NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Drayden, Nicky - "Overwatch: Bohaterka Numbani"

Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

Ukazały się

antologia - "Kryształowe smoki 2019"


 Komuda, Jacek - "Wizna"

 antologia - "Tarnowskie Góry Fantastycznie 2"

 Hill, Joe - "Gaz do dechy"

 Hill, Joe - "Strażak" (2020)

 Hill, Joe - "NOS4A2" (2020)

 Hill, Joe - "Dziwna pogoda" (2020)

 Faber, Adam - "Dom Wiedźm"

Linki

Dębski, Eugeniusz - "Krucjata", tom 2
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Dębski, Eugeniusz - "Krucjata"
Data wydania: Styczeń 2008
ISBN: 978-83-60505-34-2
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Liczba stron: 464
Cena: 29,99
Seria: Bestsellery polskiej fantastyki



Dębski, Eugeniusz - "Krucjata", tom 2 #2

Lodowy podmuch

Przed świtem Hok obudził wszystkich. Darys, który pełnił tajną wartę, poderwał się pierwszy, gdy ciemnoskóry wojownik cicho zawołał:
— Hej, wstańcie! Coś się dzieje!
Mrok nocy nieco tylko mniej gęsty mieli nad swoimi głowami, sylwetka Hoka widniała na skarpie, przykucnął z głową wychyloną poza zbocze.
Wygrzebali się z derek i opończy, przecierali oczy i wspinali na stok. Rosa powodowała, że co i rusz ręce i stopy ślizgały się, w ciszy słychać było sapanie i ciche, łagodne ze względu na kobiety przekleństwa.
Wydostali się w pobliże Hoka i zrozumieli, że nie chcą wychylać się mocniej.
Od zachodu nad horyzontem, do jednej trzeciej wysokości kopuły niebios, widniała ogromna gęba. Wymalowały ją jakby obłoki, ale wszystko w niej było wyraziste, ukazane tak dokładnie, z barwami i cieniami, że musiał istnieć jakiś inny, nieludzki oczywiście, sposób umieszczenia na niebie wizerunku.
W pierwszej chwili wydawało się, że to twarz starej, złej kobiety, złudzenie narzucały wijące się, falujące włosy, ale zaraz potem twarz nabrała wyrazistości i stała się zdecydowanie twarzą mężczyzny. Miał ostry, haczykowaty, długi jak dziób orła nos z wąskimi, jak po dźgnięciu ostrzem noża, szparami nozdrzy; poniżej niemal nie było warg, pojawiły się, dopiero gdy potworna zjawa poruszyła ustami. Nad okrągłymi oczami wzlatywały końcami ku górze gęste krechy brwi, falujące niczym ogromny kłąb węży włosy co i rusz przesłaniały czoło z trzema niebieskimi sierpami — bocznymi skierowanymi ku górze, środkowym skierowanym w dół — wymalowanymi czy wyciętymi w skórze. Lodowato sine źrenice patrzyły mgliście, usta poruszyły się i otworzyły, w mrocznym tunelu poruszył się karminowy język, wargi ułożyły się w jakieś słowo.
— Kiedy tylko się to pojawiło — powiedział cicho Hok — wydawało mi się, że słyszę „Palan” czy „Da-kan” albo…
— Waltan! — mruknął przez zęby Mag. — To musiało być Waltan…
— Też tak pomyślałem po chwili — przyznał Hok. — Ale nic więcej nie było. Tyle tylko, że na początku to były bardzo mgliste zarysy, nawet pomyślałem, że śnię albo że to po prostu cudowny, przedziwny układ obłoków, zresztą bardziej przypominało to pysk wilka, potem jakoś się te rysy cofnęły, pysk się wciągnął… Tylko ozór co jakiś czas się poruszał, a potem zaczęło dmuchać jakby tym imieniem.
— Coś rozumiesz, Waltanie?
Mag pokręcił głową, ale bez przekonania, co widać
było nawet w półmroku. Od pytań uratowało go rysowane na niebie oblicze — usta otworzyły się szeroko, czerwony jęzor poruszył żmijowo i cofnął, krecha ust rozciągnęła w szerokim, krzywym, złośliwym uśmiechu, a z rozszerzonych nozdrzy wymknęły się i skierowały ku ziemi dwa wąskie białe obłoczki.
Chwilę wszyscy obserwowali niebo, potem twarz zafalowała, drgnęła i zniknęła. Waltan popatrzył w lewo, na Hoka, i w prawo, na resztę.
— Nie podoba mi się to. Schodzimy na dół, szybko!
W niecce, gdzie wszyscy stanęli, patrząc na niego, wskazał wierzchowce i rzucił:
— Dobrze przywiązać konie! Namiotów nie rozłożymy, ale postarajcie się przyszpilić je do ziemi. Wszyst­
kie trzy niech staną po tej stronie skarpy. — Wskazał zachodnie zbocze. — Obawiam się, że coś dmuchnie od tej strony — wyjaśnił i sam pobiegł do wózka.
Obaj wojownicy zgodnie rzucili się do koni, kowal z Onro zaczęli przenosić namiot Maga na drugi brzeg, przesuwać namiot kobiet. Zenke z Nanteli na polecenie Waltana wyjęły z komory pod wózkiem po kilka smoli-pałów i gdy namioty zostały przyszpilone, powkładały do każdego po trzy drągi. Mag szamotał się przy wózku z dużą płachtą, którą owijał wystające z tyłu powozu skrzynie. Kilka chwil po rozpoczęciu krzątaniny obóz był gotów… tyle że nikt poza Magiem nie wiedział na co.
— Na co czekamy, Waltanie? — zapytała Nanteli. — Znowu coś wiesz, czym nie chcesz się dzielić?
— Dlaczego znowu? — warknął ugodzony jej słowami Mag. — Nieważne, spodziewam się, że zaraz tu zawieje albo i coś gorszego się wydarzy. Mieliśmy ogromne szczęście z tą kotlinką… Chyba… — Myślał chwilę, potrząsnął głową. — No, teraz nie ma co się zastanawiać… — skwitował na głos jakąś myśl. — Kryjemy się, jak powieje, w namiotach. Najlepiej, jak przy-siądziemy na połach, żeby je jeszcze przybić do ziemi. Gdyby zrobiło się zimno nie do wytrzymania, zapalcie smolipały.
Nad głowami, nad kotliną, rozległ się przenikliwy niski świst, jakby ktoś uchylił szczelnie dotąd zamknięte drzwi i wywołał przeciąg. Mag machnął ręką w stronę namiotów i pierwszy zniknął w otworze usłużnie przytrzymywanym przez Onro.
Mężczyźni odczekali, aż weszły kobiety, potem szybko wcisnęli się do drugiego namiotu. Zgodnie ze słowami Maga przesunęli się pod skarpę, wymacali leżącą na zboczu ściankę i usiedli na niej. Cały namiot trzymał się teraz na ich plecach i głowach. Nie było to wygodne, ale nikt nie narzekał, zresztą po chwili na zewnątrz zadudniło coś, sypnęło grubym żwirem po namiotach, zasyczało.
— Zamieć? — stwierdził pytająco Darys.

Chyba tak — odpowiedział mu kowal. — Co prawda widziałem coś takiego już dwa razy w życiu, ale wczesnym latem i późną wiosną…

— Tu pora roku nie ma nic do rzeczy — oświadczył z przekonaniem Darys. — Niby nie ma tu Magii, w tej krainie, a co i rusz coś się dzieje niezwykłego… Ognista nawała, przybycie Hoka, teraz to…
— Nie ma Magii? — zapytał Hok. — Skąd wiecie? Dlaczego nie ma?
— Wiemy… hm… no bo… Właśnie! Wiemy to z ust Maga. Zresztą skąd miałbym wiedzieć? Przecież ja się nią nie posługuję, ja chciałem z jej usług skorzystać.
W ciasnym mroku zapadła cisza, na zewnątrz zaś hałas się wzmógł. W wystające, okryte płachtą sylwetki, zwłaszcza w głowy, uderzył mocny, jędrny podmuch i znowu zabębnił żwir? śnieg? grad?
— Waltan jest Magiem? — stwierdził spokojnym głosem w ciemnościach Hok.
— Sam niech ci powie — szybko wykręcił się Darys i zrozumiał, że pośpiech był aż nadto wyraźną odpowiedzią. — Jak już wiesz, każde z nas coś chce zyskać, odzyskać, nabyć u celu wyprawy. Czy to się uda, nie wiem i wątpię, ale nie spróbować byłoby głupotą. Więc spróbowaliśmy.
Głowy nagle przycisnęła im jakaś niewidoczna olbrzymia, miękka, ale silna dłoń. Hok zaczął szperać w ciemnościach.
— Gdzieś tu były drągi, prawda? — rozległ się jego głos. — Potrzymajcie namiot, poszukam.
— Tu mam — odezwał się po raz pierwszy Brou. — Masz.
Usłyszeli postukiwanie drągów.
— Ustawię dwa pod kątem do skarpy — oświad­
czył Hok. — Już mnie kark boli od trzymania całego
domu na głowie.
Dwaj pozostali mężczyźni napięli mięśnie, potem, nie umawiając się, podnieśli ręce i naprężyli połę namiotu. Po chwili poczuli, że nacisk na szyje słabnie, choć z odgłosów sądząc, wichura na zewnątrz jeszcze nie doszła do kresu sił. Hok usiadł.
Nagle jakby zalała ich fala lodowatej wody. Zrobiło się zimno, i to zimno przeraźliwie. Od razu wydychane powietrze zaczęło niemal skrzypieć w ciemnościach, osypywać się na ziemię w postaci szronu.
— Uej, nie ma na co czekać, co? — zapytał w ciem­
nościach Brou.
Coś skrzypnęło, trzasnęło, nagle zajarzyła się iskra, rozpaliła, pojawiła druga — z obu końców złamanego drąga trysnął dym, a potem jasny, wesoły ogień. Kowal ostrożnie położył drągi ogniem ku ludziom, ci natychmiast wysunęli dłonie. Z ust waliły im kłęby białych obłoków. Brou i Darys naciągnęli kaptury. Wojownik nagle uprzytomnił sobie, że Hok przyłączył się do nich bez żadnych bagaży — pojawił się w skórzanym odzieniu, jego miecze i sztylet, i koń. Szybko ściągnął z siebie opończę i podsunął Hokowi.
— Bierz, mam grubą derę na sobie — powiedział. Hok wahał się tylko mgnienie oka. Szybko pochylił się i wsunął pelerynę między siebie i namiot.
— Uch! Dzięki! — mruknął przez zaciśnięte war gi. Potem chwilę machał palcami nad płonącymi wesoło dwoma patykami. — Powiedziałeś, że nie ma tu Magii, a to?
— To są takie ogniste krzaki, tutejsze. Ale nie ma w nich Magii, tylko jakiś sok, który jak się wydostanie
na powietrze, to się zapala. Nazbieraliśmy ich trochę na początku wyprawy, mamy tam jakiś zapasik. Smolipały. Mają też inną nazwę, palce jakieś tam, ale nie pamiętam. A ty, Brou?
Kowal potrząsnął głową.
— Nie pomnę. Tu się tyle dzieje, ciągle coś mnie za­
skakuje…
Chciał chyba coś jeszcze powiedzieć, ale na zewnątrz tak zawyła wichura, że musiałby wrzeszczeć z całej siły. Po chwili natężenie wiatru zmalało, napór na namiot wyraźnie zelżał. Zrobiło się ciszej i od razu jakby cieplej.
— Zapalcie smolipały! — usłyszeli gdzieś spoza namiotu głos Onro. — Jakby brakowało, to niech ktoś wyskoczy i weźmie jeszcze, i poda kobietom!
— Dobrze! — wrzasnął Darys. — Do licha, konie…
— Bez przesady, to jeszcze wytrzymają — powiedział Hok. — Przecież nie masz na zimę innego wierzchowca?
— No nie…
Patrzyli, jak żar dochodzi do połowy długości drągów.
— Może wyskoczę teraz, jak jest względny spokój, co? — zapytał Brou.
— A może się kończy? — odpowiedział pytaniem Darys. — Ja bym chwilę poczekał, jak się zacznie wzmagać, to ja wyskoczę. — Uśmiechnął się. — Bo to mój plan.
— Dobrze — nadspodziewanie ochoczo zgodził się
Brou.
— Stoi.
Siedzieli chwilę w ciszy, wyglądało, że rację ma Darys, natężenie wiatru słabło, obłoki mglistego lodu wydychane przez usta zmieniły się w wilgotne chmurki, potem stały mniej widoczne — robiło się wyraźnie cieplej. Darys klepnął się w kolano.
— Ja jednak wyskoczę zobaczyć, co z wierzchowcami. Jakby robiło się gorzej, wrócę ze smolipałem. Czekajcie spokojnie.
Rzucił się na czworaki i atakując pochyloną głową dach namiotu, wysunął się na zewnątrz, przez chwilę w namiocie było jaśniej. I zimniej.
Wrócił szybko.
Zziębnięty, ale bez drągów.
— Chyba się kończy. Ale wszystko pokrywa szadź,
chciałem zaprowadzić konie gdzieś w parów, ale tam jest
gorzej, wiecie? Jar skręca zaraz i idzie wzdłuż osi wia­
tru — jeden wielki lodowy kocioł. Nam się udało niesa­
mowicie, że ta kotlinka jest w poprzek podmuchów.
Zatarł zgrabiałe dłonie.
— Aha — dodał. — Nie ma już strumienia. Musiał zamarznąć tam, na górze.
— A to jak rozmarznie, nie zaleje nas?
— E tam! Przecież nie rozmarznie w jednej chwili!
— Jesteś pewien? — zapytał kowal.
Wojownik myślał chwilę. Już kilka rzeczy w tej krainie zaskoczyło go niemile, musiał przyznać, że ludzka logika, jaką się posługiwał w swoim świecie, tu niekoniecznie musiała służyć równie dobrze.
— Prawda, tu się wiele dziwnych rzeczy zdarzało…
Przesiedzieli pogrążeni każdy w swoich myślach do­
bre pół celii, potem usłyszeli głos Waltana:
— Chyba już nie ma na co czekać, skończyło się!
Wyszli na odmieniony świat. Dokoła wszystko lśniło i jarzyło się. Blade słońce rozkwitało w miriadach kryształków, nie było śniegu, więc rośliny zachowały pod cienką warstewką lodu barwy, lśniły zielone źdźbła traw, jarzyły się kolorowe czubki ziół, mieniły kwiaty.
—Przynajmniej piękny widok — stwierdziła Wymina. Ton, jakim to powiedziała, jakby mówiła: „Ta derka się nada, choć jest dziurawa”, stał w wyraźnej sprzeczności z treścią słów.
—Piękne… — sapnął Onro.
—Jak wyrzeźbione w szlachetnych kamieniach — wolno powiedział Waltan.
—Piękne, owszem — odezwała się Nanteli, strzepując z buta jakieś przymarzłe źdźbło. — Ale opamiętajcie się z tymi zachwytami — zgasiła towarzyszy. — Nie chodziło o upiększenie świata, tylko o zamrożenie nas. Gdyby nie ten jar, kto wie czy nie tworzylibyśmy teraz pięknej grupy lodowych rzeźb!
Ta długa jak na nią wypowiedź uświadomiła wszystkim, że oto kolejny raz wywinęli się niebezpieczeństwu.
— Ktoś na nas dybie — stwierdził Onro.
Wszystkie głowy odwróciły się w jego kierunku.
Myśl była może niezbyt odkrywcza, ale nikt jej dotychczas nie wypowiedział na głos. Rozległy się pochrząki-wania i kasłanie. Darys rozpędził się i wbiegł po stromym tu zboczu na górę, odszedł od krawędzi skarpy. Wrócił po chwili.
— Na górze jest równie pięknie — powiedział z naciskiem na „równie pięknie” — ale nie możemy wyruszyć przez jakiś czas, bo każda trawka tnie jak odłamek szkła, konie nam się pokaleczą.
— No to możemy zjeść śniadanie — klasnął w dłonie sztucznie wesoły Waltan.
Okazało się, że zamarznięte rośliny cięły również tu, w jarze. Trzeba było stąpać ostrożnie, z góry stawiając stopy, by złamać ostre źdźbła.
— Chodzimy jak trupa kuglarzy! — zawołała Zenke.
— Raczej komediantów! — ponuro odpowiedział Waltan, ssąc krwawiący palec: zbyt gwałtownie strzepnął przyczepioną do spodni łodygę ziela.
Słońce, choć blade, jednak grzało, szadź, szron i lód topiły się, i to coraz szybciej. Zanim zapłonęło uczciwe ognisko ogrzewające kociołek z wodą na szarletkę, blask wyraźnie osłabł, a jeszcze chwilę potem rośliny pozbawione usztywniających je powłok z lodu zaczęły zginać się sparzone mrozem, tracić soczyste barwy.
Śniadanie kończyli w otoczeniu burych traw, zamarznięte dno strumyka powlokła warstwa spływają-
cej wody, kryształki lodu lśniły tylko na pogrążonym jeszcze w cieniu wschodnim zboczu parowu. Zapobiegliwy kowal naczerpał wody do wykonanych z foczej skóry wiader zwijanych na czas podróży i postawił na słońcu, by się ogrzała nieco przed napojeniem koni. W milczeniu spakowali obóz i wyjechali z parowu. Jak okiem sięgnąć otaczała ich bura, niemiła oku równina, wczoraj zielona jeszcze i bujna. Dziś była to ruina. Co prawda nie tak ponura i beznadziejna jak po przejściu Ognistego Bicza, ale i tak dopiero za kilka tygodni roz­kwitnie tu życie.
— Najpierw ogień, teraz lód — powiedziała Wy-mina do nikogo w szczególności. Jechali szeroką ławą, w ukształtowanym już przez te kilka dni podróży szyku: powózka w środku, konni po bokach albo wyprzedzali i osłaniali z tyłu. — Ciekawam… — umilkła, nie kończąc.
— …co jeszcze może być na nas zesłane, prawda? — dokończyła za nią Zenke.
— Woda — rzucił ponuro Darys. Wstrząsnął nim dreszcz. — Nie lubię deszczy, wody, wilgoci… jedną wojnę, całoroczny kontrakt, spędziłem w nieustającej ulewie. — Uśmiechnął się ponuro. — Najlepiej szło nam zdobywanie miast, bo tam były suche komnaty. Nawet piwa i wina już nam się nie chciało. Wiecie, o czym marzyłem?
— O sucharze — rzuciła spokojnie Nanteli, patrząc przed siebie. Potem wolno się odwróciła i gdy zaskoczony Darys uniósł jedną brew i przechylił głowę na znak nuznania, lodowata piękność nagle nieznacznie puściła do niego oko.
Wojownik otworzył usta i długą chwilę jechał z niezbyt mądrą miną.
— Jakieś zwierzęta? — powiedział Brou, kontynu­
ując wyliczanie możliwych nieszczęść.
— Były… przecież tufjje? — pokręcił głową Darys.
Przez chwilę wszyscy myśleli. Potem Waltan roześmiał się.
— Skoro nie potrafmy nic wymyślić, to może już nic nie jest przewidziane? — zawołał wesoło.
Zbliżali się do drogi. Pokryta przede wszystkim mchem albo czymś, co mech przypominało, wyróżniała się soczystym zielonym kolorem, zielona kreska w burym otoczeniu.
— Magia jest w Aqemal — powiedziała nagle głośno, nadmiernie głośno Nanteli.
— Co masz na myśli? — zapytał Mag, bo to do niego kierowane były te słowa.
— Tufjje to przecież nie są zwyczajne zwierzęta? — Odwróciła wolno głowę w stronę Maga, ale do niego nie puściła oka.
Waltan patrzył na nią z zaciekawieniem, które przeszło w zdumienie, a potem w oszołomienie.
— Widziałem kiedyś kamniomewy, ciskające całkiem sporymi kamieniami ptaki — powiedział Darys.
— A ja ptaki znoszące jaja pod wodą — dodała Wy-mina.
— A fruwające żmije albo…
Waltan uniósł rękę. Darys umilkł.
—Ale tufjje… No-o… Nie są zwyczajne jak kam-niomewy — przyznał Mag.
—A Bicz Ognisty to zwyczajne zjawisko, jak piorun czy Magia? — zapytała piękność.
—Nie mam pewności — odpowiedział Mag, marszcząc w namyśle czoło — ale postawiłbym na Magię.
—A ta lodowa wichura w lecie? — zadała trzecie pytanie Nanteli.
—I ten pysk na niebie? — dodał nagle Hok, dotąd z zainteresowaniem słuchający tylko wymiany zdań.
Wózek kierowany przez Onro dojechał do drogi, chłopak nie skręcał jednak, jak wszyscy czekał na odpowiedź Waltana.
— Masz rację… Coś tu jednak zostało… — powiedział do siebie Mag i znieruchomiał z przygryzioną wargą i wysuniętą żuchwą. — Przesącza się czyżby?
Jego koń parsknął, Waltan wrócił do rzeczywistości.
— Tak czy tak, jechać musimy, więc jedźmy — rzucił.
Ale tym razem nie wypuścił się na przód, jak zwykle czynił, tylko został na samym końcu, jakby chciał nie myśleć o drodze, tylko człapać utartym szlakiem i móc pogrążyć się w rozmyślaniach.
—Co to były te tufjje? — zapytał Hok, gdy wózek skręcił na drogę.
—Ach, takie jakieś widmowate feje — powiedziała niedbale, machnąwszy malutką dłonią, karlica. —
Wyglądały jak zgęstki mgły i koniecznie chciały się do nas przytulać. Ani tego przeciąć, ani nabić guza, okazało się, że ogień je dość skutecznie odstrasza, więc po prostu użyliśmy smolipałów i ustąpiliśmy pola.
— Bicz Ognisty, jak rozumiem, to coś jak to dzisiaj, tylko palące, a nie mrożące?
— Tak. Wał czy chmura żaru przetoczyła się przed nami albo inaczej: zdołaliśmy się wycofać, bo byliśmy na skraju, jeszcze trochę i byłoby po nas… Spłonęła okolica, miasto, wsie… Pasmo żaru chyba na dzień dobrego kłusa…
— Ciekawe, na ile się ciągnie pasmo tej zgorzeli? — rzucił jadący po drugiej stronie wózka Darys.
Określenie było trafne, wszystkie poza mchem na drodze rośliny zostały sparzone, zwiędły, pochyliły kwiatostany i gałązki, przede wszystkim zaś zbrązowia-ły jak maźnięte żarem.
— Musielibyśmy — odezwał się z mądrą miną Onro — pojechać w obie strony, prawda? Nie wiemy, gdzie się zaczyna, to nie wiemy, jak jest szerokie.
— Słusznie mówi — pochwaliła go karlica. — Ale nie wiem, czy nas to bardzo interesuje…
— Chyba że przez kilka dni konie nie będą miały co jeść — powiedziała Nanteli.
— Moja droga — Zenke odwróciła się i wbiła w piękność przesadnie zdumione spojrzenie — czy nikt ci nie mówił, że nosisz w pięknym ciele niezmierzone pokłady goryczy i… i… krzywego widzenia świata?
— Krzywego? — uniosła brew Nanteli.
Jadącemu od jej strony Darysowi zabrakło tchu. Nanteli była tak piękna, tak…
O bogowie, po co komu tyle… — pomyślał Darys. Zenke nie dała się zauroczyć.
— Krzywego, tak. Bo jeśli widzisz tylko jedną stronę monety, to nie masz pewności, czy nie jest fałszywa.
Energia Nanteli chyba się jednak wyczerpała, nie wdała się w spór, rzuciła spojrzenie na niebo, a ten ruch powtórzyli za nią i Hok, i Darys, potem opadła plecami na oparcie i jakby zapadła się w siebie. Karlica poczekała chwilę, ale widząc, że nie udało jej się wciągnąć Nanteli w dłuższą wymianę zdań, zrobiła minę mówiącą bezgłośnie: „Zrobiłam, co mogłam, już nie mam pomysłu”.
Jechali w milczeniu niemal półtorej celii, potem Wal-tan przyspieszył nieco, dogonił wózek, przy którym — tak się jakoś już utarło — odbywały się narady w marszu. Wyglądało, że jeszcze się nie rozgrzał, miał siny nos i duże cienie pod oczami. Dwudniowa szczecina na po­liczkach powodowała, że jakby ściemniał, spochmurniał, spoważniał. Albo zachorował.
Odkaszlnął.
— Przemyślałem wszystko… Wszystko, co mogłem — dodał z wątłym uśmiechem. — Do Pieczary prowadzą dwie drogi, jedna przez jakiś jeszcze czas wygodniejsza, potem stopniowo coraz gorsza, przez góry mało wody, ziąb, wiatry w wąwozach. Druga droga od razu jest gorsza. Trochę krótsza. Trochę, nieznacznie. Choć i godzina takiej drogi nikomu nie sprawi przyjemności. Dziś jeszcze nie musimy podejmować decyzji, jutro po południu — trzeba. Albo skręcamy na gorszy szlak, albo jedziemy lepszym, na dodatek trafmy do kasztelu mojego dobrego przyjaciela Melepona Grakohewa. Tam możemy odsapnąć dzień, może dwa?
Zenke wymieniła spojrzenie z Wyminą, która słysząc, że odbywa się coś jak narada, ustąpiła na drodze miejsca wózkowi, sama ulokowała się na skrzydle. Wojowniczka uniosła brew. Mag dotychczas nie radził się ich, a oni nie mieli mu za złe, że nie pyta o zdanie w kwestiach, o których i tak nie mieli pojęcia. Pytanie o popas zdradzało jednak wątpliwości, jakie zrodziły się w duszy Waltana. No i nagle użył słowa „pieczara”, czyli jednak coś wiedział? Wymina przez chwilę starała się nie patrzeć na Maga.
— Wydaje się, że pierwsza możliwość jest lepsza, z popasem, dlaczego więc pytasz? — zapytała Zenke, która jakby wzięła na siebie od początku trud zadawania pytań Waltanowi.
— No właśnie, dlaczego? — zapytał Mag. — Sam nie wiem, wiele się tu zmieniło…
— Obawiasz się zdrady? — rzuciła Wymina.
— Tego też… — przyznał ochrypłym głosem Wal-tan. Odchrząknął. — Łatwo jest być szlachetnym i przyjaznym, kiedy okoliczności temu sprzyjają. Już mi się tu tak nie podoba jak kiedyś — poskarżył się jak dziecko.
Wywołało to kilka uśmiechów na twarzach jego towarzyszy, przelotnych i nieśmiałych. Wymina pomyślała, że cała ta wyprawa, trochę wymuszona, trochę chyba z góry skazana na niepowodzenie, nie sprzyjała wesołości. Najprościej byłoby powiedzieć, że tworzymy grono skazańców, którzy wiedzą, że ucieczka spod szafotu i tak się nie uda, ale co mamy do wyboru — wracać? A ja? I tak mam lepiej od innych, oni nie wiedzą, że ja też miałam cel, odwiedzając Maga, że biorę udział w wyprawie nie z przyjaźni, a przynajmniej nie tylko z przyjaźni. Zacisnęła dłonie w pięści, zorientowała się, że wierzchowiec wyczuł delikatne naprężenie wodzy, zastrzygł uszami. Wyprostowała palce, odetchnęła głęboko. Spokojnie. Żadnych gwałtownych działań. Spokojnie.
Obejrzała się, napotkała czujne spojrzenie nowego towarzysza, prześliznęła się po nim, popatrzyła na innych, ciągle kątem oka wyczuwając uważny wzrok czarnoskórego.
Zaniepokoiła się niespodziewanie, myślał Hok. Dziwna kobieta. Jak dziwne całe to towarzystwo, do którego ktoś dziwny pewnie dziwnym sposobem mnie przysłał. Dlaczego nic nie pamiętam? Nie nic, ale blisko? Pamiętam, że był człowiek Malkon Dorn, że miał być królem… królem… ale czego? Yara! Nie, nie królem Yara, Yara to posępna kraina, przez którą wędrowaliśmy. I potem — czerń, mrok, cisza… Jakbym umarł, jakbym zasnął i obudził się dopiero tu…
Jeszcze nie było południa, a wszyscy poczuli się nagle zmęczeni, senni, znużeni. Na świat opadła chusta, przez którą światło wprawdzie przenikało, ale nie radowało serc, nie pobudzało do życia. Przegłodzone multony trzeba było co i rusz ponaglać do raźniejszego kroku.
Gdyby nie bat i potrząsanie lejcami, zasnęłyby w marszu albo w ogóle stanęły.
Ich ospałość udzieliła się ludziom, a może po prostu ogrzali się i ciepło ich zmorzyło?
Polujący nad głowami korsun, głodny i zły, zwrócił na chwilę spojrzenie żółto nakrapianych niemal czarnych oczu na grupę. To były jedyne poruszające się punkty w okolicy. Z dużej wysokości widział dziwnie ubarwioną ziemię: na południe ogromny szary pas, jednolity i śmierdzący tak, że nawet pod obłokami i kiepskie nozdrza polującego ptaka wyczuwały kwaśny swąd; nad tym pasem nic nie nadawało się do jedzenia. A kor-sun był już ptakiem dorosłym i nie pamiętał, żeby nic żywego, kompletnie nic nie było do upolowania, albo — w najgorszym razie — żeby nie było żadnego ścierwa do zjedzenia. Ten pas jałowej ziemi pojawił się dwa dni temu, ptak widział tylko błysk w tej okolicy i czuł gorąco, ale nie interesował się, po prostu przesunął rewir nieco na północ. Dziś rano natomiast wydarzyło się coś i nad jego gniazdem. Na szczęście pustym. I on, i jego towarzyszka wzlecieli, nie upolowawszy nic, przeczekali zaskakującą suchą burzę, a teraz usiłowali znaleźć na ziemi bodaj nieżywą mysz, wróbla, padłego węża…
Nie było nic.
Korsun otworzył dziób i zaskwirlił przeciągle. Jego samica odpowiedziała znajomym skrzekiem.
Jeśli tak będzie nadal, jutro oba ptaki przeniosą się jeszcze dalej na północ.
Ale to niedobre wyjście. Tam są cudze rewiry, może trzeba będzie się dzielić, może nawet bić.
Uskrzydlony drapieżnik jeszcze raz rzucił okiem na grupę ludzi i koni. Może zaczną się mordować, jak już nieraz bywało? Zostanie ścierwo konia albo człowieka, będzie uczta.
Lepiej konia. Mniej dziwnych osłon, uprzęży, rzemieni, blach…
Więcej mięsa, ścierwa, juchy.
Korsun zaskwirlił i widząc, że nic nie wskazuje, by grupa zaczęła ze sobą walczyć, wzbił się wyżej i pociągnął na północ.
Nie tracąc z bystrych oczu ludzi i zwierząt, także podążających na północ…


Dodano: 2008-01-02 17:30:11
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"


 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

Recenzje

Collins, Suzanne - "Ballada ptaków i węży"


 Bradbury, Ray - "Green Town"

 Taylor, Dennis E. - "Gdyż jest nas wielu"

 Butcher, Jim - "Opowieść o duchach"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Wolfe, Gene - "Miecz i Cytadela"

 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

 Maas, Sarah J. - "Dom ziemi i krwi"

Fragmenty

 Elison, Meg - "Księga Bezimiennej Akuszerki"

 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Zamiatin, Jewgienij - "My"

 Urbanowicz, Artur - "Paradoks"

 Sykes, Sam - "Siedem czarnych mieczy"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i lato z diabłem"

 Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS