NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Kress, Nancy - "Próba ognia"

Tidhar, Lavie - "Stacja centralna"

Ukazały się

Hoare, Andy - "Polowanie na Voldoriusa"


 Žamboch, Miroslav – "Zakuty w stal"

 Kossakowska, Maja Lidia - "Zakon Krańca Świata", tom 1 (wyd.3)

 Ishiguro, Kazuo - "Pogrzebany olbrzym" (2017)

 Ishiguro, Kazuo - "Nie opuszczaj mnie" (2017)

 Larson, B.V. - "Imperium"

 Carson, Rae - "Złotowidząca. Księga 2. Schronienie"

 Hałas, Agnieszka - "Pośród cieni" (Rebis)

Linki


Czarowniki - rozdział V

OPOWIEŚCI ZE ŚWIATA CZAROWNIKÓW

Rozdział V: Bardzo Zła Księżniczka
O wiadrze i marmurze splecionych magią wysokich sfer, także o tym,
że warto czytać bajki, lecz niekoniecznie warto stosować je w praktyce.

Pogoda była zamówiona, więc słońce świeciło jak zawsze. Oczywistym jest, że było pięknie. Trzeci siedział okrakiem na parapecie i pruł swój służbowy, czarowniczy płaszcz, jak zawsze zresztą, co już nie było takie pięknie. Być może z tego względu, że odzież robocza, a taką niewątpliwie był płaszcz czarnoksiężnika, przysługiwała zgodnie z przepisami wykonawczymi do ogólnoświatowej instrukcji BHC (Bezpieczeństwa i Higieny Czarów) raz na osiemnaście miesięcy, lub aż do zniszczenia. Pozostawiało to niejako pole manewru, ponieważ aktualnie odzież robocza Trzeciego zmierzała raczej do zniszczenia.
- Grubciu - Pierwszy wpatrywał się z zaciekawieniem w szklaną kulę. – Chyba zapomniałeś wyłączyć monitorek!
Otyły mag wzruszył ramionami i kontynuował zagładę rytualnych szat.
- Phi, przecież i tak ma zaniżony pobór mocy psychicznej!
- A promieniowanie negatywnych wibracji? – przypomniał szef.
- "LOW RADIATION", szefuńciu. – odpalił Wielki Niszczyciel.
- To po co to cholerstwo chodzi?
- Za coś muszę przecież brać "szkodliwe"! - z szatańskim uśmieszkiem oznajmił Trzeci, zwany Grubciem. Dlaczego właśnie Grubciem? To proste - ze względów fizjonomicznych. Po dziś dzień Trzeci jest gościem... hm... solidnie zbudowanym, jeśli wiecie, co mam na myśli. Zresztą nie muszę tu czarować i owijać w bawełnę szukając substytutów słownych, gdyż słodkie zdrobnienie przymiotnika "gruby" Trzeci nadał sobie sam, wychodząc ze słusznego założenia, że nie istnieje coś takiego, jak kompleksy.
- Czekaj! - Pierwszy nadal gapił się w szklaną kulę. Tym razem z wyraźnym zainteresowaniem. - Chcesz się pobawić w wyższe sfery? Błękitna krew i te sprawy…?
- A z jakiej paki?
- Właśnie wsiadł do windy klient z herbem w klapie marynarki, co oznacza, że należy do jakiegoś klanu arystokratycznego. - Trzeci stracił swój cały uśmiech.
- Skąd ta pewność, że to klient i to akurat do nas?
- Wiem, szanse jak jeden do czterdziestu dwóch, że wysiądzie na naszym piętrze...
Biorąc pod uwagę liczbę pięter wieżowca, z całą pewnością mistrz miał rację.
- No, jak już wysiądzie, to i tak dużego wyboru nie ma. - Grubcio miał rację. Trzynastka była tak pechowa dla ludzkości ostatnimi czasy, że żadna z szanujących się (oraz żadna z mafijnych) firm nie chciała objąć biur na trzynastym piętrze. Nawet za dopłatą.
- Stawiam sto do jednego - mrugnął Pierwszy - że klient jest nasz.
- Jasnowidztwo? - zgadywał Trzeci z lekkim niedowierzaniem wyczuwając kant.
- Czyżbym słyszał lekkie niedowierzanie? Zgaduj dalej.
- No tak, faza księżyca ci nie sprzyja... – mruknął czarownik. - Kula?
- Nic z tego, Sherlocku! – kontynuował Pierwszy z triumfem odmalowanym na twarzy. - W kuli nie widać pulpitu windy.
- Blefujesz! - palnął Trzeci.
- Skąd ta pewność?
- Elementarna dedukcja, drogi Watsonie! - Trzeci napuszył się, jak jeszcze nigdy dotąd.
- No to uważaj, balonie jeden. - uśmiechnął się szef. - Drugi z nudów poszedł się bawić w windziarza.
Od razu było widać, że ta informacja wstrząsnęła grubasem.
- Żartujesz!
Mistrz rozsiadł się w fotelu prezesa.
- Myślisz, że tylko ty się nudzisz w pracy? – padło pytanie, które pozostało bez odpowiedzi, bo oto w tym momencie stały się dwie rzeczy. Winda dojechała do trzynastego piętra, jak również z Grubcia-balona uszło prawie całe powietrze. Do biura wszedł w asyście Drugiego wysoki, szczupły pięćdziesięciolatek z wyraźną łysinką i orlim nosem. W klapie marynarki widniał maleńki znaczek herbowy: pół plecionego koszyczka, pół czerwonego kapelusika na tle ciemnej zieleni.
"Uwaga, bufon!" - telepatycznie przekazał Drugi, zezując przy tym na arystokratę.
"No to go trochę usadzimy" - wypalił mistrz, nie będąc pewnym, czy jego podkomendny odebrał przekaz. Telepatia nie była jego mocną stroną.
- Witamy w naszych plebejskich progach. Grubciu, podsuń panu taboret. - uśmiechnął się Pierwszy.
- Ależ drogi panie - oburzył się tak plebejskim potraktowaniem gość. - Jestem baronet Jose Maria Louis de Cartofleez y'Flegaminos!
- Aha! Grubciu, przysuń panu trzy taborety. - odparł równie uśmiechnięty mag. Gość nagle poczerwieniał na twarzy, a przegrzana para wodna zaczęła mu buchać uszami. Pierwszy, jak gdyby nigdy nic, odsłonił kołnierzyk swojej bluzki polo. Widniał tam maleńki znaczek: czerwona tarcza herbowa z labrami i koroną, w niej rząd białych kłów, z czego dwa boczne były jakby dłuższe od pozostałych.
- Pozwoli pan, że się przedstawię - Pierwszy uczynił głęboki ukłon.- Jestem książę Tepes Dracul Transylwański Trzeci.
Arystokrata poderwał się na równe nogi czerwieniąc się z powodu popełnionego vaux pas. Skłonił się wpół mamrocząc coś do Pierwszego o przebaczeniu. Jednocześnie do mistrza doszedł aż nazbyt wyraźny przekaz telepatyczny: "Kiciarz!".
"A co miałem zrobić? A tak zamieniłem gryzącego mnie komara w tę idiotyczną, zębatą błyskotkę".
Tymczasem gość bił zwyczajowe rytmiczne pokłony kołysząc się w rytm niesłyszalnej perkusji.
- Proszę usiąść, drogi panie, przejdźmy do meritum sprawy. – czarownik wskazał krzesło i sam ponownie usiadł w na fotelu. Gość także usiadł, wyciągnął z kieszeni białą chusteczkę z monogramem „KyF” i otarł pot z czoła.
- Mój serdeczny przyjaciel i krewny, opiekun herbu Kapturek, książę de Perault ma poważne kłopoty. To sprawa nader delikatnej natury...
Mag złożył ręce jak do modlitwy przybierając ojcowski wyraz twarzy.
- Ach, rozumiem. Jest pan emisariuszem księcia de Perault. – skonstatował z uśmiechem godnym kardynała.
- Święta racja. - Gość nabrał nieco animuszu. - Czy mogę liczyć na panów dyskrecję?
- Ręczę za to moim nobile verbum! - rzekł zupełnie poważnie Pierwszy. Tymczasem Trzeci z trudem tłumił ataki śmiechu. Przyjazny kuksaniec sprowadził go do rzeczywistości.
- Córka księcia, księżniczka Roksana jest jedyną dziedziczką herbu i majątku w pierwszej linii. – skrzywił się arystokrata. - Jest bardzo chciwa i do szpiku kości przesiąknięta najwyższym złem. Wielokrotnie usiłowała już osłabić zabezpieczenia księcia zsyłając na niego zakaźne choroby, jadowite węże i nieszczęśliwe wypadki.
- Przepraszam. - wtrącił Drugi.- Ale to jest chyba sprawa dla organów ścigania.
Gość zająknął się w pół słowa patrząc ze zdziwieniem na stojącego przy oknie czarnoksiężnika.
- I owszem, szanowny pan ma rację - uśmiechnął się po chwili gorzko baronet. - Tyle tylko, że księżniczka też jest dobrze ekranowana i ciężko byłoby jej cokolwiek udowodnić. Inna sprawa, że w kręgach wyższej arystokracji takie sprawy załatwia się w bardzo wąskim gronie.
- Otóż to! - powiedział śmiertelnie poważnie Pierwszy. - W mojej rodzinie czarne owce rodu miały swoje zaciszne miejsce...
"Kiciarz!" - zabrzmiało gdzieś w podświadomości.
- Owszem - zgodził się orli nos. - Braliśmy pod uwagę zamurowanie żywcem w rodzinnej krypcie, lecz to także byłoby naruszeniem prawa, i to łatwym do wykrycia. I oto status quo.
- Cykuta? - zapytał niepewnie Trzeci.
- Grubciu, my tu poważnie rozmawiamy! - Drugi podsunął taboret bliżej marmurowego stołu i usiadł. Po chwili jeden szczegół, który mu nie pasował w całym wystroju biura, stał się nader oczywisty.
„Kiedy kupiłeś marmurowy stół?” – telepatyczny przekaz poszybował ku arystokracie z Transylwanii. Błyskawicznie nadeszła odpowiedź.
„Złudzenie, czarotapeta. Szkoda, że tylko piętnastominutowa. Mam nadzieję, że nie będzie ględził zbyt długo.”
Drugi pokiwał głową w niemym zrozumieniu kontemplując ciemne żyłki marmuru.
- Wydaje mi się - rzekł po chwili. - że kryzys zawisł w impasie, czyli nic do góry, nic w dół.
- Cytat klasyki. Kolega ma na myśli - wytłumaczył arystokracie mistrz. - fakt niezaprzeczalny, że zaistniała równowaga sił nie może zaszkodzić ani jednej stronie, ani drugiej.
- Może - westchnął Jose Maria Louis de Cośtam. - Markotka Davidov!
- O kur...a! - wymknęło się milczącemu dotąd Trzeciemu.
- Święte słowa! Ma pan całkowitą rację. - bezwiednie przyznał arystokrata.
- Przepraszam. Grubciu, co to za markotna panienka?
Trzeci podszedł do kuli. Potarł delikatnie mrucząc kilka prostych formułek w antycznym języku Sumerów i już po chwili pojawiła się w kuli dziecinna twarz skośnookiej piękności. Niestety, po chwili obraz sczerniał, z kuli natomiast zaczął buchać czarny, gryzący dym.
- Cholera, nawet sprzęt na tej francy się psuje! – mruknął Drugi, który w tym samym momencie dał nura pod stół i odciął zasilenie. – Boss, musimy poważnie porozmawiać o gaśnicy!
- Później. Grubciu?
- Khe, Markotka Davidov.... khe, khe... uchylę okno... no więc Davidov ma tylko osiemnaście lat.
- ?
- Wiem, najpiękniejszy wiek na rozdziewiczenie. – rozmarzył się Trzeci. - Już jako dwunastolatka dostała się awansem na Uniwersytet Czarnoksięstwa i Magii Stosowanej, gdzie po dwóch latach za czyn niegodny adepta, mniejsza z tym jaki, wydalono ją. Pomimo nadzwyczajnych zdolności wydalano ją jeszcze siedmiokrotnie z różnych uczelni ezoterycznych, aż dała sobie spokój z nauką. Wielki talent samorodny, lecz także wielki lekkoduch... no i chyba nie było w akademiku chłopa, któremu przepuściłaby... ten… tego…
- To szlag trafił rozdziewiczenie! – przytomnie zauważył Drugi.
- No i mamy kurew...ki problem. - baronet powolutku wstał.
W jego ślady poszli też siedzący czarnoksiężnicy.
- Rozumiem, że panowie dadzą mi znać, gdyby znalazło się jakieś rozwiązanie tej zawiłej sytuacji. – gość zastygł w pół-ukłonie. - Zatrzymałem się w hotelu "Slavia". Wasza książęca mość pozwoli, że się oddalę.
Pierwszy uśmiechnął się pobłażliwie.
- Ależ szanowny kolego - wyszczerzył zęby. - Proszę mi mówić Dracul, lub po prostu Draki.
Gość podziękował mile połechtany przychylnością księcia i znikł w drzwiach windy. Po chwili drzwi się zasunęły i winda ruszyła. Gdy tylko to się stało, Trzeci wybuchnął śmiechem.
- Hi! Ale draka, co Draki? – przyjacielskie klepnięcie po plecach mogło złamać kark wołu, ale mistrz był już na to przygotowany.
- Błagam cię, nie częściej, niż raz w miesiącu. Mój kręgosłup tego nie wytrzyma. Wiem, że to tylko dla draki.
- Ej, Grubciu, nie rób draki! - zawtórował mu Drugi.
- Chwila, o wampiryczny - Trzeci nagle spoważniał. - Nie ustaliłeś z tym dyplomowanym pajacem wynagrodzenia!
Pierwszy chwycił się pod boki i popatrzył z pobłażaniem na podwładnego.
- Oj, Grubciu, za grosz dyplomacji! - uśmiechnął się mag. - Po pierwsze, to dżentelmeni z wyższych sfer nie rozmawiają o pieniądzach, a po drugie, to cena nie gra roli. To chyba oczywiste, nie?
Drugi z trudem opanował kolkę, której dostał ze śmiechu. Kasa kasą, ale sytuacja była nader dziwna. Nie na co dzień obcuje się z lokalnymi znakomitościami.
- Wasza książęca mość! – Trzeci z błazeńskim ukłonem podszedł do okna. – Racz przypomnieć skromnemu poddanemu herbu de sztacheta, czym się waść pieczętujesz?
- Lakiem, wasza Obszerność. Lakiem! – skłonił się także, po czym spoważniał. - No dobra, żarty na bok. Co wiemy o księciu, księżniczce i całej tej błękitno-krwistej zgrai?
Trzeci gestem zaprosił towarzyszy do biurka, które w niezrozumiały sposób zmieniło się znów w zwykłe biurko, tracąc delikatną fakturę najprzedniejszego marmuru. Na całe szczęście, na środku tego mebla także spoczywała szklana kula, która straciła już dymny kolor i powoli odzyskiwała przejrzystość. Mag delikatnie przesunął dłonią po jej powierzchni i już po chwili kula rozbłysła błękitem. Powoli z plamy błękitu począł się wyłaniać tłustawy jegomość z długimi, siwymi włosami.
- Twoja bratnia dusza w niszczeniu zawartości lodówek? – zauważył mistrz.
- Nic z tego - odpalił Trzeci. - te siwe włoski szambelana to zwykły tupecik.
- Chyba z psa! – wyrwało się Drugiemu.
- Ale za to z rasowego! I to championa…!
- No tak. - westchnął Pierwszy. - Arystokracja! Szambo co, przepraszam?
- Szambelan! – przypomniał vice.
- Ty tak szefuńciu nie błaznuj, bo słyszałem, żeś także książęcego rodu.
- Z własnego nadania i tylko przez chwilę. - w błazeńskim ukłonie Pierwszemu było naprawdę do twarzy. Otyły mag przyjął błazeński hołd, by po chwili znów skupić się na szklanej kuli i wizjach w niej zawartych.
- Oto i książę. – rozpoczął tyradę prezentując w szklanej kuli obraz przedstawiający średniego wieku, średniego wzrostu i średniej budowy jegomościa w surducie, ozdobnej koszuli z falbaniastym kołnierzem i czerwoną szarfą w poprzek piersi. - Protoplastą rodu był Charles de Perault, który swój tytuł oraz większość majątku zawdzięcza jakiejś bardzo naciąganej opowieści o dziewczynce w czerwonej czapce, czy jakoś tak... Podobno zjadł ją miś, a potem królewicz go pocałował i zmienił się on w przecudnej urody żabę.
- Aha! - przerwał uradowany Drugi. – Pamiętam! To był "Czerwony Piętaszek"!
- Nieważne, second. Grubciu, a co z księżniczką?
Trzeci spoważniał świadom swojej błazenady.
- Roksana to jedyna córa jaśnie pana, legalna oczywiście. Książę ma jeszcze syna, który niewątpliwie dziedziczyłby zamiast tej zołzy, gdyby nie fakt, że chłopiec jest dzieckiem z drugiego małżeństwa...
- No to co z tego?- ze zdziwieniem spytał Drugi nic nie rozumiejąc.
- Mój drogi, to są wyższe sfery, widać, że obce motłochowi. – wyjaśnił mistrz. - Jaśnie pan książę popełnił mezalians... Dopiero, gdyby się okazało, że nie ma dziedzica z pierwszego łoża, chłopiec mógłby być uznanym dziedzicem herbu.
- Rzekłeś panie. – tłuścioch skłonił się nosem sięgając aż samego linoleum.
- Ależ baronie! – odwzajemnił ukłon szef.
- Spokój błazny! – odezwał się przez nikogo nie proszony motłoch. – Jakieś sugestie co do rozwiązania problemu?
Trzeci z uśmiechem podskoczył pod sam sufit. Jasnym się stało, że albo znalazł proste i błyskotliwe rozwiązanie, albo w spodniach zagnieździł mu się szerszeń.
- Czyli wystarczy kropnąć gówniarę?
- Markotka. - przypomniał mistrz - I prawo.
- Markotka. - poprawił Drugi. - Prawo można obejść.
- Markotka. - powtórzył bezwiednie Trzeci na wspomnienie pobytu w akademiku.
Przyjazne klepnięcie w plecy sprowadziło marzyciela z powrotem na trzynaste piętro wieżowca, wprost do agencji „Tysiąc Jeden Życzeń”, Spółka z Wielce Ograniczoną Odpowiedzialnością.
- Powróćmy do tematu, chyba, że Grubcio rzuci nam na ekran jakieś ciekawe wspomnienie z akademika... - z szatańskim uśmiechem zaproponował Pierwszy.
- Niedoczekanie wasze, zboczury jedne! Oto i Roksana. – czarownik musnął jedynie czubek szklanej kuli, w której natychmiast zamajaczyła postać krótko ostrzyżonej blondynki z mocno zaznaczonymi kośćmi policzkowymi. Wąskie usta były wykrzywione w dziwacznym grymasie, który można by zawsze interpretować, jako przyjacielskie przesłanie typu "odpie...dol się bracie!". Reszty dopełniała kusa spódniczka i niewyobrażalnie długie nogi.
- Średnio ładna.
- Raczej brzydka.
- Choć nogi niczego sobie...
- Gazeta na ryj...
- Ładny tyłeczek...
- I do tego dziewica... – mruknął Grubcio.
- Co?!!! - wykrzyknęli chórem Pierwszy i Drugi.
- Przeliterować? De, jak "dupa", zet, jak "zakute pały", i, jak "idioci"... - zaczął wyliczać Grubcio, lecz zanim doszedł do połowy, brutalnie mu przerwano.
- Dawaj jej adres!
- Hmmmm... Markotka. - przypomniał Trzeci.
- Markotka to wiadro. - przypomniał Second. - Ja pytałem o adres tej dziewic-czyny.
- Markotka...
- Co Markotka?! – nalegał vice.
- No... - zaczerwienił się Grubcio. - Roksana jest less, no i Markotka jej... i to je najbardziej łączy.
- To pięknie! - podsumował Drugi, który powoli już zaczynał mieć dość arystokratów i ich perwersji.
- Ja nie rozumiem, co was tak bulwersuje? – wypalił Pierwszy. – Miłość dwóch kobiet, to takie piękne uczucie!
- Grubciu, nie odczuwasz, że przy nim jesteśmy nieco staromodni? – zapytał czarownik z numerem dwa.
- Nie wiem. Wiecie co? - rozpromienił się wciąż czerwony na twarzy Trzeci.
- Wal!
- A gdyby tak za jednym zamachem księżniczkę "naprostować", rozdzielić z Markotką i dać księciu prawowitego syna?
- Co ty!? - Pierwszy nie miał pojęcia, o czym jego otyły towarzysz mówi.
- Klonowania zakazali ze sto lat temu... - dodał Drugi, zaś Trzeci przybrał złą minę.
- I to wy jesteście kierownictwem firmy? – padło pytanie z gatunku retorycznych. - Oj, biedacy, cóż wy byście beze mnie poczęli?
Drugiemu powoli wracał dobry humor.
- Kupilibyśmy prawdziwego czarnego kruka. - wypalił przytomnie. – Malutkiego, skromniutkiego i takiego, który by tyle nie żarł!
- Second ma rację. - przytaknął Pierwszy. - I to takiego, który mało kracze...
Niestety, na Trzecim żadne złośliwości nie robiły wrażenia. Po pierwsze był wśród przyjaciół, po drugie wychodził z założenia, że przecież musi być na tym świecie ktoś pod każdym względem doskonały, więc dlaczego nie miał być to on? A ludzi doskonałych nie dotyczą żadne złośliwości, tym bardziej, że wynikać mogą one tylko z zazdrości innych.
- Po prostu: trzeba księżniczce znaleźć księcia. Chyba są jacyś?
- Na kopy! – przyznał mistrz.
- Zgłoś się na ochotnika, o szablozęby. – zaproponował vice.
- ...a zgodnie z tradycją - ciągnął swój naukowy wywód rozpromieniony Trzeci - w noc poślubną bara-bara i mamy trzy pieczyste w jednym garze: książę zyskuje zięcia, jednocześnie następcę, błogosławiony stan księżniczki Roksany ścisły nadzór, bo przecież nic nie ma prawa stać się matce przyszłego dziedzica, a Markotka zyskuje odstawkę.
- Zapomniałeś dodać - wtrącił Drugi - że książę zyska spokojny sen.
Tłuścioch promieniał.
- Co byście beze mnie zrobili! – dodał z politowaniem
- O zakupie kruka już słyszałeś? Niemniej, pomysł jest genialny. Tylko jak go wykonać?
- Pogadamy z księciem, powołamy się na stare szlacheckie prawa.
- Szczerze mówiąc, o to właśnie chodziło! - triumfalnie obwieścił Pierwszy.- Grubciu, stawiam ci duże lody u Clickle'go!
- Szczerze mówiąc - zmarkotniał Trzeci - wolałbym kwartalną premię od tygodniowego przerobu czarów... To co? Dzwonić po baroneta?

* * * * *

W pałacu wszyscy byli zachwyceni rzekomym pomysłem księcia, począwszy od szambelana, a skończywszy na honorowym kacie. Honorowym dlatego, że tortury były prawnie zabronione, zaszczyt zaś był piastowany przez miejscowych rolników wykazujących się największą gospodarnością w ciągu ostatniego kwartału. Zresztą posiadanie honorowego kata na dworze było tak samo w dobrym tonie, jak frak podczas książęcego balu. Miało to także wydźwięk finansowy, dla kata, ma się rozumieć. Zgodnie z dekretem księcia Alfonsa Drugiego z roku pańskiego 2012 każdy honorowy kat książęcy był zwolniony z płacenia podatków przez rok – ten przykry obowiązek przejmował dwór książęcy jako rekompensatę w zamian za posługiwanie na dworze.
Już od trzech dni słano zaproszenia w różne strony świata do przeróżnej maści książąt z zapowiedzią rychłego ślubu księżniczki Roksany, dlatego nikogo nie dziwił gwałtowny napływ kandydatów do ręki córki księcia, jak też do tytułu, herbu, a także majątku. A byli wśród kandydatów książęta różnego sortu i różnej narodowości, niech choćby wartym będzie wzmianka o obecności księcia Van der Sheell z odległej Kalafornii, księcia de Polmoss rodem z New Warsaw City, czy księcia von Nokkia z odległego Nepponu... Wieczorem zjechała się cała arystokratyczna śmietanka współczesnego świata, a błękitną krwią można by wypełnić szerokie koryto Vistuli aż po brzegi. Sala lustrzana książęcego pałacu mieniła się tysiącem świateł. Książę siedział na prowizorycznym tronie dzierżąc w prawicy - pomimo, że był leworęczny - pióro gęsie, będące nieodłącznym atrybutem władzy księcia bajkopisarzy. Po lewej stała w blasku ksenonowych reflektorów księżniczka Roksana, przyodziania w długą, bogato haftowaną suknię, inkrustowaną syntetycznymi rubinami. Obok niej stała w podobnej, lecz czarnej sukni, orientalna piękność o twarzy dziecka. Po prawicy księcia, znalazło miejsce aż czterech dziwnych osobników w czarnych frakach, każdy z arystokratycznego rodu, na co wskazywały maleńkie, kolorowe znaczki wpięte w klapy. Pełnili oni funkcję książęcych arbitrów, na co wskazywały błękitne szarfy z herbem rodu jaśnie oświeconego księcia.
- Wyglądasz jak grabarz. - pocieszył skwaszonego szefa Drugi. – I to w trakcie pogrzebu.
- Wzajemnie.- skrzywił się w uśmiechu. - Kim jest twój kompan?
Faktycznie, obok czarownej trójcy stał niesamowity przystojniak zbudowany, jak antyczny atleta, także członek szlacheckiego rodu; co jednak było dziwne, żadna z wpatrzonych w niego kobiet nie potrafiła jednoznacznie odpowiedzieć, kim on naprawdę jest i do jakiego znamienitego rodu należy. Pewnym jednak było, że to jeden z najznamienitszych rodów świata.
- Lord Davidov - odparł spokojnie Drugi. - Nie bój się, nie jest nawet skoligacony z Markotką, chociaż widać, że się jej podoba...
- To widać. - wtrącił półszeptem Trzeci, występujący jako "hrabia Pączuszek", herbu Babeczka. - Gapi się na niego, jak sroka w gnat.
- No, proszę - skwitował Pierwszy, czyli Dracul Transylwański z numerkiem.. - Sroka i kruk na jednym przyjęciu... A wiesz, że we fraku bardziej przypominasz kruka, niż wtedy, gdy lecisz wykonać jakieś zlecenie?
Trzeci wyszczerzył rząd śniado - żółtych zębów.
- A czy tobie ktoś mówił, że wyglądasz, jak grabarz?
- Tak. - dodał Drugi. - Ja i to jakieś dwadzieścia wersów temu. Nie wymyślił pan nic oryginalnego, drogi hrabio! Jakie to pretensjonalne…!
- Fajnie; tu Davidov, tam Davidov… Nie jednemu psu Burek! – szepnął Grubcio.
- Raczej suce, uściślając. – skwitował vice i poprawił monokl.
- Ale za to rasowej!
- No tak: wyższe sfery!
- O święty Belialu! - westchnął Pierwszy. - I pomyśleć, że za zwykłe robienie czytelnika w bambuko facet dostał kiedyś tytuł księcia...! No i ta kasa z tantiem…
- Sam widzisz - rozgadał się Drugi. - A nasz autor nie dostał nawet honorarium za opowiadanko o nas i tej całej Davidov...
- Eeeee, może się jeszcze doczeka...
- Chyba reumatyzmu! - uciął szybko mistrz, bo szambelan dał znak, że nadszedł czas na przemowę księcia.
- Drodzy przyjaciele - zaczął zwyczajowe cedzenie książę. - Dziś jest dzień szczególny, ponieważ postanowiłem wydać za mąż moją jedyną i najstarszą córkę Roksanę, dziedziczkę tytułu i przyszłą strażniczkę pieczęci herbu. Radujmy się, wznosząc jak najbardziej uroczysty toast za jej trafny wybór. Niech marszałek dworu rozpocznie prezentację kandydatów...
Cała czarowna trójka z zaciekawieniem przyglądała się prezentacji chętnych do ożenku w ciemno. Tymczasem Markotka z coraz większym zainteresowaniem spoglądała na lorda Davidov, czwartego arystokratę odzianego we frak, lecz bez wstęgi arbitra.
- Czuję się, jak na promocji opiekaczy - zauważył lekko zażenowany sytuacją baron de Secundo, czyli Drugi w przebraniu.
- Ba! Baronie…- zaczął hrabia Pączuszek, ale brutalnie mu przerwano.
- Zaczął się pan jąkać, drogi hrabio? Za dużo ostryg do koktajlu!
- Ależ Baronie! – jęknął Grubcio trochę speszony. – Tylko dwie patery, słowo daję! Były darmo, to brałem i tak sobie pogryzałem… i ani się obejrzałem.
- Ale gala, zupełnie jak na targach motoryzacyjnych – wtrącił Pierwszy większą uwagę przywiązując do prezentacji, niż do kulinarnych wynurzeń otyłego hrabiego.
- Wy lepiej obserwujcie Markotkę... – wyszeptał „baron” Drugi.
- Grubciu, streszczaj - wyszeptał odwrócony tyłem do panny Davidov mistrz.
- Och, wasza ulubienica zezuje na kolegę Drugiego. - równie konspiracyjnie zameldował Trzeci, mając na myśli oczywiście lorda Davidov, który zachowywał powagę należną rasowemu szlachcicowi i stał obok z miną pokerzysty milcząc, jak przysłowiowy kamień.
- Hi, patrzcie, zaczyna puszczać mu oczka!...
- No tak - skwitował hrabia Pączuszek. - Puszczać to ona się lubi...
- Lordzie Davidov - Pierwszy nachylił się ku niememu arystokracie także puszczając filuternie oko. - Gratuluję! Przyjaciółka księżniczki Roksany to niezła sztuka. - Arystokrata dyskretnie skinął głową w kierunku maga, po czym posłał równie enigmatyczny ukłon zachwyconej Markotce.
- Suka...
- Słucham, Grubciu?
- Suka, nie sztuka.
- Och, mniejsza o te dwie literki! Second, skąd wytrząsnąłeś swojego tajemniczego przyjaciela?
- Eeeee... poznałem w muzeum. - równie cicho odpowiedział Drugi. – Przed zadaniem poszedłem się trochę ukulturalnić i poczuć magię epoki protoplasty rodu. No i kiedy tak oglądałem eksponaty, po prostu wpadłem na tego dżentelmena.
- Na Asmodeusza! - z podziwem stwierdził szef. - Gość jest świetnie ekranowany, nie można mu się przebić do umysłu! Zupełnie, jakbym uderzał o skałę. Trzeba przyznać, że jest kapitalnie ekranowany... Czy on pochodzi z rodu magów?
- Nie - zaprzeczył Drugi.- Ale jest to niewątpliwie ród... hm... bardzo stary. I solidny.
- Bądźże cicho, baranie! – syknął Grubcio.
- Baronie. – poprawił mistrz. - Baran to jeszcze na ruszcie hasa…
- Ech, bądźcie już cicho, plotkarze! - przerwał Trzeci. - Ta mała zdzira chce zabrać głos, jak będziecie tak gadać, to wam nawet streszczenie nie pomoże.
Markotka stanęła przed księciem, ukłoniła się, w sposób iście dworski i rzekła na tyle głośno, aby być słyszana na całej sali.
- Mości Książę oraz wy, wysoka rado bajarzy herbu Kapturek. – anielski, lecz mocny głos dziewczyny zdawał się brzmieć niczym najczystszej próby srebrny dzwon. - Nadszedł czas, gdy moja przyjaciółka, księżniczka Roksana, musi wybrać spośród wielu znakomitych kandydatów. Wszyscy oni są bliscy naszym sercom i nie można pozwolić, aby nie mieli szansy dostąpienia tego najwyższego zaszczytu...
- Czy przypadkiem - przerwał jej baronet Jose Louis Maria de (zapomniałem nazwiska!) z widocznym rozbawieniem - nie próbujesz zainspirować turnieju w iście szlacheckim stylu?
- Nadmiar ironii, mospanie! - Markotka posłała mu ukłon. - Tak, może to być nazwane turniejem, ale w prawdziwie bajkowej oprawie. Proponuję, aby księżniczka Roksana skryła się w lesie, a ten, kto ją odnajdzie w ciągu dnia pierwszy, zostanie wybrańcem.
- Prawda to - przyznał niechętnie książę. - że zamysł takowy objawił w swej baśni nasz przodek i protoplasta rodu.
Na sali zapanowało poruszenie. Teraz już było jasne, że każdy z książąt ma szansę na posag i tytuły.
- Książę - zaoponował baronet. - Jeśli żadnemu z kandydatów się nie powiedzie, następną próbę mogą podjąć dopiero za rok.
Tym razem skośnooka dziewczyna w czerni przerwała przyjacielowi księcia.
- Jeśli żadnemu się nie powiedzie - powiedziała głośno - znak to nieomylny, że żaden nie jest jej w tym roku godzien. Inne postępowanie byłoby wbrew przeznaczeniu i woli przodków.
Cartofleez y'Flegaminos zrobił okropną minę i Drugi mógł przysiąc, że wygląda kropka w kropkę jak baset księcia pana. Arystokrata machnął ręką.
- Dobrze. Niech się tak stanie. - książę wstał z tronu, co oznaczało dwie rzeczy: koniec obrad rodu i zainteresowanych oraz znak do rozpoczęcia prawdziwie książęcej uczty, czego bardziej wyczekiwał tylko jeden z czarowników. Wszyscy udali się do trzydziestometrowej jadalni. Pierwszy zasiadł przy stole pomiędzy Drugim, a lordem Davidov.
- Grubciu? - zapytał zdziwiony widząc Trzeciego wycofującego się w stronę drzwi do hollu głównego. – Czy jesteś chory? Przecież to nienormalne!
- Ee... lekarz zalecił mi dietę.
- A bażant w sosie barbecue? Trufle z bitą śmietaną w polewie z marmolady? A kawior w majonezie? – mistrz podnosił coraz to inne półmiski wypakowane wykwintnymi potrawami godnymi książęcego stołu.
- ...ee... muszę iść. Do biblioteki.
- Po co? - Drugi nieomal zakrztusił się drinkiem pod wszystko mówiącą nazwą "Nav Alonny".
- Poczytać bajeczki. - rzekł Grubcio i czmychnął.
Podczas całej wieczerzy nie widział go już nikt.

* * * * *

Poszukiwania księżniczki trwały już od kilku godzin i wydawać by się mogło, że te niezwykłe zawody rychło będą miały swojego zwycięzcę, jednak nikt nie mógł odnaleźć Roksany. Trzeci przewijał się przez salony dwukrotnie. Za pierwszym razem napatoczył się na obserwującego Markotkę i lorda Davidov szefa.
- Czołem pracy. - rzucił w kierunku podwładnego. - Ty możesz sobie wyobrazić, że ona patrzy na niego jak na obrazek, a on się ani razu do niej nie uśmiechnął, ba! Nawet nic do niej nie powiedział. To się nazywa „grom z jasnego nieba”!
- Aha. – mruknął Grubcio dzierżąc w ręku poranną gazetę. - W "Przeglądzie" piszą dziś o kradzieży posągu Dawida z Muzeum Europejskiego, a papież Narcyz Drugi przyznał, że całun turyński to średniowieczne fałszerstwo.
- Phi, i tak wszyscy o tym wiedzieli. - Pierwszy był już najwyraźniej znudzony obserwacją pary Davidovów. – A tam co masz?
- Bajeczki. - odparł z błogim uśmiechem Grubcio. Mistrz pokręcił z politowaniem głową.
- Odbiło ci zupełnie.
- Ależ mistrzu! Te bajeczki to kopalnia wiedzy! A tak na marginesie, to szkoda, że nie jestem księciem, bo już byłbym ustawiony do końca życia. Coś mi się wydaje, że w pałacu de Perault tylko Markotka pokusiła się o poznanie dzieł protoplasty rodu. - wstał od stołu i skierował się do wyjścia.
- Ej, dokąd to z tą drogocenną księgą? - zawołał za nim rozbawiony sytuacją Pierwszy.
- Do biblioteki. - padła lakoniczna odpowiedź.
Po raz wtóry Grubcio pojawił się około południa. Tym razem książka, którą dzierżył w rękach była gruba i lekko przykurzona. Na obwolucie miała tuzin śladów odbitych tłustych paluchów.
- Czemu tak wyświniłeś to opasłe tomiszcze? Mówiłem ci, żebyś został na wieczerzy, to nie musiałbyś podżerać podczas czytania.
- To nie ja! – żachnął się czarownik, oczywiście w przebraniu.
- Bajeczki? - spytał retorycznie Pierwszy.
- Nie. - padła zaskakująca odpowiedź. - "Kuchnia francuska".
- Ty to tylko o żarciu myślisz! – wypalił mistrz.
- Fascynująca książka! Ty sobie nawet nie wyobrażasz, jakie ci Francuzi przyrządzali kiedyś świństwa... – uśmiech czarownika skrywał jakiś potwornie niesmaczny sekret.
- Gulasz z jelit wisielca? - wtrącił Drugi, który akurat wszedł do salonu.
- Nie, coś o wiele gorszego! - wypalił Trzeci i ponownie skierował się do wyjścia.
- Biblioteka?
- Kuchnia. Muszę pogadać z kucharzem księcia. - rzekł i pognał do wspomnianego miejsca. Trzeba przyznać, że posiadł on dziwną moc przekonywania ludzi najrozmaitszych profesji do swoich niesamowitych pomysłów, czego dowodem mogła być kolacja - podana oczywiście w sali lustrzanej - obfitująca w najwykwintniejsze potrawy kuchni francuskiej. Były więc ślimaki, przyrządzone na osiem różnych sposobów, polędwica cielęca w mleku, żabie udka z oberżynami, małże... A wszystko to dzięki dobrej woli i pomysłowości kucharza. Gdy wszyscy już zasiedli do stołu, książę zastukał łyżeczką w kieliszek i zabrał głos.
- Drodzy przyjaciele. Zapada już wieczór, więc tegoroczna próba powoli dobiega niestety końca. Zapewne księżniczka ukryła się w lesie przy pomocy czarów, pozwolicie więc, że poproszę księcia Dracula Transylwańskiego, wielkiego mistrza magów, o skromną przysługę...
Ukłon księcia w kierunku Pierwszego nie pozostawiał wątpliwości. Po chytrym uśmieszku baroneta widać było, że inicjatywa ta wyszła nie od księcia.
- Ależ drogi książę... - skłonił się kurtuazyjnie Pierwszy. – Czym tylko mogę służyć.
- Prosiłbym, drogi przyjacielu, o cofnięcie wszystkich czarów na tę noc. Być może pozwoli to na szybkie i pomyślne zakończenie tej niecodziennej rywalizacji.
- Rzekłeś, książę. - Pierwszy wstał od stołu i trzykrotnie klasnął w ręce. Wszelki możliwy czar prysnął. Jednocześnie znaczek na klapie marynarki mistrza zamienił się w komara, ciągle przyssanego do ofiary. Gdy w pół sekundy później pękł od nadmiaru krwi, przy czym wcale nie błękitna krew trysnęła na najbliżej siedzących gości, kilka kobiet już krzyczało przerażonych, a dwie nawet zemdlały. Oto na talerzu księcia Burgunda zamiast pieczonego żabiego udka pojawiła się... pieczona kobieca noga. Bardzo zgrabna i długa noga z brylantową bransoletką na kostce. Pośród ogólnego wrzasku i chaosu, jaki nagle zapanował przy stole, nikt nie zwracał uwagi na rozpaczliwy krzyk wzywający pomocy. Krzyk dobiegał z osobistego pokoju Markotki...

* * * * *

- Grubciu, to nie było smaczne. - wyznał Pierwszy. - Ale dość oryginalne. Miałeś dużo szczęścia, że kucharz złapał właściwą żabę. Przy okazji: gratulacje dla szefa kuchni!
- O tak! - przyznał Trzeci. - Tylko w bajkach królewna żabka ma złotą koronę.
- Książę jest trochę zszokowany... – przyznał mag.
- ...ale zyskał syna. Przecież książę Burgunda odnalazł Roksanę na krótko przed zachodem słońca. - uzupełnił Drugi, który przysiadł się do stolika czarowników dzierżąc w dłoni szklanicę ze swoim ulubionym drinkiem.
- A gdzie lord Davidov?
- Hm... dotrzymuje towarzystwa Markotce... - wyjaśnił Drugi, uśmiechając się z niewiadomych przyczyn do szklanki. – Tak sobie przypadli do gustu, że wprost nie mogli się od siebie oderwać.
- O w mordę! - poderwał się Trzeci.- Chodźcie do okna!
W dogasających ostatnich promykach słońca z pałacu księcia wyłoniła się dziwna procesja. Ośmiu mundurowych funkcjonariuszy Interpolu wynosiło nosze. Na nich spoczywał marmurowy posąg Dawida - ten sam, który skradziono z muzeum. Na posągu w dziwnym rozkroku leżała naga Markotka Davidov z rękami skutymi na plecach. Procesja z trudem przecisnęła się przez tłum gapiów i dobrnęła do wozu operacyjnego Interpolu, funkcjonariusze szybko zatrzasnęli drzwi i wóz ruszył na sygnale. Do palarni wbiegł baronet Jose Em.
- Cygarko, drogi przyjacielu? – zagaił uśmiechnięty vice poprawiając monokl.
- Dziękuję. Aresztowali Markotkę! - wypalił od progu.
- Taaaaak? - udał zdziwionego Mistrz. - A za co?
- Ukradła z muzeum posąg Dawida i zbeszcześciła go!
- Zbeszczesciła? - zapytał Trzeci z niedowierzaniem, całkiem udanym zresztą.
- Nie mogła pofolgować swoim fantazjom erotycznym i... no i zakleszczyła się na zimnym marmurze! - wyrzucił z siebie baronet, po czym pogalopował dalej na salony rozgłaszać swoje rewelacje.
- Wiedziałem, że on mi kogoś przypomina! - skwitował Trzeci z przekąsem.
- Baronet Jose y bufon?
- Davidov! No i fakt, że większość tych świrów go nie znała... i ta jego małomówność... A mi pociskałeś kit, że poznałeś go w muzeum!
- Bo to prawda! - bronił się Drugi. – Wpadłem na ten posąg potykając się o dywan i odruchowo powiedziałem „przepraszam”.
- Przynajmniej jesteś dobrze wychowany! – skwitował Trzeci.
- … no i wtedy pomyślałem o personifikacji parazmysłowej…
Pierwszy wstał z sofy ściskając Drugiemu rękę.
- Second, gratuluję! - skłonił się z dworską manierą, co jak najbardziej pasowało do scenerii wyższych sfer. - Czy wiesz, kiedy ostatnio człowiek z powodzeniem użył zaklęcia ożywiającego rzeźbę?
- Sto lat temu? – strzelił mag.
- W starożytnej Grecji! - ponownie się skłonił. - Jeszcze raz moje gratulacje! Mi się to nigdy nie udało!
- Dobra. - przerwał Grubcio dopijając porzuconego przez kogoś drinka. - Zmywamy się?
- Znikamy, czy zmieniamy się w kruki?
- Co? Lecieć w kluczu z Grubciem? - oburzył się Drugi. - Żeby mnie wrony wyśmiały? Bądź co bądź, jesteśmy teraz arystokratami.
- No to znikamy. – stwierdził Pierwszy.
I jak stali, tak zniknęli.

* * * * *

Następny dzień przyniósł kolejne rewelacje. Szmatławiec „Ślinotok” opisał całą sprawę z posągiem Dawida nadmieniając, że Markotka dostała pięć lat odsiadki w Alca-Prim-Trazz za kradzież dziedzictwa kulturowego ludzkości oraz profanację dzieła sztuki, natomiast została - na prośbę księcia de Perault - zwolniona z zarzutu o spowodowanie nieumyślnego upieczenia... to znaczy spowodowania nieumyślnej śmierci. Gdy już siedziała w celi, patrząc na kraty w oknie, które przez najbliższe lata będą jej najbliższym sercu krajobrazem, wielki czarny kruk wleciał przez okno do biura na trzynastym piętrze pewnego biurowca.
- Co kupiłeś? - spytał Drugi, biorąc do ręki paczkę, która wypadła krukowi spod skrzydła przy zderzeniu z szafą pancerną.
- Cholerne pudło! - zwyczajowo marudził Trzeci rozcierając rozbity nos.
- Coś ty kupił?! – wyrwało się Pierwszemu na widok napisu „ANAL TERMINATOR” na opakowaniu.
- O święty Samaelu! - zakrzyknął Drugi, wyciągając z pudełka przedmiot przypominający skrzyżowanie kija baseballowego z karabinem maszynowym.
- Największy i najpotężniejszy wibrator, jaki tylko mieli w sex - shopie! - z dumą oznajmił Grubcio prezentując potężne narzędzie rozkoszy.
- I gdzie ty go sobie włożysz?
- Zapakuj go z powrotem. – uśmiechnął się otyły czarownik. - Tu masz karteczkę z adresem, a jutro rano, jak będziesz szedł do roboty, wstąp na pocztę i nadaj przesyłką ekspresową.
Vice spojrzał na podany kartonik z dwiema linijkami bazgrołów przyjaciela. Na niewielkiej kartce widniał adres: "Markotka Davidov; więzienie Alca - Prim -Trazz".

* * * * *
* * * * *

Przypisy, czyli wyjaśnienie trudnych słów:
BARONET – typowy dla szlachty angielskiej tytuł, najwyższy w tzw. szlachcie niższej; TARCZA HERBOWA Z LABRAMI I KORONĄ – znak rozpoznawczy wyższej szlachty z herben nadanym przez samego króla; DE PERAULT Charles – autor bajki o Czerwonym Kapturku; NOBILE VERBUM – szlacheckie słowo honoru; UNIWERSYTET CZARNOKSIĘSTWA I MAGII STOSOWANEJ – najpoważniejsza uczelnia ezoteryczna w kraju. Jej dyplom otwiera drzwi do każdej kariery; PRZYJACIELSKIE PRZESŁANIE TYPY „ODP… SIĘ BRACIE!” – może nikt mi nie uwierzy, ale moja koleżanka z klasy miała właśnie taki naturalny wyraz twarzy. Po prostu uroczy; NEPPON – lokalna, trochę zniekształcona japońska nazwa Kraju Kwitnącej Wiśni; MUZEUM – miejsce, do którego niechętnie się przyznajemy, choć tam spoczywa całe nasze dziedzictwo kulturowe; kojarzy się głównie z truchłami i nudnymi, szkolnymi wycieczkami; NAV ALONNY – fikcyjny drink alkoholowy, daje niezłego kopa! Przepis wysyłam zainteresowanym mailem; ALCA-PRIM-TRAZZ – więzienie o zaostrzonym rygorze. Nazwa powstała z połączenia słów „alcaprim” (popularny środek na kaca) oraz „trazz” (nazwa popularnej gry typu arkanoid) i miała brzmieć trochę jak Alcatraz.


Autor: Dudziński, Tomasz Marcin
Dodano: 2007-10-28 12:56:49
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Młody świat" i gadżety


Artykuły

Drugi wywiad z Rafałem Kosikiem


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

Recenzje

Brooke-Hitching, Edward - "Atlas lądów niebyłych"


 Małecki, Jakub - "Rdza"

 Wexler, Django - "Działa imperium"

 Delaney, Joseph - "Kroniki Gwiezdnej Klingi"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Janusz, Aleksandra - "Cień Gildii"

 Willis, Connie - "Pojedynek na słowa"

 Liu, Cixin - "Ciemny las"

Fragmenty

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

 Kisiel, Marta - "Dożywocie"

 Kańtoch, Anna - "Niepełnia"

 Hudner, Kennedy - "Cel uświęca środki"

 Jadowska, Aneta - "Szamańskie tango"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #2

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS