyczne drzewa.
– Dobrze, że decyzja Zarządu Portali nie wiązała przynajmniej Darcela – zauważyła Shaylar.
– Tak. Pamiętam, że niektórzy z ludzi Grafina wyglądali, jakby chcieli kogoś rozszarpać, kiedy dowiedzieli się, że Darcel wyrusza na poszukiwanie lepszego miejsca – zgodził się Jathmar.
– Ale to nie była jego wina – odpowiedziała skromnie Shaylar, uśmiechając się pod nosem. – Jest telepatą. A wszyscy przecież wiedzą, że Głos nienajlepiej nadaje przez portale.
– Tak przynajmniej nam wszyscy wmawiacie – zażartował Jathmar. – Nie jestem jednak pewny, czy żołnierze Grafina brali sobie to wtedy do serca.
Shaylar zachichotała. Podobnie jak ona sama, Darcel Kinlafia był Głosem – jego Talentem było przekazywanie informacji na wielkie odległości. Głosy, ludzie urodzeni z darem doskonałej pamięci i zdolnością do bezpośredniej komunikacji z umysłami innych, stanowili ważny pod wieloma względami element społeczeństwa Sharony.
Rządy, Zarząd Portali, prywatne firmy – od tych zajmujących się przemysłem po media – wszyscy korzystali z usług Głosów, którzy potrafili przekazać najbardziej nawet złożone informacje z zadziwiającą dokładnością. Wojsko także ich wykorzystywało. O ile jednak w życiu codziennym cywilizacji Sharony rozciągającej się na wielu wszechświatach zdolności Głosów były pożyteczne, to w badaniach nowo odkrytych światów były one praktycznie nieodzowne.
W każdym zespole badawczym były co najmniej dwa Głosy. Jeden pozostawał przy portalu, którym zespół wkraczał do nowego świata i służył jako łącznik między badaczami a bazami w znanych już wszechświatach. Im więcej portali podlegało badaniu drużyny, tym więcej Głosów było potrzeba na dany łańcuch tranzytowy. Wtedy, w deszczowym wszechświecie, osiągnęli już odległość, poza którą Shaylar nie była w stanie przesyłać komunikatów. Postanowiono więc wysłać Darcela przodem i zastąpić go innym, nowo przybyłym Głosem.
Ten portal szczególnie stanowił powód niedostatku rąk do pracy. W przeciągu ostatnich dziesięciu miesięcy zespoły badawcze Konsorcjum Chalgyn odkryły trzy nowe portale, wliczając w to Nową Uromathię i ten ostatni, który nie został jeszcze nazwany. To zmusiło decydentów do podzielenia drużyn, by mogły zbadać je wszystkie. Stało się to jeszcze zanim wkroczyli do obecnego wszechświata i zanim zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, na co prawdopodobnie się natknęli. To odkrycie mogło spowodować prawdziwą lawinę pieniędzy i to nie tylko dla nich i dla ich pracodawców. W osiemdziesięcioletniej historii eksploracji Zarząd Portali odkrył i opisał jedynie czterdzieści dziewięć portali. Zespoły badawcze Konsorcjum Chalgyn już zdołały podnieść tę liczbę o całe sześć procent, a jeśli Darcel nie mylił się w ocenie tego portalu to konsekwencje jego odkrycia dla całej cywilizacji (nie mówiąc o ich własnych kontach bankowych) byłyby oszałamiające.
Wszystko to było cudowne, lecz stawiało ich w sytuacji niedoboru ludzi. Ghartoun chan Hagrahyl już dwukrotnie dzielił ich zespół na mniejsze, które rozesłał przez pozostałe dwa portale, by prowadziły badania w leżących za nimi wszechświatach. W rezultacie pozostały im tylko dwa Głosy i absolutnie minimalna ilość innych specjalistów, nie wspominając już o zaopatrzeniu. Nikt jednak nie narzekał.
Na całe szczęście Zarząd Portali kontrolował całość transportu przechodzącego przez portale. Oznaczało to, że jednostki SZZP – Sił Zbrojnych Zarządu Portali, armii składającej się z wielonarodowych jednostek oddelegowanych pod rozkazy Zarządu – mogły budować forty przy portalach, a także zapewniać do ich obsługi swych własnych ludzi, w tym przynajmniej jednego Głosu. Tak różowo wyglądała oczywiście jedynie teoria. Ten konkretny portal został odkryty na tyle niedawno i było jeszcze poza nim tyle innych portali bez fortów w Łańcuchu Karys, że wojsko nie było w stanie póki co dostarczyć swego telepaty.
W tej sytuacji, do przybycia Głosu do fortu pozostawał im tylko Darcel Kinlafia. To Darcel przekazywał ich raporty, poprzez łańcuch innych telepatów, tworząc sieć błyskawicznej komunikacji. W razie potrzeby, albo niebezpieczeństwa, mogli przesłać wiadomość nawet do samej kolebki ludzkości – do Sharony – w niecały tydzień. Gdyby nie wodne obszary pomiędzy niektórymi portalami, które trzeba było pokonywać okrętami mogłyby to być tylko godziny. Nikt jednak nie był w stanie zapewnić utrzymywania stałego posterunku z Głosem na środku oceanu.
Shaylar bardzo się cieszyła, że nigdy nie będzie musiała pracować jako Głos tkwiący przy portalu, którego jedynym zadaniem było czekanie na nadchodzące komunikaty. Sama nie była zwykłym Głosem przydzielonym do zespołu badawczego. Była żoną głównego Kartografa grupy i co więcej była z nim nierozerwalnie powiązana. Dzięki temu stanowiła nie tylko integralną część programu, ale była nieodzowna dla powodzenia głównego celu ich misji: sporządzenia mapy nowego wszechświata. Jathmar „Widział” teren dokoła, lecz tak naprawdę kartografią zajmowała się Shaylar. To ona bowiem przekładała mentalne obrazy odległych miejsc, odczytywane z umysłu męża, na język map, które miały posłużyć w przyszłości dalszej eksploracji i zakładaniu osiedli. Nawet, gdyby natrafili na jeszcze jeden portal nie zostawiliby jej – nie mogliby jej zostawić – przy nim. Musieliby wysłać wiadomość do centrali i wezwać kolejny zespół do zbadania nowego świata, albo do przejęcia tego, tak żeby oni mogli zająć się nowo odkrytym.
Na podobnej zasadzie nie mogli pozwolić sobie na pozostawienie z tyłu Darcela. Przynajmniej nie mogli zostawić go na dłuższy czas. Nie był, co prawda, tak istotny dla pracy zespołu jak Shaylar czy Jathmar, lecz jego drugorzędny Talent był dla długofalowych planów Konsorcjum być może bardziej nawet istotny.
Dobrze zdawała sobie sprawę ze swojego szczęścia. Nie tylko uniknęła przykrego obowiązku tkwienia przy portalu, kiedy inni bawili się eksploracją nowego wszechświata, lecz w ogóle miała możliwość uczestniczyć w pracach zespołu. Sharonianki z zasady cieszyły się takimi samymi prawami co mężczyźni, choć zdarzały się tu różnice w systemach prawnych poszczególnych królestw czy republik. Nie istniała też kwestia niedoceniania inteligencji kobiet, czy ich wrodzonych predyspozycji – byłoby to niemożliwe w społeczeństwie, w którym jedna na pięć osób posiadała wrodzony Talent. Tego rodzaju dyskryminacja zanikła wraz z mrocznymi wiekami, tysiące tysięcy lat temu, jeszcze za czasów pierwszego Imperium Ternathiańskiego.
Praca nad tworzeniem map dziewiczych wszechświatów była jednak bardzo ciężka i nierzadko niebezpieczna. Zarząd Portali – w skład którego wchodzili reprezentanci wielu narodów i miast-państw Sharony oraz obecnego Imperium Ternathiańskiego – wprowadził więc regułę, w myśl której kobiety nie powinny być narażane na utratę zdrowia i życia w roli członków zespołów badawczych.
Od tej żelaznej zasady Shaylar stała się pierwszym wyjątkiem. Jej historia okazała się precedensem na skalę osiemdziesięcioletniej historii Zarządu. Zdawała sobie sprawę, że jest bacznie obserwowana. Otrzymała jedyną w swoim rodzaju szansę – szansę otworzenia tej drogi dla innych kobiet, które chciały postawić swe stopy tam, gdzie nikt jeszcze nigdy nie chodził. Z równą mocą czuła na swych barkach ciężar odpowiedzialności. Wiedziała, że musi za wszelką cenę udowodnić, iż zasada Zarządu była błędna.
Przed wyruszeniem na tę ekspedycję Shaylar uczestniczyła w badaniu dwóch innych dziewiczych wszechświatów. Wraz z Jathmarem poszerzyła też granice kilku już zbadanych. Każdy portal oznaczał całkowicie nową planetę i choć między tymi równoległymi światami podobieństwa były zawsze znaczne, to i tak każdy z nich wymagał kompleksowego zbadania. I nie było to wcale zadanie, które wykonywało się pstryknięciem palców. Zresztą badania tego drugiego typu były ostatnim etapem szkolenia – stażem – którego odbycia wymagał Zarząd, przed podjęciem decyzji o wysłaniu zespołu przez niezbadany jeszcze portal.
Praca ta okazała się tak ciężka, jak uprzedzali wszyscy, którzy ją przed jej podjęciem przestrzegali. Pogranicze nie było kurortem wypoczynkowym i z równą surowością traktowało mężczyzn, jak i „płeć piękną”. Jednakże – mimo niepokoju opinii publicznej i ostrzeżeń niedowiarków, a także mimo twardych warunków życia i niebezpieczeństw, na jakie narażeni byli pionierzy w dziczy – czuła się szczęśliwa. A poza tym osiągała niezrównane sukcesy.
Doświadczenie Jathmara, z którym pracowała jeszcze bardziej wzmagało jej zadowolenie. Spoglądała mu w oczy i słodycz miłości, przepływającej w jej duszę przez ich małżeńską Więź sprawiała, że zbierało się jej na łzy wzruszenia. Jathmar pochylił się przez całe dzielące ich siedem cali wzrostu i ucałował ją w brew. Było to o wiele bardziej znaczące wyznanie uczuć niż zwykłe, pospieszne zetknięcie warg. Uśmiechnął się i skinął głową w stronę gęstego lasu.
– Czas ucieka – powiedział. – Zobaczmy jak wiele uda się nam opisać przed obiadem. Im szybciej porozmawiamy z Ghartounem, tym szybciej zaczniemy.
Obóz rozbili na naturalnej polanie. Przez jej środek przepływał strumień. Dotarcie w to miejsce zajęło im trzy dni. Kolejne trzy spędzili na sporządzaniu mapy najbliższej okolicy. Shaylar wiedziała, że będzie za tym obozem tęsknić kiedy już ruszą w dalszą drogę. Jednak z drugiej strony z taką samą jak pozostali niecierpliwością czekała, by przekonać się co zobaczą gdzie indziej. Badania nigdy nie posuwały się zbyt szybko, ale tym razem sporządzenie mapy samych tylko okolic portalu zajęło im całe pięć dni. Nie było w tym nic dziwnego. W końcu był to największy z dotychczas odkrytych portali.
Ze swymi trzydziestoma milami szerokości przewyższał nawet Wrota Calirath. Ich pierwszym zadaniem stało się więc opisanie jego bezpośredniego otoczenia i wyznaczenie koordynatów pod przyszłą główną bazę w tym wszechświecie – jeden dzień drogi od fortu kapitana Halifu. Było to poważne wyzwanie – wymagało bowiem wyznaczenia miejsca pod obóz z pełną załogą i magazynem zaopatrzenia dla urzędników Zarządu Portali, zespołami medycznymi, kolejnymi jednostkami wojska i ilością sprzętu i zapasów wystarczającą dla następnych grup badaczy, budowniczych, górników i osadników, którzy pojawią się z pewnością i w tym świecie.
Kiedy już wyszukali odpowiednią lokalizację i przesłali odpowiednie współrzędne do Konsorcjum Chalgyn, które szykowało brygady inżynierów, ruszyli wprost na południe. Wieczorami wznosili ogrodzenia z krzewów. W ten sposób zabezpieczali się przed miejscowymi drapieżnikami. W każdym obozie pozostawali tak długo, jak wymagało tego sporządzenie pełnej i dokładnej mapy okolic. Oznaczało to, że za każdym razem musieli posuwać się dalej na taką odległość, jakiej Jathmar potrzebował do telepatycznego przeczesania kwadratu terenu o boku dwudziestu mil. Gdy z tym się już uporał ruszali dalej i powtarzali całą procedurę od nowa.
Zarząd Portali nie przez przypadek stosował metody eksploracji odziedziczone po Imperium Ternathiańskim. Ternathia zajmowała rozległe terytoria od pięciu tysięcy lat. Było to wystarczająco dużo czasu, by dopracować skuteczne sposoby pracy. Zarząd korzystał z nich w każdej dziedzinie,w jakiej tylko mógł. Wznoszenie ufortyfikowanych obozów wzdłuż trasy, którą podążał zespół badawczy było jedną z takich właśnie zapożyczonych metod. Shaylar podejrzewała, że miał z tym również coś wspólnego fakt, iż Ternathia dostarczała ponad czterdzieści procent kontyngentu wojskowego dla ZP i niemal połowę jego oficerów.
Ich okrojony zespół liczył w tej chwili dwadzieścia osób. Nie byli więc w stanie wznosić skomplikowanych palisad, jak wymagały ścisłe ternathiańskie reguły. Zamiast tego grodzili teren płotem ze splątanych gałęzi, który był wystarczająco mocny, by powstrzymać na zewnątrz wszystkich ewentualnych napastników mniejszych od stada wściekłych słoni. Weterani eksploracji wszechświatów opowiadali niekiedy o liczących dziesiątki tysięcy stadach bawołów i innych zwierząt, które zatrzymywały się przed takimi kolczastymi zagrodami i omijały je, nie czyniąc członkom zespołów najmniejszej krzywdy. Tak czy inaczej, system sprawdzał się w codziennej pracy Zarządu, tak samo jak w dawnych czasach, gdy stosowali go Ternathianie.
Wielkim znawcą systemu okazał się Ghartoun chan Hagrahyl, który służył wcześniej w ternathiańskiej armii, o czym świadczyła cząstka „chan” przed jego nazwiskiem. Z zawodu był inżynierem i po spełnieniu swego obowiązku wobec wojska podjął dalsze studia. Ukończył je dzięki stypendium a potem wykładał inżynierię w filii Imperialnego Uniwersytetu Ternathii w Nowym Estafel na Nowej Sharonie, pierwszej dużej kolonii założonej poza macierzystym wszechświatem Sharonian.
Po dziesięciu latach spędzonych za murami uczelni poddał się urokowi portali. Działo się to około dwudziestu lat temu. Z kolei przez ostatnie siedem pracował już wyłącznie dla Konsorcjum Chalgyn.
Shaylar i Jathmar bardzo cieszyli się z obecności doświadczonego Ghartouna. Szczególnie doceniał ją Jathmar, który nigdy nie służył armii. Jego rodzinna Republika Faltharii, zasiedlona została przez ludzi na długo po tym jak przez Sharonę przetoczyła się ostatnia poważniejsza wojna i miała tylko dwóch sąsiadów, z których żaden nie był zainteresowany rozszerzaniem swego terytorium w drodze podbojów. Nie było takiej potrzeby. W nieodkrytych jeszcze wszechświatach pod kolonizację czekało mnóstwo terenów. Lasu nauczył się Jathmar jeszcze w dzieciństwie, kiedy to szkolił swój Talent w niezmierzonych ostępach Kylie – największego z parków narodowych Faltharii, puszczy odkrytej przez pierwszych farnalijskich osadników, około trzysta lat wcześniej.
Jathmara zawsze cieszyło, że Farnalianie – i ich falthariańscy spadkobiercy – rozumieli, jak cenne dla każdego narodu są rozległe, zalesione przestrzenie. Cieszył się także i dlatego, że dzięki ojczystym lasom miał gdzie wyszkolić się na tyle skutecznie by zostać członkiem zespołu badawczego.
Brakowało mu tradycyjnego, wojskowego szkolenia. Przeszedł jednak rygorystyczny program treningowy Zarządu. W parze z długoletnim doświadczeniem myśliwego dawało mu to pewność, że poradzi sobie ze wszystkim, na co prowadzony przez niego zespół może się natknąć w dziczy. Istotne było to tym bardziej, że za bezpieczną palisadą obozu spędzał bardzo mało czasu.
To głównie przez jego obowiązki Kartografa przebycie tego kawałka drogi na południe zabrało im aż trzy dni. Tę samą odległość mogli spokojnie pokonać dużo szybciej – od wejściowego portalu dzielił ich nieco ponad dzień forsownego marszu. W takim tempie jednak nie dało się sporządzać map. Darcel Kinlafia włóczył się po okolicy portalu z wędką i garnkiem, w którym dusił wszystko, co tylko zdołał upolować a Jathmar i Shaylar ciężko pracowali na chleb dla nich wszystkich.
Praca nad mapami zajmowała ich bardzo często jeszcze nawet po zmroku. Dzienne światło nie było Jathmarowi potrzebne do „oglądania” ukształtowania terenu. Shaylar z kolei pracowała przy lampach olejnych, które nosili w plecakach. Ich reflektory dawały wystarczająco dużo światła do rysowania map i spisywania raportów, co także stanowiło część jej obowiązków. Wiedzieli, że przy odrobinie szczęścia natkną się na jakieś szczególnie wartościowe miejsce i zajmą je w imieniu Konsorcjum Chalgyn.
Główne źródło dochodu Konsorcjum stanowiły opłaty za korzystanie z portali. Kiedy któryś z zespołów badawczych odkrywał nowy portal, zatrudniająca go firma zyskiwała prawo do obłożenia cłem każdej osoby i każdego towaru, przechodzącego na drugą stronę. Opłaty za zarządzane przez ZP portale były bardzo niskie, ale w wypadku częściej uczęszczanych tras, roczne wpływy sięgały astronomicznych sum.
To samo stanowiło główną motywację dla zespołów badawczych. Zespół, który odkrywał nowy portal zapewniał swej macierzystej firmie potencjalnie ogromny zysk. Bogactwa naturalne nowych światów i wiążące się z nimi licencje na wydobycie były kolejnym dodatkiem do dochodów, z których swoją część otrzymywali członkowie ekspedycji.
Jathmar wyciągnął ramię w kierunku żony. Shaylar zachichotała i niczym królowa, wielce wyrafinowanym gestem położyła dłoń na jego ręku. Poruszała się w ten delikatny i pełen tajemnicy sposób, którego młode Harkalanki uczą się chyba już w kołyskach. Przez chwilę wydawało mu się, że pod jej brudnymi, poplamionymi spodniami i ubłoconymi traperkami widzi wieczorową harkalańską suknię. Shayalr wyglądała w tym stroju olśniewająco. Jej ciało skryte było pod wieloma warstwami haftowanego materiału, z których każda lśniła w innym, połyskującym kolorze. Sama jej skóra zdawała się świecić od szmaragdów, złoconego lapisu i głębokiej, bordowej barwy frathańskiego wina.
Błękitny lapis po dziś dzień stanowił najcenniejszy klejnot w każdej harkalańskiej kulturze. Jathmar nie całkiem rozumiał dlaczego. Shaylar próbowała wyjaśniać mu to czasem jeszcze i teraz – po dziesięciu latach udanego małżeństwa. Niestety – wykłady małżonki zawsze kończyły się przedwcześnie, gdyż harkalańska mitologia skupiała się wokół szczegółowych opisów intymnych przygód swych bohaterów...
Shaylar wyczuła jego emocje i uśmiechnęła się łagodnie, i obiecująco. Ten jej uśmiech uderzył go niczym pięść. Stanowił kolejne potwierdzenie tego, jak dobrze się stało, że udało im się umieścić Shaylar w zespole. Nie potrafiłby pracować bez niej. Nie potrafiłby i nie chciał. Z tego prostego powodu, że długotrwała rozłąka byłaby dla niego niemal równoznaczną z przedwczesną śmiercią.
– Też cię kocham – mruknęła Shaylar unosząc głowę do kolejnego – zbyt krótkiego – pocałunku. Jathmar westchnął ze smutkiem i obiecał sobie, że dzisiaj skończy pracę wcześniej. Ucieszył się przy tym z tego, że zadbali, by ich namiot stanął nieco na uboczu, z dala od pozostałych. I to odczucie dotarło przez małżeńską więź do Shaylar. Oczy jej zabłysły. Spojrzała na męża. Po chwili opanowała się, wzięła go pod rękę jak dobra żona powinna i poprowadziła go w stronę centralnego placu obozu, na którym rozbrzmiewał już głos Ghartouna chan Hagrahyla. Słysząc wołającego, dwunożnego intruza odezwały się gniazdujące dokoła ptaki, broniące zaciekle swych terytoriów.
– Gharotun nie tylko ma głos jak one, ale i zachowuje się podobnie – zachichotała Shaylar, wskazując głową las, w którym wybuchł ptasi rwetes. – Broni tego, co zaznaczyliśmy na mapach i wymyśla kolejne sposoby na przechytrzenie konkurencyjnych zespołów.
– Założę się o dowolną sumę, że jesteś pierwszą osobą, która zauważyła jakiekolwiek podobieństwo między Ghartounem chan Hagrahylem a ptakami – roześmiał się Jathmar. Przysadzisty Ternathianin przypominał raczej tathawiriańskiego bawołu niż jakiekolwiek skrzydlate stworzenie. Były żołnierz mimo trzydziestu spędzonych w cywilu lat, nosił krótkie, obcięte na wojskową modłę czarne włosy. Jego błękitne spojrzenie było równie przenikliwe, jak chłód poranka.
Nie był geniuszem, lecz znał się na swej pracy, a w jego żywych oczach tliła się pełna energii inteligencja. Miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Był wyższy od Jathmara i o wiele od niego potężniejszy. Pod jego skórą grały mocne mięśnie. Ze swoimi prawie stu sześćdziesięcioma centymetrami Shaylar wyglądała przy nim jak dziecko. Głową ledwie sięgała jego brody. Na dodatek ważyła jedynie czterdzieści siedem kilogramów. Pozory jednak myliły. Kobieta potrafiła dotrzymać kroku mężczyznom w każdym terenie i przy dowolnym tempie marszu. Zresztą owe upiorne trzy tygodnie w deszczu, błocie i wśród wylewających rzek dowiodło tego, że niczyja wytrzymałość nie jest nieograniczona.
– Gotowy? – zapytał chan Hagrahyl podnosząc oczy znad ostrzonego przez siebie toporka. Ostrożnie sprawdził ostrze opuszkiem kciuka i mruknął z zadowolenia. Wczoraj – rąbiąc gałęzie na ogrodzenie – porządnie stępił swoje narzędzie.
– Jakieś szczególne życzenia co do kierunku? – spytał Jathmar.
– Nie. Pamiętajcie tylko, że Falsan ruszył jakieś trzydzieści minut temu na południowy zachód, wzdłuż strumienia. Poszedł poszukać czegoś na kolację. Zapowiedziałem kucharzowi, że jeśli jeszcze raz dostaniemy jakąś potrawkę ze szczurzych ogonów, to oskalpuję go żywcem.
Jathmar roześmiał się głośno. Podobało mu się, że dowódca ich zespołu wyznawał zasadę, iż suszone i puszkowane żelazne racje przeznaczone były wyłącznie na awaryjne sytuacje. Lubił jeść mięso świeżo upolowanych zwierząt i rośliny, które owocowały akurat podczas ich wizyt. Niemniej...
– Powinieneś jednak oddać mu sprawiedliwość, Ghartoun – napomniał szefa Jathmar. – W żadnym zespole po tej stronie Sharony nie ma lepszego kucharza niż Naldar. Potrafiłby zrobić zjadliwą potrawę nawet z tych twoich szczurzych ogonów.
– Według ciebie – mruknęła Shaylar. – Czasem wolałabym chyba żuć własne buty.
– I to mi się w tobie podoba – zaśmiał się Hagrahyl. – No dobrze. Ja ufam Falsanowi – wiem, że nie strzelałby nie widząc celu, ale nie ma sensu ryzykować. Idąc wprost na południe moglibyście wejść mu pod lufę, więc sugerowałbym wschód.
– Zgoda – powiedział sucho Jathmar. W odróżnieniu od Shaylar, Falsan nie był telepatą. Bez tego – i bez czegoś w rodzaju ich małżeńskiej Więzi – nawet Głos tak silny jak ona nie był w stanie się komunikować na odległość z kimś pozbawionym telepatycznego Talentu. Falsan chan Salgmun był zrównoważony, rozsądny i godny zaufania, lecz wypadki przecież chodzą po ludziach i Jathmar sam nie miał ochoty iść śladami uzbrojonego myśliwego w nieznanym terenie. A już na pewno nie chciałby, żeby ten myśliwy poczuł się śledzony.
– W porządku. Pójdę jakąś milę na wschód i opracuję wszystko dokoła i na południe. Dzięki temu Shaylar będzie mogła naszkicować w szczegółach wszystko w obrębie kwadratu o boku sześciu mil wokół obozu. Widziałem już, że strumień rozdwaja się jakąś milę na wschód stąd. Główny nurt biegnie niemal dokładnie na wschód, a mniejsza odnoga płynie na południe. Wykorzystam je jako punkty odniesienia. W razie potrzeby skoryguję linię siatki kompasem.
– Zawsze byłeś przezorny, Jathmar – zaśmiał się chan Hargrahyl. – Masz najlepsze wyczucie kierunku spośród wszystkich badaczy terenu, z jakimi pracowałem. A pracowałem z niejednym. I mimo to – nadal nosisz przy sobie kompas.
Jathmar zbył komplement wzruszeniem ramion, natomiast Shaylar uśmiechnęła się tak, że samym tym uśmiechem mogłaby kruszyć skały. Poczuł w duszy jej musujące zadowolenie.
– Ostrożny Kartograf żyje na tyle długo, by sporządzić mapę kolejnego portalu, przyjacielu – powiedział z uśmiechem. – Nieostrożni Kartografowie, natomiast, gubią samych siebie i swoje zespoły – objął Shaylar. – A tak między nami i ogrodzeniem, które wczoraj zbudowaliśmy, zamierzam zobaczyć jeszcze wiele, cudownych światów.
Chan Hagrahyl uśmiechnął się i poklepał go po ramieniu.
– Dobrze powiedziane, Jathmar, naprawdę dobrze – zauważył i wrócił do zawodowego tonu. – Będziesz w stanie dziś wytyczyć siatkę bazową?
Jathmar spojrzał w niebo i zastanowił się nad odpowiedzią. Po chwili wykonał głową gest, który niemal przypominał skinienie.
– Prawdopodobnie – powiedział – choć pewnie zajmie nam to, co najmniej, większą część dnia. Na szczęście to – machnął ręką na wysokie drzewa rosnące dokoła – oznacza, że nie trafię w zbyt gęste krzewy, przez które musiałbym się przebijać. Dzięki bogom. Choć z drugiej strony będę się poruszać wzdłuż strumieni przez dłuższy czas, a tam na brzegach z pewnością jest nielicha gęstwina. Łatwiej powinno być, kiedy już skręcę na południe.
Jathmar miał zamiar iść trasą w kształcie litery L, która nakreśliłaby kwadratowy obszar siatki terenu. Oka siatek badawczych, z powodu natury Talentu Kartografów zawsze były kwadratowe. Pierwszy kwadrat dzisiejszego ranka miał wytyczyć najnowszy fragment siatki bazowej. Kiedy go ukończą zdecydują, w którą stronę się udać. W sprzyjających warunkach, takie decyzje uzależniali od atrakcyjności terenu i jego naturalnych bogactw.
– Gdyby udało się nam zobaczyć w nocy gwiazdy – zauważyła Shaylar z nadzieją – moglibyśmy dokładniej ustalić nasze położenie.
– To prawda. Nie przeczę, że sam poczułbym się wtedy lepiej – przyznał chan Hagrahyl kiwając głową. – Przybliżenia przybliżeniami, ale dobrze jest wiedzieć, gdzie się jest.
Pogodna jesień sprzyjała im nie tylko dlatego, że nie padał deszcz. Od ich przybycia niebo zasnute było chmurami, zupełnie jakby przeszły wraz z nimi przez portal i śledziły ich, zanim udało się im zostawić je za sobą. „To zresztą zupełnie możliwe” – zastanowił się Jathmar. – „Ten portal jest ogromny, a masy powietrza mogą przecież swobodnie przemieszczać się między wszechświatami.”
Oceniając położenie na podstawie roślinności i miejscowych zwierząt Jathmar stawiał na to, że znajdują się w miejscu, które na Sharonie stanowiłoby północne rubieże jego własnej ojczyzny. Wielkie dęby, cukrowe klony, potężne topole i sykomory wśród których ćwierkały kardynały i pręgowce a także majestatyczne wysokie jelenie – wszystko to świadczyło, że znajdują się o dwieście lub trzysta mil od położonego na brzegu jeziora miasta Serikai w jego rodzinnej Faltharii.
O ile się nie mylił, to zupełnie niedaleko powinno rozciągać się pięć potężnych falthariańskich jezior, z których każde większe było niż niejedno morze na Sharonie. Jathmar założył się sam ze sobą, że okaże się, iż są o kilka dni od tutejszego odpowiednika wodospadu Emlin. Emlin był jednym z dwóch najbardziej widowiskowych wodospadów Sharony – i rzecz jasna wszystkich jej replik, które zostały dotąd odkryte i przynajmniej częściowo zbadane. Jathmar nie liczył jednak na widoki. Jeżeli rzeczywiście znaleźli się niedaleko Emlin, to tym samym niezbyt daleko powinny kryć się pod ziemią cenne złoża rudy żelaza. Mimo to nie chciał nikogo przedwcześnie karmić nadziejami, nie powiedział więc jak dotąd ani słowa chan Hagrahylowi.
– Dobra. Czas na mnie – powiedział zamiast tego. – Powinienem stawić się z powrotem około południa.
Jathmar i Shaylar ruszyli ku wschodniemu krańcowi obozu. Po drodze minęli namiot Rilthana. Rusznikarz zajęty był naprawą jednego ze sztucerów, który wczoraj zaczął się zacinać. Przed Rilthanem leżały narzędzia i elementy rozmontowanej broni. Był to sztucer model 9. Na przestrzeni ostatnich kilku lat armia ternathiańska pozbywała się – wypuszczając na wolny rynek – wielu takich karabinów. Była to mocna i godna zaufania broń, zwłaszcza przy zastosowaniu nowego rodzaju, bezdymnego prochu. Mimo, że ich okrągłe magazynki nie pozwalały na bezpieczne stosowanie nowych i lepszych pod względem balistycznym pocisków ostrołukowych, to była to broń, którą z powodzeniem można było wykorzystywać do celów cywilnych. Sama armia tymczasem niemal w stu procentach wyekwipowana już została w nowy karabin iglicowy – Model 10.
Za namiotem Rilthana zobaczyli pracujących poganiaczy. Kilkanaście osłów nudziło się przebierając kopytami w prowizorycznej zagrodzie, a ludzie sprawdzali uprzęże i skórzane paski, na których mocowano pakunki do zwierzęcych grzbietów. Juczne zwierzęta były nieodzownym elementem długich wypraw, a osły nadawały się do tej roli świetnie. Mimo, że osły nie mogły się równać z wykorzystywanymi w podobnych celach przez armię, szybszymi i silniejszymi mułami, to były wytrzymałe i nie wymagały tak intensywnej opieki. Także i za paszę wystarczały im często rzadkie i mizerne rośliny, które nie wykarmiłyby stada koni. W porannym powietrzu powoli rozchodziła się nieprzyjemna mieszanka woni smaru do karabinów, kurzu, rozgrzanych słońcem zwierzęcych skór i gnoju.
Kilka niewysokich zwierząt potrząsnęło łbami i potruchtało w kierunku Jathmara i Shaylar. Patrzyły na ludzi swymi wielkimi oczami w nadziei na marchewkę lub garść zboża. Shaylar sięgnęła za stanowiącą ogrodzenie linę i podrapała osła za uchem. Zwierzę nagląco trąciło pyskiem jej dłoń. Domagało się dalszych pieszczot. Kobieta roześmiała się wesoło.
– Przykro mi, osiołku. Nie mam czasu na dłuższe igraszki. A marchewki mi się właśnie skończyły.
Jathmar uśmiechnął się. Shaylar poszła za mężem i wyszli przez bramę w palisadzie. Trzymała się w pewnej odległości z tyłu. Poranne promienie słońca nadały jej ciemnym włosom jedwabistego blasku. Jej kosmyki przypominały teraz skrzydła kosa. Wyglądała w tym dzikim lesie raczej nie na miejscu. Raczej zupełnie obco. Trochę niczym gość z całkowicie innego – a nie z nieco tylko odmiennego – świata.
To oczywiście było jedynie złudne wrażenie. Jathmar wiedział bowiem dokładnie, z jakiego świata pochodziła jego żona. Odwiedził jej rodzinne strony jeszcze przed ślubem. Niewysoka piękność, która podbiła jego serce nie była Faltharianką. Shaylar urodziła się w Shurkhal, zamożnym królestwie starożytnej Harkali, które leżało na gorącym i pustynnym półwyspie, pomiędzy wschodnim wybrzeżem Ricathii i wielkim, trójkątnym szmatem lądu wdzierającym się na tysiąc mil w głąb Oceanu Harkalańskiego.
Po rysach i barwie twarzy Shaylar łatwo było poznać jej harkalańskie dziedzictwo. Nie było w tym nic zaskakującego, gdyż Shurkhal stanowiło w dawnych czasach kulturalne centrum Imperium Harkali. Harkala, zanim została wchłonięta przez dużo potężniejsze Imperium Ternathiańskie, kwitła w najlepsze, dzięki korzystnemu położeniu na przecięciu szlaków handlowych wiodących ze wschodu na zachód. Po ostatecznym zwycięstwie Ternathian posiadłości Harkalan skurczyły się do ich pierwotnych prowincji. Ich królestwa jednak zachowały polityczną niezależność. Rodzina Shaylar nie była jednym ze starożytnych kupieckich rodów, ani tym bardziej żadnym arystokratycznym klanem, lecz przyjęli Jathmara – obcego – z otwartymi ramionami i słynną shurkhalską gościnnością, o której rozpisywali się niegdyś szeroko ternathiańscy bardowie.
Shaylar odczytała emocje męża i uniosła swe ciemne oczy.
– A czemuż nie mieliby cię powitać z otwartymi ramionami? – zapytała cicho. – W końcu byłeś w ich oczach świetną partią dla takiej dziewczyny jak ja.
– Dla takiej jak ty? – zachichotał. – Czy ty masz w ogóle pojęcie ilu Kartografom z Zarządu Portali musiałem stawić czoła, by z tobą pracować?
Shaylar zaśmiała się głośno i radośnie.
– Jath, ty nie miałeś nic do powiedzenia. To ja podjęłam ostateczną decyzję. A podjęłam ją pięć minut po naszym pierwszym spotkaniu w biurze Halidara Kinshe.
Uśmiechnął się do niej. W jego orzechowych oczach rozbłysły diabliki, które nawet po dziesięciu latach małżeństwa sprawiały, że krew zaczynała szybciej krążyć w jej żyłach. Poznali się na stażu w Zarządzie Portali. Ona ledwie zaczęła swoje szkolenie. Halidar Kinshe był wyznaczonym przez króla ojczyzny Shaylar posłem do parlamentu. Był też jednym z członków rady nadzorczej Zarządu.
Żaden badacz – ani też żadna badaczka – nie mogli podpisać umowy z żadnym pracodawcą – nawet z prywatnym konsorcjum, takim jak Chalgyn – dopóki nie otrzymali autoryzacji Zarządu Portali. A Zarząd nigdy nie autoryzowałby nikogo, kto nie przeszedł długiego i trudnego kursu szkoleniowego. Część treningu przyszłych badaczy stanowił staż w biurze politycznym jednego z członków zarządu, którego późniejsza ocena była w stanie zniszczyć lub dać mocne poparcie i nadzieje na zatrudnienie kandydata.
Shalyar niechętnie wspominała te ciężkie i wyczerpujące lata intensywnych zajęć teoretycznych, połączonych z treningami w terenie i obowiązkowym szkoleniem strzeleckim oraz nauką walki wręcz. Przejście całości przygotowań wymagało od niej wzniesienia się na wyżyny inteligencji, Talentu i wytrzymałości. Mimo to – udało się jej. Została jedną z szesnastu kobiet, które przeszły pełny cykl treningowy i jedyną, którą dopuszczono do udziału w ekspedycjach badawczych. Mimo, że Halidar Kinshe okazał się nieoczekiwanym sprzymierzeńcem i wspaniałym mentorem, za co – była tego pewna – będzie mu dozgonnie wdzięczna, to przejście obliczonego na wyniszczenie uczestników szkolenia, zawdzięczała głownie Jathmarowi. Pomagał jej zarówno w teorii jak i zajęciach praktycznych. Zakochała się w Jathu – jak się wtedy nazywał – bez pamięci jeszcze na długo przed ukończeniem Akademii Zarządu Portali.
On odpowiedział jej takim samym uczuciem. Dodał nawet do swojego imienia wymagany tradycją przyrostek „-ar”, który obywatele Shurkhali dodawali sobie tuż po złożeniu małżeńskich ślubów. Faltharianie nie znali tego zwyczaju, lecz Jathmar zapewnił ją, że tego właśnie chce, zanim jeszcze zdobyła się na odwagę, by go o to zapytać. Ucieszyła się bardzo i to nie tylko dlatego, że podkreślało to siłę jego miłości, lecz także dlatego, że, jak świetnie zdawała sobie sprawę, było to ważne dla jej rodziny. W tamtych dniach obawiała się dużo bardziej, niż była skłonna przyznać, że jej krewni nie zaaprobują wolnomyśliciela z Faltharii i jego republikańskich tradycji, których – przynajmniej ojciec – nigdy nie byłby w stanie zrozumieć.
Jej ojciec był w głębi duszy prostym chłopem. Zajmował się doglądaniem sporych stad rdzawowełnianych owiec, jedwabistych kóz i garbatych, niespokojnych wydmiaków, których shurkhalscy kupcy od stuleci używali jako środka transportu przez pustynię, od wybrzeża wprost ku bogatym rynkom na wschodzie. Z takim podłożem nie mógł zrozumieć marzeń, za którymi gnał Jathmar... marzenia Shaylar rozumiał zresztą jeszcze gorzej.
Niemniej – kochał ją. Zdawał się też rozumieć, że córka uosabiała wszystkie marzenia swojej matki. Matka Shaylar była tłumaczką języka waleni. Bardzo dobrą tłumaczką. Pracowała dla jednego z największych instytutów waleni na całej Sharonie. Shalassar Kolmayr-Brintal przybyła do Shurkhal jako młoda, pełna marzeń i celów, kobieta. Pomogła Instytutowi Waleni założyć w Shurkhali Ambasadę Wodnego Królestwa. Ambasada – zupełnym przypadkiem – została wybudowana na terenie wykupionym od niejakiego Thamina Kolmayra. Ich niespodziewany związek stał się legendą Instytutu.
Shaylar dorastała więc bawiąc się ze stworzeniami zamieszkującymi długie i wąskie Morze Palca, oblewające wschodnie wybrzeże Shurkhali i stanowiące szlak morski wiodący – przez Wielki Kanał Ternathiański – z morza Mbisi na Ocean Rindor. Delfiny i wieloryby przypływały do ambasady przynosząc wiadomości i prowadząc dyplomatyczne rozmowy z Instytutem Waleni. Ambasada przekazywała te wieści do kwatery głównej Instytutu znajdującej się w Tajvanie.
Jathmar, mimo że nie był już dzieckiem, był zachwycony możliwością poznania delfinów i waleni, które nie tylko okazały się przyjazne, lecz także potrafiły rozmawiać z matką Shaylar. Co więcej – sympatia, jaką delfiny obdarzyły jego, była znaczącym argumentem, pomagającym zdobyć mu względy teściowej. Shalassar – jak wszyscy tłumacze języka waleni – darzyła mieszkańców mórz wielką estymą. Teraz tę opinię dzieliła także jej córka i sam Jathmar.
Mimo wszystko jednak hodowla kóz i wydmiaków nie przynosiła wielkiego dochodu. Matka Shaylar była szanowaną i obdarzoną wielkim Talentem osobą, lecz tłumaczenia także nie pozwalały jej na zbyt wystawne życie. Nawet mimo że pracowała dla ambasady.
Oczywiście – gdyby ta czarna maź, która płynęła pod pustyniami od niepamiętnych czasów zajmowanych przez jej rodzinę okazała się tak cenna, jak sądziło kilku ternathiańskich inżynierów, to klan Kolmayr mógłby opływać w większe jeszcze bogactwa niż wszystkie poprzednie pokolenia – niemal dwa tysiące lat wstecz – posiadały kiedykolwiek. Tak przynajmniej uważali wszyscy w klanie, choć sama Shaylar nie była pewna, czy pod rodzinnymi piaskami kryło się wystarczająco dużo „surowego oleju” by warto było inwestować w wydobycie. Czas i maszyny potrzebne do wydrążenia szybów i wyprowadzenia złóż na powierzchnię kosztowałyby fortunę.
Poza tym – jeśli nawet wydobyliby już ten olej, to co mieliby z nim dalej zrobić? Nie ufała tym nowomodnym silnikom, które pracowały na płynach wydestylowanych właśnie z takiego oleju. Nie mogła sobie wyobrazić świata, w którym te hałaśliwe, cuchnące i brudne silniki byłyby powszechne i przydatne mimo, że niektórzy fanatycy coś podobnego właśnie zapowiadali. Sama jednak myśl o rodzicach i krewnych noszących jedwabie i zamieszkujących w wystawnych rezydencjach była dość zabawna. Obrazy te przepłynęły dzięki małżeńskiej więzi do umysłu Jathmara. Oczy mu rozbłysły.
– Oczywiście, że zostaną bogaczami! Będą zamożni niczym królowie! Myślałaś, że dlaczego wziąłem cię za żonę, mój ty mały pustynny kwiatuszku?
Shaylar uderzyła go solidnie w ramię, starając się jednocześnie przybrać najgroźniejszą minę na jaką było ją stać. Grymas nie wyszedł jednak zbyt przekonująco. Zresztą Jathmar był najmniej materialistycznie nastawioną istotą ludzką, jaką kiedykolwiek poznała.
Roześmiał się, pocałował ją i westchnął.
– Czas do roboty – powiedział. – Przed nawiązaniem kontaktu daj mi trochę czasu. Muszę dotrzeć na miejsce. Przy takiej gęstwinie potrzebuję co najmniej pół godziny.
Mówiąc przyglądał się krzewom bujnie porastającym strome brzegi strumienia.
– W takim razie pół godziny – potwierdziła Shaylar.
Jathmar odwrócił się i ruszył na wschód wzdłuż potoku.
Obserwowała go, dopóki nie zniknął za zakrętem, po czym pozwoliła sobie na ciche westchnienie. Tak bardzo chciałaby móc z nim dziś pójść. Otrząsnęła się po chwili i wróciła do obozu. Rozłożyła swoje stanowisko robocze – prosty, składany stolik, który rozłożony na kolanach dawał wygodny blat do pisania. Gdy przemieszczali się z miejsca na miejsce, stolik podróżował na grzbiecie osła. Był jej absolutnie niezbędny. W końcu w dziewięćdziesięciu procentach przybyli tu po to, by rysować mapy.
Wybrała dogodne miejsce poza palisadą, za wschodnią ścianą obozu. Większość pozostałych członków zespołu zajęta była zarządzonym przez chan Hagrahyla sprawdzaniem sprzętu. Był to rytuał, który powtarzano na każdym postoju. Sparciałe czy uszkodzone skórzane paski uprzęży, mogły przyczynić się do groźnych dla ludzi wypadków. Chan Hagrahyl był zbyt doświadczonym dowódcą, by pozwolić sobie na podobną wpadkę.
Kiedy więc wszyscy mieli pełne ręce roboty w obozie, Shaylar rozłożyła się na zewnątrz. Nie odeszła jednak za daleko i zachowała kontakt wzrokowy z trzema towarzyszami, pracującymi nad strumieniem. Braiheri Futhai – przyrodnik zespołu, przetrząsał szuwary i szkicował coś w swym notesie. Elevu Gitel, geolog, pieczołowicie pobierał kolejne próbki ziemi. Futhai rozłożył już swe siatki i czekał teraz, aż rozproszy się mgła i słońce wysuszy trawę. Wtedy jak zwykle miał zamiar łapać motyle i inne owady. Obaj naukowcy pochłonięci byli własnymi sprawami bez reszty.
Trzeci mężczyzna odwrócił się od kolegów i uśmiechnął się nieprzyjemnie w jej stronę. Barris Kasell także był kiedyś żołnierzem. Arpathianin służył dawniej w piechocie swego rodzinnego królestwa. To wyróżniało go z tłumu. Większość Arpathian była bowiem jeźdźcami. Szeroko znana była ich maestria w obchodzeniu się z wierzchowcami, a także ich zaciekłość i dzikość w walce. Obie te umiejętności były im niezbędne do utrzymania granic swej krainy w obliczu zakusów potężnych królestw Uromathii, z którymi od wchodu i południa sąsiadowali.
W odróżnieniu od chan Hagrahyla Kasell miał zawadiackie poczucie humoru. Zazwyczaj brał na siebie obowiązek pilnowania naukowców – a także Shaylar. Nie przeszkadzało mu to, a ponadto był niesłychanie sumienny. Teraz zobaczyła jak zabłysły wpatrzone w nią oczy o kształcie migdałów – spadek po mieszańcach z jego rodzinnych stron.
Shaylar – jak każdy członek zespołu Hagrahyla – miała przytroczony do boku pistolet. Nie mogła jednak naraz wykonywać swojej pracy i obserwować otoczenia. Dlatego właśnie Kasell strzegł zbierających swe trofea naukowców, a ona mogła spokojnie sporządzać mapy.
Porośnięty gęstym lasem teren, w którym się teraz znajdowali aż tętnił od rozmaitości ptaków i drobnych ssaków. Jeden z nich zdążył już wprawić Futhaia w ekstazę. Był to bowiem nieznany nigdzie indziej podgatunek.
– Czarno-biały pręgowiec! Bogowie! Czarno-biały! Patrzcie! Są ich całe dziesiątki!!! To nie żaden mutant! – w ciągu ostatnich trzech dni stało się to ulubionym okrzykiem Futhaia. – Są wszędzie! To nie jest endemiczna populacja! Czarno-białe pręgowce! Zupełnie nowy podgatunek!
Braiheri Futhai byl człowiekiem niezwykle pedantycznym. Nie przejawiało się to jednak w sposobie ubierania się, ani poruszania – był bowiem tak samo dobrym traperem jak każdy członek zespołu – a raczej w jego sposobie myślenia, gdzieś u samego podłoża jego ternathiańskiej duszy. Futhai nie nosił nazwiska Braiheri chan Futhai – nigdy bowiem nie służył w siłach zbrojnych Ternathii. Nie dlatego nawet, że nie był patriotą, lecz uważał wojaczkę za zajęcie niegodne dżentelmena.
Okazał się też świetnym przyrodnikiem. W pamięci nosił całą skarbnicę informacji naukowych. Zakres jego dociekań rozciągał się od geologii po meteorologię, od zoologii i botaniki po fizykę i matematycznie precyzyjne zasady, na mocy których wszystkie światy – z ich ukochaną Sharoną włącznie – wirowały w swej nieskończonej podróży dokoła duplikatów słońca. Miał bystry wzrok i jasny umysł. Dar spostrzegawczości sprawiał, że był cennym członkiem ekspedycji.
Niestety jednak wszystkie te zalety mieściły się w jednym umyśle razem ze zbyt wieloma dziwacznymi pojęciami na temat dobrego zachowania i postawy życiowej, które powinny cechować dobrze urodzonego dżentelmena, obywatela najstarszego i najwspanialszego imperium Sharony. Co gorsza, od innych wymagał, by traktowali go z takim szacunkiem, na jaki w swoim mniemaniu zasługiwał będąc wnukiem ternathiańskiego diuka. Z takim samym poszanowaniem zasad współżycia społecznego, które studiował z równym zapałem co naukę, traktował też swoje otoczenie. Nie był przy tym wymagający ani małostkowy, co w oczach Shaylar tylko pogarszało sprawę. Futhai był nieznośnie wręcz uprzejmy, szczególnie wobec niej. Zarzucał ją kłopotliwym ciężarem miłych gestów, starał się zaspokajać każdą jej potrzebę... bez względu na to, czy sobie tego życzyła, czy nie.
Najgorsze jednak było to, że żywił niewzruszone, głębokie przekonanie, że wyznawane przez niego zasady i zwyczaje były tak samo absolutne i niezmiennie prawdziwe, jak prawa fizyki ciał stałych, którym oddawał się z taką pasją. Braiheri Futhai nie był w stanie pojąć, że nie wszyscy mieszkańcy Sharony uważali ternathiański sposób życia za najlepszy z możliwych. Naukowiec miał akurat na tyle rozwinięty Talent, że Shaylar mogła się przekonać, iż on naprawdę i szczerze wierzył, że pewnego dnia każdy oświecony Sharonianin przemieni się w klon ternathiańskiej damy lub dżentelmena. Nie mógł pojąć podstawowej prawdy – nie mógł zrozumieć, że Shaylar po prostu wolała swój harkalański sposób życia i harkalańską kulturę, tak samo jak Jathmar cenił swe falthariańskie wartości, a Elevu Gitel – ricathiańskie.
Zresztą różnice pomiędzy wielkimi kulturami Sharony nie były aż tak znaczące. Piąta część populacji planety posiadała Talenty psioniczne. Podobieństwa były więc nieuniknione. Co więcej – biorąc pod uwagę bezmiar terytoriów, jakimi władali niegdyś imperatorzy Ternathii i ilość kolonii rozrzuconych po bezkresnych morzach, przynajmniej połowa ludności Sharony mogła przyznawać się do ternathiańskiego dziedzictwa. Czy była nim krew, czy też pozostałości kolonialnej administracji i tradycji.
Shaylar osobiście wolała prosty, wojskowy umysł Ghartouna chan Hagrahyla od wyrafinowanych idei Futhaia. Nie było to z jej strony specjalnie uprzejme, lecz nie mogła nic na swoje uczucia poradzić. To w końcu Futhai wybrał sobie tak nieżyciowe poglądy.
Uśmiechnęła się do Kasella w odpowiedzi, spojrzała raz jeszcze na zajętego własną pracą przyrodnika i usiadła twarzą do strumienia. Z wprawą zawodowca zagłuszyła w sobie wszelkie, mogące ją rozpraszać sygnały z zewnątrz. Rozwinęła mapę i obciążyła jej rogi, by nie zwinęła się sama, po czym zaznaczyła miejsce leżące na wschód od ich obozu. Potem przygotowała resztę narzędzi: kompas z ołówkiem, stalową linijkę, kątomierz, drugi ołówek i szablon z wyciętymi symbolami używanymi na mapach, który znacznie upraszczał i przyspieszał jej pracę. Nie używała na razie atramentu. Wieczorami, po kolacji, sprawdzali mapy wspólnie z Jathmarem i dopiero wtedy niezmywalny atrament zastępował ślad ołówka.
Przygotowała także notatnik i jedno z tych wiecznych piór z tłoczkiem, które błogosławiła codziennie wraz z niezliczonymi innymi członkami zespołów badawczych – nie mówiąc już o zwykłych urzędnikach i oficjelach. Napełniła je z metalowej buteleczki na atrament, którą przeniosła już przez trzy wszechświaty, upewniła się, że wieczko było porządnie zakręcone, po czym odniosła kałamarz do namiotu.
Kiedy powróciła do stolika, Jathmar zdążył już odejść na tyle daleko od obozu, że mogła zacząć odbierać nowe informacje o rzeźbie terenu. Shaylar nawiązała z nim kontakt – to ona musiała nawiązywać połączenie, jego Talent pozwalał mu Widzieć, lecz nie umożliwiał samodzielnego przekazywania obrazów nikomu innemu. Obrazy zaczęły napływać wprost do jej umysłu. Cały proces już dawno stał się jej drugą naturą. Czasami tylko zastanawiała się, jak nudne musi być życie kogoś, kto nie ma do dyspozycji żadnego Talentu, dzięki któremu mnogie wszechświaty stawały się jednym wielkim i tajemniczym placem zabaw.
Była zadowolona z życia. Szczególnie w takie wspaniałe, chłodne poranki jak ten, kiedy słońce padało jej na ramiona. Zanuciła cichutko, półświadomie i skupiła się na obrazach, na które patrzył Jathmar oraz na tych, które Widział – różnica była zdecydowana. Na samym początku treningu Shaylar miała kłopoty z odróżnianiem obrazów, które Jathmar odbierał fizycznym wzrokiem, od tych, które Widział swym „trzecim okiem”. Obszar, który Jathmar odczuwał był dużo bardziej rozległ niż ten, który mógł zobaczyć naturalnym sposobem. Na tym się właśnie skoncentrowała nawiązując kontakt z mężem.
Jathmar patrzył na naniesiony już na mapę zakręt strumienia. Nie było w tym nic dziwnego. Miejsce to znajdowało się niecałe pięć mil od obozu. Ten obraz był mocniejszy, lecz ona skupiła się na drugim, bardziej bladym i niewyraźnym.
Ze strony Jathmara cały proces przypominał nieco patrzenie „w górę” i „poza” niewidzialną siatkę, która czasem tylko pojawiała się w postaci niezbyt mocnych promyków. Na tej siatce Widział otaczający go teren, wyglądający trochę jak oglądane wśród mgły cienie. W umyśle Shaylar obraz ten pojawiał się nagle, od razu w całości. Był to zespół wrażeń, które stawały się i trwały kompletne, nierozerwalne. To, co Widział Jathmar oglądała zupełnie jak teatralne przedstawienie bez aktorów, z samą tylko scenografią. Gdyby nawiązała kontakt z innym Głosem, obrazy byłyby o wiele ostrzejsze i bardziej wyraźne. Przypominałyby bardziej to, co widziała swymi własnymi oczyma. To, na co patrzyła teraz stanowiło raczej wodospad cieni – namalowany akwarelą, dziecinny obrazek, który zbyt długo leżał na słońcu.
Poszczególne obrazy musiała świadomie wyławiać z jaźni Jathmara. Wymagało to znacznego skupienia. Odległość pomiędzy nimi nie była jednak duża, więc cała czynność nie była zanadto wyczerpująca. Maksymalny zasięg na jaki mogła pracować Shaylar wynosił nieco ponad osiemset mil. Z tym wynikiem mieściła się w dziesięciu procentach Głosów o najsilniejszym Talencie, choć na takich odległościach najmniejsze nawet rozproszenie powodowało natychmiastowe zerwanie kontaktu.
Inni telepaci nie mogli komunikować się na takie jak ona odległości. Dzięki temu ich zespół miał znaczną przewagę nad konkurencją. Pamiętała jak zaskoczony był jej możliwościami Darcel, kiedy zaczęli ze sobą pracować. Zaskoczony i zmartwiony zarazem, ponieważ on sam mógł utrzymać kontakt jedynie na około sześćdziesiąt procent jej rekordowej odległości. Z taką różnicą możliwe było, by Shaylar oddaliła się od niego na tyle by mógł odbierać jej przekazy, lecz nie miał możliwości odpowiedzi. Zanim wyruszyli w pierwszą wspólną wyprawę w nieznane, pracowali na zbadanym i zasiedlonym już przez kolonistów świecie. Tam za pomocą torów kolejowych prowadzili bardzo poważną grę w głuchy telefon, która miała na celu pomiar odległości koniecznych do efektywnej komunikacji. W rezultacie okazało się, że mógł ją Słyszeć do odległości ośmiuset mil, a ona Słyszała jego wiadomości na około sześćset pięćdziesiąt mil. Niestety powyżej sześciuset osiemdziesięciu mil Słyszał ją tylko pod warunkiem, że spodziewał się kontaktu i wprawił się wcześniej w trans. To oznaczało, że owe sześćset osiemdziesiąt mil stanowiły ich maksymalny skuteczny zasięg.
Co z kolei determinowało odległość na jaką mogli oddalić się od nowego portalu, zanim musiała wyruszyć kolejna ekipa, która miała pomóc im w utrzymaniu komunikacji z bazą, po wejściu dalej w dziewiczy wszechświat. Pod wieloma względami było to strasznie uciążliwe, ale lepszy system póki co nie istniał. Gdyby zespoły badawcze musiały kontaktować się z centralą wysyłając człowieka z wiadomością, eksploracja wielu nowych portali zajęłaby dziesiątki lat więcej. Przy obecnym stanie rzeczy badania posuwały się naprzód w stałym tempie. Wszyscy marzyli tylko o jednym. O Talencie wskazującym bezpośrednio nowe, nieodkryte jeszcze portale.
Teraz poszukiwanie nowych portali odbywało się dzięki wysyłaniu naprzód tylu zespołów, ile tylko było w danej chwili dostępnych. W każdej ekipie był przynajmniej jeden człowiek wrażliwy na niewyjaśnione dotychczas zjawiska fizyczne, towarzyszące powstawaniu portali. Byli też – choć była to dosłownie garstka – ludzie tacy, jak Darcel, którzy potrafili wyczuć obecność samego portalu na tyle dokładnie by określić kierunek geograficzny, w którym należało się udać. To już było coś i to niemałe coś. Pomimo tego rodzaju udogodnień odkrycie więcej niż jednego czy dwóch portali w danym wszechświecie, kiedy do zbadania była cała planeta, identyczna z ich macierzystym światem, stanowiło zadanie przypominające poszukiwania igły w stogu siana.
Shaylar, na przykład, drżała za każdym razem kiedy myślała o portalu Haysam. Wejściowy portal na Nowej Sharonie położony był około tysiąc mil od wyjściowego portalu na Reyshar, z czego ponad sześćset z tego tysiąca mil pokrywały wody Oceanu Zachodniego. Dotarcie do tamtego portalu musiało stanowić prawdziwy koszmar. Często przychodziło jej do głowy, że odkrycie tak licznych portali w przeciągu osiemdziesięciu lat było i tak świetnym wynikiem sharoniańskich zespołów badawczych.
Tymczasem Shaylar z mężem dokładali kolejną cegiełkę do zwiększenia liczby odkrytych terenów. Zarząd Portali wysłał już pełen kontyngent żołnierzy i sprzętu przez łańcuch tranzytowy. Ich zadaniem było wznoszenie fortów przy każdym z odkrytych przez zespół portali. Zarząd nie prowadził eksploracji własnymi siłami, lecz posiadał absolutną władzę nad każdym z portali. Nowe wszechświaty badane były przez prywatne przedsiębiorstwa, wynajmujące do tego celu zespoły takie jak ten Jathmara i Shaylar. Motywacją dla tych działań była najstarsza motywacja kierująca człowiekiem: zysk. Zarząd Portali czerpał jedynie „myto” za towary i osoby przekraczające portal, lecz spełniał także o wiele ważniejszą rolę. Stał na straży prawa do handlu i prawa własności do terenów i minerałów oraz innych zasobów naturalnych, które przypadały pierwszemu znalazcy – jednostce czy firmie.
Między innymi dlatego notatniki i mapy Shaylar były tak bardzo cenne. Konsorcjum Chalgyn miało prawa do wszystkiego co ona wraz z Jathmarem – i pozostałymi członkami zespołu, którzy pomagali im w pracy – nanieśli na mapy. W końcu, w portalu pojawią się ludzie pracujący dla innych firm, lecz główny zysk przypadał temu, kto dotarł do skarbów pierwszy.
Zaraz po tym jak zespół ustalał swe położenie – co wymagało serii skomplikowanych wyliczeń przy użyciu map i gwiazd, oraz sporej wiedzy z zakresu nauk przyrodniczych: szczególnie geologii i biologii – głównym jego zadaniem stawało się porównanie swej pozycji z mapą Sharony, dzięki czemu orientowano się, w którą stronę najlepiej było się udać. Jeśli – na przykład – portal wyjściowy znajdował się blisko miejsca, w którym na Sharonie znajdowały się cenne złoża żelaza, udawali się właśnie tam, by zdążyć na miejsce zanim jakaś inna firma dowie się o istnieniu nowego portalu lub co gorsza o tym, dokąd prowadzi.
Pierwszy zespół po drugiej stronie portalu zarabiał ogromne pieniądze dla swej macierzystej firmy. Sami członkowie drużyn byli opłacani częściowo udziałami w aktywach pracodawcy, otwierało to więc możliwość wzbogacenia się i dla nich.
To był trzeci dziewiczy wszechświat na jaki w imieniu Chalgyn trafili Jathmar i Shaylar. W błotnistym bagnie, które niedawno opuścili nie było praktycznie nic cennego, lecz w pierwszym wszechświecie udało im się oznaczyć jedno wartościowe złoże. Oznaczało to, że już mogli myśleć o ciepłym gniazdku i emeryturze. Natomiast co do tego, co czekało ich tu...
Musieli co prawda zaczekać z wejściem do tego wszechświata na przybycie garnizonu Zarządu, lecz mieli pewność, że byli jedynym zespołem badawczym na tym krańcu łańcucha tranzytowego. Wiedzieli, że inne wielkie konsorcja nie będą specjalnie zachwycone, kiedy dowiedzą się o istnieniu tego ślicznego skupiska. Shaylar zbyt często znajdowała się po drugiej stronie fortuny, by się teraz nie uśmiechnąć. Nie pamiętała już przez ile przechodzili portali tylko po to, by przekonać się, że ktoś tam już był, po czym musieli przedzierać się przez cudze tereny w nadziei na znalezienie jakiegoś wartościowego obszaru, na który nikt jeszcze nie natrafił lub – co było zawsze najlepsze – znalezienia nowego portalu.
„Tym razem” – pomyślała z radością – „my pierwsi sięgamy do skrzyni ze skarbami.”
Póki co jednak zajęła się obrazami odczytywanymi z umysłu Jathmara, który skręcił już ze wschodu na południe. Niespiesznie przedzierał się przez las. Kiedy skończy obchód dzisiejszej trasy, poznają zarys całego terenu w południowo-wschodniej strefie tranzytowej. Portal znajdował się za nimi – niemal dokładnie na północ od ich obozu, wyraźnie zaznaczonego na mapie Shaylar. Kiedy skończą już opisywać cały region dokoła swej bazy, porównają wyniki z podstawowymi mapami Sharony i sprawdzą czy zachodzi jakakolwiek korelacja między światami. Wątpiła, by się im to udało tak szybko. Zazwyczaj trzeba było opisać i nanieść na mapy dużo większy fragment nowego wszechświata, by móc dostrzec podobieństwa i dokładniej ustalić położenie. Teraz jednak powinno wystarczyć tylko kilka dni. Potem ich zadaniem będzie już jedynie wybór najatrakcyjniejszych działek dla Konsorcjum Chalgyn.
Jathmar przesyłał kolejne obrazy rzeźby terenu, a ona nanosiła je na mapę – żleby, głęboki wąwóz, drugi strumień, płynący ze wschodu w stosunku do kierunku, w jakim szedł jej mąż. Sporządzała też notatki i komentarze na temat obrazów przepływających przez jej świadomość. Wieczorem usiądą oboje i przejrzą je, póki wrażenia nie zanikną. Wtedy też wprowadzą na mapy ewentualne korekty i pójdą spać, by rano zacząć wszystko od początku.
W południe Jathmar zatrzymał się na odpoczynek. Shaylar wyprostowała się i dźwięki, które nagle rozległy się za nią nieomal ją przestraszyły. Przez ostatnie dwie godziny była tak skupiona, że prawie ich nie słyszała. Odbierała je tylko podświadomie, zupełnie jak cichy brzęk owadów. Głosy były natarczywe i wyraźne. Z tego co zrozumiała Futhai próbował przekonać chan Hagrahyla, by ten pozwolił mu pójść wzdłuż strumienia nieco dalej, niż dowódca zespołu uważał za roztropne.
– ...gdybyś posłał strażnika nie byłoby tematu.
– Nie, dopóki Jathmar i Shaylar nie skończą opisywać terenu w bezpośredniej okolicy obozu – zahuczał chan Hagrahyl tonem, który większość członków wyprawy rozumiała jako „sprawa zamknięta, nie ma sensu dłużej o tym rozmawiać.” Jednak Futhai był natchnionym przyrodnikiem w lesie pełnym nowych gatunków – do tej pory odkrył ich już kilka. Natrafił też na ślad niezwykle rzadkiej krzyżówki dwóch podgatunków z różnych stref klimatycznych, co w jego opinii potwierdzało przypuszczenia Darcela, że natrafili na prawdziwe skupisko. Nie istniała inna możliwość, by zwierzęta z tak odległych rejonów wydały na świat wspólne potomstwo.
Futhai był więc zdeterminowany. Chciał zapuścić się dalej od obozu i zbierać kolejne okazy. Nie wydawał się zdolny do przyjęcia „nie” jako odpowiedzi. Na pewno nie w sytuacji, kiedy wzrost jego znaczenia we wspólnocie naukowej świata był niemal pewny i to dzięki notatkom z tego jednego tylko stanowiska. Entuzjazm odkrywcy stał jednak w sprzeczności ze standardowymi procedurami, co nie mogło wywołać aplauzu ze strony chan Hagrahyla.
Gdyby nie był tak drażniącą osobą, Shalyar mogłaby nawet poczuć wobec Futhaia współczucie. Aż nazbyt dobrze wiedziała, jakie to uczucie, mieć coś cudownego tuż przed nosem i nie móc po to wyciągnąć ręki. Braiheri Futhai robił tylko to, co sama czyniłaby będąc na jego miejscu: walczył o to, czego pragnął. Niestety dla Futhaia – chan Hagrahyl okazał się twardszym przeciwnikiem niż w wypadku jej dawnych marzeń rada nadzorcza Zarządu Portali i tradycyjny konserwatyzm jej pobratymców.
Uśmiechnęła się do tej myśli i odebrała wrażenie ciemniejących wszędzie dokoła Jathmara owoców jeżyny, wraz z uczuciem głębokiego zadowoleniem, że ptaki nie wybrały jeszcze wszystkich jagód. Shaylar zachichotała na glos i rozluźniła się, do reszty pozbywając się napięcia wywołanego przez długotrwały kontakt telepatyczny. Wstała zza swego przenośnego blatu i rozruszała bolące palce i ramiona. Praca z Jathmarem nie była trudna, ale wyczerpująca. Jej umysł domagał się chwili oddechu zupełnie tak, jak nogi – i kubki smakowe – Jathmara.
Poszła powoli na zachód wzdłuż strumienia. Okiem doświadczonego trapera przyglądała się okolicy w poszukiwaniu najmniejszego nawet śladu niebezpiecznych drapieżników. Nie spodziewała się ich tu. Od momentu, kiedy przybyli tu wczoraj i rozbili obóz hałasowali stanowczo za głośno. Pewności jednak nie można było mieć nigdy – zwłaszcza w dziewiczym wszechświecie. Zwierzęta z tej Sharony nigdy wcześniej nie widziały człowieka. Nie miały więc powodu, by się go bać. Stanowiło to zaletę, lecz mogło okazać się także i zagrożeniem. Ciężko było bowiem stwierdzić jak zachowają się mieszkańcy lasu w razie nagłego spotkania. Shaylar, choć doceniała uroki karmienia dzikich jeleni z ręki, to wolała osobiście takie pumy i niedźwiedzie, które zdążyły już poznać ludzi i rozsądnie ich unikały.
Zbyt długo już pracowała w terenie, by gdziekolwiek czuć się w stu procentach bezpiecznie. Zdawała sobie sprawę, że w dziczy podobnej tym lasom, do odniesienia rany – może nawet śmiertelnej – wystarczy jeden moment nieuwagi. Obecność uzbrojonych towarzyszy także nie zwalniała jej z odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo. W tych pięknych lasach z całą pewnością żyły węże. Ukąszenie grzechotnika było poważnym problemem, nawet jeśli można było skorzystać z pomocy Tymo Scleppisa. Teleempatyczny Uzdrowiciel mógł przyspieszyć gojenie się głębokich ran, lub zrastanie kości, a nawet mógł wpłynąć na leczenie obrażeń wewnętrznych, lecz uszkodzenia ciała związane z chemią – jak właśnie jad węża – stanowiły już o wiele większe wyzwanie. A najbliższa klinika znajdowała się bardzo daleko stąd. Obserwowała otoczenie, podświadomie czując na biodrze ciężar pistoletu. Nigdy dotąd nie okazał się potrzebny, lecz nosiła go na wszelki wypadek cały czas przy sobie i dobrze wiedziała jak się nim posługiwać. Bardzo dobrze wiedziała.
Gdy upewniła się, że nic jej nie grozi zeszła ze stromego brzegu i przyklękła nad wodą by zmyć z dłoni smugi grafitu. Strumień był niesamowicie zimny. Ból poczuła aż w nadgarstkach. Gdzieś daleko, w górze strumienia rozległ się suchy trzask wystrzału. Shaylar uśmiechnęła się i zastanowiła, co takiego Falsan upolował na kolację. Myśliwy miał jeszcze dużo czasu i na pewno mógł zdążyć przed wieczorem z oprawieniem zdobyczy, zaciągnięciem jej do obozu i poćwiartowaniem na odpowiednie porcje.
Biorąc pod uwagę odległość wątpiła by jego ofiarą padł jeleń. Musiałby sam taszczyć wielkie i ciężkie zwierze przez całą drogę. Może ustrzelił dzikiego indyka? Wstała i otrzepała dłonie z wody, po czym wytarła je dokładnie o spodnie. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, kiedy przypomniała sobie reakcję ojca na wiadomość, że będzie musiała chodzić cały czas w spodniach.
– Ależ moja droga... to... to jest...
– Praktyczne, papo – powiedziała z naciskiem. – Tego słowa szukałeś: „praktyczne”. Nie sprzeciwiałeś się, kiedy mama pływała z klientami delfinami, a miała na sobie w takich razach jeszcze mniej, niż ja kiedy będę poza śpiworem.
– Tak, ale twoja matka pracuje pod wodą. Nie paraduje po świecie tam i z powrotem, w takim stroju. A jeśli już wychodzi z wody, to jednak na naszym terenie.
– Och papo. Spróbuj to zrozumieć. Świat się zmienia. Nasz mały kawałeczek ziemi, tu w Shurkhal to nie całe multiwersum, wiesz o tym, prawda?
Jej słowa wywołały nikły chichot ojca, co oczywiście było początkiem końca jego oporów. Nie musiała dużo dłużej przekonywać go, że wie co robi, bez względu na to co myślały jej ciotki i siostry przerażone, że Shaylar będzie biegać po wszechświatach bez jednej choć spódnicy czy tuniki.
Rozejrzała się wśród niebotycznych drzew i pokręciła głową. Nadal nie do końca pojmowała wizję godnego zachowania, jaką kultywowali jej rodzice. Nadal też zaskakiwał ją stopień do jakiego sama potrafiła być uparta. Większość krewnych podejrzewała skrycie, że Shaylar była odmieńcem. Żaden inny członek klanu Kolmayr nie wykazywał nigdy zainteresowania podróżami dalszymi niż do Sethdony – stolicy Shurkhali. O przejściu przez portal nie było w ogóle mowy. A co dopiero o tych piętnastu lub dwudziestu portalach, które dzieliły Sharonę i ten wspaniały las.
Przyjrzała się głębszemu miejscu w pobliżu i przyszło jej do głowy, że można by zarzucić sieć na tego wielkiego pstrąga, którego przed chwilą dostrzegła w ciemnej toni, pod nawisem skałek wystających nieco z brzegu. Lubiła pstrągi. Oblizała wargi i poczuła głód równy temu, który przekazał jej wcześniej Jathmar. Może spróbuje złapać rybę w przerwie obiadowej. Choć z drugiej strony, jeśli Falsan przyniesie coś porządnego to ryby nie będą potrzebne.
Shaylar uśmiechnęła się do pstrąga na pożegnanie.
„Może kiedy indziej” – pomyślała.
Stała na brzegu jeszcze przez kilka minut. Pozwoliła się pochłonąć niewymownemu pięknu okolicy. Wielki las przypominał świątynię. W dzieciństwie, spędzonym na pustynnym półwyspie Shurkhal, Shaylar nie widywała podobnych obrazów. Drobiny światła szybowały pomiędzy jasnozielonymi liśćmi, tańczyły na rozmigotanej wodzie, która rzucała jaskrawe, oślepiające refleksy, mknąc żwawo przed siebie. Szeptany śmiech wody brzmiał chicho i kojąco.
„Tak” – westchnęła – „tak właśnie powinno wyglądać życie.”
Rzuciła okiem na zegarek zawieszony na solidnym srebrnym łańcuszku na szyi – stal szybko by w takich warunkach zardzewiała – i zdała sobie sprawę, że właśnie minęło piętnaście minut przerwy. Wspięła się z powrotem na brzeg, usiadła za swoim polowym biurkiem i nawiązała kontakt z Jathmarem. Znów zobaczyła jeżyny – o wiele mniej jeżyn niż za pierwszym razem. Po chwili jej mąż otrzepał ręce o spodnie i ruszył dalej.
Widmowe obrazy zaczęły płynąć jak przedtem. Shaylar zajęła się pracą.



Dodano: 2008-01-25 13:00:06
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Imię boga"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"


 Vonnegut, Kurt - "Recydywista"

 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

Fragmenty

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS