NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Ukazały się

McDonald, Ian - "Luna: Wschód"


 Gwynne, John - "Gniew"

 Stephenson, Neal - "Śnieżyca"

 Domagalski, Dariusz - "Więzy krwi"

 Piekara, Jacek - "Ja, inkwizytor. Przeklęte kobiety" (miękka)

 Piekara, Jacek - "Ja, inkwizytor. Przeklęte kobiety" (twarda)

 Lem, Stanisław - "Wysoki Zamek"

 Carter, Rachel E. - "Ostatnia walka"

Linki

Gromyko, Olga - "Zawód: wiedźma", część 2
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Kroniki Belorskie
Tytuł oryginału: Профессия: ведьма
Tłumaczenie: Marina Makarewskaya
Data wydania: Listopad 2007
ISBN: 978-83-60505-89-2
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 320
Cena: 25,00
Seria: Obca Krew



Gromyko, Olga - "Zawód: wiedźma", część 2 #2

Gdy popchnęłam ciężkie drzwi i nad moją głową głucho zadźwięczał malutki poczerniały dzwonek. W twarz uderzył zapach dymu i pomyj. Ale nie bardzo mogłam wybrzydzać. Karczma Wesoły Bysio była jedynym miejscem w Starminie, gdzie serwowano mój ukochany sok pomidorowy. A poza tym cały czas się tam coś działo - albo bitwa na krzesła, albo wizyta wściekłego psa, albo jakiś trup się zapętał - leżał sobie w sałatce jak żywy, kelnerka mu nawet rachunek przyniosła. I od razu - pisk, zamieszanie, chaos. Jednym słowem, wesoło.
Tak więc drzwi zamknęły się za moimi plecami, przykuwając uwagę otoczenia. Zdaniem obecnych nie było we mnie nic szczególnego - rudowłosa dziewczyna w podniszczonej skórzanej kurtce i obcisłych spodniach wpuszczonych w buty. Ani broni, ani biżuterii. Po chwili karczma z powrotem wypełniła się równym mruczeniem głosów, stukotem kufli, zachęcającym mlaskaniem i siorbaniem. Karczmarz ledwie dostrzegalnie skinął, witając stałą klientkę. Podeszłam do baru i usiadłam na wysokim taborecie, półobrócona do sali. Na drewnianej scenie tańczył, powoli się rozbierając, długowłosy fantom nieokreślonej rasy, posiadający wszystkie właściwe krągłości. Takie fantomy za kufel piwa tworzyli nasi adepci. Sądząc z rozmiarów owych krągłości, szczególnie górnych przednich, to konkretne arcydzieło wyszło spod ręki Ważka, kolejnego kolegi z mojego roku. Dzień się dopiero zaczynał, więc w karczmie było pustawo. Dwójka pijanych w sztok krasnoludów, elf z twarzą ukrytą pod szerokim kapturem, pięciu czy sześciu ludzi, mających do towarzystwa trzy panienki, i dwójka leszych cicho obgadujących przy stoliku szczegóły jakiegoś interesu handlowego.
I gdy tylko pomyślałam z rozczarowaniem „Oburza­jąco spokojny dzionek”, drzwi z impetem walnęły o fu­trynę, a do karczmy hałaśliwym tłumem wpadły trolle, depcząc podłogę brudnymi buciorami i rzucając nieprzy­zwoite wyrazy na temat knajp w ogólności i Wesołego Bysia w szczególności. Jeden z nich wyciągnął krzesło wprost spod drzemiącego krasnoluda, drugi zagonił w kąt piegowatą kelnerkę z niebezpiecznie chwiejącą się stertą brudnych misek w rękach – zresztą ona nie prote­stowała i tylko chichotała głupio. Zebrałam się w sobie. Tylko ich tu brakowało – impertynentów, strasznych mękoł i kobieciarzy.
Byli to trolle najemnicy. Ta rasa ma mnóstwo podgatunków, ale nawet w ramach jednego z nich nie da się pomylić jednego klanu z innym. Istnieją trolle śnieżne, górskie, kamienne, podziemne i jaskiniowe. spotyka się nawet karły, gigantów i ludojadów. klany ciągle walczą ze sobą, a każdy uważa się za koronę ewolucji. Najemnicy nie są tak naprawdę trollami czystej krwi. Pasożytują na cywilizacji ludzkiej – z braku ich własnych kobiet potom­ków rodzą im za pieniądze takie same sprzedajne panny, jak ta chichotka w kącie.
Tymczasem jeden z trolli pewnym krokiem zbliżał się do mnie, odrzucając stojące na drodze krzesła i zwinnie przeskakując przez zastawione stoły. Najbardziej nieśmiali klienci złapali miski i kufle i na wszelki wypadek przenieśli się bliżej drzwi i otwartych okien. Najbardziej odważni i przewidujący pospiesznie opłacili posiłek, doskonale rozumiejąc, że po zakończeniu draki będą mieli inne sprawy na głowie, a od jutra rana do długu doliczony zostanie podwójny procent. Ja na wszelki wypadek wstałam i mocniej złapałam kufel z sokiem, by w razie czego zdążyć dodać mu powagi zaklęciem. Ale nie musiałam. Jedna sprawa to gadać z nieznajomym trollem (bo trolle z zasady nie uważają kobiet za istoty rozumne), a zupełnie co innego – gdy sklnie cię kumpel. To nazywa się u nich przyjacielską pogawędką i im cięższe jest przekleństwo, tym większy rozmówca żywi do ciebie szacunek.
– Cze foczka, ale masz wyrgną nariitę! Ghyr og irme moraan! – radośnie rzucił troll, z rozmachem klepiąc mnie w tyłek. Zgodnie ze standardami trolli uznawano to za wyszukany komplement, chociaż dosłowne tłumaczenie takiego zwrotu na język ludzki przyprawiłoby o rumieńce nawet doświadczonego tragarza. Ogólnie dostępnych przekleństw trollom zdecydowanie brakowało, nie mieli również cierpliwości do układania ich w kilkupoziomowe konstrukcje. Po co, jeśli można było ograniczyć się do wyrazistego i uniwersalnego „ghyr”.
– Hej, Wal! – potarłam klepnięte miejsce, ale nie próbowałam udawać niedotykalskiej, w odpowiedzi dźwięcznie cmokając trolla w policzek. – Kupa lat.
Troll kręcił się na krześle, wypatrując karczmarza.
– Hej, ty, wagurycu ghyrowy! – Karczmarz zrozumiał, że chodzi o niego, ale zbliżał się z obawą.
– Kufel gruszewki i dwie marynowane papryczki. I szybko, szybko, labarr!
– Pieniądze z góry! – Uniżenie, ale twardo uprzedził tamten.
– Weź się udław, krwiopijco. – Po ladzie potoczyła się, dźwięcząc, mała srebrna moneta. W kierunku prze­ciwnym ślizgnął się drewniany talerz z dwoma ostry­mi papryczkami faszerowanymi czosnkiem, chrzanem i marchewką. Ja do takiej zakąski zamawiałabym nie gruszewkę, a strażacką beczkę z wodą.
Walisij (dla przyjaciół po prostu Wal) – wyższy ode mnie o głowę, barczysty, lekko przygarbiony, był w jakiś sposób podobny do otwartej na oścież szafy na ubrania. Sterta długich, sztywnych jak drut, falujących włosów koloru ciemnego piasku przechodziła na plecach w krót­ką grzywę, a i ogólny poziom owłosienia był znacznie wyższy niż u człowieka – wystarczyło popatrzeć, jaki zarost miał na łapach. Oczy trolla były głęboko osadzone, nieprzyjemnie jasne i pozbawione wyrazu, jak u węża. Brwi miał smętnie schodzące się na czole, nos długi i gar­baty, wargi tworzyły wąską bladą linię. Podniszczona skórzana kurtka, czarne, podarte na kolanach spodnie, zza pasa sterczy para noży, a nad ramieniem wyrasta ręko­jeść dwuręcznego miecza.
Zeszłej zimy Wala, zakrwawionego i skostniałego, znaleziono na tyłach szkoły. Skulony w kłębuszek i przy­prószony śniegiem odchodził właśnie na tamten świat pod ścianą stodoły. Ostatecznie nigdy nie przyznał się, kto i za co go tak urządził. A pecha miał podwójnego, gdyż na Wydziale zielarstwa i znachorstwa rozpoczynała się właśnie sesja zaliczeniowa, wśród pytań były „szczegóły fizjologii trolli”, a praktyki z tego tematu nie było żadnej. Adepci rzucili się na Wala jak kruki na padlinę i przeżył raczej na przekór ich staraniom. Przez dwa dni leżał na wznak, nie reagując na nic, a dziewiątej nocy adepci wspólnymi siłami wyrzucili go z kobiecego skrzydła.
Moje stosunki z Walem przypominały przyjaźń psa z kotem – pies szczekał, kot syczał, a obie strony świetnie się przy tym bawiły. Najpierw, tak jak i wszystkie kobiety, których troll nigdy nie nazywał po imieniu, nie dopuszczając do siebie bluźnierczej myśli o istnieniu kobiecego intelektu, słyszałam od niego tylko epitety w rodzaju „waaraki” czy „gwyby”. Potem, by jakoś wyróżnić mnie z masy ogólnej i ostudzić mój sprawiedliwy gniew, Wal zaczął dodawać do nich zdrobniające końcówki – „usia”, „usieńka”. ale ta opcja też mi się nie spodobała. Po wypróbowaniu nieskończonej mnogości słów, nienadających się do użycia w miejscach publicznych, stanęło na w miarę neutralnej „foczce”.


Dodano: 2007-11-09 16:52:50
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Recydywista"


 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

Fragmenty

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS