NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"

Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

Ukazały się

Radecki, Łukasz - "Odium"


 Mammay, Michael - "Przestrzeń"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Duncan, Emily A. - "Niegodziwi święci"

 Wlazło, Alicja - "Iskra"

 Lisińska, Małgorzata - "Bajki krasnoludzkie"

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Bonowicz, Karina - "Nie wywołuj wilka z lasu"

Linki

Drake, David - "Po drugiej stronie gwiazd"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Drake, David - "Porucznik Leary"
Tytuł oryginału: The Far Side of The Stars
Data wydania: Luty 2008
ISBN: 978-83-7418-178-5
Oprawa: miękka
Format: 135 x 205 mm
Liczba stron: 448
Cena: 34,90 zł
Tom cyklu: 3



Drake, David - "Po drugiej stronie gwiazd" #5

Rozdział piąty

Tramwaj dojeżdżał tylko do bramy Portu Jeden. Pod wiatą leżało trzech pijaków. Jeden z nich wyprostował się na widok wysiadającego Daniela.
– Przepraszam, poruczniku, ale czy nie mógłby pan zafundować kolejki staremu kosmonaucie? – zawołał. – Byłem matem artylerzystą na Burke, zanim nie straciłem ramienia na Xerxesie Dwa.
Na przystanku działało tylko jedno pasmo świetlne; żebrak siedział w cieniu, a przemawiał głosem tak chropawym, że Daniel nie przysiągłby, czy to faktycznie mężczyzna. Fakt, brakowało mu lewego ramienia, choć równie dobrze mógł je stracić wskutek wypadku po pijanemu, a nie podczas wielkiej wiktorii admirała Cawdrey’a nad Sojuszem całe pokolenie temu.
– Oczywiście, mój dobry człowieku – odrzekł Daniel, grzebiąc w sakiewce w poszukiwaniu florena. Znalazł piątaka... i rzucił go pijaczkowi. – Nie wiesz może, gdzie cumuje Księżniczka Cecile? Przyleciała z...
– Keja Siedemnasta; to trzecia z prawej, idąc od bramy – odezwał się inny pijak. Mówił stłumionym głosem, ponieważ naciągnął wełnianą czapkę na twarz. – Przylot zero osiem jeden siedem dziś rano z systemu Strymonu, pozostawiona do pełnej dyspozycji.
– Och? – mruknął Leary. – Dziękuję, sir.
Sięgnął po drugą monetę. Pierwszy obdarowany uniósł pięcioflorenówkę w jedynej dłoni.
– Dziękujemy, poruczniku, ale tylko za tyle zdołamy wypić tej nocy. Więcej by nam ukradziono, podrzynając przy okazji gardła. Powodzenia, sir.
Wartownik przy bramie rozmawiał z kilkoma cywilami. Zasalutował niedbale porucznikowskim oznaczeniom na berecie, który Daniel założył do munduru Drugiej Klasy. Leary wkroczył na ogrodzony teren.
Port Jeden miał znaczenie historyczne: stąd wystartowały statki, dzięki którym Cinnabar powrócił do gwiazd po tysiącu lat Przerwy, która zakończyła pierwszą fazę podboju wszechświata przez Ludzkość. Przez kilka stuleci pozostawał głównym kosmodromem rozwijającej się Republiki, lecz korzystano zeń nawet po utracie znaczenia. Obecnie pełnił rolę rynku staroci, gdzie starsze pamiątki po działającej na wyobraźnię przeszłości ustępowały miejsca nowym – lub po prostu innym. Wujek Stacey pamiętał wznoszące się we wschodniej części ceglane baraki, zbudowane jeszcze przed Przerwą, teraz jednak piętrzyły się tam druciane klatki Szybkich Napędów.
Zatokę wypełniały statki, po siedem przy kei. Cumowały tak blisko siebie, że nie mogłyby wystartować, nie uszkadzając sąsiadów; w tym celu odholowywano je na środek basenu. Rzecz jasna, wiele z nich w ogóle nie nadawało się do lotu. Zgromadzone w Porcie Jeden jednostki miały czasami przeszłość, ale nigdy przyszłości, przynajmniej nie w FRC.
Księżniczka Cecile wyróżniała się niczym klejnot w błocie. Reszta jednostek zadowalała się jednym światłem na dziobie lub rufie, lecz pomocniczy generator korwety wciąż działał. Nie tylko paliły się światła pozycyjne, keję oświetlał również blask bijący z otwartych luków. Woda zatoki marszczyła się, a rozproszona poświata przywodziła na myśl wspomnienia romantycznej przeszłości.
Z części dziobowej słychać było muzykę. Pieśń pochodziła ze Wschodnich Przylądków, regionu, gdzie znajdowały się posiadłości Learych. Męskie trio śpiewało przy akompaniamencie fletu.
Daniel spodziewał się jedynie wachty portowej w minimalnej obsadzie... i w takim samym stanie upojenia alkoholowego jak ich towarzysze, przepuszczający w okolicznych tawernach zaliczki od naganiaczy i czekający na poranną paradę. Lecz u wejścia na okręt ujrzał tuzin pogrążonych w rozmowie kosmonautów w udekorowanych wstążkami uniformach wyjściowych.
Trap prowadził z nabrzeża do głównego włazu. Daniel ruszył w jego stronę. Woetjans – nie można było z nikim pomylić olbrzymiej pani bosman; na jej czapce pyszniły się wstążki, z których każda upamiętniała jeden port, do którego zawinęła podczas swej trzydziestoletniej służby w FRC – dostrzegła go i się wyprostowała. Nacisnęła guzik na rubidowym nadajniku, zwisającym jej z szyi na łańcuszku – oznace jej stanowiska – i system łączności ogólnej korwety nadał sygnał „Kapitan na pokładzie”. Śpiewy na dziobie ustały, a zgromadzeni przy wejściu stanęli na baczność.
Daniel Leary poczuł przyjemny dreszcz. Nie sądził, aby kiedykolwiek zapomniał o tym uczuciu, nawet gdyby wnosili go umierającego na noszach na pokład dowodzonego przezeń okrętu.
– Spocznij! – zawołał, stąpając ciężko po wąskiej i chybotliwej kładce. Szedł, wyprostowany jak takielarz, ani razu nie patrząc w dół. FRC szkoliła swych aspirantów tak, by potrafili wykonać każde zadanie należące do prostych marynarzy. Oficerowie, którzy nie potrafili chodzić po rejach przy wydętych przez promieniowanie Casimira żaglach lub wymienić uszkodzonych przewodów silnika na przyspieszającym okręcie, nie zasługiwali na dowodzenie kosmonautami, którzy to umieli.
Uśmiechnął się do grupki, stając na niklowo-stalowym Pokładzie C Księżniczki Cecile. Po prawej znajdowała się opancerzona zejściówka na poziomy B i A, po lewej zaś korytarz do siłowni i magazynów. Nawet unoszący się na wodach zatoki okręt sprawiał wrażenie żywego. Nie istniało inne uczucie porównywalne z pobytem na pokładzie gwiazdolotu, a dla kosmonautów pokroju Daniela Leary’ego nie było uczucia lepszego.
– Wiecie, że nie jestem już kapitanem – zwrócił się do marynarzy. – Pomyślałem sobie, że wstąpię na pokład starej dziewczynki jako cywil.
– Jasne – odezwała się Woetjans – pan nie jest kapitanem, a ja takielarzem.
Mat artylerzysta Sun – służący jako artylerzysta na korwecie, gdzie nie przysługiwała wyższa szarża na tym stanowisku – wyciągnął kwadratową butelkę o wydłużonej szyjce, zamiast etykietki miała medalion wytłoczony w rubinowym szkle.
– Proszę, sir – zaproponował. – Och... wszystko w porządku. Barnes i Dasi pełnią służbę i są trzeźwi.
– Nawet bez tego byłoby w porządku, Sun – oznajmił Daniel. – Przynajmniej tego wieczoru.
Wszyscy byli trzeźwi lub prawie trzeźwi, choć prawdopodobnie wlali w siebie więcej alkoholu od szczura lądowego, który uznałby, że ma już dosyć. Wśród nich była Vesey – jedna z dwójki aspirantów z lotu na Strymon. Z początku Daniel przeoczył jej drobną sylwetkę pomiędzy Barnesem a Dasim, którzy wrócili na Cinnabar wraz z Learym – na pokładzie zarekwirowanego strymońskiego kutra. Obaj takielarze – oraz kilku innych marynarzy z tej grupy – przyszli na Księżniczkę Cecile z tych samych powodów, co Daniel.
Porucznik napił się z butelki. Brandy była wyśmienita, choć nie potrafił rozpoznać marki. Podał butelkę Sunowi, lecz mat artylerzysta rzucił tylko: „Ja już piłem, sir” i wskazał na czworo mechaników, którzy pojawili się na korytarzu. Jedna z nich miała flet wetknięty do kieszeni kombinezonu. Daniel podał jej brandy.
– Aspirant Dorst wkrótce wróci, sir – powiedziała Vesey. Była szczupła i jasnowłosa, niemal o połowę mniejsza od swego kolegi, a zarazem kochanka, choć porucznik Leary nie zamierzał działać in loco parentis wobec swych aspirantów i mieszać się do takich spraw. – Jak tylko wylądowaliśmy, poszedł odwiedzić matkę, to wszystko.
Vesey okazała się być zdolną astrogatorką, nie tylko biegłą w obliczeniach, lecz także obdarzoną przynajmniej cieniem wyczucia Matrycy, co uczyniło Stacey’a Bergena, a w mniejszym stopniu też jego siostrzeńca, Daniela Leary’ego, legendą FRC. Dorst nie dorównywał Vesey inteligencją ani wiedzą, ale był solidny jak skała; ten przymiot również wysoko ceniono u oficerów FRC.
– A więc, Woetjans... – zaczął Daniel, starając się nie być oczywistym. – Porucznik Mon mówił mi, że podczas powrotu ze Strymonu nie obyło się bez kłopotów?
Bosman zrobiła kwaśną minę.
– Bywało gorzej, sir – wymamrotała, nie patrząc mu w oczy.
– Skoro tak – wtrącił się Sun – to bywałaś w gorszych miejscach ode mnie, za co dziękuję Wszechmogącemu. – Odwrócił się do Daniela. – Sir, przeszliśmy z panem przez piekło, lecąc na Sexburgę przez kilkanaście dni w Matrycy, przysięgam, że tak było, i mieliśmy mniej kłopotów z okrętem, niż przypuszczałem. Mon sprowadził nas z powrotem i, cóż, cholernie się cieszę, że czuję stały ląd pod stopami. Cholernie się cieszę.
– Amen – mruknął Główny Inżynier Pasternak, który właśnie przyszedł z siłowni. Na pokładzie Sissie musiała przebywać jedna trzecia załogi, co stanowiło spory procent, jak na jednostkę, która po długiej podróży właśnie zawinęła do swego portu ojczystego. W korytarzu wejściowym zrobiło się tłoczno, lecz do czasu wyładowania zapasów na pokładzie korwety nie znalazłoby się większego pomieszczenia.
– Ba! – zawołał porucznik. – Nie żałuję, że poddałem ją wtedy takim obciążeniom, lecz wiecie równie dobrze jak ja, że stały się przyczyną połowy kłopotów, jakie mieliście podczas lotu powrotnego.
Mechanik, który właśnie brał łyka z butelki, zakrztusił się. Być może alkohol dostał mu się do nosa.
– Mon wspomniał, że mieliście pasażerów – ciągnął Daniel. – Jacy byli?
Kosmonauci popatrzyli po sobie. Po dłuższej chwili ciszę przerwała Vesey.
– Cóż, Klimovowie nie są źli, sir. Jak na cudzoziemców. Całkiem otwarci ludzie, oboje.
– Trzeźwi są w porządku – powiedziała Woetjans, patrząc prosto na Daniela. – Kiedy hrabia trochę w siebie wleje, a robi to często, zdarza mu się zapomnieć, iż nie jest na Nowym Swierdłowsku i nie ma do czynienia z domowymi niewolnikami. Cisnął butelką w obsługującego go marynarza... i spotkał się za to z pokładem.
– To byłem ja, sir – przyznał się Timmons, niski, tryskający humorem technik, który nigdy nie okazywał więcej porywczości niż farba na grodzi. Wbił zakłopotany wzrok w pokład. – Przepraszam, sir.
– Za co? – zapytała bosman. – Zdezerteruję do Sojuszu w dniu, w którym jakiś czarnuch uniknie kary za uderzenie cinnabarskiego marynarza. Ale – spojrzała twardo na Daniela – jeżeli Klimov będzie kapitanem, a nie pasażerem, to uderzenie go oznaczałoby bunt i otwarty właz dla tego, kto to uczynił. Tak to właśnie jest, prawda, sir?
– Znam oficerów FRC, którzy tak właśnie postąpili, Woetjans! – rzucił ostrym tonem Leary. – Ty również, jak przypuszczam.
– Tak jest, albo nawet jeszcze gorzej – dodał ze śmiechem Sun. – Kapitan Reecee strzeliła do żaglomistrza, kiedy wyszliśmy z Matrycy cztery dni świetlne od miejsca przeznaczenia. Na szczęście była równie kiepskim strzelcem, jak on astrogatorem.
– Reecee była oficerem FRC, Sun – zauważyła Woetjans. – Nie czarnuchem!
– Amen – powtórzył Pasternak, puszczając w obieg retortę z przezroczystym płynem, najprawdopodobniej alkoholem technicznym z systemu hydraulicznego. Standardowy napój w siłowni.
– Nie znam Klimova... – powiedział Daniel. Vesey napiła się i podała mu retortę. – Jeżeli Sissie spodobała mu się na tyle, żeby ją kupić, jak twierdzi Mon, to przynajmniej mamy podobny gust.
Wziął ostrożnie mały łyczek, a po chwili większy, gdy upewnił się, że płyn rozrobiono wodą. Stężony alkohol palił w ustach i gardle jak połykane rozżarzone węgle, lecz mechanicy i inżynierowie nie zawsze zawracali sobie głowy rozcieńczaniem.
– Mon wspomniał również, że Klimov zamierza zaoferować najwyższe stawki – kontynuował były kapitan Księżniczki Cecile, nie spuszczając wzroku z Woetjans, gdy podawał retortę stojącemu obok mechanikowi. Wszyscy wiedzieli, o czym mówił. Mon był jego kolegą i oficerem, którego szanował...
– Cóż, nie zapłaci jej mnie – oznajmił dobitnie Sun. – Mam papiery mechanika, a poza tym jest mnóstwo statków kupieckich, które z radością przyjmą na pokład artylerzystę od porucznika Leary’ego.
– Pensje są w porządku, sir – powiedziała przepraszająco Ellie Woetjans, zmierzając do tego samego, co Sun. – Ale rzecz w tym – machnęła ręką – że nie ma kosmonauty, który opuścił statek z pełnymi kieszeniami. Pewnie, część zostawia większość wypłaty rodzinom...
Bosman Woetjans mogła rozmyślnie użyć liczby mnogiej. To nie żart, że kosmonauci mieli rodziny na każdej regularnie odwiedzanej planecie.
– ...a inni wydają ją w barach, niemniej wszyscy ją wydajemy. Dodatkowy floren tygodniowo niewiele znaczy, zwłaszcza gdybyśmy mieli nie wrócić.
Cóż, bardzo bezpośrednio powiedziane, nawet bez Pasternakowego „Amen”!
– Sir? – odezwał się Dasi. I on, i Barnes byli olbrzymimi i całkowicie godnymi zaufania mężczyznami. Nie należeli może do najbłyskotliwszych w FRC, lecz byli wystarczająco doświadczeni, by każdy z nich został dobrym bosmanmatem, gdy Daniel ponownie ogłosi zaciąg.
– Tak? – zachęcił go Leary. Usłyszał zatrzymujący się za bramą wagonik tramwaju. Nie obejrzał się za siebie, lecz sądząc po rozpromienionej Vesey, nadchodzącym mężczyzną był aspirant Dorst.
– Co powinniśmy zrobić, sir? – zapytał zatroskanym głosem Dasi. Timmons podał mu butelkę, jednak tamten okazał się zbyt poruszony, by to zauważyć. – Czy powinniśmy polecieć z tym czarnuchem i panem Monem? Czy pan by tego chciał?
Porucznik westchnął, machnięciem ręki odprawiając powracającą od Pasternaka retortę.
– Dasi – zaczął. Potoczył wzrokiem po twarzach na korytarzu; znanych mu i zafrasowanych. – Wy wszyscy. Kiedy służyliśmy razem na Księżniczce Cecile, nigdy nie wątpiłem, że wykonacie każdy rozkaz, jaki wam wydam.
Wyprostował się w formalnym, paradnym „spocznij” – postawie, w jakiej przyjmowałby ich defiladę z trybuny honorowej.
– Nie mam ani prawa, ani chęci wydawania wam teraz rozkazów – dokończył. – I ja, i wy, wszyscy mamy decyzję do podjęcia, lecz uczynimy to indywidualnie, gdyż nie jesteśmy dłużej kapitanem i załogą.
– Tym gorzej dla Mona – podsumowała Woetjans. – Ale raczej znajdzie sobie gdzieś koję.
Daniel odchrząknął.
– Będę się zbierał – oznajmił. – Ja...
Poczuł ucisk w gardle; zapiekły go oczy. Ten przeklęty płyn hydrauliczny!
– Pojawię się na jutrzejszej ceremonii – obiecał, wyrzucając z siebie pospiesznie słowa. – Koledzy kosmonauci, nigdy nie było okrętu, który miałby więcej szczęścia do załogi niż Księżniczka Cecile!
Odwrócił się i ruszył na przystanek, o włos unikając zderzenia z Dorstem, którego nie zauważył zwilgotniałymi oczyma. Wiwaty załogi Sissie towarzyszyły mu do samej bramy.

* * *

Adele usłyszała zamykające się drzwi wejściowe i pomruk głosów. Otworzyła swój gabinet i wyszła na korytarz, gdy Daniel rozpoczynał wspinaczkę po schodach.
– Danielu, mogę prosić cię na słówko? – zawołała. Było to głupie, gdyż i tak ewidentnie zmierzał do jej komnat. Poprosiła odźwiernego, żeby przysłał go na górę natychmiast, jak tylko się zjawi, niezależnie od pory. – Zaszły pewne okoliczności i chcę prosić cię o poradę.
– Dobrze się czujesz, Adele? – zapytał przyjaciel. Po wejściu do domu zdjął beret; widoczna w padającym ze schodów świetle twarz miała twardy, opanowany wyraz, jaki widziała u niego na mostku Księżniczki Cecile podczas akcji, lecz bardzo rzadko w innych przypadkach. – Przepraszam, że nie było mnie tutaj, kiedy... och... wróciłaś.
– Och, nic się nie stało – zapewniła go, marszcząc z namysłem brwi. – Po prostu miałam kilka pytań odnośnie do moich planów, które... och. Och. Rozumiem, co miałeś na myśli.
Wpuściła go do gabinetu i uświadomiła sobie, że panował w nim bałagan. Na większości płaskich powierzchni walały się książki i papiery; zbierała informacje o Boskiej Federacji, a część dokumentów dostępna była jedynie w postaci drukowanej. Niemniej czekając na Daniela, oczyściła drugie krzesło.
– Wydarzenia, kiedy wróciłam do domu? – Wzruszyła ramionami. – Odźwierny weźmie kilka dni wolnego, jak przypuszczam. Poza tym wszystko jest, cóż, w normie. Spodziewałam się przesłuchania przez władze, ale najwyraźniej wszystko zamieciono pod dywan.
Zaraz po powrocie do domu Mundy naładowała pistolet. Spoczywał teraz w jej kieszeni, nie z prawdziwej potrzeby, lecz dla poczucia bezpieczeństwa, jakie jego niewielki ciężar dawał jej podświadomości. Uzależniła się od tej małej broni jak od narkotyku. Najlepiej odpędzała nocne koszmary, choć sama była ich przyczyną.
– Tak – potwierdził Daniel. – Przyjechaliśmy z Hoggiem podczas sprzątania. Przeprowadzający je ludzie sprawiali wrażenie fachowców.
Adele zamknęła drzwi i przesiadła się z własnego, prostego krzesła na wyściełany fotel po drugiej stronie biurka o obciągniętym skórą blacie. Na przyniesionej wcześniej przez służącego tacy czekała butelka wina i dwa kieliszki.
– A przy okazji: Hogga nie ma w domu – poinformowała. – Zostawił wiadomość dla Tovery i oboje jeszcze nie wrócili.
Daniel skrzywił się siadając, wyglądał na zmęczonego.
– Adele? – zaczął. Podniósł głowę i napotkał jej wzrok. – Dałem Hoggowi wolną rękę w sprawie reakcji na to, co wydarzyło się tutaj po południu. Rezultat spadnie na moją głowę i chcę, żebyś o tym wiedziała.
Adele uśmiechnęła się lekko.
– Spróbuj wina – zachęciła go, odkorkowując butelkę. – Pochodzi z dawnego Dużego Chatsworth. Nowi właściciele przechrzcili majątek na Skyland, lecz winogrona pozostały takie same.
Napełniła oba kieliszki. Wino miało barwę ciemnego miodu; żaden słynny rocznik, lecz całkiem przyzwoity, zaś znajomy smak przywodził jej na myśl dzieciństwo i tamtejsze poczucie bezpieczeństwa.
– Jeśli chodzi o to, co może przydarzyć się Rolfe’om, Danielu... – dodała. – To powiedziałabym, że wina spadnie na głowę tego, kto nasłał opryszków na naszego odźwiernego. Niemniej prosiłam Toverę, żeby nikogo nie zabijała. Pod tym względem można jej zaufać. – Wykrzywiła usta w uśmiechu, podając kompanowi wino. – Rozumiesz, emocje nie wchodzą u niej w grę – wyjaśniła. – Nigdy nie traci samokontroli.
Daniel skosztował i pokiwał z aprobatą głową.
– Mówiłaś, że miałaś jakieś pytania? – przypomniał unosząc brwi.
– Mon powiedział ci już, że arystokraci z Nowego Swierdłowska kupują Księżniczkę Cecile na wyprawę do Galaktyki Północnej – oznajmiła, wciąż lekko się uśmiechając. Oboje z Danielem nie lubili wielosłowia. – Znajoma, prawdopodobnie osoba, która zarządziła sprzątanie po incydencie z popołudnia, chce, żebym im towarzyszyła i przekonała się o skali działań Sojuszu na Blasku i jego satelicie.
Celowo nie zagłębiała się w szczegóły ani nie wymieniała nazwiska mistrzyni Sand, wiedząc, iż Daniel Leary poczułby się skrępowany. W żadnym razie nie należał do tępych, prostych oficerów marynarki – był przecież synem mówcy Leary’ego, na litość boską! – lecz w idealnym świecie Daniela działania powinny być otwarte i przejrzyste. Wierzył, że jeśli wykonał swoje zadanie w sposób jawny i skuteczny, mógł zostawić resztę osobom bardziej odpowiednim. Na przykład swojej przyjaciółce Adele...
– Rozumiem – mruknął Leary. Sprawiał wrażenie spokojnego, jednak wypił wino jednym haustem, zamiast je sączyć. Sięgnęła po butelkę, lecz powstrzymał ją szorstkim ruchem dłoni, marszcząc w zamyśleniu brwi.
Oczywiście, że rozumiał. Nie spotkała nikogo, kto potrafiłby szybciej od Daniela kojarzyć różnorodne fakty. Zdobyło mu to zasłużoną sławę dowódcy bojowego oraz równie wielką zawiść o podboje miłosne.
– Nie znajdziesz lepszego oficera technicznego od porucznika Mona – powiedział Daniel, wbijając wzrok w narożnik biblioteczki. Było niezwykle mało prawdopodobne, aby mogły go zainteresować ustawione tam dzieła. Beletrystyka sprzed Przerwy, którą to kolekcję Adele postanowiła odtworzyć, choć nie podzielała literackich upodobań mamy. – Gdyby brać pod uwagę jedynie to, życzyłbym ci powodzenia. – Przeniósł na nią wzrok, a jego oblicze stwardniało. – Jednakże załoga Sissie uznała go za pechowego kapitana – ciągnął. – Mogą mieć rację. Obawiam się, że Mon nie zdoła zgromadzić godnej zaufania załogi, a podróży na Blask towarzyszyć będzie wielkie ryzyko. Rzekłbym, iż wręcz niemożliwe do zaakceptowania, chyba że twoja konieczność okaże się równie wielka.
Uniósł brwi.
Adele skinęła głową, obracając w palcach nóżkę kieliszka.
– Ja również tak uważam – orzekła beznamiętnie. – Moja znajoma jasno dała do zrozumienia, że waga sprawy jest porównywalna z ryzykiem.
– Z całym szacunkiem dla twojej znajomej – powiedział porucznik Leary, używając tonu odpowiedniego dla syna jego ojca – wątpię, aby miała właściwe pojęcie o niebezpieczeństwach, jakie grożą ekspedycji w tych konkretnych warunkach. Wujek Stacey otworzył większość obecnych szlaków na Blask. Nic nie ujmując porucznikowi Monowi, nie jest on Stacey’em Bergenem ani nawet człowiekiem, który kiedykolwiek samodzielnie poleciał na Północ.
Mundy upiła wina, pozwalając, by smak przypomniał jej prostsze i bardziej słoneczne dzieciństwo.
– Przychylam się do twojej opinii, Danielu – oznajmiła – lecz jestem absolutnie pewna, że na pokładzie Księżniczki Cecile znajdzie się któryś z moich kolegów. Nie mam pojęcia, kto to będzie, jednak wiem, że nikt nie zna możliwości Sissie lepiej ode mnie. I obawiam się – uśmiechnęła się cierpko – że udział mojej rodziny w Konspiracji Trzech Kręgów rodzi większe zobowiązania wobec Republiki niż w przypadku zwyczajnych obywateli.
Daniel wstał.
– Przemyślę to – obiecał. Nagle stał się bardzo nonszalancki. – Może znajdzie się jakieś wyjście. – Uśmiechnął się szeroko. – A teraz idę do łóżka – dodał. – Rano muszę być na paradzie na cześć załogi Sissie. Mam nadzieję, że będziesz mi towarzyszyć?
– Tak, oczywiście – zapewniła przyjaciółka, odprowadzając go do drzwi. Podobnie jak Daniel od sześciu tygodni, czyli od powrotu na Cinnabar, otrzymywała połowę pensji; żadne z nich nie miało oficjalnych powiązań z Księżniczką Cecile. Jeśli jednak chciał jej towarzystwa, to był to wystarczający powód, aby tam się znaleźć.
– Świetnie – rzucił omijając stertę książek na podłodze. Każdą oznaczono nazwiskiem właściciela, ponieważ Adele Mundy zbierała informacje o Galaktyce Północnej, wypożyczając materiały. Znów przydały się rodzinne koneksje.
– Zawsze znajdzie się odpowiedź, jeśli za jej szukanie zabiorą się razem ludzie dobrej woli – oświadczył z uśmiechem Daniel, przechodząc przez drzwi, które przed nim otworzyła.
Adele odpowiedziała uśmiechem, choć wypowiedź uznała za zwyczajnie głupią. Daniele Leary’owie tego świata w jakiś sposób sprawiali, że dziecinne sentencje nie tylko brzmiały prawdziwie, lecz zgodnie z jej doświadczeniem stawały się prawdą.



Dodano: 2008-01-17 15:39:07
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wojnę makową"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Chiang, Ted - "Wydech"


 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

Fragmenty

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

 Dick, K. Philip - "Możemy cię zbudować"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS