NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Abnett, Dan - "Uniwersum Marvela. Avengers: Wszyscy chcą rządzić światem"

Wroczek, Szymun - "Piter. Bitwa bliźniaków"

Ukazały się

antologia - "Kryształowe smoki 2019"


 Pilipiuk, Andrzej - "Księżniczka" (2020)

 Biedrzycki, Bartosz - "Zimne światło gwiazd"

 Campbell, Jack - "Zaginiona flota. Odważny" (2020)

 Kloos, Marko - "Wstrząsy wtórne"

 Nieściur, Sławomir - "Blokada"

 antologia - "Opowieści niesamowite z języka angielskiego"

 Chokshi, Roshani - "Srebrzyste węże"

Linki

Bułyczow, Kir - "Operacja Żmija"
Wydawnictwo: Solaris
Tłumaczenie: Witold Jabłoński
Data wydania: Listopad 2007
Oprawa: miękka
Liczba stron: 400
Seria: Dzieła wybrane Kira Bułyczowa



Bułyczow, Kir - "Operacja Żmija"

Rozdział pierwszy
Ławrientij Beria

Na celę przerobiono jeden z bunkrów łączności centrum Obrony Przeciwlotniczej Moskwy, lecz korytarz, przy którym znajdowały się pomieszczenia, sprawiał wrażenie więziennego, jak gdyby budowniczowie już wcześniej przewidywali, że będzie tu cela śmierci.
Sala sądowa znajdowała się piętro niżej. Gdy ogłoszono wyrok, Ławrientija Pawłowicza Berię odprowadzono do celi. Nie wiadomo dlaczego wyobrażał sobie, że rozstrzelają go natychmiast, zamiast znowu zamykać. Po co tracić czas? Przecież wyrok był ostateczny, nie podlegający apelacji.
Skazańca ogarnęło w owej chwili oburzenie, wywołane niesprawiedliwym wyrokiem. Zabijcie mnie za to, że wiernie służyłem partii! Zabijcie w mojej osobie sumienie partii i przyznajcie: tak, odrzucamy zaszczytny tytuł komunistów, ponieważ postanowiliśmy skazać na śmierć prawdziwego leninowca. Jakie mieliście prawo nazywać mnie wrażym agentem, szpiegiem i nieuczciwym człowiekiem? Nie chcę umierać z takim piętnem na mojej reputacji!
Próbował powiedzieć to tępym generałom, którzy siedzieli rzędem za stołem kancelaryjnym i unikali jego wzroku, ale bali się go słuchać – rządził nimi strach nie tylko przed nowymi władcami, ale również przed podsądnymi.
Nienawidząc tych nędznych sędziów, Beria wyczuwał ich bojaźń, dlatego też, kiedy wrócił do celi, poczuł drgnienie nadziei. To wszystko nie takie proste: wraz z nim pragną uwolnić się od strachu, dlatego chcą go zabić. Właśnie jednak ten lęk może mu być pomocny.
Przeciwko niemu, samotnemu, niewysokiemu, skromnemu i zwyczajnemu na pierwszy rzut oka człowiekowi ruszyła cała machina ucisku ogromnego państwa. Jak Goliat przeciw Dawidowi. Wiadomo, czym może zakończyć się taki pojedynek.
W dodatku Beria znał sekret, którym nie podzieliłby się z tymi sługusami Chruszczowa pod żadnym pozorem. Wysłał w swoim czasie zaufanego człowieka do Szambali w Tybecie, który mu przywiózł horoskop. Dowiedział się z niego, że gwiazdy zapowiadają mu życie do końca XX wieku. Owe przepowiednie zapisane były tybetańskim alfabetem wraz z dołączonym angielskim przekładem. Nie było żadnych wątpliwości: sądzone mu było odejść dopiero przed 2000 rokiem, a dokładniej w 1998. Otrzymał ten horoskop w roku czterdziestym szóstym. Mając jednak pewne wątpliwości, rozkazał poważnie przepytać zaufanego człowieka niejakiemu Kobułowowi. Ten przysięgał potem, że dokument jest autentyczny. Ławrientij Pawłowicz wtedy głośno zakaszlał i zaczął przecierać binokle, aby ukryć radość, jaka go ogarnęła. Niepotrzebnie kazał rozwalić hitlerowskich astrologów, skoro mieli związki ze Wschodem.
Oczywiście, Ławrientij Pawłowicz był prawdziwym komunistą, ateistą, internacjonalistą. Każdy rozumny człowiek pojmie jednak, że są na tym świecie rzeczy wyższe niż ateizm, chociaż nie należy się do tego przyznawać, dlatego, żeby tak zwanemu narodowi, czyli prostym masom nie mącić w głowach, powinni bowiem wyznawać tylko jedną, jedynie słuszną wiarę. Kiedy odczytywano mu wyrok śmierci, przed oczyma duszy pojawiło się wspomnienie pożółkłego pergaminu i przepisany na maszynie przekład z angielskiego na rosyjski, przyczepiony doń zwykłym spinaczem.
Możecie skazywać mnie na jaką chcecie kaźń, powiedział w duchu, ale mnie nie dostaniecie.
Kiedy zamknęły się za nim drzwi celi i nie został poprowadzony od razu na rozstrzelanie, Ławrientij Pawłowicz trochę się uspokoił. Najważniejsze, że zostało mu jeszcze trochę czasu... Jak to: trochę? A horoskop?
Radość bywa krótka, dlatego nie należy cieszyć się zbyt długo. Przecież sam skazywał setki ludzi, nie ma więc teraz prawa się tak pocieszać. Niektórych jednak oszczędzał. Może więc i nad nim się zlitują.
Beria zaczął zastanawiać się, jakim sposobem odwlec egzekucję. Horoskop horoskopem, ale jak ją odsunąć w czasie?
Zabrali mu zegarek. Cela znajdowała się w podziemiu, nie można było wyjrzeć przez okno i zorientować się, kiedy zapadnie wieczór. I co teraz? Mogli przecież zaplanować posiedzenie trybunału głęboką nocą, ich prawo.
Pod sufitem pali się żarówka, zamknięta w metalowej siatce, tak że nie można się do niej dostać. To przejaw porządku. Po podłodze biegnie karaluch... Nieporządek. Za jego czasów nie było w więzieniach robactwa. Wydawał liczne polecenia, żeby dezynfekcja więziennych pomieszczeń była efektywna. Kiedyś Jagoda zażartował przy nim, że więźniowie łowią karaluchy, żeby je zeżreć. Gdy więc Ławrientij Pawłowicz doszedł do władzy, ukrócił panoszenie się insektów w celach, z tym nie było żartów. I wszystko na nic. Karaluch przebiegł po nierównej, cementowej podłodze i skrył się pod pryczą. Beria nie bał się tych stworzeń, lecz odczuwał wobec nich odrazę, co zdarza się przecież nawet najodważniejszym. Wstał i podszedł do drzwi, chcąc wezwać nadzorcę, żeby wytknąć mu niedopatrzenie, ale opamiętał się w porę. Z sąsiedniej pryczy zerwał się wojskowy w randze majora, który siedział tam wcześniej i obserwował go. Zapomniał, że skazanego nie zostawiano samego nawet na sekundę.
- Karaluchy – powiedział – roznoszą brud.
Major patrzył na niego w milczeniu. Oficerom dyżurującym w celi srogo zakazywano rozmów z więźniem. Beria wrócił na swoją pryczę. Ułatwili mu życie, pozwalając leżeć do woli. On sam był przeciwny, żeby więźniowie w ciągu dnia rozwalali się na pryczach, gdyż tylko się rozpuszczali i nadmiernie wypoczywali. A nazbyt wypoczęty więzień oznacza więcej problemów i wysiłków dla oficera śledczego... Oto, o czym myślał w ostatnich godzinach życia. A może ostatnich minutach? A niby o czym miał myśleć?
W tej chwili otworzyły się drzwi. Przyszli po niego.
Chciało mu się krzyczeć, wyznać coś istotnego, o czym milczał podczas przesłuchań i w trakcie procesu. Co ich jednak obchodził Tybet? To wszystko oficerowie. Armia nigdy go nie lubiła, ponieważ popełnił błąd: dał się przekonać Wodzowi, żeby wojsko podlegało Bezpiece. Nie będzie u nas kandydatów na Napoleona. A tych, którzy byli, już dawno zlikwidowaliśmy.
Przecież zdarzyło mu się czytać o wojskowych zamachach: caryce Elżbietę i Katarzynę wynieśli na tron żołnierze. Uwierzył jednak Wodzowi. Pewnie dlatego, że uznał, iż w tamtych czasach były feudalne, imperialistyczne wojska, a nasza armia to wojsko ludowe, które buduje socjalizm.
Rzucił się w kąt, jak najdalej od drzwi. Szukał dłońmi, żeby się czegoś uchwycić, kiedy go będą zabierać. Robił to bezmyślnie, bo przecież nikomu nie udało się pozostać w celi, skoro mają go wyprowadzić na rozstrzelanie. Gdyby opowiedziano mu to w normalnej sytuacji, zacząłby się śmiać do rozpuku.
W drzwiach stanął Moskalenko w mundurze, a wraz z nim jeszcze jeden, nieznajomy generał. Może to dobry znak?
- Wychodzić – powiedział.
- Nie – odparł Beria.
Starał się przemawiać przekonująco i spokojnie, lecz nie bardzo mu się to udało, a jego głos zamienił się w krzyk.
- Nie, ja się będę odwoływał! Proszę dać mi możliwość... napisać notatkę wyjaśniającą do Komitetu Centralnego.
- Wychodzić – powtórzył Moskalenko.
To pewnie sadysta. Wie, że trochę jeszcze pożyję. Będzie mnie męczyć przed śmiercią.
Oficer dyżurny szturchnął Berię w plecy. Moskalenko odsunął się, żeby nie zetknąć się ze skazańcem. Po chwili Ławrietnij Pawłowicz znalazł się w korytarzu i kolejny kuksaniec zmusił go do ruszenia przed siebie. Szli korytarzem, w którego gładkich ścianach tkwiły żelazne drzwi. Pod nogami cementowa podłoga. Dziwnie teraz pomyśleć, że to przecież on sam otwierał w swoim czasie nowe centrum Obrony Przeciwlotniczej.
Oczywiście, była to całkiem zdrowa myśl. Jego prześladowcy bali się na pewno, że prawdziwi komuniści i pracownicy Bezpieki wezmą w obronę swego szefa i oswobodzą go. Przecież na wolności pozostali jego wierni towarzysze, współpracownicy, komendanci dywizji i oddziałów specjalnych... Dlatego spiskowcy ukryli go pod ziemią, bo być może w tej chwili szukają go przyjaciele, wdzierając się do więzień i łagrów, nigdzie nie mogąc go znaleźć. Czas ucieka, w jednej chwili mogą rozstrzelać marszałka. Wiecie, że jestem marszałkiem? Że jestem od was starszy stopniem? Nie, odparł Żukow. Najchętniej by go rozszarpał, skoro wpadł na wojennej grabieży. Gdzie twoje wagony, przyjemniaczku, przepełnione łupami? Nie, odparł Żukow, twój tytuł jest lipny. Nigdy nie byłeś na froncie. To nieprawda, ponieważ wartość marszałka ocenia się wedle zasług dla Ojczyzny. Nigdy nie wiadomo, czy wojskowi odnieśliby zwycięstwo, gdybyśmy nie oczyścili kraju z wszelkiego brudu jeszcze przed wojną.
Dlaczego moje myśli biegną w takim kierunku? Powinienem się skoncentrować! Od jednego słowa może zależeć moje życie. Dopóki mnie nie rozstrzelali, wciąż żyję...
Otwarły się przed nim jedne z wielu drzwi. Za nimi znajdował się niewielki przedsionek ze stanowiskiem porucznika. To na pewno nie sala kaźni. Moskalenko wraz z drugim generałem pozostali na zewnątrz w korytarzu. Oficer otworzył drzwi wewnętrzne, wpuścił więźnia i zatrzasnął je za jego plecami.
Pokój był trochę większy niż jego cela. Pośrodku znajdowało się typowe biurko oficera śledczego z dwoma rzędami szuflad. Za biurkiem spokojnie siedział Nikita, ubrany w marynarkę i białą koszulę, bez krawata.
- Stój tam – powiedział Chruszczow.
Beria stanął. Ogarnęła go szalona radość. Najwyraźniej tybetańscy mędrcy nie zełgali. W końcu nowy przywódca państwowy nie wzywa do siebie skazanego na śmierć po to, żeby życzyć mu szczęśliwej drogi.
- No jak tam? – spytał Chruszczow. – Masz jakieś zażalenia?
Trudno o coś bardziej głupiego, jak pytać o zażalenia skazanego na śmierć. Ale może to jakiś sygnał? Może nasi drodzy sojusznicy pożarli się między sobą? I okażę się im potrzebny?
- Protestuję – oznajmił Ławrientij Pawłowicz. – Nie masz pojęcia, w jakiej znalazłem się sytuacji! Nie dali mi papieru, na którym mógłbym napisać zażalenie.
- Bili cię? – spytał Nikita.
- Dlaczego mieliby bić?
Ten pokój był także oświetlony żarówką za siatką pod sufitem. Z tego powodu odbłyski lampy przemieszczały się niczym iskry na łysinie Chruszczowa.
- No wiesz – powiedział – ciąży na tobie zarzut naruszenia prawa.
- Wszystko, co zrobiliście przeciwko mnie, jest jaskrawym naruszeniem sprawiedliwości socjalistycznej. Jeśli nie będę miał możliwości wystąpić na posiedzeniu KC...
- Nie będziesz miał możliwości – oświadczył Nikita.
Jednym zdaniem zgasił wątły płomyk nadziei. Beria zamarł z półotwartymi ustami, lecz tylko niecałą minutę, gdyż zaraz zapytał:
- Więc po co mnie wezwaliście?
Chciał powiedzieć: poprosiliście, lecz zdrętwiałe od trwogi, drżące usta nie zdołały wymówić tego słowa. Oczy Chruszczowa były zimne jak u wściekłej świni.
- Tak czy owak jesteś skazany – wyjaśnił. – Chciałem się z tobą spotkać, żeby usłyszeć twe ostatnie zeznania.
- Wszystko już powiedziałem.
- Nie kręć, Ławrientij. Za pół godziny będziesz pełzać u stóp wykonawcy wyroku, śpiewając Międzynarodówkę. My natomiast będziemy dalej budować socjalistyczną przyszłość. Co masz do powiedzenia?
- Nie mam nic do powiedzenia.
- Więc żegnaj. Teraz już na zawsze. Myślałem, że zechcesz złożyć dodatkowe zeznania.
Beria stał nieruchomo, po prostu czekał, aż wejdą konwojenci. Nikt jednak nie wchodził. W pomieszczeniu było bardzo cicho, może dlatego, że była ukryta wiele metrów pod ziemią. Słychać było, jak Chruszczow oddycha szybko i gwałtownie. Więzień słyszał nawet swój puls, nie wiedzieć czemu po prawej stronie szyi. Potem spłynęło na niego olśnienie. Takie, które przychodzi od Boga, a nie pojawia się w głowie samo z siebie.
- Gdyby partia dała mi taką możliwość, zeznałbym o działalności niektórych czołowych przywódców naszego państwa. Nie zeznawałem o tym wcześniej...
- Dlaczego?
Chruszczow był zawzięty, jak pies, który złapał trop i szarpał się na smyczy.
- Kwestia dotyczyła etyki partyjnej, Nikito Sergiejewiczu.
Ławrientij Pawłowicz próbował znaleźć odpowiedni ton. Za chwilę okaże się, czy prawdę rzekli mu mędrcy z Szambali.
- Konkretniej.
- Chodziło o moich starych towarzyszy, bardzo zasłużonych dla partii i dla kraju. Czy mogłem na nich donosić?
- Nawet, gdy chodziło o twoje życie?
- Powiem ci szczerze, Nikito Sergiejewiczu...
Beria trząsł się jakby mu było zimno. Dostrzegał, jak to mówią, światełko w końcu tunelu, ale czy pozwolą mu dobiec do wyjścia?
- I tak by mnie skazali, prędzej, czy później. Ci właśnie towarzysze, którzy obecnie uzurpują sobie prawo do władzy w kraju i boją się mnie bardziej od śmierci.
- Kto konkretnie?
Nie spiesz się teraz, Ławrientij. Musisz pamiętać, że stawką w grze jest twoje życie. Powinieneś wymienić najgroźniejszych rywali Nikity, tych, których się najbardziej obawia.
- Wolałbym złożyć swoje wyznania w formie pisemnej – oświadczył. – Potrzebuję trochę czasu, żeby wszystko sobie przypomnieć i odpowiednio to sformułować.
- Nie masz już czasu – odparł Nikita. – Zostałeś skazany. W tej chwili już...
Zerknął na zegarek. Beria zdążył zauważyć, że jest dwadzieścia po ósmej. Wieczorem? Rano? Właściwie, czy to takie ważne?
- Już żyjesz na kredyt. Oficjalnie zostałeś rozstrzelany. Dowie się o tym wkrótce cały Związek Radziecki. Gadaj więc, bo wartownicy czekają.
Beria westchnął głęboko. Znalazł się w swoim żywiole, a Chruszczow stracił nad nim przewagę.
- To koniec! – pienił się Nikita, jakby ukąsiła go żmija. – Już jesteś martwy! Kłamiesz, że masz do powiedzenia coś nowego.
- Wiem bardzo dużo – odpowiedział Beria prosto i otwarcie, dobitniej akcentując słowa niż na początku tej rozmowy.
- Gdzie są te papiery?
- To nie papiery. Po co mi jakieś papiery-bajery? Wszystko mam w głowie.
- Wydobędziemy to z ciebie!
- Wątpię – odparł Beria. – Co zamierzasz wydobyć?
- Wszystko!
- Jeżeli się ode mnie odczepisz, dasz mi czas i trochę spokoju, otrzymasz nie tylko nazwiska, dostaniesz także kontakty zagraniczne, całą szpiegowską siatkę, spisek przeciwko tobie. Wszystko znajdzie się na twoim biurku.
- Próbujesz się targować?
Chruszczow wydobył niewielki, tani, plastikowy grzebyczek i zaczął nim nerwowo przyczesywać łysinę.
- To ci się nie uda. Jesteś już trupem!
- Trzeba mnie było nie wzywać – odparł skazaniec.
Przyczesawszy się, Chruszczow wsunął grzebyk do zewnętrznej kieszonki marynarki i wyraźnie się uspokoił.
- Podaj wszystkie nazwiska – zażądał opanowanym głosem.
- To są ludzie ci bliscy, Nikito Sergiejewiczu.
Ton był właściwy, a także odpowiedni nacisk na imię.
- Nazwiska!
- Będę musiał trochę... – powiedział Beria – Będę musiał... Może usiądę?
- Nogi ci mdleją?
- Byłeś kiedyś skazany na śmierć, Nikito Sergiejewiczu?
- Myślę, że gdyby nie Wódz, dawno już byś mnie wsadził.
- Mieliśmy na ciebie materiały – przyznał Beria z beztroską szczerością. – I to całkiem poważne.
- Jakież to?
- O represjach na Ukrainie, o procesach w Moskwie, twój list do Wodza o Bucharinie...
- Przestań!
„Jestem starym głupcem, pomyślał Beria. Nie powinienem był o tym mówić! Czyżbym wszystko zmarnował? I to w chwili, gdy błysnął promyk nadziei?”
Chruszczow milczał chwilę.
- Boisz się, bydlaku – powiedział w końcu.
Beria powstrzymał się z trudem od oczywistej i prawidłowej odpowiedzi: I ty także, trochę bardziej niż ja, Nikito. Zamiast tego odparł:
- Nie nadałem biegu tej sprawie.
- A kto cię o to prosił?
- Wielu prosiło. Włącznie z Wodzem.
- I co cię powstrzymało?
- Dzisiejszy dzień. Dopuszczałem możliwość, że kiedyś nastąpi. Jesteś mi dziś potrzebny jako przyjaciel, a nie jako zajadły wróg.
- Zmyślasz i kręcisz. Nie znosiłeś rywali.
I znów Beria zdusił w sobie zdanie: Nie jesteś moim rywalem. Tym bardziej, że w tej sytuacji zabrzmiałoby ono dość głupio. Skazany na śmierć nie krytykuje swojego oprawcy.
- Wszystkie dokumenty zniszczyłem. Prawie wszystkie...
- Także dotyczące innych?
Zaczął się targ. I cóż, ukraiński kurduplu, dotrzymasz pola megrelskiemu wojownikowi?
- Teraz już wszystko jedno – rzekł z westchnieniem Ławrientij Pawłowicz.
- Dlaczego? Partii nie jest wszystko jedno.
- Jestem skończonym człowiekiem. Złożyłem samokrytykę, lecz partia mnie odtrąciła. Dobrze o tym wiesz, Nikito Sergiejewiczu.
- Sam sobie jesteś winien. Widocznie nie pokajałeś się odpowiednio.
Każda minuta, mówił do siebie Ławrietnij Pawłowicz, każda sekunda tej rozmowy zwiększa moje szanse przeżycia. Znał te zasadę: jeśli bandyta z tobą rozmawia, zamiast od razu cię zastrzelić, daj mu się wygadać.
- Posłuchaj, Nikito Sergiejewiczu – podjął, starając się utrafić we właściwy ton, nie nazbyt bezczelny i nie zanadto proszący, lecz ton zwykłej rozmowy, taki, by nie rozgniewać rozmówcy, ale i nie zeszmacić się całkiem. – lepiej niż inni wiedziałeś, że moja pozycja w Biurze Politycznym pozwalała dowiadywać się o niektórych wydarzeniach wcześniej, aniżeli ich uczestnicy.
Nikita nie uśmiechnął się, ale mu nie przerywał.
- Niektóre rzeczy chowałem w sejfie, o innych meldowałem Josifowi Wissarionowiczowi. Były jednak i takie, które mogłem ukryć tylko tutaj.
Postukał się czubkiem palca w skroń.
- To znaczy, że dobrze zrobiliśmy – odpowiedział na to Chruszczow – żeśmy cię usunęli. Dopóki żyjesz, zawsze mogą wychodzić od ciebie różne oszczerstwa, jak śmierdzące, trujące pociski.
Określenie to zabrzmiało w uszach Ławrientija Pawłowicza nieprzyjemnie i uznał je za niesprawiedliwe.
- Zaraz śmierdzące! Po co się obrzucać inwektywami? Jesteśmy dorosłymi ludźmi, zarządcami wielkiego kraju...
- Zamilcz – przerwał mu Chruszczow.
„Czyżbym popełnił błąd? Powiedziałem coś nie tak? Tylko w którym momencie?”
Prędko odwrócił głowę i zatopił wzrok w zamkniętych drzwiach.
Nikita chrząknął. Wyczuwał strach Berii i sprawiało mu to przyjemność. Chruszczow rozgniewał się przede wszystkim z tego powodu, że uświadomił sobie, jaki popełnił błąd, pozwalając Berii uczepić się rąbka nadziei, co sprawiło, że po dziesięciu minutach rozmowy skazaniec ośmielił się nazwać siebie zarządcą kraju. Zrozumiał, że nigdy, pod żadnym pozorem nie może wypuścić kogoś takiego na wolność ani darować mu życia. Na wolności z pewnością znalazłby sposób, aby się zemścić. Ten świat był dla nich dwóch zbyt mały.
To jednak wcale nie oznaczało, że nie należało wycisnąć z Ławrientija wszystkiego do ostatniej kropelki. Do tej chwili Beria składał zeznania jawnie przed sądem i miał możliwość, nawet w obliczu śmierci, zataić pewne istotne, a może nawet decydujące fakty dla istnienia ZSRR. Trzeba będzie to zmienić.
- Ławrientiju Pawłowiczu – powiedział – zostałeś skazany na śmierć, więc niczego ci nie mogę obiecać. Odkryto twoje wielkie zbrodnie wobec narodu i partii. Uważam jednak, że za wcześnie na egzekucję. Możesz jeszcze być nam przydatny.
Nikita Sergiejewicz zrobił pauzę, co wykorzystał Beria:
- Gotów jestem wypełnić każde partyjne zadanie.
- Nie wyrywaj się, przecież nie wyślemy cię z bombą na tyły wroga... Twoim zadaniem będzie pozostać w tym podziemiu.
- Po co?
- Żebyś przeprowadził ostateczną samokrytykę. Obecnie niewart jesteś nawet kuli.
- Jestem gotowy – pospiesznie zapewnił Beria.
- Chętnie bym się dowiedział – zaczął Chruszczow, łamiąc zasadę, że należy przemawiać jedynie w imieniu partii – jakie były związki pomiędzy niektórymi członkami Biura Politycznego i jaki przygotowywali spisek... Jeśli, naturalnie, rzeczywiście przygotowywali coś takiego.
- Kogo masz zwłaszcza na myśli, Nikito Sergiejewiczu?
- Zastanów się, kto mógł organizować coś takiego i powiedz partii całą prawdę. Jeśli w naszych szeregach są ludzie niewinni, nie powinno się na nich w żadnym wypadku rzucać oszczerstw. Interesują mnie wyłącznie obiektywne informacje. Jak wiesz, postanowiliśmy przywrócić leninowskie zasady funkcjonowania partii i społeczeństwa.
- Sam przy tym obstawałem...
- Zamilcz. Właśnie dlatego nie będziemy tolerować fałszywych donosów na wiernych synów i córki naszej partii. Za coś takiego będziemy karać z całą bezwzględnością, towarzyszu Beria.
Cóż za zastrzeżenie!
- Jeśli jednak znasz jakieś tajemnice ważne dla naszego państwa, będziesz musiał nam je wyjawić. Zrozumiano?
Chruszczow spojrzał w oczy Berii. Wyszło to niezbyt przekonująco: Nikicie nie udało się wprowadzić samego siebie w odpowiednio groźny nastrój.
- Jak to konkretnie... zrobimy? – zapytał Beria.
- Konkretnie usiądziesz i napiszesz. Nie to, co sami mogliśmy wyczytać w twoich papierzyskach, lecz dokładnie, po nazwiskach, nikogo nie oszczędzając. Jeśli wiesz także coś na mój temat, pisz, gadaj bez względu na wszystko, rozumiesz?
- Nie dają mi papieru.
Nie była to może najmądrzejsza odpowiedź, właściwie raczej głupia, ale Chruszczowowi się spodobała.
- Więc tak – powiedział – zostałeś rozstrzelany, Ławrientiju Pawłowiczu, zgodnie z wyrokiem sądu.
Spojrzał na zegarek.
- Pół godziny temu. Twego trupa, jak się zapewne domyślasz, rzuciliśmy psom na pożarcie.
- Coś niesłychanego! – wyrwało się mimowolnie Berii, jakkolwiek w tej sytuacji los, na jaki skazywano zwłoki nie odgrywał decydującej roli.
- Jesteś zadziwiającym człowiekiem, Ławrientiju – zauważył Chruszczow. – Masz może jakieś wymagania pod tym względem?
- Jestem Gruzinem, Nikito Sergiejewiczu. Dla nas, mieszkańców Kaukazu, poniewieranie martwego wroga to hańba dla jego zabójcy!
- Więc ty nigdy... niczego takiego nie zrobiłeś? Wszyscy twoi wrogowie zostali pochowani z honorami, przy dźwiękach orkiestry na Nowodiewiczym Cmentarzu?
„Jeszcze się przy tym uśmiecha! Dobiorę się do ciebie, gadzino!” Beria uciekł wzrokiem, aby nie zdradziło go spojrzenie. Teraz był już pewien: tybetańscy mędrcy go nie okłamali. Wyrwie się z tej matni i jeszcze pokaże temu nadętemu głupkowi!
- Milczysz? I dobrze robisz. Znalazł się: „mieszkaniec Kaukazu”! Na Kaukazie twoje imię będzie przeklęte na wieki!
- Kłamiesz! Jestem bohaterem narodowym Gruzji!
- Powiem ci więcej. Twoi Gruzini będą potrzebowali świętego proroka. Zrobią więc swoim prorokiem Stalina. Będą się do niego modlić, a jego ciało wyciągną z naszego Mauzoleum i u siebie w Gori będą wokół niego tańczyć jak derwisze!
- Derwisze są u muzułmanów...
- Wszyscy jesteście tacy sami.
- Jesteśmy chrześcijanami.
- Chrześcijanami? I to mówi leninowski bolszewik, internacjonalista?
Bardzo kusiło Ławrientija Pawłowicza, by przerwać owe bluźniercze, prowokacyjne wypowiedzi. Trzeba jednak trochę odcierpieć. Prawdziwie wielki człowiek tym właśnie odróżnia się od awanturnika politycznego, że potrafi cierpieć i czekać na właściwy moment, żeby uderzyć celnie i bezlitośnie. Tak nas nauczał sam wielki Stalin.
- Twoi Gruzini zrobią Stalina świętym – powtórzył Chruszczow. – Również po to, żeby twoje imię wdeptać w gówno. Tak najlepiej: znaleźć świętego i łajdaka do pary. Mówię ci.
- Jestem zmęczony – oznajmił Beria. – Nogi nie wytrzymują.
- Co począć – odparł z westchnieniem Nikita – jak widzisz, nie ma tutaj drugiego krzesła.
- Więc siądę na podłodze – oświadczył.
Było mu już wszystko jedno. Jest w końcu niemłodym człowiekiem, przepędził ostatnio wiele tygodni w oczekiwaniu strasznej, niesprawiedliwej śmierci. Popełniał życiowe błędy, za które go można potępić, ale dlaczego mają go tak męczyć?
- Otrzymasz papier i przybory do pisania – rzekł Chruszczow – i zaczniesz pracować. Zapiszesz wszystko, co skrywasz w swojej głowie. Będę zaznajamiał się z tym na bieżąco i może jeszcze zechcę z tobą porozmawiać. Przede wszystkim pamiętaj: umarłeś już dla całego świata, włączając w to naszą partię i członków Biura Politycznego. Nie ma cię. Jesteś garstką popiołu we wspólnej mogile. Nie zasługujesz na inny los, gdyż Ziemia dawno nie nosiła takiego jak ty zbrodniarza. W każdej chwili mogę przerwać to odroczenie i kazać cię zlikwidować.
- Więc po co mam pisać?
Beria przestąpił z nogi na nogę. Owładnęło nim otumanienie, jakie przydarzało się na egzaminach: wszystko mi jedno, tylko niech pan już kończy egzaminować, panie profesorze.
- Będziesz pisać dlatego, że dopóki to będziesz robił, wciąż będziesz miał nadzieję, że cię ułaskawię albo, że mnie utrącą drodzy towarzysze broni, dobrze o tym wiemy. Będziesz się spodziewał, pisząc, że uznam ciebie za sojusznika tajnego lub jawnego, jeśli przydasz się jako nieoczekiwany świadek na jakimś procesie. Rozumiesz?
- Ja także składałem obietnice tego rodzaju – zauważył Beria.
- Niczego ci nie obiecuję. A raczej mogę obiecać, że zostaniesz rozstrzelany, kiedy napiszesz ostatnie słowo. Nie próbuj jednak przeciągać tego w czasie. Być może dam ci tydzień, może miesiąc, a może... czas do Nowego Roku. Potem jednak każę cię rozstrzelać, bo na co komu człowiek już raz rozstrzelany, co?
Chruszczow zaśmiał się gromko i sztucznie. Nie wstawał ani nie dał żadnego znaku, zapewne więc pod blatem biurka był jakiś guzik, skoro w tej chwili zaskrzypiały drzwi i wszedł nieznajomy kapitan.
- Odprowadzić – rozkazał Chruszczow.
- Do widzenia, Nikito Sergiejewiczu – pożegnał się Beria.
Tamten nie odpowiedział i nie zaszczycił go spojrzeniem. Był to raczej niedobry znak. Najważniejsze jednak, że człowieka nie zabili, chociaż dawno mogli to zrobić.

Nowa cela znacznie różniła się od poprzedniej, jakkolwiek również nie było w niej okna. Pryczę okrywało prześcieradło, którego Beria dawno już nie widział. Była także powleczona poduszka. Przytaszczyli nie wiedzieć skąd kancelaryjne biurko, bez szuflad. Znajdowała się na nim ryza papieru do maszynopisania. Poprosił o liniowany papier i zaraz mu przyniesiono dwa grube zeszyty w niebieskich, ceratowych okładkach. Dostał też trzy ołówki. Kiedy się tępiły, można było poprosić o wymianę, lecz Ławrietnij starał się tak pracować, żeby wystarczały na jeden dzień.
Pracował cztery godziny dziennie. Oczywiście, nie znaczyło to, że pisał bez ustanku. Długo się namyślał, potem pisał jedną lub dwie linijki. Tworzył epistołę niczym poeta piszący epicki poemat: wymyślający rymy, trzymając się rytmu, by nie naruszyć harmonii dzieła.
Pomimo tego jednak, że pośpiech nie leżał w planach Ławrientija Pawłowicza, który powinien był kroczyć właściwym torem, sporządzić kompromitujące materiały na temat kolegów z Biura Politycznego, lecz należało zrobić to tak, żeby oskarżenia brzmiały poważnie i natychmiast go nie pogrążyły, gdyby nagle okazało się, że Chruszczow upadł i w drzwiach celi stanął Georgij Maksymilianowicz Malenkow.
Ławrientij Pawłowicz uznał, że Chruszczow jednak go nie usunie. Z czasem będzie coraz bardziej potrzebny nowemu przywódcy: w walce o władzę będzie zmuszony opierać się na informacjach zawartych w głowie byłego szefa Bezpieki. Tak staną się sojusznikami.
Główny problem tkwił w tym, że tworząc teczki na Malenkowa i Mołotowa, głównych przeciwników, Beria nie wiedział, co dzieje się na zewnątrz. Nie dostarczali mu gazet, nie było tu także radia. Próby podpytywania strażników nie prowadziły do niczego. Strzegli go nadal wojskowi, jednak inni, niż poprzedni, podlegający Moskalence i Żukowowi. Beria w żaden sposób nie mógł dojść, kto jest ich szefem. Wiedział dobrze, że armia, podobnie jak partia, dzieli się na wrogie wobec siebie klany. Doskonale to pojmował, że na procesie Tuchaczewskiego i Gamarnika, Stalin rozprawił się z nimi rękami Bluchera i Jegorowa, po to, żeby wkrótce potem na kolejnej rozprawie tych ostatnich osądziło nowe pokolenie marszałków.
Jak by na to nie spojrzeć, Beria mógł więc stawiać wyłącznie na Chruszczowa. Jego obecność odczuwał bez przerwy. Odbierana codziennie nowa porcja zeznań, wracała po jakimś czasie z notatkami na marginesach, sporządzanymi bez wątpienia przez Nikitę. Charakterystyczne były niektóre jego wyrażenia, nie zawsze gramatyczne, za to emocjonalne. Świadczyło to wyraźnie, że nadal utrzymuje się przy władzy, inaczej nie byłyby mu potrzebne donosy przeciwko rywalom. Z tego wnosił, ku czemu zmierza Chruszczow i czego jeszcze będzie potrzebował.
Początkowo sekretarz życzył sobie, żeby zeznania głównie obciążały Malenkowa. Nie obchodziły go jednak wypowiedzi tegoż przeciwko Wodzowi, partii, czy też towarzyszowi Nikicie. Należało wykazać, że był on szefem szajki szpiegowskiej, miał ścisłe związki z USA i przede wszystkim z Izraelem, które to związki były śmiertelnie niebezpieczne jeszcze za czasów Josifa Wissarionowicza, gdy rozpoczął się proces lekarzy.
Tak więc, sądząc po obliczeniach Ławrientija Pawłowicza, który nie miał żadnego kalendarzyka, mniej więcej na początku grudnia, okazało się konieczne włączyć do spisku również Woroszyłowa, który najwidoczniej czymś się naraził. Okazało się także, że głównym wodzem podejrzanych cudzoziemców w Moskwie stał się tymczasem Kaganowicz, więc trzeba było go dołączyć do raportu.
Ławrientij Pawłowicz zażądał kobiety. Nie musiała być najpiękniejsza, ale brak stosunków z płcią przeciwną wywoływał poważne zmiany w jego organizmie, przywykłym do łóżkowych uciech. Stwierdził, ze bez tego nie jest już w stanie rozumować logicznie i traci powoli pamięć. Pragnąc, by jego życzenie dotarło do Nikity, Beria wpisał je w postaci osobnego akapitu w zeznania na temat zbrodni Kaganowicza.
Papier powrócił do niego następnego dnia. Na marginesie owego akapitu pojawił się mocno nieprzyzwoity komentarz. Ogólnie odpowiedź w ordynarnej, prześmiewczej formie odnosiła się do charakteru narodowego Gruzinów. Rozzłoszczony Ławrientij przysiągł sobie, że gdy wyjdzie na wolność, wsadzi tego Chruszczowa do klatki i w pierwszym rzędzie każe go wykastrować, a później dopilnuje, żeby cały naród dowiedział się o tym niedostatku poczciwego Nikity Sergiejewicza.
Skoro jednak Chruszczow tak stanowczo odmówił przysłania kobiety, Beria się nieco zatrwożył. Oczywiście nadal pocieszał się wiarą w moc tybetańskich astrologów, tylko że oni byli daleko, a lufa pistoletu blisko. Skoro nowy przywódca uzna, że Ławrientij przestał być mu przydatny, nie zawaha się wydać rozkazu. Więzień miał zatem nadzieję na prawdziwy spisek przeciwko sekretarzowi. Oczekiwał tego, trzęsąc się ze strachu. Wszystko zależało od tego, kto następny dorwie się do władzy. Jeśli będą to ci, których Beria pominął w swoich zapiskach, ma szansę pozostać wśród żywych, gdyby jednak zwyciężył Malenkow lub co gorsza Kaganowicz, wtedy wszystko stracone.
Lepiej już, żeby Chruszczow umocnił swój tron. Beria mógł tego domniemywać wyłącznie po jego notatkach na marginesach, zdradzających zainteresowanie tym lub innym przeciwnikiem. Nadszedł jednak dzień, kiedy widocznie poczuł się na tyle mocny, iż uznał za niepotrzebne kolejne wynurzenia swojego więźnia. Kiedy skazaniec przekazał zwykłą porcję zeznań, lecz nie otrzymał następnego dnia ołówków ani zeszytu.
Stało się to całkiem zwyczajnie. Obudziło go głośne szczęknięcie rygli. Obecnie przebywał w celi samotnie, bez obserwatora, widocznie nie obawiali się, że sobie coś zrobi. Nawet zwrócili mu okulary, chociaż przestępca może stłuc szkła i podciąć sobie żyły – takie przypadki znane były odpowiednim służbom.
Do celi wszedł kapitan, którego Beria nazywał w myślach: Kola, chociaż nie znał jego prawdziwego imienia. Kola był lepszy od Iwana, gdyż czasami rozmawiał. I tym razem powiedział:
- Dzień dobry. Proszę wstać.
Postawił na biurku tacę, na której znajdowały się kawałek chleba, miseczka pełna kaszy i kubek herbaty. Na kromce leżały dwie kostki cukru.
Nie ruszając się, Beria zapytał:
- Którego dzisiaj?
- Naprawdę pan nie wie?
Wyczuł w tonie kapitana prawdziwie ludzkie współczucie. Jaki to może być dzień? Ustanowienia Stalinowskiej Konstytucji? Nie, już był. Więc może Urodziny Wodza? Pewnie tak, dzień urodzin Stalina.
- Dzień urodzin Josifa Wissarionowicza? – zasugerował.
Teraz wszystko zależało od tego, jak zareaguje kapitan. A może to swój człowiek?
- Co pan opowiada?
Kapitan skrzywił się, jakby odpowiedź więźnia była mu niemiła.
- Przepraszam, jeśli powiedziałem coś nie tak.
Beria wyczuł błagalne nutki we własnym głosie. Niedobrze.
- Jutro Nowy Rok – wyjaśnił oficer. – Dzisiaj trzydziesty pierwszy grudnia. Od jutra będziemy mieli rok pięćdziesiąty czwarty.
Zostawił tacę i ruszył w stronę drzwi. Beria usiadł na pryczy. Coś się nie zgadzało.
- Stój – powiedział. – Mówiłem wczoraj, że skończyły mi się ołówki i papier. Słyszysz? Nie mogę pracować, bo nie mam na czym.
- Wiem – odparł oficer. – Zgłaszałem to już.
- I co się stało?
- Powiedzieli, że papier nie jest już potrzebny. Swoje już napisaliście.
Beria starał się znaleźć odpowiednie słowa, by nakłonić kapitana do ponownej próby. Skoro nie dają mu więcej papieru, na pewno go zabiją. Tymczasem oficer wyszedł i zamknął drzwi.
Ławrientij rzucił się w stronę kibla. Już wcześniej miewał kłopoty z jelitami, ale tego ranka nastąpiła prawdziwa katastrofa. Siedział na klozecie, nie mając siły wstać, by zastukać w drzwi i wezwać naczelnika. Uświadomić mu, ze zaszła pomyłka. Tamten go wysłucha, zrozumie i potwierdzi, że to pomyłka.
Nie był w stanie jeść śniadania. Łyknął tylko trochę herbaty.
Próbował wziąć się w garść i zacząć logicznie myśleć. Ginie ten, kto ulega panice. Tak przemawiał do siebie, lecz słuchał go tylko maleńki zakątek mózgu. Reszta wymyślała za niego diabli wiedzą co. Łudził się nadzieją ratunku: być może, na przykład, trzydziestego pierwszego grudnia w więzieniu się nie pracuje i mają wolny dzień. Na pewno tak jest. Głupcze, odpowiadała trzeźwiejsza cząstka mózgu. Nie wolno ci wiedzieć, jaki jest dzisiaj dzień. Kapitan okazał ci tylko współczucie. Przecież pracowałeś od listopada? Pracowałeś i dawali ci papier...
Zastukał do drzwi, ale niezbyt głośno. Otworzył się judasz.
- Przepraszam – powiedział Ławrientij Pawłowicz – nie dostałem papieru.
- Czekać – odparł beznamiętny głos, w którym jednak nie było odmowy.
Czekał więc długo, może dwie albo trzy godziny. Liczył w duchu sekundy, ale nie potrafił liczyć spokojnie: chwilami zbytnio się spieszył, chwilami zanadto zwalniał.
- Wkrótce przyniosą – powiedział głośno do siebie.
Nikt go nie słyszał. Został sam na świecie, na całej Ziemi, reszta wymarła. Nie mogąc dłużej tego znieść, ponownie rzucił się ku drzwiom, a wtedy otwarły się przed nim. Wszedł zupełnie inny kapitan wraz z pułkownikiem, miejscowym naczelnikiem, którego w ciągu ostatnich tygodni Beria widywał rzadko i dotychczas z nim nie rozmawiał.
- Oddajcie okulary – rozkazał tenże – pasek i buty.
- Dlaczego? Nie zrobiłem niczego złego.
- Więzień numer sześćset dwadzieścia pięć, wykonajcie polecenie i nie zmuszajcie mnie do posłużenia się przemocą fizyczną.
Beria posłusznie oddał okulary i wyszarpnął pasek ze spodni.
- Jak mam iść bez butów? – zapytał grzecznie.
- To niedaleko – oznajmił pułkownik.
- Dokąd pójdziemy?
- Powiedzą – odparł pułkownik i nakazał drugiemu oficerowi zabrać nietknięte śniadanie.
Kiedy drzwi się znowu zamknęły, a on został bez okularów i butów – natychmiast zmarzły mu nogi, więc je podwinął pod siebie – ogarnęło go całkowite odrętwienie. Przeklęci mędrcy tybetańscy... Ależ mnie podszedłeś, Nikito! Przecież od samego początku mogłem sobie wyobrazić, że im więcej napiszę, tym szybciej mnie potem załatwi. Wiedziałem to, lecz miałem nadzieję, że tak się nie stanie. Taka jest ludzka natura...
Okręcił się kocem i siedział skurczony, chwilami lekko drżąc, momentami zapadając w zbawczą drzemkę, która jednak rwała się wciąż niczym cienka gaza. Nie wiedział, ile czasu minęło i czy czas ciągle płynie. Potem przyszedł znajomy kapitan, Kola, który przyniósł zupę i chleb oraz kubek herbaty.
- Obiad? – zapytał Beria.
- Właściwie kolacja. – W głosie kapitana nie było okrucieństwa. – Kończę zmianę, a wy pójdziecie spać.
- Wątpię, czy zasnę jak zwykle.
- Mnóstwo czasu do rana. Można od tego zwariować – stwierdził kapitan.
- Chciałbym.
- Niepotrzebnie... trzeba się trzymać.
- Ile jeszcze do Nowego Roku? – zapytał Beria.
- Myślę, że zdążę dojechać do domu. Spieszę się na tramwaj.
Beria pomyślał w tej chwili: zaduszę go, przebiorę się w mundur i pojadę zamiast niego do domu... Być może nawet wykonał jakiś podejrzany ruch, gdyż oficer cofnął się ku drzwiom ze strachem w oczach.
- Co z wami? – zapytał z bezpiecznej drzwiowej wnęki.
- Powiedz, która teraz godzina – poprosił więzień.
Kapitan spojrzał na zegarek.
- Dwudziesta pierwsza dwadzieścia – oznajmił.
- A kiedy... po mnie przyjdą?
- Punktualnie o piątej, jeśli nie zaśpią. Wie pan, mamy tutaj porządek.
- Przy mnie to był porządek – stwierdził twardo Ławrientij Pawłowicz . – Idź już.
- Do siego roku – powiedział oficer.
Beria nie odpowiedział. Siedział z podwiniętymi nogami na pryczy i już go nie słyszał. Kapitan wyszedł, a więzień zatopił się w myślach. Zastanawiał się, jak ma powstrzymać śmierć. Przecież nie może umrzeć. Wiedział bardzo dużo o śmierci, gdyż widział niejedną – to nie dla niego. Siedział nieruchomo.
Pułkownik, który zgodnie z rozkazem wyższej władzy nie mógł świętować Nowego Roku, za co nienawidził skazańca, popijał w gabinecie ze swoim zastępcą. Parę razy wstawał i zaglądał do celi Berii przez judasza. Więzień wciąż siedział bez ruchu, z zamkniętymi oczami, jak medytujący jogin. Może się modlił? Pułkownik wrócił do siebie.
Wtedy Ławrietnij zrozumiał: nie zostanie tu z nimi. Nie przejdzie wraz z tamtymi do następnego roku, jutro go tutaj nie będzie. Ucieknie. Nie wiedział w jaki sposób, lecz najważniejsze wydawało się nie przegapić chwili nadejścia Nowego Roku, jedyny moment, kiedy można wyrwać się z tej egzystencji. Jego słuch nabrał niewiarygodnej siły i ostrości. Odróżniał nawet głos radiowego spikera, usłyszał zegar wybijający północ...
Nie zabiją mnie...

Pułkownikowi przyszła do głowy niedorzeczna, a może jednak sensowna myśl, kiedy wspólnie z zastępcą wznieśli kieliszki na zdrowie, za swoich krewnych i kraj. Napełnił wódką kieliszek i powiedział:
- Może mu zniesiemy?
- Oj, ryzykowne to, Timofiejewicz - odparł zastępca.
- Pójdziesz ze mną?
- Nie, nigdzie z tobą nie pójdę. I nie chcę wiedzieć, dokąd idziesz z tym kieliszkiem.
- Zajmij się swymi partyjnymi sprawami – rzekł pułkownik.
Położył na wierzch szklaneczki kawałek tłustego boczku i poszedł korytarzem w stronę jedynej zajętej celi na tym piętrze. Przy drzwiach siedział w kucki sierżant ze straży wewnętrznej. Zerwał się na widok oficera.
- Siedź – powiedział pułkownik. – Przyszedłem cię zmienić. Wkrótce ranek i przywiozą wykonawcę wyroku.
Sierżant słuchał w milczeniu.
- Zajrzyj do środka – rozkazał pułkownik.
Sierżant zajrzał przez judasza, potem się rozprostował i oświadczył:
- Cały czas tam było cicho, zaglądałem akurat przed biciem kurantów...
- Co jest... twoja mać?!
Pułkownik od razu pojął, że stało się coś strasznego.
Sierżant odsunął rygiel i pułkownik wpadł do środka. Cela była pusta. Oficer cisnął kieliszek na podłogę, rozbił w drobny mak i w tej samej chwili tego pożałował. Lepiej było się napić. Jak mówiono, właśnie to uchroniło go później przed rozstrzelaniem, gdyż nie stwierdzono, aby był pijany. Cela ziała pustką. Beria nie miał którędy wyjść, a jednak stąd wyszedł. Prawdziwa zagadka.

I tak zamierzali rozstrzelać go o świcie pierwszego stycznia 1954 roku, co zresztą ogłosili kilka miesięcy wcześniej.
Nikt nie próbował tego wyjaśnić.
Kiedy odsyłają u nas w nicość działacza politycznego, przyjęte jest szybko o nim zapomnieć. Poproście o wyliczenie naszych prezydentów – nawet nie chłopaka z ulicy, ale uczonego doktora? Czy wielu z nich wymieni Szwernika lub Podgornego? Tydzień po odejściu w odstawkę nikt już nie pamiętał ich twarzy, choć jeszcze tak niedawno cieszyli się ogromnymi portretami podczas uroczystych demonstracji.
Zwłaszcza, gdy kogoś rozstrzelali, zapomnieć o nim było sprawą honoru, dzielności i bohaterstwa. I oczywiście instynktu samozachowawczego.
Kim był Beria? Nie słyszałem takiego dziwnego nazwiska! Jeden z tych awanturników, co zaprzedali się carskiej Ochranie albo niemieckiemu wywiadowi? Myśmy nikomu się nie sprzedawali, nas nikt nie zdołał kupić!
Beria zniknął z celi i zniknął całkiem. Równie dobrze mógł zniknąć w jakimkolwiek innym miejscu.
Jeden tylko człowiek niepokoił się owym faktem jakiś czas, a był nim Chruszczow. Wiedział, że Beria nie został rozstrzelany. Obawiał się, że Ławrientij Pawłowicz pojawi się nagle w jakimś zupełnie niespodziewanym miejscu. Później jednak, gdy przeszło kilka lat, przestał się bać. Zapomniał o tym człowieku i jego dziwnym losie.
Zdarzyło mi się kiedyś znaleźć w domu, gdzie zachowało się kilka teczek i pudeł z resztkami „sprawy Berii”. Były tam stosy kopert z fotografiami partnerek seksualnych Ławrientija Pawłowicza, z zapiskami pułkownika Sarkisowa na odwrocie, w jakich okolicznościach i ile razy dana obywatelka wstąpiła w przelotny związek z obywatelem Berią. Leżą tam również rozerwane paczuszki papierosów „Północ”. Na niezadrukowanej stronie znajdują się zapiski uwięzionego, skierowane do prokuratora Rudenki, z prośbą o interwencję i wymierzenie sprawiedliwości. Dużo jest także fotografii rodzinnych, choćby Ławrientij z żoną i towarzyszem Szarijem na plaży. Całe paczki telegramów, dokumentów, dyplomów. Przedziwny zbiór rozmaitych rzeczy, niewartych umieszczenia w więziennym archiwum, chociaż zdarzały się także niekiedy pisma dosyć istotne. Na przykład list do Kobułowa, by następnego ranka rozstrzelać następujących obywateli...



Dodano: 2007-11-09 14:43:10
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"


 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Galapagos"


 Adeyemi, Tomi - "Dzieci krwi i kości" i "Dzieci prawdy i zemsty"

 Wilhelm, Kate - "Gdzie dawniej śpiewał ptak"

 Collins, Suzanne - "Ballada ptaków i węży"

 Bradbury, Ray - "Green Town"

 Taylor, Dennis E. - "Gdyż jest nas wielu"

 Butcher, Jim - "Opowieść o duchach"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

Fragmenty

 Elison, Meg - "Księga Bezimiennej Akuszerki"

 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Zamiatin, Jewgienij - "My"

 Urbanowicz, Artur - "Paradoks"

 Sykes, Sam - "Siedem czarnych mieczy"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i lato z diabłem"

 Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS