NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Tidhar, Lavie - "Stacja centralna"

Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

Ukazały się

Crouch, Blake - "Mroczna materia" (wyd. 2)


 Tidhar, Lavie - "Stacja centralna"

 Larson, B.V. - "Podbój"

 Lem, Stanisław - "Astronauci" (WL)

 King, Stephen - "Roland" (filmowa)

 Riordan, Rick - "Tajne akta Obozu Herosów"

 Mróz, Remigiusz - "Czarna Madonna"

 Hardinge, Frances - "Drzewo Kłamstw"

Linki


Czarowniki - rozdział IX, czyli ostatni

OPOWIEŚCI ZE ŚWIATA CZAROWNIKÓW

Rozdział IX: Pierwszy, Drugi, Trzeci
O tym, że trzeba się cieszyć krótkim życiem,
nawet goszcząc u kanibali na mocno spóźnionym obiedzie.

Pierwszy siedział na parapecie okna wpatrzony w zasnute chmurami niebo. Niebo, które przypominało mu do złudzenia to widziane nad polem bitwy dawno temu. Wtedy dla postronnego obserwatora wyglądało to na niemiecki atak gazowy. Początkowo mistrz myślał tymi samymi kategoriami, lecz skoordynowane i inteligentne ruchy mrocznej chmury naprowadziły go na właściwy trop i pomogły uniknąć straszliwego losu. Losu gorszego niż śmierć, dlatego śmierć nie była aż tak straszliwą drogą ucieczki. Wieki temu ujawniając największe tajniki magii w "Zielonym Grimmuarze" naraził się na gniew pierwotnych mocy ciemności i światła, które w chwili złości wysłały mrocznego Demona, aby zgładził niewygodnego maga. Przy pierwszej, wcześniejszej próbie też udało mu się uciec w ostatniej chwili. Nie mając zbyt wielu dróg ucieczki, za każdym razem czarownik przenosił się w Przestrzeń Niebytu. Była to prawie śmierć, przedsionek innego świata. Przy pomocy zaklęcia udawał się więc do sfery niczyjej będącej pomiędzy światem żywych i umarłych. Zawsze bez pewności rychłego powrotu, ale jedno było pewne: żaden duch nie zapuszczał się w ten skrawek wszechświata. Aby z niego wrócić do świata rzeczywistego potrzebne były potężne czary co najmniej dwóch średnio zaawansowanych magów. Ostatnim razem miał szczęście - na arenie pojawili się Drugi i Trzeci. Po wielu perypetiach udało im się co prawda ściągnąć Pierwszego do nowego, całkiem miłego świata, ale Demon wiedział, że kiedyś nadejdzie odpowiedni czas i znajdzie się odpowiednie miejsce. Całe szczęście, że mistrz już wiedział, jakim to sposobem Demon Mroku odnajduje go w czasoprzestrzeni. Każdy rzucony czar w świecie żywych jest odczuwalny w innych światach, także w świecie duchów, w ten lub w inny sposób, lecz są czary, które może rzucić tylko Pierwszy i to one zdradzały czas i miejsce pobytu wielkiego maga. Tak, czary Zielonego Kręgu mógł rzucać obecnie tylko on! Dlatego unikał ich jak tylko mógł. Demon Mroku ciągle czuwał i czekał na swój znak.

* * * * *

Śpiący w fotelu czarnoksiężnik nie zauważył nawet, jak do pokoju przez otwarte okno wleciał niewielki, szary wróbel. Ptaszyna zatoczył kółko nad śpiącym, po czym usiadła na podłodze. W jednej chwili mały ptaszek począł rosnąć w oczach. Z bezkształtnej masy piór wyłoniła się ubrana na czarno piękna brunetka z czerwonymi haftami na koszuli. Srebrny diadem lśnił nad jej cudownymi, żółtymi oczami...
- Hej, Boss! Pobudka! Mam delikatną sprawę. - Lynn nachyliła się nad Pierwszym. Jego oczy otworzyły się powoli i spoczęły na dwóch nadzwyczaj rozwiniętych punktach zaczepienia.
- Dziewięćdziesiąt, sześćdziesiąt, dziewięćdziesiąt! – mamrotał swoje ulubione, magiczne cyfry. - Dosyć tego estetyzmu. O co tym razem biega?
- O forsę.
- Chcesz haraczu? - zdziwił się szef.
- Nie błaznuj! – upomniała go dziewczyna. - Hrabina Charlotte chcę się pozbyć swojego majątku!
- O rety! Poślij do niej Grubcia ze stosownym testamentem. Może nam tę flotę zapisać w spadku. - Pierwszy znowu przymknął oczy i ułożył się wygodnie w fotelu prezesa do dalszej drzemki.
- Tylko nie Grubcio! To jeden z warunków hrabiny! – zasyczała czarownica. A to oznaczało, że sprawa jest tajna i najwyższej wagi.
- Dobra. Forsa się przyda na spłacenie kredytu... – mruknął mistrz i ruszył cielsko ze swojego ulubionego fotela. - Przepraszam, o seksowna: ile mówiłaś?
- Jedynie... połowę majątku.
- O święty Samaelu! - mistrz podskoczył z wrażenia. - Za to moglibyśmy kupić ten cały cholerny biurowiec i Seszele!
- No właśnie. – przytaknęła. - Zawsze marzyłam o własnym archipelagu wypoczynkowym.
- Dobra, streszczaj, czego ona chce! - Pierwszy był najwyraźniej bardzo zainteresowany.
Tyle forsy nie przechodziło koło nosa dwa razy w tysiącleciu, więc należało to wykorzystać.
- Hrabina Le Blanc jest już bardzo stara. – przypomniała właścicielka bajecznych rozmiarów. - Nie ma dziedzica, krewnych i tym podobnych sępów czyhających na jej fortunę, poza nami.
- Ale mu nie czyhamy na jej fortunę... – zaperzył się mag.
- Niech ci będzie. Tak po krótce - babsko jest poważnie zauroczone, tylko jej problem polega na tym, że nikt nie chciałby starej baby. Ona chce młodości...
Nastała niezręczna cisza przeszywana co jakiś czas wyczekującym spojrzeniem spod burzy czarnych włosów.
- To bardzo trudny czar! - Pierwszy się zamyślił. - Czy ona wie, ile to trudności? A jak później zapłaci? Nikt nie uwierzy w cudownie odmłodzoną arystokratkę! Ani policja, ani tym bardziej Urząd Spadkowy.
- To już jest załatwione. - Lynn uśmiechnęła się szatańsko obnażając śnieżnobiałe zęby.
- A niby jak?
- Hrabina ma wnuczkę...
- Bzdura, ta stara jędza nie ma nawet dzieci! – Pierwszy machnął ręką.
- Ale od wczoraj ma wnuczkę! Charlotte - Etienne Boulangerie. Oczywiście tylko na nośniku kartoteki, ale ma. Nikt się nie zdziwi, jeśli nagle pojawi się w rzeczywistości... Dotarło?
Pierwszy przełknął głośno ślinę, choć nadal nie bardzo dowierzał.
- Niech zgadnę - to się nazywa magia pieniądza i nieprzekupność z natury nieprzekupnych operatorów kartoteki. - wypalił w ciemno, choć było to nazbyt oczywiste.
Pozostawała tylko kwestia – ile to kosztowało?
- Rzekłeś panie. – odparła czarownica z rozbrajającym uśmiechem. - A teraz przestań mnie rozbierać w myślach i pomyśl nad tym, jak tu zgarnąć tą forsę.
- Co do jednego masz rację: pomyślałem o tobie... – mówiąc to czarownik nawet się nie zarumienił.
- To znaczy?
- Taki numer nie jest możliwy dla zwykłego śmiertelnika. – odpalił. – Musiał w tym maczać palce ktoś ze służb federalnych.
Czarownica zrobiła tajemniczą minę i zatrzepotała rzęsami.
- Nie wiem, o czym pan mówi! A co z tym czarem? Możliwy?
- To ściągnie Demona Mroku. – zauważył mistrz pomny ostatniej, karkołomnej walki o życie w okopach wielkiej wojny. - Taki czar mogę wykonać tylko ja.
- Dlatego musisz to dogłębnie przemyśleć. - Lynn wstała i podeszła do nowiuteńkiego dystrybutora kawy.- Napijesz się?
- Nie dzięki. – odparł uprzejmie mag. - Nie ma o czym myśleć. Mogę znowu uciec w niebyt, tym bardziej, że teraz ma mnie kto ściągnąć z powrotem. Oni mają już to przećwiczone! Tak, czy siak, wchodzimy w to! - i z myślą o bardzo spokojnej i nie tak odległej emeryturze Pierwszy po raz ostatni zapadł w błogą drzemkę w godzinach pracy.

* * * * *

Dla pewności spisał stosowne zaklęcia i rytuały. W czarnej szkatule ze srebrnymi okuciami przygotował zestaw ofiarnych mikstur i artefaktów. Nieco później, dokładnie z początkiem godziny Merkurego, czar został rzucony. W świecie duchów przetoczył się niczym świetlista łuna siejąc tu i ówdzie niepokój. Demon Mroku ocknął się z wieloletniego oczekiwania. Czujnym spojrzeniem prześledził tor łuny i kierunki rozchodzenia się niepokoju. Już po chwili wiedział gdzie i kiedy. Ruszył powoli wykonać wyznaczone zadanie. Tymczasem w pałacu hrabiny z łóżka wstała piękna, dwudziestoletnia blondynka o twarzy aniołka. Odrzuciła bezużyteczną już laskę i zdziwiona swoim nowym, choć dawno nie oglądanym obliczem w wielkim, kryształowym lustrze, zaczęła tańczyć w przestronnym pokoju. Dźwięczny śpiew rozchodził się daleko poza pałacyk, gdzie nad horyzontem materializowały się ciemne kłęby czarnej chmury.

* * * * *

- Dobra - rzekł spokojnie Pierwszy wręczając dziewczynie czarną szkatułkę. - Jak chłopaki wrócą z delegacji, powiesz im co, a jak to oni już wiedzą.
- Tak, wiem. - przytaknęła Lynn. - Znam to już na pamięć!
- Spójrz za okno. - mistrz wyrysował w powietrzu kilka świetlistych znaków. - Ta cholera już mnie namierzyła!
- Ile masz czasu?
- Kilka minut. – mruknął mag i zapalił poświęcone świece stojące po bokach niewielkiego ołtarzyka.
Za oknem niebo nagle poszarzało. Po chwili ciemna chmura nadciągnęła nad biurowiec, gdzie mieściła się Spółdzielnia Czarownicza. Powoli mrok opadał na budynek spowijając go szczelną kurtyną.
- Jestem gotów. - Pierwszy uśmiechnął się do dziewczyny. – Do zobaczenia przy najbliższej pełni księżyca!
Odkorkował niewielką buteleczkę i wypił magiczny płyn. W tym momencie jego ciało spowiło tysiąc malutkich ogników. Wszystko poczęło się kurczyć, aż płonąca postać zmalała do rozmiaru iskierki i zniknęła. Za oknem ciemna nawałnica zaczęła wyć rozczarowana nieudanym polowaniem. Rozpętała się istna burza, która urwała się równie nagle, jak się rozpoczęła. Lynn opadła ciężko na fotel. Za tydzień wszystko wróci do normalności. Pierwszy był teraz wszędzie i nigdzie, a przywołać go z niebytu do realnego świata mogli tylko inni, potężni magowie.

* * * * *

Czarownik w wymiętym płaszczu miotał się wściekły po niewielkim pomieszczeniu biurowym. Przemierzył go już może z tysiąc razy, ale to nie ukoiło wcale jego nerwów.
- Cholera jasna! - wrzasnął Drugi - Nie można was zostawić samych! I pomyśleć, dorośli ludzie! A gdzie odpowiedzialność?
- Nawet mnie nie wkurzaj! – srebrny diadem na czole czarownicy rozbłysnął niebieskawym blaskiem. - To chyba wasze największe i najlepiej płatne zlecenie od czasu wydania za mąż księżniczki Roksany!
Siedzący obok pulchny jegomość parsknął śmiechem na samo wspomnienie pieczystego opatrzonego herbem księcia, jednak szybko urwał pod piorunującym spojrzeniem wiceprezesa spółki. Nic nie mówiąc powrócił do konsumpcji swojego przysmaku.
Lynn była bardziej wściekła niż czarownik, ale jej złość wcale nie wynikała ze zniknięcia mistrza zboru.
- Grubciu, jaka jest twoja opinia? – zapytała.
- A czy personel wykonawczy ma coś do gadania? – rzucił otyły czarownik. - Taka była decyzja szefa i jego ryzyko. Myślę, że się opłaciło...
- Zamilcz, robolu! - skarcił go Drugi i pogroził palcem.
- Sama widzisz! - usprawiedliwił się Trzeci oblizując palce po anchois z bitą śmietaną i kremem z trufli, które akurat spałaszował.
- Rangą przewyższa was obu tylko mistrz. – zachęcała dziewczyna, która potrzebowała wsparcia na placu boju.
- W porządku. – mruknął Trzeci. - Mamy jeszcze sześć dni do ponownego sprowadzenia szefuńcia. Wszyscy jesteśmy przemęczeni, a musimy nabrać sił, bo przed nami trudne zadanie... Co powiecie na krótki urlop?
- Grubcio, przyznaj się: ty coś kręcisz. – vice popatrzył podejrzliwie na przyjaciela.
- Oj, kręci. - uśmiechnęła się Lynn. - Z wnuczką hrabiny Le Blanc. Dopiero ją poznał i popatrz na niego – w porównaniu z nim ciepłe kluchy są stabilne jak tona ołowiu!
- A ty skąd wiesz? - Trzeci zrobił przysłowiowego "karpia".
Lynn uśmiechnęła się tajemniczo.
- Nie zapominaj, że jestem czarownicą. Albo jak wolisz – kobieca intuicja.
Drugi otworzył okno na oścież.
- A leć w cholerę! - pomachał rękami naśladując lot ptaka. - Masz trzy dni urlopu zdrowotnego. Może przez ten czas ci przejdzie.
- Ale ja nie jestem chory! - naburmuszył się Trzeci.
- Tak ci się tylko wydaje, Wasza Obszerność! – odparł mag. - Miłość to straszna choroba: atakuje znienacka, rani serce, dziurawi kieszeń i wychodzi bokiem! To chyba najgorsza broń pod słońcem!
- Przyganiał kocioł, itede! - Trzeci począł obrastać piórami.
- Gdzie cię szukać w razie czego? - zapytała Lynn siedzącego na parapecie czarnego kruka.
- Lecę z młodą Charlottą na Seszele. – zaskrzeczało ptaszysko. - Zobaczę, czy warto je kupić.
Dziewczyna roześmiała się serdecznie. Grubcio swoim poczuciem humoru potrafił jednak załagodzić każdą nerwową sytuację.
- To się pośpiesz! Samolot masz za pół godziny!
- Tak, już spadam.- dał krok do przodu i runą wzdłuż fasady budynku.
Trzeci spadał. Cale szczęście, tylko dwanaście pięter. Na wysokości pierwszej kondygnacji jakimś cudem wyrównał lot i poszybował wzdłuż Vistula Street w kierunku portu lotniczego. Po kilku minutach nie było go już widać.
- Ten to się nigdy nie nauczy! - skomentował widowisko stojący przed swoją ciastkarnią znany w mieście cukiernik, monsieur Clickle, spoglądając na oddalający się wybitnie ciężkim lotem czarny cień na niebie.

* * * * *

Minęła dziesiąta. Powoli i majestatycznie czerwona kula słońca chyliła się ku horyzontowi. Portier biurowca jak zwykle oglądał operę mydlana z cyklu "Rodzina Smith'ów". Co jakiś czas dzwonek windy obwieszczał kolejnego pracownika jednej ze stu czterdziestu ośmiu firm spółdzielni usługowej, który śpieszył do domu na spóźniony lunch. Portier był tak zaabsorbowany żywiołowym brakiem akcji filmu, że nie zauważył nawet dwojga młodych, czarno odzianych ludzi, którzy wysiedli z windy i nie mieli zamiaru zdać klucza w recepcji.
- Patrz, równie dobrze mógłby oglądać puste akwarium. - skomentował Drugi zafascynowany widokiem staruszka pogrążonego w hipnotycznym transie przed malutkim holowizorem..
- Taaak. - machinalnie potwierdził portier. - Co proszę?
- Dobranoc, Herr Knappke! - z uśmiechem skłoniła się Lynn.
Portier odwzajemnił uśmiech i powrócił do medytacji nad brakiem sensu w oglądanym przez siebie obrazie.
Czarowna para wyszła przed biurowiec żartując na temat bzdurnego serialu. Z naprzeciwka w ich stronę podążało dwóch cyklistów na gravibike'ach, gładko sunących nad podziurawioną ulicą. Nic dziwnego, ten nowomodny wynalazek ostatnio zrobił istną furorę wśród młodzieży, więc dwóch młodzieńców w czarnych kaskach nie było niczym osobliwym na ulicach New Warsaw City. Ale obaj mieli w rękach miotacze termiczne, a to już było co najmniej dziwne. Drugi też je dostrzegł i złapał Lynn za ramię.
- Uważaj! - wrzasnął i pchnął mocno dziewczynę na ziemię.
Strumień termiczny przeznaczony dla dziewczyny trafił go prosto w pierś. Katem oka czarownica zauważyła, że tuż nad nimi prześlizgnęły się oba pojazdy. Zanim jednak zdołały wyhamować i zawrócić, Lynn już stała na nogach z rozłożonymi szeroko ramionami. Z jej diademu wypełzła mała kula ognia, która nabierała rozpędu i rozmiaru. Gdy dopadła pierwszego cyklistę, ten akurat próbował zakręcić. Z przerażeniem obserwował nieuchronne. W następnej sekundzie spowiła go ognista poświata, akumulator pojazdy eksplodował rozrzucając zwęglone szczątki dookoła. Druga kula ognia minęła się z pozostałym przy życiu zamachowcem uderzając w tylny system napędowy gravibike'a. Maszyna zaczęła wirować, siła odśrodkowa cisnęła cyklistę na ścianę biurowca. Następna kula ognia chybiła celu rozbijając potężną szybę nad szybującym terrorystą. Upadł, błyskawicznie przywarł do ściany i wycelował miotacz w przerażoną dziewczynę, która nie mogła wygenerować w tak krótkim czasie kolejnego błędnego ognika, jednakże ledwie słyszalny, metaliczny zgrzyt zmusił go do spojrzenia ku górze. Ułamek sekundy później ponad trzymetrowy kawał szkła z rozbitej, szklanej ściany przeciął go dokładnie na pół. Lynn wskoczyła na leżący przy krawężniku pojazd zamachowca i po chwili pognała wzdłuż ulicy. Kiedy portier Knappke wybiegł z budynku, zastał tylko zmasakrowane ciała.

* * * * *

Złocona puderniczka młodziutkiej Charlotty rozbłysła błękitnym światłem. Zmysłowa blondynka, co najwyżej dwudziestoletnia, podważyła delikatnie wieko ukazujące skryte pod pokrywą niewielkie zwierciadło.
- Lynn, to ty moje dziecko? - jej uśmiech zniknął na widok w magicznym zwierciadle.
Z lustra patrzyła na nią brudna, zapłakana, choć śliczna twarz.
- Słuchaj Char. – wyrzuciła szybko rozmówczyni. - Nie mam czasu. Gdzie Grubcio?
Blondynka wskazała na biały budynek upstrzony setką balkonów i drugą setką kolorowych parasoli przeciwsłonecznych.
- Pączuszek? – zapytała. – Nie miał ochoty na drinka. Leży na hotelowym tarasie i skwierczy na słoneczku.
- Przekaż mu, że Drugi nie żyje. Assasyni federalni próbują nas sprzątnąć. Musicie się bezwzględnie ukryć. Postarajcie się zmienić wygląd i wrócić do miasta. Będę na was czekać na lotnisku. Nie dzwońcie, to ja was odnajdę.
- Dobra, już go ściągam z patelni! - twarz dziewczyny nagle spoważniała.
- Aha! – przerwała czarownica. - Jeszcze jedno: niech Trzeci pod żadnym pozorem nie wykonuje żadnych czarów, bo go namierzą! To ważne!
- Załatwione!. – wieko puderniczki trzasnęło kończąc połączenie.
Zmysłowa blondynka wstała od stolika, rzuciła krugeranda na stół i powolnym krokiem udała się w kierunku hotelu lustrując spoza ciemnych okularów całą okolicę. Nie zauważyła, że jeden z kelnerów rzucił w krzaki swoją służbową muszkę i sięgnął do kieszeni po komunikator.

Na międzykontynentalnym lotnisku panował niemiłosierny tłok. Ludzie biegli, krzyczeli, łapali za walizki. Lynn siedziała spokojnie na ławce oczekując na przylot samolotu. Tuż obok zaczął się wzmożony ruch; do sektora przylotów wbiegło kilku agentów ochrony oraz pracowników portu lotniczego. Lynn za wszelką cenę starała się zachować spokój - jeżeli szukali właśnie jej, to raczej nie powinni zwracać uwagi na blond okularnicę w żółtej sukience? Samolot był już godzinę spóźniony, obok jakaś kobieta histerycznie krzyczała, dwóch pracowników obsługi lotniska usiłowało ją uspokoić.
- Przepraszam pana - czarownica zagadnęła przechodzącego obok wąsacza w mundurze kontroli naziemnej. - Czy lot numer 477 z Seszeli jest mocno opóźniony?
- Madamme - skłonił się śmiertelnie poważny urzędnik - Mam przykry obowiązek poinformować panią, że samolot rejsowy nr 477 przed dziesięcioma minutami runął do morza. Na miejscu są już nasze ekipy ratownicze, ale obawiam się, że nikt nie przeżył katastrofy... Czy ktoś z pani bliskich był na pokładzie? Czy można pani jakoś pomóc?

* * * * *

Siedziałem z kumplem w „Cafe Cannibal”. Siedziałem tam z dwóch przyczyn - po pierwsze było to jedyne miejsce w centrum Paryża, gdzie można było zjeść cokolwiek po drugiej w nocy; po drugie można tam było zjeść cokolwiek mięsnego, a tego mi raczej brakowało w nocnej stolicy Europy. Właśnie kończyłem baraninę z frytkami pogryzając chevrignolem i popijając resztką "Cotes du Rhone", gdy poczułem nieodpartą chęć nawiedzenia pewnego ustronnego miejsca.
- Qui monsieur? - spytała przechodząca obok kelnerka myśląc, że mam ochotę na dokładkę baraniny. Pomyślałem o czymś lekkim na trawienie.
- Un pastis, silwuple - wydukałem obrytą formułkę, po czym skierowałem się szybko do drzwi oznaczonych trójkącikiem. Jak w całej knajpie, także nad pisuarem wisiało stare i lekko zmatowione przez czas lustro. O rozkoszy! Nareszcie mogłem sobie ulżyć...
- Wiec to tak wygląda, gdy nie jest w formie? – rozległo się tuż nade mną.
Moja baranina zbaraniała wraz ze mną na dźwięk znanego mi głosu. Wreszcie zrozumiałem sens nazwy kafejki – „Cafe Cannibal”.
- Coś tak zbaraniał? - Z lustra patrzyła na mnie młoda, kruczoczarnowłosa czarownica o żółtych oczach.
- Bo lubię baraninę... – odparłem z głupia frant, a to tylko może świadczyć o jednym: że moje zaskoczenie było stuprocentowe.
- Nie zalewaj!
- Poważnie lubię...!
- Nie zalewaj podłogi... – zauważyła dziewczyna w lustrze. - Lejesz sobie po butach.
Lynn popatrzyła z politowaniem na posadzkę.
- Niech zgadnę! Masz sprawę? – zapytałem, choć to było nader oczywiste.
- Mam problem.
- No fajnie. I akurat musisz mnie nachodzić podczas wakacji, w środku nocy i akurat w kiblu? – udawałem rozeźlonego, choć sytuacja bardziej mnie bawiła.
- To poważne!
- Wal. - warknąłem zapinając nerwowo rozporek.
- Wszyscy nie żyją. Mnie ścigają. Na razie ukrywam się, ale jak można długo?
Rzeczywiście, wieści z wyczarowanego przeze mnie świata wcale nie były dobre. Tylko czy ja miałem na to jakikolwiek wpływ? Sytuacja młodej czarownicy też nie była do pozazdroszczenia.
- Możesz przecież przejść do mojego świata. - zaproponowałem. I możecie mi uwierzyć, ale nie miałem wcale na myśli upojnych nocy z moją prywatną czarownicą.
Ta jednak machnęła ręką.
- Nie, odpada. Pomyśl, jaką sensację wzbudziłaby czarująca kobieta o żółtych oczach przy twoim boku. – próbowała zażartować. – Twój archaiczny i pełen uprzedzeń świat by mnie nie zaakceptował.
Miała rację. Zamyśliłem się na chwilę myjąc ręce nad niewielką, zapyziałą umywalką.
- Cofnij czas! - wypaliłem.
- Przecież wiesz, że nie mam do tego kwalifikacji. – przyznała. - To potężny czar, a ja jestem tylko zwykłą czarownicą z drugim stopniem specjalizacji.
- Hmmmm... no tak. – popadłem w filozoficzną zadumę miętosząc w dłoniach papierowy ręcznik. - Gdy mi się nie podoba zakończenie historii, po prostu przewracam kartki książki wstecz. A nawet kiedyś zupełnie przez przypadek zakląłem przygody trzech czarowników w małą książeczkę...
Z kieszeni wyciągnąłem mały, szary tomik podrzędnych opowiadań, z którym nie rozstawałem się od chwili owej feralnej konfrontacji duchów w moim mieszkaniu.
- To jest myśl! – Lynn wykonała w powietrzu gest kreśląc palcem świetlisty symbol, dodała krótką, czarodziejską formułkę i szara książeczka przeniknęła przez szklaną taflę lustra, aby po chwili znaleźć się w ręku dziewczyny.
- Będę się cieszyć, jeśli zadziała. - patrzyłem, jak Lynn wyciąga moją złoconą zakładkę i przewraca kartki książki. – Używasz jakiegoś zaklęcia?
- Zawsze powtarzam sobie w myślach: „To się nie może tak zakończyć”. U mnie zawsze działa. – zapewniłem.
- Zobaczymy. Dzięki i na razie! - lustro zmatowiało i postać czarownicy zniknęła raz na zawsze. Po chwili płynna, mętna warstwa ektoplazmy po szkłem rozmyła się przywracając zwierciadłu naturalne odbicie.
- Mon dieu, kes-ke-se? - rozległo się tuż za mną. Jakiś podpity Francuz patrzył w lustro jak zahipnotyzowany.
- Pardon, sze-ne-parlpa-fonse. I uważaj, nie wdepnij w szczyny. – dodałem i odwróciłem się na pięcie.
Zostawiłem zbaranianego żabojada w kiblu i powróciłem do mojego współbiesiadnika, choć nie było już tak wesoło, jak przed kwadransem. Dopiero po kilku sztachnięciach Gitanesem dotarło do mnie, że właśnie pozbyłem się jedynego pomostu łączącego mnie ze światem czarowników - małej, czarownej książeczki o ich przygodach. No cóż, do zobaczenia Lynn, gdziekolwiek teraz jesteś! Mam tylko nadzieję, że dziura w moim fotelu nie pojawi się znowu.

* * * * *

- O wielki Asmodeuszu! - jęknął Trzeci wpełzając odruchowo pod stół. - Tylko nie to stare babsko!
- Pokaż! – mistrz nachylił się nad urządzeniem. - Oooo, twoja dobra znajoma, hrabina Charlotte Le Blanc. Masz dziś szczęście. Drugi, czy to o nią chodzi?
- Nie.... chyba nie. – odparł niepewnie vice.
- No to ja już nic nie wiem. Jutro dostaniesz skierowanie na badania do neuropsychologa.
Drugiego przeszedł dreszcz.
- Żartowałem. - uspokoił go Pierwszy z zainteresowaniem wpatrując się w hrabinę.
- Ten babsztyl nie dawał mi ostatnio żyć! – żalił się Grubcio. - Pięć wezwań w ciągu ostatniego tygodnia wszystkie dotyczyły ściągania Belfegora z drzewa!
- No, to od małpy dzieli cię już niewiele. Brawo! Widzę, że rozwijasz się! A tak właściwie, to kto to jest Belfegor? – spytał, bo sprawa nie była dla niego całkiem jasna.
- Wybitnie spasiony kocur jaśnie pani hrabiny. To tłuste bydlę włazi na drzewo za ptaszkami, ale jest tak ohydnie spasione, że nie potrafi zejść z powrotem!
Drugi przywdział na chwilę złośliwy uśmieszek.
- A ty niby potrafisz?
Tłusty mag popatrzył podejrzliwie na przyjaciela.
- Oj, przydadzą ci się te badania! Ciebie to chyba Belet kopnął w ciemię! Ja to załatwiam inteligentnie! – cmoknął.
- Niby jak? - zaciekawił się szef. – Dajesz kotu krzyżówkę?
- Nadymam kocura czarem niewagi, a kiedy już szybuje w powietrzu, stopniowo recytuję formułę wspak, robi się coraz cięższy i łagodnie osiada na trawniku... Proste!
- Rzeczywiście proste. – przyznał mistrz. - No dzieciaczki, pora na brancz!
Trzeci, idąc za przykładem pozostałych magów wyjął swoją skrzynkę śniadaniową. Z tą różnicą, że jego skrzynka w epoce podróży dyliżansami mogłaby uchodzić za kufer podróżny. W pokoju rozszedł się anielski zapach tysiąca aromatów.
- Czy ktoś ma ochotę na ciasto z orzechami leszczynowymi? – doleciało z głębi kufra.
- A ile to ma kalorii? - zapytał Drugi mrugając porozumiewawczo.
- Och! Szczęśliwi kalorii nie liczą. Uprzątnij talerze po wczorajszym branczu i dawaj, to ukroję wam po kawałku.
Mistrz pomieszał herbatę, wyciągnął i oblizał łyżezczkę.
- Nie daje mi wciąż spokoju przeczucie Drugiego. – przyznał. - Może to faktycznie chodzi o madamme Charlotte?
- Ależ szefie! - oburzył się Drugi. - Hrabina jest bardzo zadowolona z naszych usług, a płaci tak dobrze, że dostała ostatnio Magiczne Lustro Stałego Klienta, i to w złotej oprawie!
Grubcio jeknął.
- W złotej oprawie? - Pierwszego zatkało. – Ufff!!! Aż piętnaście procent rabatu na nasze usługi? Słyszałeś, Wasza Obszerność?
- Rabatu? Usługi? – jęknął powtórnie Jego Obszerność i wgryzł się w wielki kawał drożdżówki z mielonym mięsem.
- Płaci gotówką bezprzelewową, a jak sam słyszałeś, wzywa do siebie Grubcia aż pięć razy w tygodniu.
- Wredne babsko! - wymamrotał Trzeci miedzy piątym i szóstym kęsem sałatki z salami, kukurydzy i koreczków śledziowych. - Upierdliwa do granic nonsensu! Podejrzewam, że na własnym pogrzebie byłaby w stanie nawet grabarzowi zohydzić zawód!
- Tak marudzi? Podaj, proszę, cukier.
Cukiernica zmieniła miejsce spoczynku.
- Jeszcze gorzej niż myślisz! Chcecie tego ciasta?
Pytanie było raczej retoryczne, bo pomimo, że Grubcio był notorycznym żarłokiem, to jednak jego umiejętności kucharskie stawiały go na równi z dyplomowanymi mistrzami patelni.
- Czekaj, wymyję tylko talerz po wczorajszym.
Pierwszy pochwycił duży talerz z miśnieńskiej porcelany, ozdobny w trzynaście piktogramów symbolizujących współczesne znaki zodiaku. Nie uszło jego uwadze, że wielka plama kremu borowikowego zakleiła prawie całego Wężownika.
- Szefie, wywal te okruszki na rusztowanie za oknem. – poprosił obszerny mag. - Niech wróbelki też mają radochę.
- Od kiedy ty jesteś taki dobry dla ptaków?- zdziwił się Pierwszy, lecz nie oponował.
- Od kiedy mu zjadły dwa płaszcze, ha, ha, ha!
- Aha, to rozumiem.- i z tym wszystko mówiącym stwierdzeniem, radośnie otworzył okno i wysypał dość sporą ilość okruszków na rusztowanie za oknem. Nie zdążył nawet odejść od okna na dwa kroki, kiedy podest rusztowania zaroił się od bijących się o pokarm ptaków. W ciągu pół minuty z resztek wczorajszego ciasta nic nie pozostało, lecz wróble nadal siedziały na podeście oczekując dokładki. Co niektóre nie bacząc na fakt, że wszystko zostało pożarte przez współziomków, biły się między sobą nadal. Czarownicy przypatrywali się im z wyraźnym zaciekawieniem. Leżący o cztery podesty dalej robotnik otworzył kolejna butelkę "Napalm Beer" i także co jakiś czas zerkał na bijące się wróble.
- Pamiętacie o przeczuciu? - rzucił ni z gruszki, ni z pietruszki Drugi drapiąc się po brodzie.
- Tak, vice. Wal śmiało.
- Sprawiedliwość Zulusów Potrafi Istnieć Obok Nas. – oznajmił.
- Co???
- Spokój Zacisza Pustynnej Iguany Ogarnia Następców. – padła odpowiedź.
- Szefie, jemu to już słonko porządnie przygrzało. Trzeba będzie napisać to skierowanie...
Grubcio patrzył zaskoczony na przyjaciela, któremu chyba akurat teraz odbiło.
- Spytaj Zainteresowanych Partaczy I Oczyść Narzędzia.
Pierwszy zastanowił się. Nagle jego posępną twarz rozjaśnił promienny uśmiech. Wszystko było jasne!
- Ach, rozumiem!
- Może mu ciasto zaszkodziło? – zastanawiał się Jego Obszerność.
- Godzina Drugiej Zemsty Indian Eunuchów...
- Co??? - Gruby wytrzeszczył gały na szefa. Dolna szczęka opadła mu mniej więcej na poziom posadzki i przez chwilę tak pozostała. - Cholera, powaliło was obu?! Czy to jest zaraźliwe?
Drugi natomiast kontynuował swoje.
- Ostatni Kondor Nasrał Ogromnie.
- Tak, Nasrał wam obu! Do głów! Kurczę, gdzie ja posiałem numer na pogotowie psychiatryczne?
Kieszenie czarownika opuściła pośpiesznie wyrzucana przedziwna mieszanka: stos pogniecionych papierków po cukierkach, bilety komunikacji miejskiej, łupki po orzechach, prezerwatywa i kilka zapisanych, malutkich karteczek.
- Grubciu, nie szukaj, uspokój się. – odezwał się szef. - Podaj fakturę, muszę ją podpisać.
- Teraz? Jest brancz, a na dodatek obu wam odbiło!
- Zapewniam cię, że wszystko jest pod kontrolą. – zapewnił mistrz. - Tak, teraz.
Wziął od Trzeciego plik papierów i naskrobał coś szybko. - Masz, sprawdź i odłóż na miejsce.
Gruby z totalnie ogłupiałą miną wziął do ręki plik faktur za czary. Jednakże podpis szefa wydawał mu się za długi. Popatrzył uważnie i zrozumiał.

"Drugi nadaje kodem. Szpion za oknem."

- Ach, teraz wszystko jest w porządku. - Odłożył faktury i niepostrzeżenie pochwycił do ręki Atalmę. Rzucił trzy wyrazy i ostrzem sztyletu wskazał na stadko wróbli. Czar Paraliżu okazał się być rzucony fachowo: wszystkie wróble znieruchomiały, jak na komendę. Wszystkie, za wyjątkiem jednego, który wskoczył do pokoju i w ciągu sekundy zmienił się w rozmytą, zamazaną plamę, rosnąc do wymiarów człowieka. Z bezkształtnej masy wyłoniła się bardzo atrakcyjna, szczupła brunetka. Jej kruczoczarne włosy lśniły wspaniale harmonizując z czarną bluzą w czerwone hafty. Przed magami stała czarownica federalna.
- Dziewięćdziesiąt, sześćdziesiąt, dziewięćdziesiąt. - po cichu i prawie bezwiednie wymamrotał zafascynowany szef, by po chwili dodać: - Ja mam chyba deja-vu. Trzeci, znajdź jednak ten numer! Czy my się znamy?
Robotnik za oknem przecierał z niedowierzaniem oczy. Raz po raz zerkał, to na dziewczynę, to na butelkę piwa. W końcu z obrzydzeniem wylał resztę za rusztowanie mamrocząc coś o odwyku. Chwilę później dostał od dziewczyny zręcznego kopniaka w tyłek i z mało entuzjastycznym krzykiem niezadowolenia poszybował w leniwy nurt rzeki. Po chwili wypełzł na brzeg i pogalopował do najbliższej budki z piwem.
- Zdzira! - rzucił z nienawiścią w głosie Drugi.
- Zamknij się! - Dziewczyna obróciła się do mistrza. - Pierwszy, musimy poważnie porozmawiać o waszej przyszłości. Grubciu, czy masz jeszcze kawałek twojego wyśmienitego ciasta? Przydałaby się też kawa…

* * * * *
* * * * *
Przypisy, czyli wyjaśnienie trudnych słów:
BOSS – czyli „szef”; BOULANGERIE – choć tu występuje jako imię żeńskie, po francusku oznacza piekarnię, czyli coś dla Grubcia; SESZELE – Republika Seszeli, niewielkie państwo wyspiarskie słynące z łagodnego klimatu; RODZINA SMITHÓW – czarowniczy odpowiednik tasiemcowego serialu dla starszych pań; GRAVIBIKE – hulajnoga z napędem grawitacyjnym, absolutny hit na czarowniczym rynku; MIOTACZ TERMICZNY – popularnie zwany maserem – pistolet mikrofalowy wysokiej mocy; TRZYMETROWY KAWAŁ SZKŁA – to bajer, bo przepisy budowlane nie zezwalają na stosowanie zwykłego szkła od strony ciągu komunikacyjnego – stosuje się szkło hartowane lub klejone, więc trzymetrowy kawał szkła nie mógł nikogo przeciąć na pół; ASSASYNI – mordercy; CAFE CANNIBAL – jedyne miejsce w centrum Paryża, gdzie o drugiej w nocy można zjeść mocno spóźniony obiad; CHEVRIGNOL – kozi ser, zresztą bardzo smaczny; COTES DU RHONE – francuskie wino średniej klasy; PASTIS – francuska anyżówka z zimną wodą. Francuzi piją ją zamiast piwa; MON DIEU KES-KE-SE – (franc.) „mój Boże, co to jest?”. Wybaczcie zapis fonetyczny… ; PARDON, SZE-NE-PARLPA-FONSE – (franc., także fonetycznie) „Przepraszam, nie mówię po francusku”; GITANES – diabelnie mocne, francuskie papierosy.



Autor: Dudziński, Tomasz Marcin
Dodano: 2007-10-28 13:09:32
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Grobowiec chana"


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s07e01)


 Fantastyka 2016 - plebiscyt

 Nagrodzić grozę - rozmowa z Krzysztofem „Korsarzem” Bilińskim

 Co nas czeka w 2017 roku?

 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

Recenzje

Pratchett, Terry; Baxter, Stephen - "Długi kosmos"


 Mortka, Marcin - "Królewska Talia"

 Headley, Maria Dahvana - "Gniazdo"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Todd, G.X. - "Obrońca"

 Shannon, Samantha - "Pieśń jutra"

 Hearn, Lian - "Pan Ciemnego Lasu"

Fragmenty

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

 Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

 Wilderäng, Lars - "Rozgwieżdżone niebo"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Tapinas, Andrius - "Wilcza godzina"

 Fletcher, Michael R. - "Bez odkupienia"

 Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS