NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Wolfe, Gene - "Cień i Pazur"

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Ukazały się

Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"


 Sanderson, Brandon - "Słowa światłości" (twarda okładka)

 Knaak, Richard A. - "Malfurion" (Blizzard Legends)

 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 North, Claire - "U schyłku dnia"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Atwood, Margaret - "Opowieść Podręcznej" (2020)

 Cummings, Lindsay; Alsberg, Sasha - "Nexus"

Linki

Downer, Ann - "Smok z Nigdylandii"
Wydawnictwo: ISA
Tytuł oryginału: The Dragon of Never-Was
Data wydania: Styczeń 2008
ISBN: 978-83-7418-164-8
Oprawa: miękka, tłoczona obwoluta
Format: 135 x 205 mm
Liczba stron: 240
Cena: 24,90 zł
Tom cyklu: 2



Downer, Ann - "Smok z Nigdylandii" #5

Rozdział 4
Siła przyciągania

Pewnego popołudnia pod koniec maja Teodora otworzyła drzwi swoim kluczem, postawiła na podłodze tornister i podniosła korespondencję z maty w przedpokoju. Idąc do kuchni, wzięła pomarańczę z misy, która stała na stoliku w przedpokoju. Mikko zawsze napełniała ją owocami. Od czasu, gdy wyjechała, misa z pomarańczami stanowiła jedyną drobną rzecz, która się nie zmieniła.
Wciąż wydawało się to dziwne – wchodzić po szkole do kuchni i nie widzieć Mikko krojącej warzywa i słuchającej reggae z radia. Teodora i ojciec zaczęli żyć własnym rytmem. Teraz wyjęła z lodówki na wpół rozmrożone piersi kurczaka i położyła na blacie szafki, by rozmroziły się do końca. Zamknąwszy drzwi od lodówki, pocałowała koniuszki palców i dotknęła nimi matczynego zdjęcia w ramce z magnesem. „Cześć, mamo”, mruknęła.
Potem usiadła przy stole, żeby przejrzeć korespondencję. Było jak zwykle mnóstwo śmieci, rachunków i katalogów, ale nagle serce zabiło jej żywiej – zobaczyła pocztówkę od Mikko, przysłaną z Azorów. Poprzednie listy zawierały głównie opisy ataków choroby morskiej i opalenizny, a także zabawną charakterystykę pracodawczyń jej opiekunki, panny Idy i panny Irene, „kobiet z rodzaju tych, które potrafią trafić w środek asa kier z odległości dwudziestu kroków i zatamować wyciek paliwa z samolotu za pomocą szpilki do włosów”. Teraz Mikko pisała:

Uczę się tanga od starszego dżentelmena z Argentyny, ale obawiam się, że nigdy nie zdołam pokonać w brydżu swoich pracodawczyń. Za każdym razem dają mi tęgiego łupnia.
Ocean jest nie do opisania: zdumiewające gwiazdy, latające ryby, delfiny, woda zawsze o odmiennej barwie – jedwabiu albo stali. Chciałabym rozwinąć w sobie skrzela i pozostać w morzu na zawsze. Ale tęsknię za tobą straszliwie, dziecinko.

Pozdrawiam,
Mikko.

Teodora przeczytała kartkę dwukrotnie i włożyła do koszyka na kuchence mikrofalowej. Nawet jeśli tata kiedykolwiek czytał te listy i kartki, nigdy nie wspominał o tym Teodorze, ale czasem, kiedy wkładała do koszyka najświeższą korespondencję, dostrzegała, że poprzednia nie leży na samym wierzchu.
Poszła do spiżarni i zaczęła gromadzić składniki do potrawki, potem dźgnęła na próbę kurczaka, włożyła go do mikrofalówki, żeby się szybciej rozmroził, i poszła do gabinetu taty, chcąc odsłuchać telesekretarkę.
Była na niej wiadomość z gabinetu dentystycznego z przypomnieniem o wizycie, a także od Brendy, dotycząca wypadu do kina.
Brenda stanowiła ostatnie ogniwo w łańcuszku ojcowskich nie-całkiem-sympatii. Tata zaczął niedawno chodzić na randki. Pierwszą dziewczyną, jaką przyprowadził do domu na kolację, była Mircea, Brazylijka, drobna i bardzo ładna.
– Podobała ci się? – spytał następnego dnia.
– A musi mi się podobać? – zareplikowała Teodora. – Jest dość miła i w ogóle, ale nie chciałabym jej mieć za macochę. A już na pewno nie chciałabym mieć Gilberta za przyrodniego brata.
Gilberto liczył sobie dwanaście lat, ale sprawiał wrażenie dziesięciolatka i chciał rozmawiać wyłącznie o brazylijskim futbolu i playstation.
– Okej – odparł ojciec. – Załapałem.
Ale Brenda wydawała się w porządku. Teodora tak naprawdę spędziła z nią niewiele czasu, widziała ją wszystkiego dwa razy, gdy Brenda wpadła do nich, kiedy wychodzili razem z tatą. Była z zawodu pielęgniarką anestezjologiczną, która w wolnych chwilach występowała solo na scenie w numerach komediowych. Odrobinę pulchna, miała falujące kasztanowe włosy, orzechowe oczy i piegi. Teodora rozmawiała z nią tylko raz, przez telefon, i Brenda wydała jej się wtedy miła i zabawna; trudno było jej nie lubić. Teodora jednak odkryła już wcześniej, że można kogoś lubić, a mimo to żywić do niego urazę.
Teraz Teodora zalogowała się w swoim komputerze i wysłała Val i Milo pilną wiadomość, ale nie otrzymała odpowiedzi. Nie była zdziwiona. Val ćwiczyła intensywnie Te Kwon Do, przygotowując się do dobroczynnego Kick-a-Thon. Milo natomiast spędzał popołudnia ze swym nowym psem, Yodą. Trenował go do testów zwinnościowych, podczas których czworonogi ścigają się z czasem, pokonując tor przeszkód pełen ruchomych kładek i tuneli. Ta trójka przyjaźniła się od lat, ale teraz zdawało się, że każde zmierza w swoją stronę. Teodora nie mogła ich winić: ilekroć trafiał się wolny dzień, siedziała u dr Nagi na lekcjach rysunku albo załatwiała sprawunki z tatą.
Głównie jednak chodziło o to, że nie mogła im powiedzieć o Wice, Gideonie i całej reszcie. Zwłaszcza Val podejrzewała, że Teodora nie chce im czegoś zdradzić, i po nieudanej próbie wyciągnięcia z przyjaciółki prawdy, zrezygnowała. „Rany, Do – oznajmiła w końcu zdesperowana. – Nawet kiedy zmarła twoja mama, nie byłaś taka oporna”.
Teodora wzięła tornister i skierowała się do salonu, gdzie włączyła telewizor, zastanawiając się jednocześnie, czy najpierw zabrać się do matematyki, czy może hiszpańskiego. Zerknęła na ekran. Po raz nie wiadomo który wyświetlali drugi film z cyklu „Wywerny i czarnoksiężnicy”. To właśnie kolekcjonowanie kart z wizerunkami czarnoksiężników i smoków doprowadziło do całego zamieszania i wplątało ją w najprawdziwszą czarnoksięską historię. Teraz film wydał jej się beznadziejnie sztuczny i fałszywy. Teodora przejrzała kilkanaście programów i w końcu zatrzymała się na dokumencie przyrodniczym. Wiedziała, że napisanie liczącego tysiąc słów eseju po hiszpańsku na temat starożytnych Azteków zabierze jej dwie godziny, więc najpierw zabrała się do pracy domowej z matematyki – lubiła geometrię i była z tego przedmiotu niezła.
„...całe środowisko roślin i zwierząt w jednym metrze sześciennym torfu” – cedził monotonny głos o brytyjskim akcencie. Na ekranie jakiś przemoczony naukowiec w stroju przeciwdeszczowym wycinał saperką bryłę czarnej ziemi, z której zwisały korzenie.
Pierwsze zadanie okazało się łatwe i Teodora przeszła do następnego.
„...robaki, chrząszcze, mchy, paprocie i ogromna liczba mikroskopijnych żyjątek oraz grzybów tworzą złożoną siatkę pokarmową...”.
Teodora podniosła wzrok i zdążyła dostrzec zbliżenie jakiegoś chrząszcza pożerającego białawą larwę. Skrzywiła się i odwróciła wzrok. Za kilka minut miał się zacząć jej ulubiony program na innym kanale. Pozostało jej jednak dość czasu na jeszcze jedno zadanie z matematyki.
Nagle niesamowity krzyk jakiegoś ptaka znów kazał jej spojrzeć na ekran telewizora i tym razem zobaczyła złoto-zielone mokradło, poznaczone migotliwymi, przypominającymi zwierciadła pasemkami wody. Niebo zmieniało bezustannie odcień szarości, jakby zanosiło się na burzę. Tuż nad błyszczącą taflą przeleciał ptak bagienny, wydając ten sam żałobny dźwięk. W dali widać było ruiny jakiejś budowli, być może warowni albo zamku. Lektor coś mówił, ale słowa ledwie docierały do Teodory. Miała wrażenie, że ten obraz ją wchłania, jakby mogła zanurkować w srebrzystą wodę i zniknąć. Krajobraz na ekranie był pierwotny, piękny, odrealniony – lecz nagle wydało jej się, że za chwilę zostanie wciągnięta, że przeniknie fizycznie powierzchnię monitora; gwałtownie cofnęła umysł. Magiczny nastrój prysł jak bańka mydlana.
Chwyciła pilota i zgasiła telewizor, a potem siedziała przez chwilę z bijącym szybko sercem, próbując się zorientować, o co tu chodzi. Potem znów włączyła odbiornik i sprawdziła w gazecie telewizyjnej, co to był za program. „15.00-16.00. Opowieści z bagien. Flora i fauna szkockiego torfowiska (przyroda)”.
Teodora postanowiła dokończyć matematykę przy kuchennym stole. Uporała się z zadaniami i właśnie osuszała rozmrożonego kurczaka, gdy wrócił ojciec. Rzucił klucze na blat szafki i zaczął przeglądać pocztę.
– Cześć, Do – powiedział po chwili, potem pocałował ją w czoło i sięgnął do lodówki po butelkę wody sodowej.
Teodora obrała trochę imbiru i zaczęła kroić go w małe pałeczki. Wciąż rozmyślała o tym, co przytrafiło jej się podczas oglądania programu przyrodniczego, ale czuła, że nie może opowiedzieć o tym ojcu. Spytała za to, niespodziewanie dla samej siebie:
– Ta historia z Brendą to na poważnie?
Ojciec nalewał sobie właśnie wody sodowej do szklanki. Drgnęła mu ręka, a syczący płyn wylądował na blacie szafki. Wziął ścierkę i wytarł plamę, potem odwrócił się i popatrzył na córkę. Nigdy nie nosił okularów, ale ostatnio poszedł do okulisty i wrócił z receptą na szkła dwuogniskowe. Ciągle je zdejmował i oglądał z łagodną irytacją, a także czyścił połami koszuli. Teraz też to zrobił, zwlekając z odpowiedzią.
– Nie, jeszcze nie.
– Ale podoba ci się?
– Tak. Bardzo. A propos, chciałaby cię poznać.
– Już mnie poznała.
– Tylko się przywitałyście. Chciałaby spędzić z tobą trochę czasu. Pomyśleliśmy sobie, żeby wybrać się w którąś sobotę nad rzekę i trochę tam posiedzieć. Weźmiemy frisbee, gazety i chleb dla kaczek.
Teodora poczuła lekką urazę. Leniwe niedziele nad brzegiem rzeki spędzała zwykle z mamą. Ale tylko rzuciła odruchowo:
– Okej. Pewnie.
Znów zajęła się imbirem. Tata poszedł bez słowa do spiżarni i wrócił z buteleczkami oleju sezamowego i sosu sojowego, a także słoikiem pasty chili. Pracując w milczeniu, z początku niezręcznym, ale potem życzliwym, krzątali się zgodnie po kuchni i szykowali posiłek.

Później, kiedy Teodora kończyła przy stole odrabianie lekcji, ojciec powiedział:
– Dostałem dziś list.
– Hm? – Teodora szukała właśnie w słowniku hiszpańskim wyrazu „obserwatorium”.
– Z muzeum w Szkocji. Znaleźli jakąś łuskę. Chcą, żebym przyjechał i ją obejrzał.
Teodora cofnęła gwałtownie dłoń, zamykając odruchowo słownik. Nie musiała pytać, jakiego rodzaju łuskę ma na myśli. Jej tata był naukowcem i napisał pracę na temat tajemniczej łuski i kilku fragmentów skorupy jaja, które odkryto na Customs Tower przy bostońskim nabrzeżu. Była to łuska Wiki i jej jajo, ale o tym wiedziała tylko Teodora, dr Naga i czarnoksiężnicy. Wszyscy inni wierzyli, że profesor Andrew Oglethorpe zidentyfikował nowy gatunek zwierzęcia. Artykuł zamieszczono w miesięczniku „Science”, na pierwszej stronie, która wisiała oprawiona w ramki w gabinecie Andy’ego Oglethorpe’a. Dzięki łusce tata był teraz prawdziwym profesorem i miał na uniwersytecie zapewnioną pracę, jak długo tylko chciał.
Och, wspaniale, powiedziała w duchu Teodora. Zaczyna się. Tak jak minionego lata... Ojciec zamierzał wyjechać w jakieś ciekawe miejsce i zostawić ją w domu. Tyle że tym razem Mikko nie będzie się nią opiekować i ojciec wyśle ją do jakiegoś krewnego: do ciotki Jane, jeśli będzie miała szczęście, a jeśli nie, wyląduje u stryjecznego dziadka Hosmera i stryjecznej babki Prue.
– Nie ma w Szkocji nikogo, kto mógłby ją dla nich zbadać?
– Owszem, na uniwersytecie w Edynburgu. Ale zarówno herpetolog, jak i ichtiolog polecili moją osobę. Jestem obecnie jedynym ekspertem na świecie, jeśli chodzi o tajemnicze łuski.
– Dlaczego musisz jechać aż do Szkocji? Nie mogą ci przesłać tego pocztą?
– No cóż, byłoby mnóstwo biurokracji na cle. Mieliby problemy, żeby wysłać z kraju fragment anatomiczny nieznanego zwierzęcia. Ludzie z muzeum nie chcą rozgłosu – boją się najazdu amatorów osobliwości, a to mała wyspa. Nie wszyscy uważają, że potwór z Loch Ness przysłużył się tamtejszym mieszkańcom.
– No cóż, jeśli musisz, to jedź – westchnęła Teodora.
– Przyszło mi do głowy, żebyśmy pojechali razem. Pan Greyling, kustosz muzeum, zapewnia, że może nam zapewnić pobyt na jakiś czas. Tydzień czy dwa. Wystarczy, żeby zbadać łuskę i miejsce, gdzie ją znaleziono.
Teodora patrzyła na ojca szeroko otwartymi oczami.
– Mówisz poważnie? Wziąłbyś mnie ze sobą?
Miała nowiutki paszport, a tata obiecał, że zabierze ją na następną wyprawę, o ile nie będzie to kolidowało ze szkołą. Ale nie mogła jakoś uwierzyć, że ojciec dotrzyma słowa.
Uśmiechnął się szeroko.
– Tak, mówię poważnie – zapewnił i wręczył jej list z Muzeum Dziedzictwa Scornsay. Do listu od dr. J.A.M. Greylinga, napisanego na papierze ze znakiem muzeum, dołączono kolorową broszurkę, zatytułowaną „Niezwykła wyspa Scornsay”. Teodora otworzyła ją i niemal spadła z krzesła.
Barwna fotografia ukazywała złoto-zielone wrzosowisko, poprzecinane wąskimi strugami srebrzystej wody. Po szarym niebie krążył ptak błotny. W dali widać było ruiny jakiejś budowli, zamku albo warowni. Przypominała obraz na ekranie, ten, który z taką mocą przyciągał jej umysł. Tyle że teraz wyglądała pięknie i nie miała w sobie nic niesamowitego. Nad zamkiem wznosił się łuk tęczy.
– Wszystko w porządku? – spytał zaniepokojony ojciec.
– Tak – odparła Teodora. – Jestem tylko podekscytowana.
Oddała mu list, ale broszurkę zatrzymała. Siła przyciągania nie była tak przemożna jak wówczas, gdy Teodora patrzyła na ekran telewizyjny, ale wyczuwała ją wyraźnie, jak gdyby srebrzyste pasma wody wysuwały po nią swe macki.

Ostatnie tygodnie szkoły wlokły się bez końca. Teodora trzykrotnie przepakowała swoje rzeczy: przewodnik po Szkocji w miękkiej oprawie (miała go od tygodnia i już zdążyła przeczytać trzy razy od deski do deski), aparat cyfrowy, który dostała na gwiazdkę od ciotki Jane, a który wymagał jeszcze opanowania, szkicownik i nowe pudełko z dziewięćdziesięcioma sześcioma kolorowymi ołówkami.
Właśnie grzebała w plątaninie łańcuszków i bransoletek wypełniających jej szkatułkę z biżuterią, gdy natrafiła na starą broszkę, która należała niegdyś do jej matki. Był to abstrakcyjny zawijas, tworzący sylwetkę przycupniętego smoka, z osadzonym pośrodku czerwonym kamieniem. Założyła broszkę tego magicznego lata, kiedy to rzuciła nieporadne zaklęcie, przez co wywern Gideona runął bezwładnie z nieba, a Wirna wylądowała na podwórzu państwa Oglethorpe’ów. Teodora zaczerwieniła się na to wspomnienie. Coś jednak kazało jej wziąć broszkę do ręki i teraz, kiedy trzymała ją w dłoni, przedmiot zrobił się ciepły, a czerwony kamień zajaśniał. Teodora doznała nagle wizji, w której ujrzała matkę stojącą przed lustrem w holu, ubraną na jakąś specjalną okazję. Pani Oglethorpe wsunęła kolczyk w ucho, potem w drugie, a na koniec przypięła sobie do dekoltu sukni broszkę z czerwonym kamieniem. Po chwili wspomnienie zblakło.
Teodora umieściła starannie broszkę w zapinanej na zamek błyskawiczny saszetce. Znajdowały się tam już spinki do włosów i bransoletki, które zabierała ze sobą w podróż. Potem usiadła na łóżku, rozmyślając o Wydarzeniach Minionego Lata, o zaklęciu rzuconym za pomocą broszki i naprawionym magicznie szkielecie nietoperza.
Zastanawiała się, która Teodora postanowiła zabrać ze sobą broszkę. Czy ta dawna, ta pamiętająca matkę i zdecydowana zachować nienaruszoną pamięć o niej? Czy też ta nowa, ta, która potrafiła zgłębiać i naprawiać roztrzaskane szkielety siłą umysłu? Miała wrażenie, że te dwie istoty, dawna i nowa, są jak dwie zabawki-magnesy, które kiedyś św. Mikołaj włożył jej do pończochy na gwiazdkę. Małe plastikowe teriery szkockie, jeden biały, drugi czarny. Im bardziej próbowało się je złączyć, tym bardziej zdawały się odpychać.
Broszurka „Niezwykła wyspa Scornsay” leżała na podłodze. Teodora schyliła się, podniosła ją i otworzyła na stronie ze zdjęciem zamku na wrzosowisku. Zamyślona, przesuwała palcem po tęczy. Przyszło jej do głowy, że może dowie się czegoś więcej w Szkocji, pośród zielono-złotych krzewów, nad srebrną wodą.



Dodano: 2007-12-29 12:01:33
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj nowości wydawnictwa Initium


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Chiang, Ted - "Wydech"


 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

Fragmenty

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS