NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Martin, George R.R.; Tuttle, Lisa - "Przystań wiatrów" (2019)

Liu, Cixin - "Era supernowej"

Ukazały się

Weinbaum, Stanley G. - "Drapieżna planeta"


 antologia - "Drugie lądowanie. Antologia króciaków"

 Szacha, Georgij - "Nie było smutniejszej historii"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

Linki

Komuda, Jacek - "Galeony Wojny", tom 1
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Galeony wojny
Data wydania: Listopad 2007
ISBN: 978-83-60505-75-5
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Liczba stron: 400
Cena: 29,99



Komuda, Jacek - "Galeony wojny", tom 1 #2

Jeźdźcy Fortuny

Pomimo blokady Zalewu Wiślanego i niedostatku. Mimo Szwedów pijących zdrowie Gustavusa Adolfa i królewskiego przydupasa Oxenstierny tak blisko, że ich pijackie krzyki dochodziły prawie do bram miasta, Dwór Artusa żył własnym życiem. Jak pruska ladacznica, która jednego dnia w czasie wojny rozkłada nogi pod kapitanem królewskiej floty, a już następnego sprzedaje swoje wdzięki szyprowi lada jakiego szwedzkiego szmaka. Spoglądając na tłum, który kłębił się w ogromnej trójnawowej izbie wokół zalanych piwem stołów, można było mniemać, że wszystko toczy się jak za dawnych złotych lat Gdańska. Że Szwedzi nie stoją wcale u ujścia Wisły, trzymając w jednej garści Pilawę, Elbląg, Braniewo, Sztum i Marienburg, a drugą grożąc miastu blokadą i że handel kręci się jak za króla Stefana. Choć żołdacy Gustawa Adolfa trzymali straż pod Kieżmarkiem, a od wschodniej strony Gdańska dzień i noc sypano szańce, wały i ostrogi, we Dworze Artusa, nad kuflami pełnymi pienistego piwa jopelskiego, gdańskiego i stołowego lub szklenicami cienkiego krollingu załatwiano umowy i interesy, przybijano kontrakty kupieckie i frachtowe. Wyzywano od ostatnich agentów, uczniów i czeladników, którzy okazywali się sprytniejsi od swych pryncypałów, jednocześnie obmawiając i szkalując tych, którzy okazali się na tyle głupi, by uczciwie harować na suchy chleb bez omasty, przeklinano pospołu panów i komisarzy palowych, szyprów i brokarzy z portu. Tutaj w jednej chwili tracono lub zyskiwano tysiące dublonów, florenów, czerwonych złotych, pruskich grzywien i ciężkich reichstalarów. Kapitały, straty i zyski przegryzano śledziami, koszty i aktywa zakąszano szprotami, ciastami i owocami w cukrze, a udane kontrakty zlewano gdańską złotą wódką.
Tutaj ci, których wyniosło pod niebiosa wahadło losu padali pod ławy, a ich żołądki zwracały swą zawartość, albo przepijali niekończące się toasty, szyderczo drwiąc ze swych kompanów roztrzaskanych przez pędzące z prędkością galopującego konia koło Fortuny.
A po wyjściu z izby wpadali w ramiona wypindrowanych ladacznic, rudowłosych lafirynd, przechodek i narożnic, które – byle tylko zmacały przy boku klienta pękaty trzos – wlokły ich do swych nor i alkierzy, gdzie po odrobieniu pańszczyzny steranymi udami, wynosiły pod niebiosa zalety swych gachów oraz podstarzałych ogierów. A pańskiego kusia zwiędłego jak chwasty pod śniegem, zwały z kurewską wprawą rozhukanym rumakiem Amora – co gdyby było prawdą, rychło okazałoby się, że cały Gdańsk zmienił się w jedną wielką stajnię.
Tymczasem w izbie panowie z Wielkiej i Małej Polski, z Rusi, Wołynia i Podola, rzucali służbie i pachołkom czerwone złote, wpadali tu, ciągnąc za sobą kumotrów, familiantów i oczajduszów, uwieszonych u rękawa delii niczym wypełniony rybami niewód u burty kaszubskiego bata. Po czym po pierwszym toaście bratali się z kupcami, faktorami i miejskimi szelmami, z których każdy sprzedałby za trojaka własną matkę, a wdzięki swej siostry oddał w arendę za trzy szelągi do zamtuza. Po drugim, zwali miejskich synków mości panami braćmi, po trzecim zaś oddawali im za żony córki i wychowanice, zapisywali całe wioski w dożywocie. A potem rankiem, po niemiłym wytrzeźwieniu w ramionach miejskich synków i konstatacji, iż pospolitują się z grubym plebejstwem, kazać służbie przegnać precz natrętnych mieszczuchów.
Rozmowa o interesach była we dworze zakazana, ale nikt tego nie słuchał. Nad kuflami i szklenicami radzono zatem, jak dopuścić się najgorszych zdzierstw, rabunków i niegodziwości, czyli, mówiąc kupieckim językiem, dokonać przejęcia, zakupu czy zamienienia pasywów na aktywa, tak aby każdy dukat wypracowany w pocie czoła przez polskich, ruskich i litewskich kmieci i ich panów nie śmiał trafić z rąk angielskich, duńskich, niderlandzkich i francuskich kupców do szlacheckiej kiesy, bez pobrzęczenia przez kilka miesięcy w nabitej kabzie gdańszczanina. Łasego na zaszczyty i czułego na wszelakie próby ominięcia nigdzie niespisywanych przywilejów miasta, wedle których cały handel morski Rzeczypospolitej przechodzić miał przez gród na Motławą.
Dickmann nie lubił przychodzić do Dworu Artusa. Mierził go rozochocony korowód pijanych jeźdźców Fortuny, którzy dziś jeszcze dosiadali rumaka mamony, aby następnego dnia przekonać się, jak głębokie i smrodliwe są miejskie rynsztoki. Gdańsk cenił śmiałych, pięknych, odważnych i bogatych. Tym, którzy nie mieli szczęścia nigdy nie wybaczał, a ubóstwo traktował jak grzech gorszy niż zdrada, morderstwo i krzywoprzysięstwo razem wzięte. Zwłaszcza, że każdy z wielkich, niekoronowanych królów giełdy i Długiego Targu, mógł już jutro, najdalej pojutrze, samemu zostać proszalnym dziadem i żebrakiem przepędzanym sromotnie spod przedproży kamienic.
Wkraczając do zatłoczonej sali, Dickmann miał wrażenie, że wszyscy szepcą już o kłopotach i awanturze z Knadem oraz jego sługą, bo o długach, niespłaconych wekslach i umierającej od lat żonie wiedzieli wszak od dawna. Ponury i złamany, wnosił do tego dostatniego wnętrza przekleństwo ruiny i niewypłacalności; dlatego odwracano się od niego jak od zadżumionego. Nie zdziwiło go zatem, iż na dworny ukłon nie odpowiedział Henryk Schwartzwalde, ławnik Głównego Miasta, pan na Lwim Zamku – jak zwano zwalistą jak katedra, ozdobioną lwami na przedprożach kamienicę z trójkątnym frontonem przy Długiej. Nie przejął się, że milczeniem lub może wzruszeniem ramion pominął go znany i bogaty jak legendarny Ferber – Walter Rozenberg, rajca miejski, ani że możny Konstanty von Holten nie mrugnął okiem, widząc człowieka, którego zwał kiedyś swym najmilszym przyjacielem i bratem. Z drugiej strony może i dobrze, bo Arendt miał wrażenie, że każde skinienie tego nadętego łyka i kalwina, który poza kamienicą przy Długiej 22, trzymał w arendzie młyny w Jelitkowie i dwa tuziny kantorów, warte było pruskiego talara, a splunięcie – gdańskiego dukata. Fakt, iż Holten nie defekował jeszcze czerwońcami, czy nie kazał sobie podawać polewki ze złota wynikał zaś tylko i wyłącznie z jego legendarnego wręcz skąpstwa. Ten możny kalwin, którego kamienica, jak powiadały kramarki na Długim Targu, z roku na rok coraz bardziej zapadała się pod ciężarem beczek z dukatami składowanych w piwnicach, nosił pozszywane pończochy i wams świecący dziurami jak rzeszoto, niczym ze stracha na wróble. A jednocześnie sypiał na milionach, których brzęk był dlań milszym dźwiękiem niż szelest sukni najpiękniejszej niewiasty świata.
Niespodziewanie ukłon Dickmanna odwzajemnił Jan Hevel – młody armator gdański. Ten jednak nie obrósł jeszcze w piórka, gdyż jako posiadaczowi zaledwie dwóch pinek i fluity, daleko mu było do Holtenów i Uphagenów. Zrozumiałe zatem, że nie siedział jeszcze przy ławie sztywny jak oskubany gąsior, ani nie nadymał się niczym dorodny indor na jarmarku.


Dodano: 2007-11-28 14:01:21
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Nawiedzenia"


Wygraj "Ostatniego strażnika"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS