NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

Jünger, Ernst - "Szklane pszczoły"

Ukazały się

Larson, B.V. - "Imperium"


 Carson, Rae - "Złotowidząca. Księga 2. Schronienie"

 Hałas, Agnieszka - "Pośród cieni" (Rebis)

 Gaskell, Elizabeth - "Koszmar jednej nocy"

 Ziemiański, Andrzej - "Virion. Wyrocznia"

 antologia - "Ojciec"

 Basztowa, Ksenia & Iwanowa, Wikoria - "Ciężko być najmłodszym"

 Kisiel, Marta - "Dożywocie" (wyd. 2)

Linki

Twardoch, Szczepan - "Sternberg"
Wydawnictwo: SuperNowa
Data wydania: Maj 2007
ISBN: 978-83-7054-196-5
Oprawa: miękka
Format: 122 x 193 mm
Liczba stron: 303
Cena: 27,50 zł






Wywiad ze Szczepanem Twardochem

„Chcę być słyszany”


Katedra: Na początku chciałbym powitać Cię na łamach Katedry. Debiutowałeś książkowo w 2005 roku zbiorem opowiadań „Obłęd rotmistrza von Egern”, który zebrał dość pozytywne recenzje. Tymczasem minęły niecałe trzy lata, do wydawnictwa SuperNOWA trafiła pierwsza powieść i jestem ciekaw, jak teraz patrzysz na swój debiut z perspektywy czasu.

Szczepan Twardoch: „Obłęd...” ukazał się dokładnie na początku roku 2005, pierwsze z opowiadań, które się w nim znalazły, napisałem bodajże w 2001 roku, czyli już kawałek czasu temu. Cóż mogę powiedzieć: teraz napisałbym to inaczej, zapewne lepiej, zupełnie inaczej skomponowałabym również cały zbiór – tzn. drugie i trzecie opowiadanie wyleciałyby ze zbiorku, zaś z pierwszych dwóch, po rozwinięciu pewnych wątków, zrobiłbym powieść. Czy był to debiut przedwczesny – nie sądzę. Z opublikowaną książką ma się zupełnie inną pozycję w branży, inaczej się rozmawia z wydawcami. „Sternberg”, tak w ogóle, należy jeszcze ściśle do tamtego okresu mojego pisania, jeśli tak mogę powiedzieć – zacząłem go pisać w 2003, jeszcze przed ukazaniem się „Obłędu...”, potem rzecz leżała parę lat odłogiem, ja pisałem opowiadania, napisałem również „Epifanię wikarego Trzaski”, która ukazała się w Wydawnictwie Dolnośląskim, aby w końcu w początkach 2006 roku bodajże wrócić do „Sternberga” i dopisać pozostałe 80% materiału. Chociaż więc chronologicznie „Sternberg” jest nawet późniejszy od „Epifanii...” to stoi za nim to samo intelektualne poruszenie, które stało za „Obłędem...”, ta sama motywacja literacka. Gdybym więc pisał „Obłęd...” dziś, wyglądałby zapewne właśnie tak, jak „Sternberg”.


K: Porozmawiajmy więc o inspiracji, jaka stoi za Twoimi tekstami, o motywacjach autora. Czytając je odnoszę wrażenie, że uwielbiasz pastwić się nad swoimi bohaterami. Postawić ich przed faktem dokonanym, rzucić w wir wydarzeń i patrzeć, jak zareagują. W doskonałym „Rondzie...” opublikowanym w SFFiH R. odkrywa, że żona zdradza go z kobietą, co prowadzi do zbrodni, a w konsekwencji do upadku bohatera; w tekście z „Wydania Specjalnego” agent SB przechodzi duchową przemianę pod wpływem wiary, co kończy się przecież zniszczeniem dotychczasowego życia; w opowiadaniu „Quitzlalope” widać to jeszcze wyraźniej – kontakt Indian z białymi kończy się dla obu stron tragicznie; znów umiera stary świat. Czym się kierujesz, tworząc takich bohaterów? Kreując taką rzeczywistość?

ST: To nie kwestia pastwienia się nad bohaterami, nie chodzi mi o jakąś – wątpliwą przecież – frajdę z obserwacji czy literackiej kreacji cierpienia. Co mnie naprawdę interesuje, to kategoria „sytuacji granicznych”. Termin ten utworzył Karl Jaspers, niemiecki filozof i psycholog, opisując sytuacje, w których człowiek, postawiony w wobec walki, cierpienia, śmierci, odkrywa słabość ludzkiej natury, jej skończoność, słabość tego, czym człowiek jest w istocie. Jaspers wskazuje, że ludzie różnie reagują na sytuacje graniczne, wycofaniem, wejściem w mistykę, albo – za Nietzschem – w demoniczność, rozumianą jednak symbolicznie, nie dosłownie, jako akceptację pełni życia, jego dobrych i złych stron. Taką nietzscheańską afirmację życio-śmierci, tzn. życia i śmierci postrzeganych jako całość, w swoich powieściach, przede wszystkim w „W stalowych burzach” zawiera Ernst Jünger – mnie zaś interesują sytuacje graniczne z perspektywy uprzedniego uznania chrześcijańskiej transcendencji za prawdziwą. Demoniczną reakcją na sytuację graniczną jest reakcja Joachima von Egern z „Obłędu...” i „Otchłani...”, jednak jest to już demoniczność dosłowna, wynikająca nie z nietzscheańskiej symboliki, tylko z faktycznej obecności Złego. I to właśnie chyba osobowa realność Zła – i człowiek w konfrontacji z tą osobową realnością – mnie interesuje. A że moi bohaterowie z tych konfrontacji rzadko wychodzą zwycięsko – może z wyjątkiem ubeka i innych postaci z „Żywotu i śmierci św. Felicjana” oraz obydwu bohaterów „Quitzlalope” – to wynika ze słabości ludzkiej kondycji, po prostu. Ci bohaterowie, którzy siły szukają wewnątrz siebie, nie znajdują jej – bo żaden człowiek nie jest tak silny.
W „Obłędzie...” i „Otchłani” dodatkowo pochłonęła mnie jeszcze obsesja pojęcia grzechu przeciwko Duchowi Świętemu – które uważam za centralne pojęcie katolickiej antropologii. Grzechy przeciwko Duchowi Św. to grzechy, które niejako automatycznie zapewniają człowiekowi potępienie, bez możności późniejszej poprawy. Uważam, że istnienie tych grzechów jest fundamentem ludzkiej wolności – Chrystus nie może nikogo zbawić wbrew jego woli, ludzka wolność w pewnym sensie przekracza Bożą wszechmoc, ludzka wola wiąże Bogu ręce, niweczy nawet Bożą miłość. Oczywiście, akt wolności, jakim jest grzech przeciwko Duchowi Św., wolność niweczy raz na zawsze, człowiek jest zawsze niewolnikiem własnych grzechów – ale to dobrowolność zbawienia właśnie czyni nas ludźmi. Dlatego akt skruchy Joachima von Egern z końcówki „Otchłani”, jest w istocie skruchą pozorną – bo człowiek, obciążony grzechem przeciw Duchowi Świętemu, jest już niezdolny do skruchy, pozostaje mu tylko rozpacz i przerażenie. Z rozpaczy właśnie wynika ta pozorna skrucha – i dlatego Chrystus pozostaje na nią głuchy – nie może inaczej.

K: To trochę jak u Alberta Camusa, który też stawiał swoich bohaterów w sytuacji granicznej. Czy nowe opowiadania („Starcy”, „Wyjście z półmroku"), oraz powieść „Epifania wikarego Trzaski” także są według ciebie utrzymane w podobnym stylu?

ST: Rzeczywiście, poniekąd podobnie jak u Camusa – tyle, że Camus szukał „świeckich” odpowiedzi na sytuacje graniczne, a mnie interesuje odpowiedź z perspektywy antropologii chrześcijańskiej. Sytuacja graniczna jako sprawdzian człowieczeństwa rzeczywiście pojawia się też w „Epifanii...”, chociaż nie jest już centralnym problemem tekstu, nowe opowiadania są natomiast nieco lżejsze. „Starcy” to zabawny – jak sądzę – tekst, poprzez dialog prezentujący spotkanie dwóch różnych światopoglądów w obliczu końca ich wspólnego paradygmatu – czyli cywilizacji, w której łonie rzeczone światopoglądy istniały. „Wyjście z półmroku” natomiast nie jest opowiadaniem fantastycznym, lecz – powiedzmy – fikcyjną biografią pewnego interesującego człowieka, również utrzymaną w nieco lżejszym tonie.

K: Czy właśnie dlatego, że „Epifania...” jest powieścią, w której główną rolę – jak mi się zdaje – odgrywa wiara chrześcijańska, książka wędrowała po wydawnictwach? Mógłbyś przybliżyć nieco naszym czytelnikom losy tej powieści?

ST: Faktycznie, „Epifania...” oparła się o dwa wydawnictwa, zanim WD zdecydowało się ją wydać: w jednym okazała się być zbyt chrześcijańska, w drugim za mało chrześcijańska – ale o szczegółach nie chcę rozmawiać, to w końcu biznesowe sprawy.

K: W takim razie porozmawiajmy o rewolucji, która w „Obłędzie rotmistrza von Egern” została w bardzo ciekawy sposób spersonifikowana. Choć Joachim nie jest świętym – wręcz przeciwnie! – a „Obłęd...” nie jest zbiorem tekstów hagiograficznych, chciałbym zapytać, dlaczego rewolucja została przedstawiona w taki, a nie inny sposób? Z twoich opowiadań (zwłaszcza z „Otchłani”) wynika moim zdaniem, że rewolucja jest jak dziwka, która pojawia się tam, gdzie zostaje złożona największa danina krwi i upodlenia. Czy takie postrzeganie przez Ciebie rewolucji jest wypadkową badań socjologicznych i historycznych, jakie przeprowadziłeś?

ST: Nie, idziesz złym tropem. To nie „rewolucja jako dziwka”, to Marianna, czyli klasyczna kobieca alegoria rewolucji. Takie ujęcie jest chyba najbardziej klasyczne z możliwych – inspiracją bezpośrednią był oczywiście obraz „Wolność wiodąca lud na barykady” Delacroix – Delacroix w ogóle pojawia się w „Otchłani” osobiście, tyle, że pod niemieckim nazwiskiem, podobnie jak mój ulubiony niemiecki malarz romantyczny Caspar David Friedrich.

K: Ponieważ „Sternberg” i „Obłęd...” opowiadają o rewolucji, moje pytanie brzmi: jakie muszą zajść warunki, żeby wybuchła potężna rewolucja na wzór rewolucji francuskiej? Niesprawiedliwość społeczna? Ucisk polityczny?

ST: To jest pytanie, na które odpowiedzi jest tyle, ilu odpowiadających. Nie wiem, czy jest tu miejsce, bym referował poglądy Tocqueville’a, de Maistre'a i Gaxotte'a czy, z drugiej strony, Lefebvre'a albo Baszkiewicza. W jednym historycy i historiozofowie lewicowi i prawicowi się zgadzają – Francja w 1789 gospodarczo kwitła, skarb królewski był pusty, ale lud był bogaty, chłopstwo było zamożne i posiadało więcej ziemi niż kiedykolwiek wcześniej w historii Francji. Ale, jak mówię, to temat nie na wywiad, tylko na doktorat.

K: Krążymy wokół polityczno-społecznych tematów w Twoich tekstach ponieważ, jak sam powiedziałeś na forum „Nowej Fantastyki”, jesteś homo politicusem. Czy nie boisz się oskarżeń o uprawianie polityki? A może pisarz, zwłaszcza dobry, powinien to robić i nie bać się prezentować poglądów? Pytam, bo choćby w Twojej publicystyce widoczna jest raczej druga opcja.

ST: Nie wiem, co pisarz powinien, a czego nie i nie zamierzam tworzyć jakiś maksym. Nie wyobrażam sobie natomiast, aby literaturę odciąć od światopoglądu, bo każda ocena zawarta w książce, każda decyzja postaci nawet, ma gdzieś przecież swoje źródło, w jakimś systemie wartości. Nie da się nie mieć systemu wartości – bo nihilizm jest również systemem. Nie da się opowiedzieć historii bez wartościowania. Dostojewski jest ciekawy, bo jest chrześcijaninem i rosyjskim nacjonalistą, a Emile Cioran dlatego, że jest rozpaczliwym, beznarodowym nihilistą, który wyrzekł się rumuńskości na rzecz języka francuskiego, ale nie francuskości – cała ich twórczość, wszystko co napisali, wynika głęboko z tych światopoglądów, na tym opiera się wielkość i ważność ich dzieła.
Polityki nie uprawiam – akurat w tej chwili, chociaż absolutnie nie czuję do polityki wstrętu i nie miałbym nic przeciwko temu, aby moje życie się jakoś w stronę polityki potoczyło – bo nie dążę do władzy politycznej, a uprawianie polityki to dążenie i sprawowanie władzy, nic więcej, więc oskarżać mnie o uprawianie polityki mógłby tylko głupiec; rozumiem jednak, że Koledze chodzi o to, czy nie boję się, że ktoś tam będzie mi wytykał jasny światopogląd, zawarty w mojej twórczości literackiej albo publicystyce. Gdybym się bał, to bym tego światopoglądu jasno nie formułował – i nie pisałbym wcale, bo literatura ma sens tylko wtedy, kiedy jakoś – wprost, przez zaprzeczenie, przez ilustrację, aluzję lub sugestię, w różny sposób – wyraża to, do czego człowiek jest naprawdę przekonany. Hemingway piszący o hiszpańskiej wojnie domowej dobry jest, bo był naprawdę przekonany co do słuszności sprawy republikańskiej, Sylvia Plath ze swoim „dying is an art, like everything else” była przekonująca, bo depresja i skłonność samobójcza stanowiły w istocie treść jej życia. Literatura, która miałaby polegać tylko na pleceniu, opowiadaniu niezaangażowanych historii, jest pusta – przynależy tej rzeszy pisarzy, którzy, nawet ze świetnym warsztatem, nie mają po prostu nic do powiedzenia światu.
Tak w ogóle – chociaż każdy, publiczny głos czytelnika jest dla mnie bardzo ważny i bardzo – zawsze – jestem ciekaw reakcji na moje książki, staram się jednak nie kierować w moich literackich zainteresowaniach gustami odbiorców. Książka jest – oczywiście – dla czytelnika, nie dla pisarza, ale wychodzę z założenia, że literatura ma tylko wtedy wartość, kiedy jest szczera, kiedy wypływa głęboko z piszącego. Poszukując aktywnie czytelniczych gustów, kierując się jakimś tropizmem – w poszukiwaniu modnego, chwytnego tematu, „klimatu”, czy czegoś – tak naprawdę, traci się szanse na stworzenie dobrej literatury, więc jest to działania bezcelowe, bo czytelnicy i tak dostrzegą nieautentyczność.

K: Doskonale rozumiem, co miałeś na myśli, ale tutaj docieramy do pytania, jaka powinna być współczesna literatura. Bo wydaje mi się, że powoli odchodzimy od modelu „książki, która o czymś opowiada”, ma jakieś przesłanie. Rok 1989 przyniósł nam nie tylko wolność, ale – nie boję się tego powiedzieć, choć jako czytelnik młody nie wiem, czy mam prawo do takiego stwierdzenia – przede wszystkim literacką... hmm, słowo „degeneracja” jest zbyt mocne, ale jak czytam klasykę XIX wieku czy fantastykę socjologiczną, to... Tymczasem współczesna literatura ambitna, nawet jeśli jest, to się nie sprzedaje. Jak myślisz, dlaczego tak się dzieje? Polski czytelnik uwolniony z kajdanów komuny nie chce myśleć nad książką? Nad tym, co autor ma do powiedzenia?

ST: To nie czytelnicy są niedobrzy, to pisarze nie mają nic do powiedzenia. W fantastyce opowiadają, gorzej lub lepiej, historyjki, z których nic nie wynika, a w mainstreamie koncentrują się na formie, za którą również nic nie stoi. Są, oczywiście, wyjątki, ale nieliczne, jak to wyjątki.

K: Mówisz, że pisarze nie mają nic do powiedzenia. Czy to dlatego postanowiłeś chwycić za pióro i udowodnić, że jeszcze może powstać dobra i zarazem oryginalna proza z pogranicza fantastyki i głównego nurtu? Bunt intelektualisty, a może coś innego?

ST: Nie, to chyba nie żaden bunt. Potrzeba ekspresji, raczej. Chcę być słyszany.
Nie interesuje mnie też specjalnie pozycjonowanie własnej prozy. Efekt mojego pisania to wypadkowa moich chęci i umiejętności, a czy to jest główny nurt, fantastyka czy coś innego, tym niech się martwą ci, dla których to jest istotne. Dla mnie to istotne nie jest.

K: Czyli nie interesują Ciebie podziały gatunkowe. To chyba jakiś znak czasów, bo coraz więcej autorów odchodzi od „dzielonej gatunkowo” fantastyki. W Polsce tego jeszcze tak bardzo nie widać, ale na Zachodzie (lub Wschodzie) pojawiają się lub pojawili pisarze powoli wydostający się poza kręgi gatunków, choćby Murakami, którego „Kafka nad morzem” jest powieścią ewidentnie fantastyczną, ale przecież nie da się jej zakwalifikować do konkretnego gatunku. Myślisz, że podziały gatunkowe w literaturze prędzej czy później znikną i wkrótce na wszystko będziemy mówili „fantastyka"?

ST: Nie sądzę. Mam pewne pojęcie na temat branży wydawniczej również z innej perspektywy, pracowałem trochę jako redaktor, odpowiedzialny za pozyskiwanie zagranicznych praw autorskich, czym się dalej trochę, na mniejszą skalę, zajmuję i wiem, że o ile – moim zdaniem – pisarzowi podział na fantastykę, mainstream, czy co tam jeszcze, nie jest do niczego potrzebny, to te „działy”, to jedyne narzędzie, jakim wydawca może się posługiwać przy próbie ogarnięcia tej złożonej i niezrozumiałej rzeczywistości, jaką jest rynek książki. Czytałem niedawno dobry artykuł, bodajże w Bibliotece Analiz, ale nie jestem pewien, nie pamiętam już dokładnie, w którym autor zwracał uwagę, że o ile wszystkie branże produkcyjne, nie wiem, od komputerów po śrubki, w swoich inwestycjach posługują się jakimiś, gorszymi lub lepszymi, ale jednak narzędziami analizy rynku, dzięki którym zyskują dane, na podstawie których to danych podejmują decyzje o inwestycjach.
Oczywiście, zdarzają się pomyłki, z różnych przyczyn, w końcu ekonomia nie jest nauką ścisłą, ale jest tutaj jakaś konkretna konceptualizacja tej rzeczywistości rynkowej – tymczasem w branży wydawniczej, wszystko odbywa się tak, jak odbywało się dwieście i trzysta lat temu – ważny jest nos redaktora. I ten redaktorski nos to jedyny czynnik, który decyduje o wydaniu czasem milionów dolarów na honoraria, produkcję i promocję książki. U nas to oczywiście na mniejszą skalę się odbywa, chodzi o mniejsze pieniądze, ale zasada jest ta sama. Na tej zasadzie Media Rodzina kupiła Pottera, Sonia Draga Dana Browna, a to jakieś zupełnie nieznane wydawnictwo kupiło prawa do książek Clarksona. Zatem w branży wydawniczej podział książek na mainstream, powieść popularną, fantastykę, czy co tam jeszcze, najbardziej jest potrzebny wydawcy, bo nie ma on innych metod do jakiejś analizy szans danej książki. Dlatego przetrwa. Ale, jeśli patrzę na to z punktu widzenia artysty, to jest to dla mnie zupełnie zbędne. Niech się tym, czy to jest fantastyka, czy nie, martwi krytyk, nie ja. I widzę, swoją drogą, że z „Epifanią...” na przykład, pewna część recenzentów i krytyków ma niejaki problem – z klasyfikacją.

K: Bo jest to powieść, czy też mikropowieść, niedająca się zaszufladkować.
W każdym razie jestem ciekaw, czy powieści, które teraz piszesz, idą tropem „Epifanii...” czy też „Sternberga"? Nie miałbyś czasem ochoty częściej eksperymentować z formą Twoich utworów? Po doskonałym „Rondzie...” widać wyraźnie, że nie tracisz ani na moment kontroli nad tym, co się w utworze dzieje, więc może zobaczymy powieść skomplikowaną konstrukcyjnie?

ST: Na razie nie. Piszę teraz dwie powieści, które skonstruowane są absolutnie klasycznie. Ćwiczę się na razie w klasycznej kompozycji, na eksperymenty formalne w dużych formach czas przyjdzie później.

K: Nawiasem mówiąc nie chciałeś nigdy napisać totalnej powieści o rewolucji? Czytając „Sternberga” bardzo żałowałem, że książka kończy się tak szybko. Zamiast epiki na miarę Tołstoja – „zwykła” powieść. Co Cię powstrzymało?

ST: Powieści, które teraz piszę, nie idą ani tropem ani „Sternberga”, ani „Epifanii”. Obie pozbawione są elementów fantastycznych, stawiam na twardy realizm, mocną, sensacyjną nawet fabułę z „zapleczem” metafizycznym, czy nawet religijnym. Staram się teraz uprawiać literaturę mniej więcej z tego gatunku, który reprezentują Jean Raspail albo Włodzimierz Wołkow (pisanego, z powodu kwestii praw autorskich, jako Volkoff), czyli łączyć sensacyjność fabuły z odkrywaniem jakiejś konkretnej, metafizycznej czy teologicznej rzeczywistości. Mam też pomysły na kilka tekstów stricte fantastycznych, dużo bardziej fantastycznych niż cokolwiek, com napisał do tej pory, też będę jakoś próbował je zrealizować. Co do pisania postmodernistycznej „Wojny i pokoju” – to po prostu nigdy nie pociągał mnie taki monumentalizm formy. Być może jest jeszcze za wcześnie, abym się na taką epikę porywał, może zmieni się to kiedyś, kiedy nabiorę literackiego doświadczenia.

K: Kiedy możemy się ich spodziewać na rynku?

ST: Pierwsza, jeśli Bóg pozwoli, ukaże się w styczniu 2008, druga jakoś latem.

K: To spróbuję ugryźć temat nadchodzących powieści z innej strony: czy w nowych utworach ważną rolę odegra wiara? Jeśli tak, to jak zostanie pokazana? W Twoich tekstach widzę obraz człowieka, któremu wiara pomaga zwyciężyć Zło, ale czy rzeczywiście jesteśmy tak słabi i nie możemy odnieść ostatecznego zwycięstwa? I Bartul z opowiadania z „Wydania Specjalnego” i ksiądz Trzaska odrzucają Zło – te fizyczne i psychiczne – ale płacą za to bardzo wysoką cenę. Takie pyrrusowe zwycięstwo.

ST: Wiara nie odgrywa żadnej roli, wiara to jest świadomy akt woli, że tak pozwolę sobie uprościć sprawę, a rozróżnić jeszcze trzeba „wiarę w Boga” od „zawierzenia Bogu”. Wiara lub niewiara w Boga ważnej roli w moich tekstach nie odgrywała, zawierzenie Bogu ma już nieco większe znaczenie, szczególnie w „Epifani...”. Przypuszczam jednak, że chodziło Ci raczej o ogólnie pojmowaną sferę transcendencji, czy relacji Bóg – człowiek. To, oczywiście, odgrywa rolę bardzo ważną, we wszystkim co piszę, bo staram się pisać tylko o rzeczach, które uważam za ważne, nie o rzeczach błahych, a kwestia stosunku człowieka do Boga jest kwestią najistotniejszą, ważniejszych nie ma. Co do zwycięstwa nad złem – to kwestia przyjętej perspektywy. I Bartul, i Trzaska zwyciężają w perspektywie eschatologicznej; choć płacą za to wysoką cenę w tym życiu, nie jest to jednak zwycięstwo pyrrusowe, bo w ostatecznym rozliczeniu wieczność jest bezcenna.

K: Więc wiara jest u Ciebie bronią wymierzoną w Zło, z której „korzysta” chociażby pan Tomanek, ale nie sądzisz, że trochę to idealizujesz? Wiara w Boga, jakkolwiek to potężna siła, może też prowadzić do tragedii. By daleko nie szukać: wypaczone pojęcie wiary w Boga stało u źródeł zniszczenia kultur w Ameryce Południowej i Środkowej, a w czasach współczesnych, to jedno ze źródeł terroryzmu. Nie miałeś, tak swoją drogą, nigdy ochoty napisać tekstu opowiadającego o starciu dwóch monoteistycznych religii – islamu i katolicyzmu? To byłaby fascynująca lektura, jak sądzę.

ST: Mam wrażenie, że się nie rozumiemy. Kto to jest Tomanek, to jakiś mój bohater? Nie pamiętam nazwisk bohaterów z moich tekstów, przepraszam. Wiara nie jest bronią, wiara jest aktem woli, napisałem już to przecież. Czym innym jest zawierzenie Bogu, to jest bardziej duchowe. Spróbujmy więc po kolei. Po pierwsze, nie chodzi mi o żadne nieokreślone „Zło”, tylko o osobowego, realnego Szatana. W walce z diabłem człowiek stoi na przegranej pozycji, o ile nie przylgnie do Chrystusa. Szatan jest silniejszy niż wszyscy ludzie razem wzięci, ale jeden człowiek razem z Chrystusem jest silniejszy od całego Piekła. Ze zniszczenia przez katolików demonicznych kultur Ameryki Południowej i Środkowej bardzo się cieszę – dałem temu wyraz w opowiadaniu „Quitzlalope”.
Niech sobie Kolega przeprowadzi zresztą mały eksperyment myślowy – co by się stało, gdyby dzisiaj oddział polskich, amerykańskich, francuskich albo dowolnych innych żołnierzy, z kręgu naszej cywilizacji, w marszu przez dżunglę wpadł nagle na miasto, w którym zarzyna się dziennie dziesiątki ludzi tylko po to, by słońce wstało, torturuje się dzieci, żeby spadł deszcz i, w ogóle, korzysta się z całego arsenału azteckich okropności? Czy żołnierze ci nie przeszkodziliby w kontynuowaniu tego procederu? A terroryzm? To takie słowo wytrych, pod które podkłada się taką mnogość różnych fenomenów, że trudno sensownie o terroryzmie mówić. W każdym razie, poświęcenia życia za wyznawane idee jako takiego nie uważam za coś złego, a raczej za akt sublimacji człowieczeństwa. Zabijanie niewinnych, przypadkowych cywilów to z kolei barbarzyństwo. I tyle. Tekst o efekcie starcia islamu z wykastrowaną, martwą duchowo Europą napisałem pod tytułem „Starcy”.

K: OK. A skąd u ciebie zainteresowanie uzbrojeniem?

ST: Sam nie wiem, pewnie jeszcze z czasów chłopięcych. Jak każdy chłopak bawiłem się w wojnę, inni z tego zdołali wyrosnąć, a ja dziecięce zabawy jakoś zracjonalizowałem i przekułem na trochę doroślejsze sprawy, jak sport strzelecki, szermierka rapierem – której już, niestety, nie praktykuję, nie da się robić w życiu wszystkiego – czy publicystyka poświęcona strzelectwu i broni palnej, którą piszę do „Broni i Amunicji”. Zajmowałem się kiedyś wyszukiwaniem kosztownych oryginałów starej broni białej, szabel i szpad i tworzeniem kolekcji dla zamożnych kolekcjonerów, specjalizowałem się w okresie napoleońskim, swojego czasu zajmowałem się też produkcją replik broni białej, bo potrzebowaliśmy dobrych rapierów do szermierki, do dziś zdarza mi się pomagać w sprzedaży szabel i mieczy, które wykuwają moi znajomi – bo po prostu lubię broń. Hobby jak każde inne.

K: Osiągnąłeś jakieś sukcesy w strzelectwie albo szermierce?

ST: Nie, to dla mnie hobby, sposób na odprężenie, zabawa – a nie wyczyn.

K: A może musiałeś użyć broni w innym niż sportowy celu?

ST: Dzięki Bogu – nie musiałem, nigdy. W zasadzie, by uzupełnić jeszcze ostatnią odpowiedź: poza sportem strzeleckim, to nosiłem jeszcze broń, konkretnie karabin Mauser Kar-98k (z demobilu po II wś) podczas trekkingu na Spitsbergenie, gdzie prawo zobowiązuje każdego do noszenia broni do obrony przed niedźwiedziem polarnym. Ale i tam, na szczęście, nie musiałem do niedźwiedzia w obronie własnej strzelać.

K: Obyś nigdy nie musiał używać broni... Bardzo dziękuję za wywiad i życzę powodzenia w dalszej pracy twórczej. Parafrazując chyba najsłynniejszy cytat filmowy: „Niech wena będzie z Tobą”.

ST: Cześć, ja również dziękuję, miło się rozmawiało


Wywiad przeprowadził Jan "Żerań" Żerański.


Autor: Żerań


Dodano: 2007-12-19 19:48:36
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Shadowmage - 00:15 20-12-2007
Wywiad już trochę miejscami nieaktualny, ale wina leży po naszej stronie - materia nieożywiona w postaci komputera sprzysięgła się przeciwko nam - a niektóre elementy materii ożywionej również nie pomagały ;p

Achmed - 00:24 20-12-2007
Shadowmage pisze:Wywiad już trochę miejscami nieaktualny

Nie no, w sumie to jest aktualny, pisarz go ostatnio, to znaczy niedawno, czyli jakiś czas temu, przeglądał pod tym kątem ;-)
Tylko z tą na styczeń zapowiadaną powieścią ("Przemienieniem" prawdopodobnie) nie wiadomo, czy wypali.

kurp - 20:19 20-12-2007
Bardzo przyjemny wywiad :)

Cashmeere - 10:52 23-12-2007
Trawi mnie ciekawość, jaką opinię o "Księdze Wszystkich Godzin" ma Sz. Twardoch :)

Komentuj


Konkurs

Wygraj "Młody świat" i gadżety


Wygraj ilustrowany "Silmarillion"


Artykuły

Drugi wywiad z Rafałem Kosikiem


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

Recenzje

Brooke-Hitching, Edward - "Atlas lądów niebyłych"


 Małecki, Jakub - "Rdza"

 Wexler, Django - "Działa imperium"

 Delaney, Joseph - "Kroniki Gwiezdnej Klingi"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Janusz, Aleksandra - "Cień Gildii"

 Willis, Connie - "Pojedynek na słowa"

 Liu, Cixin - "Ciemny las"

Fragmenty

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

 Kisiel, Marta - "Dożywocie"

 Kańtoch, Anna - "Niepełnia"

 Hudner, Kennedy - "Cel uświęca środki"

 Jadowska, Aneta - "Szamańskie tango"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #2

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS