NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Fedyk, Karolina - "Skrzydła"

Corey, James S.A. - "Gry Nemezis"

Ukazały się

Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"


 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Funke, Cornelia, del Toro, Guillermo - "Labirynt fauna"

 antologia - "Jednookie walety"

Linki

Heinlein, Robert A. - "Władcy marionetek"
Wydawnictwo: Solaris
Tłumaczenie: Anita Zuchora
Data wydania: Listopad 2007
ISBN: 978-83-89951-78-6
Oprawa: twarda
Liczba stron: 320
Cena: 41.90 zł
seria: Klasyka SF



Heinlein, Robert A. - "Władcy marionetek"

ROZDZIAŁ PIERWSZY


Do dzisiaj ciekawi mnie, czy istotnie byli inteligentni? Chyba już nigdy nie zdołamy się tego dowiedzieć.
Uważam, że Ruscy mają lepsze sposoby na takie sytuacje. Nie bawią się, jak to nazywają w „zgniłoliberalny sentymentalizm”. Jedno jest pewne — nie były to zwierzęta.
Nie chciałbym dożyć ponownej inwazji. Gdyby taka nastąpiła, z pewnością ponieślibyśmy klęskę. Ty, ja, cała tak zwana ludzkość.

Dla mnie to wszystko zaczęło się bardzo wcześnie, dwunastego lipca przeraźliwym dźwiękiem alarmowym nadajnika o niezmiernie wysokiej częstotliwości. Poderwałem się przerażony, bezładnie machając rękami. Po chwili uświadomiłem sobie co się dzieje.
— W porządku! — wrzasnąłem. — Słyszę ciebie. Wyłącz ten alarm, bo oszaleję.
— Stan zagrożenia. — Ktoś krzyczał mi prosto do ucha. Chciałem mu wyjaśnić, co może zrobić z tym swoim stanem zagrożenia.
— Mam wolne siedemdziesiąt dwie godziny.
— Natychmiast zgłosić się do Starca. — Głos był natarczywy. Zrozumiałem, że sytuacja jest poważna.
— Zaraz tam będę — potwierdziłem.
Zerwałem się z łóżka tak gwałtownie, że prawie straciłem równowagę. Czułem potworny ból głowy.
Dopiero po chwili dostrzegłem obok siebie piękną blondynę. Obserwowała mnie rozszerzonymi ze zdziwienia oczami.
— Do kogo mówisz? — zapytała.
Odwróciłem się i nerwowo próbowałem sobie przypomnieć, czy już ją kiedyś widziałem.
— Ja? Mówiłem coś? — odrzekłem niezbyt przekonywająco. Musiałem szybko wymyślić jakieś kłamstwo.
Uświadomiłem sobie, że przecież nie słyszała głosu, który mówił do mnie, więc nie potrzebowałem się specjalnie wysilać. Sekcja używała niekonwencjonalnych nadajników. Każdemu agentowi wszczepiano go chirurgicznie pod skórę za lewym uchem.
— Przepraszam kochanie — zacząłem jej wyjaśniać — miałem jakiś koszmarny sen.
— Na pewno dobrze się czujesz? — spytała troskliwie.
— Tak, wszystko w porządku. — Chwiejnym krokiem ruszyłem w kierunku łazienki. — Możesz spokojnie spać dalej.
— To dobrze — stwierdziła z ulgą i prawie natychmiast zasnęła.
Wszedłem do wanny. Po kąpieli wstrzyknąłem sobie porcję łagodnego narkotyku na wzmocnienie. Powoli zaczynał działać. Mogłem normalnie myśleć. Wychodząc wziąłem kurtkę i badawczo spojrzałem na śpiącą blondynkę.
Chyba nie byłem jej nic winien, a w mieszkaniu nie pozostawiłem nic, co mogłoby zdradzić jej kim jestem.
Do biur Sekcji dostałem się przez umywalnię stacji McArthur. Telefonu do biura nie można znaleźć w żadnej książce telefonicznej. W rzeczywistości ono po prostu nie istnieje. Możliwe, że ja nie istnieję także i wszystko jest iluzją.
Nawet głowy państw nie zdają sobie sprawy z tego, jak skuteczny i sprawny mają wywiad. ONZ również nic o nas nie wie, jestem pewien, że Centralny Wywiad też nie posiada żadnych danych. Kiedyś słyszałem, że jesteśmy opłacani przez Ministerstwo Skarbu.
Moja rola ogranicza się do wykonywania zadań, które powierza mi Starzec. Mam bardzo interesującą pracę. Jedną z tych, gdzie warunkiem przyjęcia jest to, że nie obchodzi cię, gdzie sypiasz, co jesz i jak długo będziesz żył. Trzy lata spędziłem za żelazną kurtyną. Potrafię bez mrugnięcia okiem pić litrami wódkę i bełkotać po rosyjsku tak dobrze, jak po kantońsku, kurdyjsku czy w innych diabelskich językach. W całej tej zabawie naprawdę obchodzi mnie tylko to, że mam forsę.
Lubiłem pracować ze Starcem. Był twardy i konkretny. Każdy skoczyłby dla niego w ogień. Wiem też, że potrafiłby wysłać każdego z nas na pewną śmierć. Ale tylko wtedy, gdyby miał w tym jakiś cel.
Kiedy pojawiłem się podszedł do mnie kulejąc. Po raz nie wiem który zastanawiałem się, dlaczego dotychczas nic z tym nie zrobił. Domyślałem się, że był dumny z sytuacji, w której został ranny. Ale to tylko moje przypuszczenia, gdyż nie znałem prawdy. Osoba z taką pozycją jak Starzec musi umieć skrywać swoje osiągnięcia a jego zasługi powinny stanowić tajemnicę.
Twarz rozciągnęła mu się w figlarnym uśmiechu. Ze swoją łysą czaszką i rzymskim nosem wyglądał demonicznie.
— Witaj Sam — powiedział — przepraszam, że wyciągnąłem cię z łóżka.
— Miałem wolne — odpowiedziałem krótko. — Przecież nieczęsto zdarza mi się być na urlopie.
— Właśnie jedziemy na wakacje — oznajmił głosem nie znoszącym sprzeciwu.
— Więc mam na imię Sam — powiedziałem. — A jak brzmi moje nazwisko?
— Cavanaugh. Jestem twoim wujem. Charlie Cavanaugh, emeryt. Poznaj swoją siostrę, Mary.
Teraz dopiero zauważyłem, że oprócz nas w pokoju jest jeszcze jedna osoba. Przedtem całą uwagę poświęciłem szefowi, teraz skoncentrowałem się na „siostrze”. Była nieprzeciętną kobietą.
Od razu zrozumiałem, w jakiej sytuacji postawił mnie Starzec. Jeśli mamy razem pracować, musimy podawać się za rodzeństwo. Zapewniało to idealny model bezkonfliktowych stosunków między nami. Agent, ciągle sprawdzany i obserwowany, nie może wyłamać się z granej roli. Miałem ją traktować jak siostrę. Czułem, że to najbardziej wredny numer, jaki mi zrobiono.
Miała smukłe, bardzo kobiece ciało i piękne nogi. Na ramiona spływały faliste, płomienne czerwone włosy. Twarz może niezbyt piękna, ale było w niej coś szczególnego. Byłem pewien, że w jej żyłach płynie indiańska krew. Patrzyła na mnie jakbym był kawałkiem mięsa.
Mój zachwyt „siostrą” okazał się zbyt czytelny.
— No, no, Sam. W rodzinie Cavanaughów nie będzie kazirodztwa. Oboje będziecie uważnie obserwowani przez moją ulubioną szwagierkę. Uwielbiacie się, ale po bratersku. Jesteś prawdziwie rycerskim, amerykańskim chłopcem — ostrzegł mnie Starzec.
— Aż tak źle? — zapytałem, patrząc wymownie na „siostrę”.
— Zastosuj się do moich poleceń.
— W porządku, jak się masz siostrzyczko. Miło mi cię poznać.
Wyciągnęła do mnie rękę. Wydało mi się, że jest przynajmniej tak silna jak ja.
— Cześć, braciszku! — jej głos zabrzmiał głębokim kontraltem.
— Nie wiem czy wiesz — odezwał się Starzec łagodnie — ale jesteś tak przywiązany do siostry, że gotów jesteś za nią umrzeć. Nie lubię mówić takich rzeczy, ale ona w tym momencie jest ważniejsza niż ty.
— Zrozumiałem — potwierdziłem. — Dzięki za uprzejmość.
— Teraz Sammy...
— O.K.! Ona jest moją ukochaną siostrą. Będę ją chronił przed wściekłymi psami i mężczyznami. Nie trzeba mi powtarzać dwa razy. Kiedy zaczynamy?
— Nie tak szybko! Musimy wstąpić do Sekcji Kosmetycznej, żeby stać się rodziną.
— Wolałbym jednak nie być jej rodziną. Jesteś urocza, siostrzyczko.
W Sekcji Kosmetycznej dopasowali mi lepiej nadajnik, ufarbowali włosy, a także zmienili odcień skóry, kości policzkowe i podbródek. Spojrzałem w lustro i zobaczyłem równie autentycznego czerwonoskórego jak moja siostra. Patrzyłem na moje włosy i próbowałem sobie przypomnieć, jaki był ich naturalny kolor. Zastanawiałem się, jak wcześniej wyglądała moja nowa siostra. Jest taka... Powinienem jak najprędzej zapanować nad żądzami.

Wziąłem ekwipunek — ktoś już spakował mi torbę podróżną. Starzec też poddał się operacji plastycznej. Jego czaszkę zdobiły loki o nieokreślonym kolorze. Coś między białym a różowym. Zupełnie nie wiem co zrobili z jego twarzą, ale wszyscy troje wyglądaliśmy jak blisko spokrewnieni przedstawiciele niezwykłej rasy czerwonoskórych.
— Chodź, Sammy — powiedział Starzec. Wszystko ci wyjaśnię w wozie.
Przeszliśmy wyjściem, którego nie znałem. Na lądowisku czekał na nas pojazd. Ja prowadziłem, a Starzec objaśniał nowe zadanie. Kiedy znaleźliśmy się poza zasięgiem kontroli miejskiej, kazał mi przejść na automatyczne sterowanie. Okazało się, że lecimy do Des Moines w stanie Iowa. Ustawiłem program autopilota i przyłączyłem się do moich nowych krewnych. Wuj Charlie opowiedział nam historię rodziny Cavanaughów.
— A teraz — zakończył — wybieramy się na rodzinne, wesołe party. I jeśli zdarzy się coś nieprzewidzianego będziemy zachowywać się tak głośno i absurdalnie, jak tylko potrafią turyści.
— Może jednak wyjaśnisz nam o co chodzi — zapytałem. — Nie bawimy się chyba w to bez powodu....
— Może...
— Dobrze. Tylko jeśli ryzykuję życiem, to lubię wiedzieć dlaczego. Co ty na to, Mary?
Mary nie odpowiedziała. Była jedną z tych niezwykłych i godnych podziwu kobiet, które wiedzą kiedy zabrać głos. Starzec przyglądał mi się uważnie. Widocznie zastanawiał się czy nadszedł czas, by powierzyć mi szczegółowe informacje.
— Sam, czy słyszałeś o latających talerzach?
— Chyba nie masz na myśli odwiecznej manii ludzkości na temat odwiedzin przybyszów z kosmosu? Zawsze wydawało mi się, że zajmujesz się sprawami bardziej realnymi i przyziemnymi. To były tylko zbiorowe halucynacje.
— Czyżby?
— A czyż nie? Nie zajmowałem się zbyt szczegółowo zjawiskami parapsychologicznymi, ale to dość oczywiste, że dowodzić istnienia latających talerzy mogą tylko psychopaci.
— Jesteś pewien, że dzisiaj to twierdzenie jest rozsądne?
— Chyba nie jestem na tyle kompetentny. — Zastanowiłem się, szukając jakiegoś racjonalnego argumentu. — Pamiętam, że ktoś się tym zajmował. Tak, to były doświadczenia Digby’ego. Metodą obliczeniową dowiódł, iż dziewięćdziesiąt siedem procent twierdzi, że latające talerze to halucynacja. Zapamiętałem to, gdyż po raz pierwszy w historii nauki, wszelkie informacje na temat UFO były tak skrupulatnie i systematycznie zbierane. Zresztą nie wiadomo po co.
Starzec spojrzał na mnie łagodnie.
— No, to trzymaj się, Sammy. Jedziemy właśnie obejrzeć latający talerz. Może będziemy mogli wziąć sobie kawałek na pamiątkę. Jak prawdziwi turyści.



ROZDZIAŁ DRUGI

— Oglądaliście ostatnie wiadomości? — zapytał Starzec.
Spojrzałem zdziwiony. Głupie pytanie, przecież mam urlop.
— Jednak powinieneś — zasugerował. — Podają wiele interesujących informacji. Na przykład, siedemnaście godzin i dwadzieścia trzy minuty temu — zatarł ręce — wylądował niedaleko Grinnell, stan Iowa, niezidentyfikowany obiekt latający. Typ zupełnie nieznany. W przybliżeniu w kształcie dysku, sto piętnaście stóp średnicy.
— Nic więcej o nim nie wiadomo? — przerwałem.
— Nie — odpowiedział i mówił dalej, cedząc słowa — to fotografia statku zrobiona po lądowaniu ze stacji kosmicznej Beta.
Obejrzałem ją i podałem Mary. Zdjęcie prawdopodobnie zostało zrobione teleobiektywem z odległości pięciu tysięcy mil. Cienie chmur zasłaniały najważniejszą część obrazu, a zielona plama w kształcie koła mogła być tak samo dyskiem statku kosmicznego, jak cysterną oleju czy zbiornikiem wody. Przypomniałem sobie, ile razy bombardowaliśmy hydroponiczne plantacje na Syberii myśląc, że to instalacje fabryk militarnych.
Mary oddała zdjęcie bez słowa komentarza.
— Według mnie wygląda to jak namiot na biwaku — powiedziałem. — Co jeszcze wiemy?
— Nic.
— Nic? Po siedemnastu godzinach? Czyżbyśmy nie mieli agentów?
— Owszem, mieliśmy sześciu, ale wszyscy zginęli. Żaden z nich nawet nie zdążył przekazać raportu. Wiesz, że nie lubię tracić agentów Sammy. Szczególnie, jeśli nie przynosi to żadnych rezultatów.
Pomyślałem o tym, co powiedział i zastanawiałem się, czy to zadanie jest istotnie aż tak poważne, skoro ryzykujemy swoim życiem. W końcu był mózgiem organizacji. Nikt kto go znał, nie wątpiłby w słuszność jego decyzji, miał też dużo sprytu i wyczucia zagrożenia. Znał swoją wartość i nie ryzykowałby, gdyby nie był pewien, że wykona zadanie i wyjdzie z tego zwycięsko. A jednak wyczułem podświadomie niebezpieczeństwo.
Nagle oblał mnie zimny pot. Zazwyczaj agent ma obowiązek za wszelką cenę ratować swoje życie, by móc złożyć raport. W tej sytuacji Starzec jest tym, który musi wrócić do centrali. Po nim Mary. Ja byłem na trzecim miejscu. Sytuacja była jasna i wcale mi się nie podobała.
— Jeden z agentów próbował przesłać trochę informacji — odezwał się Starzec. — Dostał się tam jako przypadkowy obserwator. Przekazał przez nadajnik, iż wygląda to na pojazd kosmiczny, choć nie potrafił stwierdzić o jakim napędzie. Potem poinformował, że pojazd się otwiera i usiłował przedostać się bliżej, przed kordon policji. Powiedział nam o jakichś małych stworzeniach. W tym momencie połączenie zostało przerwane.
— Mali ludzie?
— Użył słowa: stworzenia.
— A co mówią lokalne raporty?
— Niewiele. Stacja Des Moines przekazała informację o lądowaniu i wysłała swoich ludzi, żeby to sprawdzili. Zdjęcia, które przesłali są nienajgorsze, ale zrobione z dużej odległości i pokazywały tylko obiekt w kształcie dysku. Mniej więcej po dwóch godzinach wszystko się zmieniło. Żadnych zdjęć, żadnych informacji, potem nastąpiła przerwa i nadali kolejny raport, który wydaje się być mocno naciągany. — Starzec umilkł.
— No? — zapytałem niecierpliwie.
— Okazało się, że cała sprawa to żart. Ten „statek kosmiczny” miał pokrywę z metalu i plastiku. Figiel, rozumiesz? Zbudowali go dwaj chłopcy z pobliskiej farmy, w lasku opodal domu. Cały ten fałszywy alarm wszczął reporter, który znalazł dzieci i statek. Postanowił zrobić z tego sensacyjny reportaż. W ten sposób ostatnia „inwazja z kosmosu” okazała się niewinnym żartem — wyjaśnił Starzec.
— I w związku z tym straciliśmy sześciu ludzi? Chyba będziemy próbowali odszukać naszych agentów?
— Nie, bo jestem pewien, że ich nie znajdziemy. Musimy najpierw dowiedzieć się, dlaczego pomiary triangulacyjne na zdjęciach — ujął fotografie zrobione przez stację kosmiczną — nie zgadzają się z tymi najnowszymi, pokazywanymi w wiadomościach.
— Chciałabym porozmawiać z tymi chłopcami z farmy — po raz pierwszy odezwała się Mary. Ja również byłem zainteresowany tą historią.

Wylądowałem pięć mil od Grinnell i zaczęliśmy szukać farmy McLainów.
Najświeższe wiadomości podały już nazwiska nieszczęsnych budowniczych. Byli nimi Vincent i George McLain. Nie mieliśmy więc trudności ze znalezieniem osławionego miejsca lądowania. Na skrzyżowaniu dróg stała wielka, świetnie zrobiona reklama, informująca, że jest to droga do „statku kosmicznego”. Po chwili ujrzeliśmy niedbale zaparkowane samochody. Kilka naprędce skleconych sklepików oferowało zimne napoje i pamiątki z pobytu na ziemi McLaina. Policjant próbował kierować ruchem.
— Zatrzymaj się — rozkazał Starzec.
— W porządku wuju Charlie — zgodziłem się.
Starzec lekko wyskoczył z wozu. Po utykaniu pozostało tylko wspomnienie. Idąc, zaczepnie wymachiwał laską. Wyciągnąłem rękę do Mary, żeby pomóc jej wysiąść. Oparła się o moje ramię i spojrzała mi w oczy. Jej bezczelne spojrzenie zaniepokoiło mnie.
— Nie do wiary braciszku, jaki ty jesteś silny — powiedziała drwiąco.
Chciałem dać jej klapsa, ale zamiast tego uśmiechnąłem się zażenowany. Znów dała o sobie znać szkoła Starca. Nie mogłem sobie pozwolić na żadne zbędne gesty.
Wuj Charlie zachowywał się, jak na turystę przystało. Naprzykrzał się wszystkim. Zawracał głowę policji, zatrzymywał ludzi, żeby wygłaszać jakieś opinie nie pytany o zdanie. W jednym sklepiku kupił cygaro, a przede wszystkim robił wrażenie zamożnego, zgrzybiałego głupca, który bezmyślnie spędza wakacje.
— Inspektor twierdzi, że cała ta sprawa była żartem, kochani — figiel wymyślony przez chłopców. Idziemy? — mówiąc to, wymownie spojrzał na sierżanta stojącego obok nas.
— Nie ma statku kosmicznego? — Mary wyglądała na rozczarowaną.
— Jest tutaj pojazd, który na upartego można nazwać kosmicznym. Znajdziecie go, jeśli pójdziecie za tymi frajerami. Poza tym jestem sierżantem, a nie inspektorem.
Wuj Charlie rzucił mu pod nogi cygaro i ruszyliśmy przez pastwisko do pobliskiego lasku. Wejście tam kosztowało dolara i w związku z tym wielu potencjalnych frajerów wracało nie obejrzawszy latającego talerza. Droga wśród drzew była piaszczysta. Marzyłem, aby zamiast nadajnika mieć z tyłu głowy jeszcze jedną parę oczu. Posuwałem się ostrożnie. Według naszych informacji, właśnie tą drogą szło naszych sześciu agentów. I żaden z nich nie wrócił. Wliczając Starca i Mary, idących przede mną, miałem być dziewiąty. Niespecjalnie mi się to podobało. Tymczasem Mary szczebiotała jak idiotka. Wszelkimi siłami starała się zrobić wrażenie niższej i młodszej. W końcu dotarliśmy do polany, na której znajdował się słynny obiekt.
Był naturalnych rozmiarów, miał więcej niż sto stóp średnicy. Jednak tandetna obudowa z metalu i plastiku sprawiła, że wyglądał jak zabawka.
— Ach, jakie to ekscytujące! — zapiszczała Mary.
Z włazu umieszczonego na szczycie tej okropnej konstrukcji, wychylił się może dziewiętnastoletni, bardzo pryszczaty młodzieniec.
— Chcecie wejść do środka? — zawołał. Dodał jeszcze, że będzie to kosztowało o pięćdziesiąt centów drożej od osoby. Wuj Charlie łaskawie się zgodził.
Mary podeszła bliżej, jednak po chwili cofnęła się, gdyż obok młodego człowieka pojawił się drugi niemal identyczny. Byli chyba bliźniakami. Chcieli pomóc Mary wejść do środka pojazdu. Siostra cofnęła się jeszcze bardziej, więc szybko podszedłem gotowy do działania. Doskonale potrafiłem wyczuwać niebezpieczeństwo.
— Tam jest tak ciemno — głos jej zadrżał.
— To absolutnie bezpieczne — zapewnił drugi, równie pryszczaty młodzieniec. — Turyści wchodzą tu przez cały dzień. Ja jestem właścicielem, nazywam się Vinc McLain. Nie ma się pani czego obawiać.
Wuj Charlie zajrzał przez właz. Nie mógł sobie pozwolić na takie ryzyko.
— Tam mogą być węże — powiedział zdecydowanie. — Nie powinnaś tam wchodzić.
— Czego się obawiacie? — odezwał się, tym razem dość napastliwym tonem pierwszy McLain. — Tam jest całkiem bezpiecznie.
— Zatrzymaj pieniądze, młody człowieku — rzekł Wuj i zrobił minę jakby sobie o czymś przypomniał. — Jesteśmy już spóźnieni. Ruszajmy, moi drodzy.
W drodze powrotnej szedłem za nimi i cały czas myślałem o tym, co zobaczyliśmy. Wsiedliśmy do samochodu, Starzec odezwał się dopiero, gdy wyjechaliśmy na drogę.
— No i jak? Zauważyliście coś?
— Nie ma żadnych nowych informacji? — zapytałem. — Nikt się nie uratował?
— Nikt.
— Chyba nie udało im się zmylić naszych agentów. To nie był ten pojazd, o którym wszyscy mówili.
— Oczywiście, że nie — zgodził się Starzec. — Coś jeszcze?
— Ile według ciebie kosztowałoby zrobienie takiej atrapy? — zapytałem. — Metal wyglądał jak nowy, świeża farba, a także udało mi się dostrzec przez właz, jakieś sto stóp przestrzeni wewnątrz. Z pewnością wszystko było bardzo kosztowne.
— Masz rację.
— A dom McLainów wygląda na nieodnawiany od lat, stodoła też. Jak więc mogli sfinalizować swój szalony pomysł ci młodzi chłopcy?
— Słusznie. A ty, Mary?
— Wuju Charlie, czy zauważyłeś jak oni mnie traktowali?
— Kto? — zapytałem zdziwiony.
— Sierżant i ci wieśniacy. Użyłam całego swojego sex appealu i nic. Żadnej reakcji.
— Wszyscy byli tobą naprawdę zachwyceni — zapewniłem uprzejmie, traktując ją w gruncie rzeczy jak idiotkę.
— Nic nie rozumiesz — zirytowała się. — Zawsze doskonale wyczuwam jak mnie odbierają. Oni zachowywali się, jakby byli martwi. Jak strażnicy haremu, jeśli wiesz co mam na myśli.
— Hipnoza? — zapytał wuj Charlie.
— Może. Albo narkotyki. — Mary zmarszczyła brwi, wyglądała na zaintrygowaną.
Starzec zastanawiał się chwilę nad jej słowami.
— Przy następnym skrzyżowaniu skręć w lewo, Sammy. Musimy sprawdzić pewne miejsce dwie mile stąd — powiedział w końcu.
— Według pomiarów triangulacyjnych punkt widoczny na zdjęciach? — zapytałem, nie oczekując odpowiedzi.
Nie udało nam się tam dostać. Okazało się, że nie ma mostu, a rzeka była za głęboka, by sforsować ją wozem. Zawróciliśmy zrezygnowani na południe. Na kolejnej drodze zatrzymał nas gliniarz. Poinformował nas o pożarze. Nie pozwolił przejechać, wskazując objazd. Wpadł także na pomysł, żeby powołać mnie do gwardii narodowej i wysłać do akcji ratowniczej. Wtedy Mary pokazała nam, jak działają na normalnych mężczyzn jej wdzięki. Za pomocą kilku gestów i drobnego kłamstwa uwolniła mnie od tego przykrego zadania. Zadowoleni ruszyliśmy dalej.
— Co myślisz o tym facecie?
— O co ci chodzi? — zdziwiła się Mary.
— Też, jak to nazwałaś, strażnik haremu?
— Ależ skąd! Bardzo atrakcyjny mężczyzna.
Nie wiem czemu, ale jej odpowiedź rozzłościła mnie.
Starzec zdecydował, że nie będziemy próbowali zaparkować w pobliżu prawdziwego miejsca lądowania pojazdu kosmicznego. Uznał to za zbyteczne. Udaliśmy się do Des Moines. Zamiast zostawić samochód przed rogatkami, zapłaciliśmy za wjazd do miasta. Pojechaliśmy prosto do głównego studia telewizyjnego.
Wuj Charlie hałaśliwie wkroczył do biura generalnego dyrektora, ciągnąc nas za sobą. Na początek wygłosił stek kłamstw. Chociaż? Może Charles M. Cavanaugh naprawdę jest znaczącą figurą w Federalnym Wydziale Środków Masowego Przekazu? Skąd mógłbym to wiedzieć?
Kiedy znaleźliśmy się w gabinecie szefa, wuj kontynuował swoją życiową rolę.
— A teraz, sir, chciałbym się dowiedzieć, o co chodzi w tym absurdalnym numerze ze statkiem kosmicznym? Otwarcie ostrzegam, że od tego może zależeć ważność pańskiej licencji.
Szef studia okazał się małym, niepozornym człowieczkiem o zgarbionych plecach, ale nie wyglądał na przestraszonego. Wręcz przeciwnie, był bardzo pewny siebie.
— Wydaje mi się, że przekazaliśmy wystarczająco obszerne wyjaśnienia w naszych programach — odrzekł szczerze oburzony. — Zostaliśmy jednak oszukani przez jednego z naszych ludzi. Ten człowiek został już zwolniony.
— Bardzo słusznie, panie Barnes — powiedział Starzec — ale ostrzegam, ze mną nie ma żartów. Sam prowadzę dochodzenia. Nie jestem przekonany, aby ci dwaj prostacy i nic nie znaczący reporter mogli do tego stopnia zorganizować i rozdmuchać taką sprawę. W tym czuje się pieniądze. Ciepło... A teraz powie mi pan, co zrobił...
Mary przysunęła się bliżej biurka Barnesa. Niepostrzeżenie zsunęła z ramion górę kostiumu. Miała piękne ramiona. Jej poza przywiodła mi na myśl „Nagą kobietę” Goi. W tym momencie opuściła kciuk w dół i przekazała coś Starcowi.
Barnes nie powinien był tego zauważyć. Wydawało się, że cała jego uwaga skoncentrowana jest na Starcu. A jednak zauważył. Spojrzał na Mary. Wtedy wyraźnie zobaczyłem jego obojętną i bezwzględną twarz. Nigdy dotąd nie widziałem kogoś o takim wyrazie twarzy. Sięgnął do szuflady biurka.
— Sam, uważaj! — krzyknął wuj Charlie.
Kiedy strzeliłem, ciało Barnesa osunęło się na podłogę.
To nie był dobry strzał. Celowałem w nogi, a trafiłem w brzuch. Podbiegłem do niego i kopnąłem jego pistolet, którego wciąż próbował dosięgnąć. Człowiek zraniony w ten sposób jest już właściwie martwy, z tym, że ma jeszcze kilka minut na umieranie. Chciałem zrobić mu przysługę i go dobić.
— Zostaw i nie dotykaj go! Mary! Odsuń się! — powstrzymał mnie szef.
Zobaczyłem, jak ostrożnie przesuwa się do tego faceta. W tym momencie Barnes wydał z siebie bełkotliwy odgłos i zamilkł na zawsze. Dziwna śmierć. A poza tym, rana postrzałowa prawie wcale nie krwawiła. Starzec przyjrzał mu się i trącił ciało laską.
— Szefie — powiedziałem — chyba czas na nas.
— Jesteśmy tutaj tak samo bezpieczni, jak w każdym innym miejscu — odpowiedział. — Prawdopodobnie ten budynek roi się od nich.
— Roi od czego? — nie zrozumiałem.
— Skąd miałbym wiedzieć kim są. Ale prawdopodobnie jest ich sporo. — Wskazał na ciało Barnesa. — Właśnie miałem potwierdzić ich istnienie.
Mary tymczasem szlochała cicho. Pierwszy raz zareagowała jak zwyczajna kobieta.
— Spójrzcie, on ciągle oddycha! — powiedziała zduszonym głosem. Barnes leżał twarzą do podłogi i rzeczywiście jego plecy poruszały się, jakby ciągle jeszcze żył i oddychał. Starzec jeszcze raz szturchnął go.
— Sam, chodź tutaj! — zawołał. — Zdejmij z niego ubranie. Tylko użyj rękawiczek i bądź ostrożny!
— Myślisz, że to pułapka? — zaśmiałem się.
— Zamknij się i uważaj!
Nie wiedziałem co chce znaleźć, ale na pewno miał przeczucie, że to pomoże nam rozwiązać całą sprawę. Starzec miał zainstalowany w mózgu niezłej klasy integrator, który pozwalał mu z minimalnej liczby faktów skonstruować logiczną całość. Dlatego zawsze mu ufałem.
Założyłem rękawiczki i obróciłem ciało, żeby zdjąć z niego ubranie. Pierś Barnesa ciągle się unosiła. Zawsze czuję się nieswojo, kiedy mam do czynienia z tak nienaturalnymi sytuacjami. Dotknąłem jego pleców. Ludzkie plecy są zazwyczaj kościste i umięśnione, te były miękkie i prawie falowały pod wpływem dotknięcia. Cofnąłem rękę z obrzydzeniem. Mary podała mi nożyczki z biurka. Przeciąłem marynarkę i rozsunąłem ją. Pod prawie przeźroczystą podkoszulką, od szyi do połowy pleców znajdowało się coś, co na pewno nie miało nic wspólnego z ludzkim ciałem. Było grube na parę cali i dzięki temu Barnes wydawał się lekko przygarbiony, a także dziwnie pulsował. Wyciągnąłem rękę, żeby ściągnąć koszulkę i przyjrzeć się dokładnie, ale Starzec uderzył mnie laską.
— Zdecyduj się, czego chcesz — powiedziałem, rozcierając stłuczony nadgarstek.
Nie odpowiedział. Końcem laski podniósł koszulę i wtedy zobaczyliśmy to dokładnie.
Ciało tego stworzenia było szarawe, bladoprzeźroczyste i poprzecinane ciemniejszymi żyłkami. Przypominało gigantyczny żabi skrzek. Najwyraźniej żywe, bo wciąż pulsowało i rytmicznie unosiło się. Nagle osunęło się z Barnesa i upadło na podłogę, nie mogąc się poruszyć.
— Biedaczysko! — powiedział Starzec dziwnie łagodnie.
— Co niby? To? — zapytałem zdziwiony.
— Nie, Barnes. Pewnie dostanie jakieś odznaczenie, kiedy to wszystko się skończy. Jeżeli się skończy. — Starzec wyprostował się i chodził zamyślony po pokoju, jakby zapomniał o szarym obrzydlistwie, które leżało obok Barnesa.
Cofnąłem się trochę i obserwowałem tę dziwną plazmę. Wolałem nie poruszać się zbyt gwałtownie. Nie wiedziałem przecież, czy to dziwactwo na przykład nie potrafi latać. Wolałem się też nie przekonywać o tym na własnej skórze. Moja broń wciąż była gotowa do strzału. Mary oparła się o mnie ramieniem, jakby szukała pomocy. Objąłem ją.
Za biurkiem leżała sterta pudełek do przechowywania taśm. Starzec wziął jedno z nich i podszedł do tego stworzenia. Położył pudło blisko, ale plazma nie chciała się przesuwać, zupełnie jakby przymocowano ją do podłogi. Odepchnąłem ciało Barnesa i zacząłem strzelać, żeby zmusić to, co było obok, do przesunięcia się. Po chwili udało się wciągnąć obce ciało do środka. Starzec szybko zatrzasnął pudło.
— W drogę, moi kochani.
Wychodząc, zatrzymał się na chwilę w drzwiach i głośno pożegnał się z Barnesem.
— Jutro odwiedzę znowu pana Barnesa, ale proszę nie wyznaczać konkretnej godziny. Wcześniej zadzwonię — powiedział do sekretarki.
Wychodziliśmy spokojnie i powoli. Starzec, ściskając pod pachą pudło, poszedł jeszcze kupić cygaro, Mary zaś zgrywała głupiego podlotka, wygłaszając jakieś bezsensowne uwagi. Kiedy znaleźliśmy się w wozie, szef powiedział mi, dokąd mam jechać i przede wszystkim zabronił mi się spieszyć.
Zgodnie z jego instrukcjami zeszliśmy do garażu.
— Pan Malone potrzebuje tego wozu natychmiast — zawołał Starzec do właściciela stacji samochodowej.
Wiedziałem, że nasz wóz w ciągu dwudziestu minut przestanie istnieć. Będzie spoczywał w skrzyniach z częściami zapasowymi.
— Tędy proszę — powiedział usłużnie. Wysłał dwóch pracowników do innego pomieszczenia, a my zniknęliśmy za wskazanymi drzwiami. Tam odzyskałem własną twarz i kolor włosów, a Starzec znowu miał łysą czaszkę. Włosy Mary stały się czarne, ale wyglądała z nimi równie dobrze jak przedtem. Rodzina Cavanaughów przestała istnieć. Mary miała na sobie elegancki kostium pielęgniarki, ja mundur szofera, a Starzec stał się znowu naszym podstarzałym, kulejącym pracodawcą.
Samochód już czekał. Zasłoniliśmy okna, chociaż chyba nie było to konieczne, bo nawet jeśli znajdą trupa Barnesa i tak nikt nie zechce wyjaśniać całej tej sprawy.
Udaliśmy się prosto do Biura Sekcji. Oczywiście tak szybko, jak to było możliwe. Starzec posłał natychmiast po doktora Gravesa, szefa laboratorium biologicznego. Miał przynieść ze sobą podręczny sprzęt. Po otwarciu pudła smród rozkładającej się organicznej materii, jak odór opanowanej gangreną rany, wypełnił pokój i zmusił nas do włączenia wentylatorów na pełną moc. Graves zatkał nos.
— Co to jest, na Boga? — zapytał. — Przypomina trochę martwe dziecko.
Starzec zaklął cicho.
— Powinieneś chyba udzielić nam bliższych informacji — powiedział. — Chcę żebyś to zbadał. Tylko pracuj w ubraniu ochronnym i nie zakładaj z góry, że to jest martwe.
— Jeżeli to jest żywe, to ja jestem księżniczka Anna.
— Może jesteś, a w każdym razie masz szansę. Weź się do pracy. Wiemy, że to pasożyt, zdolny przyssać się do żywiciela, na przykład człowieka i kontrolować go. Z całą pewnością jest istotą pozaziemską.
Szef laboratorium pociągnął nosem.
— Pozaziemski pasożyt na ludzkim żywicielu? Absurdalne. Niemożliwe, żeby ich organizmy mogły żyć w symbiozie, chociażby ze względów chemicznych.
Starzec wyraźnie się zdenerwował.
— Do cholery z twoimi teoriami! Widzieliśmy jak żerował na człowieku. Jeżeli to organizm ziemski, to ciekaw jestem, jakie znajdziesz dla niego miejsce wśród stworzeń zamieszkujących Ziemię. Chyba nie sądzisz też, że jest jedynym przedstawicielem gatunku? A poza tym skończmy z tymi przypuszczeniami, chcę faktów.
— Dostaniesz je! — wrzasnął biolog.
— Zacznij badania i postaraj się, bym dostał z powrotem większą część pasożyta. Potrzebuję tego jako dowodu. Pamiętaj, że to jest żywe, więc jednocześnie niewyobrażalnie niebezpieczne. Jeśli zaatakuje jednego z twoich ludzi, to będę musiał go zabić.
Szef laboratorium nie odpowiedział na to nic, ale wyraźnie był pod wrażeniem.
Starzec usiadł w fotelu i zamknął oczy. Wyglądał jakby spał. Oboje z Mary staraliśmy zachowywać się jak najciszej. Po pięciu minutach otworzył oczy.
— Jak myślisz, Sam, ile takich stworzeń mogło przybyć na Ziemię? Załóżmy, że ich statek był takiej wielkości jak atrapa, którą widzieliśmy — odezwał się po chwili.
— Dowody są dość mgliste.
— Mgliste, ale niezaprzeczalne. Musiał tam wylądować statek kosmiczny i czuję, że jeszcze tu jest.
— Powinniśmy sprawdzić dokładnie tamto miejsce.
— Zrobimy to, jak będziemy już coś wiedzieli. Nasi agenci nie byli głupcami. Co myślisz o owym pojeździe?
— Wielkość statku nie mówi nic o jego zawartości. Nie wiemy jaki ma napęd, przyspieszenie, jakie zawiera wyposażenie, czego potrzebowali do podróży pasażerowie. W tej sytuacji nie mamy szans na jednoznaczną ocenę.
— Tak. Dajmy na to, że stworów jest kilkaset. Więc mamy dziś wieczorem kilkuset zombi w stanie Iowa. I co możemy zrobić? Biegać po ulicach i zabijać wszystkich, którzy mają zgarbione plecy? To dopiero byłby temat do plotek — uśmiechnął się nieznacznie.
— Jest jeszcze jedno ważne pytanie, na które nie znajdziemy odpowiedzi: jeżeli jeden statek kosmiczny wylądował dzisiaj w Iowa, to ile ich może wylądować jutro w Północnej Dakocie albo Brazylii.
— Masz rację — powiedział, wyglądał na bardzo zatroskanego. — Ale bez względu na to, ile jeszcze jest takich pytań, nie mamy czasu do stracenia. Musimy zacząć działać nawet jeśli niespecjalnie wiadomo od czego zacząć.
Wszyscy udaliśmy się do Sekcji Kosmetycznej, aby powrócić do pierwotnego wyglądu. Po zabiegu poszedłem do klubu w budynku biura. Chciałem się czegoś napić, ale przede wszystkim szukałem Mary. Nie wiedziałem tylko czy szukam brunetki, blondynki, czy też rudej. Byłem jednak pewien, że rozpoznam jej boskie ciało. Rozejrzałem się po sali. Więc jednak naprawdę była ruda. Siedziała w kabinie i piła drinka. Wyglądała dokładnie tak, jak wtedy, gdy przedstawił mi ją Starzec.
— Witaj siostrzyczko! — powiedziałem.
— Cześć, braciszku! — odpowiedziała, uśmiechając się i wskazując mi miejsce obok siebie.
Zamówiłem dla siebie burbona z wodą. W celach leczniczych.
— Czy to twój naturalny wygląd? — zapytałem nieśmiało.
— Nie całkiem. Naprawdę jestem w paski jak zebra i mam dwie głowy. A ty? — popatrzyła na mnie z rozbawieniem.
— Nigdy się tego nie dowiedziałem. Moja matka udusiła mnie poduszką, zaraz po tym, jak ujrzała mnie pierwszy raz.
Tym razem spojrzała na mnie pobłażliwie.
— Jestem w stanie to zrozumieć. Ale już chyba się przyzwyczaiłam do ciebie.
— Dziękuję — powiedziałem. — Może podarujemy sobie tę siostrę i brata. Mam przez to zahamowania.
— Myślę, że ci się przydadzą.
— Ależ skąd. Jestem nadzwyczaj łagodny. Nie ma we mnie żadnej
agresji.
Byłem pewien, że gdybym położył rękę na jej dłoni, nie byłoby to mile widziane, niewiele zostałoby również z mojej ręki.
— Może spróbujemy dziś wieczór zapomnieć o tym wszystkim. Wypij i zamówimy jeszcze — szybko wychyliła swój kieliszek. Siedzieliśmy niewiele mówiąc, ale czułem się wspaniale. Było mi bardzo dobrze. Wszystkie zmartwienia odpłynęły gdzieś daleko. Nieczęsto zdarzają się takie chwile, szczególnie w tym zawodzie. Może dlatego tak silnie odczuwałem ich urok.
Jedną z pozytywnych cech Mary było to, że nie prowokowała mężczyzn. Chyba że w celach zawodowych. Wiedziała jak wielką siłą oddziaływania dysponuje. Miała jednak ujmujący sposób bycia. Zachowywała się akurat na tyle kobieco, abyśmy obydwoje czuli się miło i nieskrępowanie.
Patrzyłem na nią i myślałem, jak dobrze byłoby mieć ją obok siebie na co dzień, budzić się obok niej, siedzieć razem przy kominku. Ze względu na moją pracę nigdy nie myślałem o małżeństwie. Zresztą, dziewczyna jest tylko dziewczyną i nie ma się czym ekscytować. Ale Mary... Mary jest nie tylko wspaniałą kobietą, lecz także agentem. Z nią mógłbym rozmawiać godzinami. W tym momencie uświadomiłem sobie, jak bardzo byłem dotychczas samotny.
— Mary?
— Tak?
— Czy jesteś mężatką?
— Jeśli pytasz poważnie, to nie. A o co chodzi? Czy to ma jakieś znaczenie?
— Nie ma — odpowiedziałem. — Jestem teraz absolutnie poważny. Spójrz na mnie. Mam dwie ręce, tyleż nóg, jestem jeszcze młody i nie wchodzę do domu w zabłoconych butach. Mogłaś trafić gorzej.
Roześmiała się radośnie.
— Tylko mi nie mów, że już niedługo dostaniesz lepsze stanowisko.
— Dlaczego nie?
— Nie robię ci wymówek. Stwierdzam tylko, że twoja technika jest do niczego. Nie ma żadnego powodu, by tracić głowę i proponować kobiecie małżeństwo, tylko dlatego, że nie zamierza przespać się z tobą pierwszej nocy. Niektóre kobiety mogłyby zmusić cię do spełnienia tej obietnicy.
— Wziąłem to pod uwagę — powiedziałem zirytowany.
— W takim razie, jakie warunki finansowe proponujesz?
— Do cholery! Zgadzam się, nawet jeśli chcesz takiego typu kontrakt. Zatrzymasz swoją pensję, a ja oddam ci połowę mojej. Oczywiście do czasu, kiedy będziesz ze mną.
— Tak naprawdę, to nie chcę czegoś takiego. Nie z mężczyzną, dla którego najważniejsze jest to, by być ze mną.
— Tak myślałem.
— Chciałam tylko sprawdzić, czy traktujesz to wszystko poważnie. Przypuszczam, że tak — powiedziała dziwnie miękko.
— Traktuję to bardzo poważnie.
— Agent nie powinien się wiązać. Wiesz o tym.
— Agent nie powinien się wiązać z nikim oprócz drugiego agenta.
Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale nagle zamilkła. Mój nadajnik mówił mi coś do ucha. To był głos Starca. Wiedziałem, że Mary słyszy to samo. Wzywał nas do siebie. Wstaliśmy oboje bez słowa. Przy drzwiach, Mary nagle zatrzymała się i popatrzyła mi prosto w oczy.
— To jest właśnie powód, dla którego nie należy rozmawiać o małżeństwie. Mamy ważne zadanie do wykonania. I obiecaj mi, że przez cały czas będziesz myślał tylko o tym.
— Nie! — krzyknąłem na cały głos.
— Nie drażnij mnie! Wyobraź sobie, że już jesteś żonaty i pewnego ranka znajdujesz takiego potwora na ciele swojej żony. Albo ja znajduję coś takiego na twoim ciele.
— Zaryzykuję i na pewno nie pozwolę, żeby cokolwiek stało się tobie.
— Nie wierzę, że możesz mnie przed tym ochronić.
Do biura Starca szliśmy w milczeniu.
— Wyjeżdżamy — oznajmił nam, kiedy pojawiliśmy się w jego gabinecie.
— Gdzie? — zapytałem. — A może nie powinienem pytać?
— Do Białego Domu. Musimy się zobaczyć z prezydentem. I nie mów nic więcej!




Dodano: 2007-11-12 18:10:42
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Nawiedzenia"


Wygraj "Ostatniego strażnika"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS