NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Golden, Christie - "Narodziny hordy"

Dashner, James - "Gra o życie"

Ukazały się

Larson, B.V. - "Rój"


 Maszczyszyn, Jan - "Hrabianka Asperia"

 Rochala, Paweł - "Ballada o czarownicy"

 Staveley, Brian - "Ostatnia więź"

 Komuda, Jacek - "Czarna szabla" (wyd. 3)

 Majka, Paweł - "Wojny Przestrzeni"

 Sanderson, Brandon - "Biały piasek"

 Sanderson, Brandon - "Legion"

Linki


Czarowniki - rozdział I

OPOWIEŚCI ZE ŚWIATA CZAROWNIKÓW

Rozdział I: Tysiąc Jeden Życzeń
Poznajemy czarowników, Pierwiosnka i jego gang oraz dowiadujemy się, dlaczego nie warto wędkować i grać w golfa w bibliotece.
Po dwóch latach od wyburzenia ohydnego quasi-pałacu wybudowanego wieki temu w samym centrum New Warsaw City, tysiące mróweczek pracowicie wnoszących budulec na kolejne piętra supernowoczesnej, ażurowej konstrukcji słupowo-ryglowej, dostąpiły zaszczytu obejrzenia w holowizji uroczystości oddania do użytku swojego największego dzieła. Nie był to może szczyt możliwości architektoniczno – budowlanych nowych czasów, ale rok 194 Nowej Ery charakteryzował się osiągnięciem apogeum w dynamicznym niedorozwoju przemysłu, budownictwa i gospodarki ogółem, choć nie można było mówić o kryzysie. Wszystkiemu był winien minister Dryblas ze swoim wiecznym przydupasem Pijawką, pełniącym oficjalnie funkcję sekretarza partii aktualnie rządzącej, natomiast prywatnie był podnóżkiem opływającego w dostatki ministra. Po dwóch latach rządów obu panom grunt zaczął się palić pod nogami, więc ostatni skok na kasę, jaki udało im się wykonać przed wkroczeniem zarządu komisarycznego do ministerstwa, była sprzedaż zabytkowego Pałacu, który stał w mieście prawie od zawsze. Strzelistą i monumentalną, aczkolwiek podniszczoną konstrukcję rozebrano i wywieziono za ocean, gdzie prywatny pasjonat – kolekcjoner miał już całe poletko różnych pałaców techniki i zamków uniwersyteckich. Grunt po pałacu objęła we władanie niewielka firma „Mardi”, która w tajemniczy sposób zdobyła jeszcze bardziej tajemniczych sponsorów i w ciągu kilkunastu miesięcy wystawiła liczący czterdzieści dwa piętra supernowoczesny budynek. Wszystko by było po myśli ministra Dryblasa, bo nagle się okazało, że jako udziałowiec malutkiej firmy „Mardi” dysponuje on potężną powierzchnią do wynajęcia i to w centrum New Warsaw City, ale nastąpił krach. Zapaść gospodarcza spowodowała, że drobne firmy zniknęły z rynku, wielkie firmy stały się malutkimi firemkami, a te, aby przeżyć musiały się jednoczyć w sprawdzony w systemie utopijnym szereg spółdzielni. Nowy budynek zyskał miano „Spółdzielni Usługowej”, w której stopniowo lokowały się spółki z kapitałem zagranicznym.
Ale w czasie, gdy pracowite mróweczki wznosiły jeszcze swój pomnik ku czci i chwale ministra Dryblasa, dwóch nikomu nie znanych studentów uczelni ezoterycznej wpadło na genialny pomysł, który zaważył na ich całym późniejszym życiu.

- Znowu pączki od Clicklego? – chudzielec spojrzał na niesamowicie grubego kolegę z trudem mieszczącego się na swojej pryczy pokoju numer 666 na dwunastym piętrze akademika.
- A co? – mruknął grubas. – Wiem, że wolałbyś otręby i inne modne świństwa, ale sam powiedz: czy życie czarnoksiężnika miałoby smak bez odrobiny cholesterolu i słodyczy?
- Twoje na pewno nie! – chudzielec uśmiechnął się kwaśno i powrócił do lektury obszarpanej, antycznej książki.
Tłuścioch obrócił się na bok dalej kontemplując wyimaginowane, niebieskie migdały. Tuż nad jego pryczą wisiała na czerwonym, plecionym pasku Atalma, jedyny atrybut prawdziwego czarnoksiężnika, jaki mógł oficjalnie nosić na zajęcia. Adept wyciągnął magiczny sztylet o czarnej rękojeści ze srebrnej pochwy, obejrzał ostrze pod światło, po czym chwycił za obosieczne, lekko przerdzewiałe ostrze i zaczął wydłubywać sobie brud spod paznokci.
- Co znowu studiujesz? – zapytał totalnie znudzony nadmiernym brakiem gadatliwości swojego współlokatora.
- Ciekawa historia jest… - zaczął wciąż wpatrzony w literki kompan. – Autor „Zielonego Grimmuaru”, jak mniemam to o niego chodzi, najpierw zniknął spośród druidów, potem pojawił się tysiąc lat później w trzecim roku Wielkiej Wojny, gdzie nielicho narozrabiał i gdzie rzekomo zginął podczas największej bitwy pod Vierdun. Niejacy Niemcy puścili na okopy sprzymierzonych jakieś gazy…
- Też to potrafię. – mruknął Grubcio.
- Znikać, czy ginąć? – chudzielec oderwał z niedowierzaniem wzrok od tekstu i popatrzył na przyjaciela.
- Nie, puszczać gazy jak ten twój Pierdun!
- O nie, mój drogi! – książka zamknęła się z hukiem. – Ty jesteś lepszy niż Niemcy, bo ty puszczasz gazy i jesteś pierdun!
Niezwykle spasiony adept siadł na brzegu swojej pryczy o rechotał jak żaba w rui.
- Masz chusteczkę, bo chyba się poryczałeś ze śmiechu. – chudzielec rzucił przez pokój pudełko jednorazówek. – A swoją drogą, ciekaw jestem, co tak naprawdę stało się z mistrzem Geminschoenem.
- Hi, hi, hi! – grubas właśnie zakończył rechot ocierając krokodyle łzy. – Myślę, że skoro przeżył prześladowania druidów, to nie zabił go byle niemiecki pierdun.
Chudzielec podkulił nogi i spojrzał za okno. Właśnie zachodziło słońce przebijając się jeszcze tu i ówdzie przez gęste korony drzew pojedynczymi promieniami. Na biurku obok w antycznym, marmurowym pojemniku na gęsie pióra leżało kilka przedmiotów, jak czarnoksięska różdżka, srebrny sygnet z kompletu teurgicznego oraz kilka ręcznie rzeźbionych pentakli. Wzrok młodego adepta spoczął na srebrnym sygnecie.
- Możemy go poszukać. – odezwał się, nadal tępo wpatrując się w srebrny, masywny pierścień.
- Myślisz o wskazaniu? – tłuścioch spoważniał w ciągu minuty.
- O czymś jeszcze gorszym! – chudzielec uśmiechnął się pod nosem potrząsając swoja bujną czupryną. – Zapytamy demona o innego maga.
Gruby adept poderwał się ze swojej studenckiej pryczy.
- Nie możemy! Nie mamy uprawnień! – machał rękami jak wściekły koliber.
- A ty co? – chudzielec wstał i podszedł do okna. – Odlatujesz? Otworzyć ci okno? Za trzy dni egzamin dyplomowy, wtedy nabędziemy uprawnienia!
- Dopiero za trzy dni! – powtórzył z satysfakcją grubas dalej machając rękami.
Młody czarownik, ten zdecydowanie chudszy, popukał się w czoło, chwilę potem wyciągnął z płóciennej torby nadgryzioną kanapkę drugiej świeżości.
- Naści ptaszku okruszków! Skończ już machać łapami, bo mi plakat Cynthii Chrysler uszkodzisz! A wracając do tematu: a kto ci policzy te godziny? Przygotowania zajmą nam co najmniej dwa dni.
Ptaszek przestał machać łapkami.
- Poza tym nie masz najważniejszego. – skonstatował Grubcio wpatrzony hipnotyzującym wzrokiem w kanapkę kolegi. – Czy masz może co do tego okruszka jakieś konkretne zamiary?
- Możesz zjeść. – adept machnął ręką. – To czego nie mam?
- Najważniejszego… mniam!
- Rozumu?
- Nie ośle jeden! – tłuścioch się zakrztusił. - Przedmiotu poszukiwanego maga!
- Wiesz co? Nie powinno się tyle gadać z pełną gębą! – chudzielec walnął przyjaciela z całej siły w plecy. – Ta nieodwzajemniona miłość do jadła cię kiedyś zgubi! Czy wiesz, że w muzeum uczelni jest zielony pierścień mistrza Geminshoena!
Otyły czarownik wybałuszył oczy, zupełnie, jakby w kanapce pojawiły się trzy żółte hipopotamy.
- Ależ to relikwia! Od razu wykryją, kto go buchnął! – wybełkotał władca hipopotamów.
- Nie, gdy zrobi to ktoś, kto nie miał jeszcze styczności z magią profesjonalnie.
Tymczasem mistrz hipopotamów zjadł ostatni kęs kanapki i rozglądał się za czymś do popicia. Padło na słoik z wodą.
- Masz kogoś konkretnego na myśli? – czarownik złapał naczynie i wzniósł niemy toast. – Za mojego promotora, oby nie był upierdliwy na egzaminie!
Zanim chudy mag zdążył powiedzieć „ciach po grdyce”, po wodzie nie było ani śladu.
- Odstana, tygodniowa woda spod kwiatków! – zgadnijcie, kto załamał ręce.
Grubciowi się ohydnie odbiło.
- No to już wiem! – stwierdził z pewną miną. – Wiem, czemu mi zgrzyta między zębami. To te twoje glony.
- Nie glony, tylko piasek. – sprostował wciąż obrażony adept.
- Taaaaak. To wiele wyjaśnia. Widziałeś wróbelki? Sprytne maleństwa! Czasem dzióbią piaseczek. Wróbelkom nie szkodzi, prawda?
- Drogi przyjacielu, ty nie jesteś wróbelkiem! – czarownik wstał i machnął ręką. - Chodź Grubciu, przedstawię ci mojego siostrzeńca i jego młodzieżowy gang.
Obaj adepci wyszli z pokoju zatrzaskując za sobą drzwi. Kiedy idąc korytarzem tłuścioch grzebał po kieszeniach, jego kompan wyciągnął z niewielkiego, zamszowego woreczka wiszącego na plecionym pasku niewielkie pudełeczko, które po otwarciu okazało się czymś, co od razu skojarzyło się tłuściochowi z zawartością kobiecej torebki.
- Po co ci puderniczka? – zapytał z ciekawością wymalowaną na twarzy. – Poprawiasz make-up przed spotkankiem?
- To supercienki komunikator, najnowsze dziecko techniki czaromultimedialnej, ciemnoto.
- A niech to Murmur ściśnie! – grubas aż podskoczył. – Faktycznie! Ukradłeś?
- Wygrałem wczoraj w karty!
- …i oczywiście ci durnie nie wiedzieli, że jako pół-telepata masz nad nimi przewagę?
- Oczywiście. – skwitował chudzielec i jednym susem pokonał ostatnie pięć stopni klatki schodowej. – Zobaczymy, czy jest w hacjendzie.
Czarownik wpatrywał się w lusterko zamontowane w górnej klapie komunikatora. Przetarł delikatnie powierzchnie lustra mamrocząc dość proste zaklęcie kierunkowe. Po chwili powierzchnia lustra zmętniała, zupełnie jakby ktoś zamieszał wodę z mąką, by po chwili ukazać spoconą, szczupłą twarz nastolatka.
- Cześć. – mruknął chudzielec zaskoczonemu młodzieńcowi. – Coś taki spocony?
- Jestem w Palestynie… - wyznał z oporami młodzieniec.
- Gdzie? Co ty tam, na świętego Flaurosa, robisz?! Miałeś siedzieć na dupie w chałupie! I co ja powiem teraz twojej matce?
- Eeeee… jestem w chałupie. – wyznał chłopak i dodał po chwili. – Chodź, przedstaw się.
W lusterku pojawiła się uśmiechnięta blondyneczka z kucykiem na bok. Po chwili objęło ją opiekuńcze ramię chłopaka.
- Cześć, jestem Palestyna. – uśmiechnęła się obnażając cyrkonię w górnej jedynce..
Obaj czarownicy zaczęli wzbudzać na ulicy sensację, bo o ile grubszy rechotał coraz głośniej, chudszemu pojawiły się na twarzy wszystkie sine kolory zwiędłej tęczy.
- Pierwiosnek, na litość demonów! – wrzasnął wściekły chudzielec. – Wyrzuć natychmiast z rąk to paskudztwo!
- Dobra, dobra! I tak zaraz musi spływać, bo ma lekcję etyki…Co jest grane?
- Musimy pogadać z twoimi kolesiami. – mag wyraźnie ochłonął.
- Ciekaw jestem, czym wam się narazili? – spytał chłopak i na chwilę zniknął z pola widzenia. W tle było słychać delikatne „cmok”. – Już poszła.
- Rozpustna Palestyna udała się na lekcje etyki, hi, hi, hi! – Grubcio nadal rechotał pod nosem. – Pewnie do Ziemi Świętej, hi, hi, hi!
- Znowu ten żarłok? – zapytał młodzieniec nazwany Pierwiosnkiem.
- Nie jestem obraźliwy – wtrącił rechoczący mag.
- Zaraz będziemy. – uciął chudzielec i skręcił w przecznicę.

* * * * *

Kula ze świstem przeleciała obok hełmu Shoena. Wiedział, że od niechybnej śmierci dzieliły go tylko dwa cale, ale wiedział też, że jeszcze nie nadszedł jego czas. Powoli i systematycznie wycofał się w głąb okopu, gdzie nie mogła mu zagrozić żadna zbłąkana kula. Ze smutkiem popatrzył na leżące w kałuży zamarzniętego błota ciało młodego feldfebla z 22 pułku ułanów Katzlerskich – tak przynajmniej mówiła naszywka na jego kurtce. Pochylony przeskoczył nad zwłokami i pomknął w kierunku bunkra. Pewnym było, że Niemcy nie zaatakują już tego dnia, choć wszystko mogło się przecież zdarzyć. Popatrzył na horyzont. Pośród setki lejów po pociskach artyleryjskich poprzecinanych zasiekami majaczyła sino-szara chmura. Przyśpieszył kroku, bo podejrzewał już, co to może być. Gaz! Widział już taką chmurę ponad pół roku temu, kiedy to pod Ypres niemiecki gaz wydusił ponad pół pułku Bajończyków. Jego pułku! Tego pięknego, majowego dnia wróg posunął się do przodu umacniając swoje pozycje, choć dzień wcześniej, kiedy oddział w porywie serc zaśpiewał „Mazurka Dąbrowskiego” z okopów nieprzyjaciela miast gradu kul odpowiedziały okrzyki radości. To poznaniacy wcieleni do niemieckiego wojska. Jak się później dowiedział od jeńca, poznaniaków w tej samej godzinie przerzucono na tyły frontu w obawie przed masową dezercją… ale to było dawno temu, milion wybuchów temu, bo teraz czas odmierzało się eksplozjami i atakami gazowymi. Tu, w okopach twierdzy, groził mu znowu atak gazowy, a swoją maskę oddał wczoraj rannemu przyjacielowi. Miał tylko nadzieję, że Jean-Marc dotarł bezpiecznie do prowizorycznego szpitala polowego po tym, jak go… wskrzesił. Użył całej swojej wiedzy tajemnej, najpotężniejszego czaru mistrzów Zielonego Kręgu, aby dać szansę temu młodemu Walończykowi, który aż tak przypominał jego młodszego brata. Eksplozja granatu moździerzowego wyrwała go z zadumy. Schylając się jeszcze niżej w naturalnym odruchu, pognał w poprzeczny wykop prowadzący do bunkra łącznikowego. Tuż za nim wychylił się delikatnie z okopu i od razu przypomniał sobie radę młodego przyjaciela. Z górnej kieszeni płaszcza wyciągnął pudełko z papierosami i delikatnie uchylił wieczko. Tam, zawinięty w szmatkę koloru szarego spoczywał kawałek lusterka. Powoli, ostrożnie wychylił lusterko ponad okop. Okolica ruin twierdzy Verdun wydawała się całkowicie wyludniona, a jedyną oznaką ruchu na zmrożonym polu bitwy, była chmura, która zmieniła kierunek swojej marszruty tak, jakby wiedziała, gdzie ukrywa się Schoen. Siny obłok przeszedł nad drzewem, które po wyjściu z mrocznego obłoku nie przypominało już drzewa, lecz wypalony kikut. Schoen już wiedział: to nie atak gazowy! To Demon Mroku szukał go na polu bitwy, aby dokonać zemsty za zniewagę sprzed wieków, za ujawnienie tajemnic Zielonego Kręgu! Nie namyślając się długo rzucił bezużyteczny kawałek lustra w zamarznięte błoto i pognał wykopem przed siebie schylając się jak najniżej. Wpadł do bunkra łącznikowego i wysypał pospiesznie zawartość plecaka. Odrzucił bezwartościowy nóż, konserwę i pakunek z chlebem. Pospiesznie wydobył srebrny kielich, dwie miedziane miseczki, tajemniczą buteleczkę, zawiniątko i czarny sztylet. Ustawił na deskach stołu miseczki, do jednej nalał trochę wody z manierki, do drugiej wsypał białego proszku z zawiniątka. Do kielicha wlał zawartość buteleczki, którą roztłukł o niemiecki hełm zalegający w błocie, następnie uchwycił oburącz sztylet. Wymamrotał kilka wierszowanych formuł, lecz nie brzmiały one w żadnym znanym języku świata i unurzał sztylet w kielichu z dziwną czerwoną cieczą. Po chwili chwycił zmarzniętą ręką owiniętą w szmaty kielich i chwilę popatrzył na zawartość. Wzniósł niemy toast za szybkie zakończenie bezsensu, który spowił świat dwa lata temu i wypił zawartość do ostatniej kropli. Demon Mroku, który majestatycznie dotarł do celu swojej podróży zawył żałośnie, gdyż ścigany człowiek po raz drugi wymknął mu się ze szponów. Tej nocy, w ataku ślepego szału, rozszarpał wielu śpiących żołnierzy po obu stronach frontu. 21 lutego 1916 roku rozpoczęła się bezsensowna jatka, w której poległo ponad pół miliona walczących ze sobą żołnierzy.

* * * * *

- Twoja matka haruje jak wół, a ty się za pannami uganiasz? – chudzielec nie przestawał ryczeć na młodego chłopaka. – Nie wstyd ci?!
- Przestań już! – zaprotestował czarownik obszernej postury. – Chłopak ma już dość. Później sobie po nim pojeździsz
Adept w końcu się zamknął.
- Dzięki Grubciu. – mruknął speszony obiekt ope-eru.
Tłuścioch przysiadł na krawędzi łóżka. Po chwili wyciągnął spod haftowanej poduszki różowe figi.
- Wysłać je do Palestyny? Hi, hi, hi! – dodał powiewając nimi jak chorągiewką.
- Chodź no tu do mnie! – chudzielec rzucił się na grubasa. – naciągnę ci je na łeb!
Po chwili delikatne majteczki zrobiły głębokie w brzmieniu „trrrach!”, zupełnie na miarę pantalonów na stukilową babę. Obaj adepci siedzieli na łóżku dzierżąc strzępy różowej bielizny.
- Dobra, dość wygłupów. – rzucił wyraźnie spokojniejszy chuderlak. – Przymykam na to oczy, młokosie, znaj moją wielkoduszność!
- …a gdybyś znał jego wyczyny, gdy był w twoim wieku? Ho, ho, ho! – dodał Grubcio i po chwili pożałował, bo różowa szmata pacnęła go w czoło. – Dziękuję, o niczym innym nie marzyłem tego dnia!
- Czuję, że jest w tym jakiś kruczek! – wymamrotał ciągle speszony Pierwiosnek.
- Patrz, szybko się dzieciak uczy! – mruknął mag. – Zabieraj to swoje trofeum z mojej czupryny!
Po chwili obie różowe połówki wylądowały w koszu na śmieci. Chudzielec ciągnął wątek.
- Chcesz wersję skróconą?
- Poproszę.
- Oto zdjęcie zielonego pierścienia z pewnej uroczej gabloty na naszej uczelni. Chciałbym go dostać, gablota jest strzeżona silnymi czarami, a każdy, kto się do niej zbliży, może mieć kłopoty. Możesz zabrać kumpli, płacę pięć krugerandów. Czy coś pominąłem?
- Dwadzieścia. – przerwał młodzieniec.
- Dziesięć.
- Dobra. – adept zgodził się niechętnie. – Tylko bez wsypy, bo ja nie lubię się nikomu tłumaczyć, a twojej matce szczególnie!
- Spokojna głowa! – zapewnił Pierwiosnek. – Masz ładny gadżet, mogę skorzystać?
- A potrafisz?
- To proste zaklęcie, dziecko nawet je zapamięta!
- Ja nie pamiętam… - jęknął cichutki głosik z łóżka.
- Grubciu! – wyrwało się jednocześnie chłopakowi i jego wujowi.
Młodzieniec pewnie pochwycił aparat, popatrzył z zadowoleniem na nowiuteńki multi-komunikator i otworzył wieczko. Wymamrotał coś po starosumeryjsku, obraz zmętniał, by po chwili ukazać pryszczatego młodziana o mysiej twarzy.
- Joł! – wypaliła Szczurza Twarz.
- Cześć. – mruknął Pierwiosnek. – Siedzisz nad rzeką?
- Joł! – potwierdził myszowaty gostek.
- Biorą?
- Joł!
- A chcesz iść na lepsze rybki?
- Joł?
- Dwa krugerandy.
- Trzy!
- Joł! Tfu, co ja plotę! – Pierwiosnek machnął ręką. – Zgoda. Trenuj zarzutkę, potem pogadamy.
- Joł, nara! – obraz zniknął.
- To był Lukas. – wyjaśnił Pierwiosnek. – Ubzdurał sobie, że jest władcą szczurów…
- Chyba wodnych. – dorzucił Grubcio zafascynowany oglądanym przed chwilą indywiduum.
Chłopak powtórzył czar nad komunikatorem. W mętniejącym zwierciadle zmaterializowała się postać dziwnego młodzieńca z zabójczym lokiem.
- Gram. – warknął na powitanie ubrany na czarno młodzian.
- Domyśliłem się. Chcesz zagrać na forsę?
- A o co biega?
- Jedno trafne uderzenie za dwa krugerandy. – rzucił Pierwiosnek.
- Trzy i gramy. – przebił czarny loczek.
- Gramy. Szczegóły wieczorem. Cześć.
Klapka z komunikatora trzasnęła o swoją drugą połówkę. Chłopak niechętnie oddał wujowi najnowszą zdobycz techniki czaromultimedialnej.
- A ten to był kto? – zapytał chudzielec chowając jednocześnie swoje nowe cacuszko do kieszeni spodni. – Perkusista?
- Zapalony golfista. Kumpel ze szkoły.
- Taaaaa… - ciężka łapa Grubcia wylądowała na szczupłym ramieniu. – Wiemy już coś o tym, taki kumpel to skarb! Nic, tylko zakopać!
Chudzielec wstał i wyszedł z pokoju.
- Dobra, mały. – rzucił na pożegnanie. – Jak coś wymyślisz, dycha twoja. Jak coś schrzanisz, niechybnie oberwiesz. Żarcie w lodówce, tylko odgrzej. My wracamy się skoszarować, takie przepisy dla adeptów ostatniego roku. Grubciu, dość byczenia. Idziemy.
- Dobra. No to cześć wam.
Drzwi zamknęły się z głośnym skrzypieniem zawiasów. Pierwiosnek pomyślał, że to będą najłatwiej zarobione pieniądze w ciągu ostatniego roku.

Nazajutrz chłopak zjawił się w akademiku i po krótkim i zdawkowym „cześć” dobrał się do holowizora. Z torby wyciągnął malutką kamerę holowizyjną, usadził zdziwionego Grubcia na krześle i wręczył obu adeptom małe porcje popcornu z akademickiego bufetu. Po chwili podłączona kamera zgłosiła się radosnym komunikatem „READY”. Pierwiosnek wyciągnął z torby ułamaną teleskopową antenę z antycznego radioodbiornika i stanął z boku urządzenia, tak, aby nie zatraciła się głębia obrazu. Po chwili było jasne, że rozciągnięta antena miała zastąpić wskaźnik.
- Witam panów na pierwszym i jedynym pokazie sztuki prawdziwie czarnoksięskiej. – zaczął chłopak kłaniając się nisko nielicznemu audytorium. – Oto buchanka, co się zowie; bez wpadki i zbędnych ceregieli.
Na ekranie ukazało się sanktuarium akademickiej biblioteki, gdzie po środku dużej sali z ułożonymi promieniście regałami z traktatami ezoterycznymi, stała rzęsiście oświetlona gablota. Wewnątrz skrzył się tajemniczym blaskiem zielony pierścień największego czarownika Zielonego Kręgu. Po chwili szyby gabloty opadły, by załączyć system automatycznego odkurzania.
- Widzimy, jak w godzinie Merkurego – czyli dla mnie dwudziestej drugiej czterdzieści, automat obniża szyby gabloty, aby wydmuchać z niej nagromadzony za dnia kurz.. A oto nasz mistrz łapania sandaczy, vel Lukas, czasem władca szczurów i innego robactwa przynętowego..
Rzeczywiście, na jednym z regałów zamajaczył cień niewysokiego młodzieńca z czymś długim w ręku. W powietrzu coś świsnęło, potem było głębokie „trrrrrrrrrrrr” i dopiero po chwili do oglądających film adeptów dotarło, że długim przedmiotem była wędka, zaś tajemniczy odgłos wydawał kołowrotek szybkoobrotowy.
- Chcesz mi powiedzieć, że to było takie proste? – chudzielec nie wierzył własnym oczom i miał rację. – A czujniki nacisku?
- Wiedzieliśmy o nich. Oto drugi zawodnik.
Na ekranie pojawił się inny cień. W oddali majaczyły zarysy regałów i widać było, że po jednym z nich ktoś się wspina do góry. Po chwili postać na regale wciągnęła do góry jakiś długi, smukły przedmiot. Drugi cień, stojący w korytarzu vis-a-vis ustawił biały talerzyk na mechatej wykładzinie, na nim położył dziwnie znajomy przedmiot i pochwycił z wąskiego kołczanu na plecach najlepszej jakości golfowy kij. Chłopak z kijem zajął pozycję i skinął temu na regale. Wędkarz zamachnął się kijem, słychać było daleki świst, potem znajomy terkot oraz głuche uderzenie kija golfowego o tajemniczy, okrągły przedmiot. Po chwili gablota zasunęła się, a obraz na zbliżeniu ukazał schowany za szkłem zielony pierścień.
- Twój wędkarz spudłował. – orzekł Grubcio.
- Pudło. – odpalił Pierwiosnek.
- Golfiarz trafił go w łepetynę? – zapytał chudzielec.
- Też pudło!
- Chwila moment! – Grubcio nie dawał za wygraną. – Pierścień został w gablocie.
- No to łap! – wrzasnął chłopak.
W powietrzu błysnął zielenią przelatujący przedmiot. Tłusty adept ze zdziwieniem patrzył na wykradzioną spod opieki potężnych czarów relikwię.
- Jak u licha? – chudzielec był niemniej zaskoczony. – Nie było alarmu, nikt o tym nie mówił… Wiedzielibyśmy, takie rzeczy na uczelni nie pozostałyby tajemnicą!
- Przedwczoraj kupiłeś mi miętowe landryny. Stopiłem trzy nad gazem i odlałem w formie z wosku podobny kształt. Łatwizna! Potem Lukas złapał oryginał na wędkę, a Mangel celnym strzałem przy użyciu wedge`a umieścił duplikat na właściwym miejscu. To co? Wypłata?
- Zarobiliście na swoją dychę. – czarownik sięgnął do sakiewki i odliczył stosowną ilość gotówki. – Powiedz tylko, dlaczego zarabiasz najwięcej, skoro twoi kolesie odwalili całą robotę?
- Bo ja byłem mózgiem całej operacji. – chłopak dumnie wypiął pierś. – A wiedza kosztuje.
To powiedziawszy, odwrócił się na pięcie i wyszedł.
- Trzeba na wieczór przygotować krąg w świetlicy. – mruknął Grubcio.
- Jak to wytłumaczysz innym adeptom?
- Próba generalna przed dyplomem. – mruknął tłuścioch i wyciągnął z kieszeni paczkę suszonych fig. – Chyba nie chcesz się zbłaźnić przed promotorem?

Tłuścioch popatrzył na swoje arcydzieło sztuki kaligraficznej. Na parkiecie świetlicy znajdował się wykreślony poświęconą kredą magiczny krąg wpisany w trójkąt równoboczny, na którego bokach widniały wypisane greką odpowiednio: ANEXNETON oraz PRIMEMATON, na dole zaś po hebrajsku imię najwyższego. Wokół płonęły już czarne świece, obok na ołtarzu spoczywały dwie miedziane miseczki, jedna z białym proszkiem, druga z przezroczystą cieczą. Po chwili do Sali wparował chudzielec taszcząc dwa czarownicze płaszcze, tuzin pentakli zabezpieczających oraz papierowe korony mistrzów magii.
- Zakładaj. – mruknął do kolegi podając mu odpowiedni zestaw.
- Ej, mój płaszcz jest rozpruty! – zaooponował Grubcio oglądając rozdartą szatę.
Przyjaciel popatrzył na niego z półuśmiechem.
- W magazynie największym rozmiarem jest XXL. Nikt nie przewidywał w akademii studenta w rozmiarze pięć iks!
- Jestem tylko dobrze zbudowany!
- Eeeee tam! – chudzielec poklepał go po ramieniu. – Chyba się nie obraziłeś?
- Żartujesz? – grubas uśmiechnął się szeroko. – Nie sposób mnie w taki sposób obrazić! No, chyba że zjesz moje czwarte śniadanie…
- Dobra. – uciął adept. – Już czas. Właź do kręgu i recytuj!
- Spokojnie, mamy czas. – uspokoił przyjaciela Grubcio i śpiewnym głosem rozpoczął teurgiczną inwokację:

"Amor, Amator, Amides, Ideodoniach,
Amor, Plaior, Amitor!
Mocą tych oto aniołów ubieram się w te potężne szaty.
Z ich pomocą doprowadzę do pożądanego skutku wszystko,
co najgoręcej pragnę osiągnąć, przez ciebie najświętszy
Adonaj, którego królestwo i władza są wieczne. Amen.”

Po chwili drugi czarownik dodał niemiłosiernie fałszując:

”Duchy, przybywajcie!
Zaklinam was i rozkazuję wam duchy, ilekolwiek was jest
abyście co rychlej przybyły na wezwanie.
Chcemy odnaleźć zgubę, kto nam pomoże?"

Wokół trójkąta poczęła się formować mgła. Po chwili zgęstniała, natomiast chłód przestrzeni duchowej stał się aż nadto zauważalny. Chudzielec zawodził nadal:

"W imię Boga, który jest Bogiem bogów i Panem wszystkich panów!
Baczność i przybywajcie tu wszystkie duchy! Mocą i zasługą waszych
królów obowiązane są wszystkie duchy piekieł objawić się w mojej
obecności przed tym oto kręgiem Salomona gdy je przywołam!
Przybywajcie więc na mój rozkaz, ażeby spełnić me życzenie , o ile
to w waszej mocy! Przybywajcie ze wschodu, z południa, z zachodu i z
północy! Rozkazuję wam wszystkim i zaklinam was mocą
przenajświętszego imienia wszechmogącego żywego Boga, którym jest
Elohim, Jah, El, Eloach, Tetragramaton!"

Obok trójkąta wyłonił się z mgły zupełnie przeciętny człowiek w todze.
- O niech to! – Grubcio klasnął w ręce. – Forkas we własnej osobie!
- Ja żem ci to! – rzekło widmo.
- Ty żeś mi? – mruknął chudzielec skołowany obecnością tak niezwykłego gościa. A powód był słuszny; Forkas należał do wyższego rzędu demonów, jednakże w przeciwieństwie do innych, chętnie pomagał słabszym. Nie mówiąc już o tym, że był to pierwszy samodzielny seans dla obu adeptów.
- Ha! Nowicjusze! – wycharczał demon.
- Wybacz o szlachetny panie. – mag skłonił się kładąc lewą rękę na piersi, co oznaczało najwyższy szacunek okazany duchowi. – Jeszcześmy niewprawni w sztuce, ale z pomocą twojej znakomitej osoby być może dane nam będzie osiągnąć znaczny stopień wtajemniczenia.
Duch odwzajemnił ukłon, co oznaczało przychylność z jego strony.
- Czego chcecie się dowiedzieć?
- Panie, wybacz nadmiar śmiałości. – wtrącił Grubcio pokazując demonowi zielony pierścień wykradziony z sanktuarium wiedzy. – Wiemy, że potrafisz wskazać zgubę. Zaginął człowiek, który nosił ten pierścień. Chcemy go odnaleźć, poznać jego dalsze losy.
- Ha! – widmo wyciągnęło rękę. – Podaj mi go!
Czarownik odruchowo wyciągnął dłoń dzierżącą pierścień. Demon skrzywił twarz.
- Nie tak, człowieku! – zaskrzeczał duch. – Połóż poza kręgiem, lecz w zasięgu magicznego trójkąta! Gdyby twoim pierwszym zawezwanym duchem był Feniks, już nie miałbyś ręki aż po łokieć!
- Dzięki za naukę, panie! – tłuścioch pomasował odruchowo dłoń. Faktycznie, Feniks mógłby ją spopielić w ułamku sekundy. Po chwili pierścień powędrował poza magiczny krąg.
Demon pochwycił opalizujący przedmiot i spojrzał na niego pod światło.
- Poznaję! – wycharczał. – Sam mu go dałem!
- Czy możemy poznać jego losy?
- Ten, o którego pytacie jest od lat w niebycie. Pomiędzy naszymi światami jest przestrzeń niczyja, pustka kosmosu, próżnia wszechświata. Ten, kto ucieknie w te rejony, jest bezpieczny, lecz sam z tej pustki nie powróci. Może tylko trwać, czasem aż po wieczność.
- Dzięki ci, o panie! – czarownik skłonił się ponownie. – Jak możemy ci zapłacić za tak istotną dla nas przysługę?
- Nie łaknę krwi, ani bogactw. Okazany szacunek jest dla mnie wystarczającą zapłatą.
To rzekłszy, widmo skłoniło się i rozmyło we mgle. Rozmowa była zakończona.
- Czekaj, gdzie leziesz! – upomniał kolegę Grubcio. – Trzeba zamknąć portal!

"... a gdybyście były nieposłuszne, skażę was na tysiąc lat
męczarni będących karą dla każdego z was, który by w całości
nie uznał mocy Wszechwiecznego i jego przykazań. Amen."

Obaj adepci wyszli z kręgu i popatrzyli na siebie. Papierowa korona grubszego z nich powoli rozpuszczała się przesiąknięta potem, a atrament z tajemniczych znaków zdobiących koronę spływał tu i ówdzie cienkimi strużkami znacząc plamami kołnierz rytualnej szaty. Dopiero teraz jasnym się stało, że chudzielec założył swoją szatę na lewą stronę.
- Rety, mało brakowało! – przyznał.
- Niewiele… - zawtórował drugi z czarowników ocierając pot z czoła.
- Ściągamy go?
- Ściągamy!

Nazajutrz drzwi od pokoju adeptów sztuki magicznej rozwarły się z hukiem. Do środka wtoczyła się dziwna procesja, którą otwierał zakapturzony jegomość z siwą brodą, potem wszedł portier, na końcu wtoczył się Pierwiosnek popychany przez niewielkiego człowieczka ze śmiesznym, mysim wąsikiem.
- Oddawać mi go natychmiast! – wrzasnął spod kaptura brodacz.
Obaj adepci zerwali się na równe nogi.
- Mistrz Rektor! Jego Magnificencjo, czemu zawdzięczamy tą niespodziewaną wizytę?
- Ukradliście Zielony Pierścień mistrza Geminshoena! To profanacja! Oddajcie natychmiast relikwię! – grzmiał rektor. – Śledczy Wontorek, aresztować także ich! Przeszukać!
- Wiem, co mam robić, od tego są przepisy, a te znam. – odparł człowieczek ze śmiesznym wąsikiem wyciągając odznakę. - Śledczy Eskulap Wontorek, policja municypalna New Warsaw City.
- Ktoś sypnął? – spytał bladego jak kreda siostrzeńca chudzielec.
- Masa miętowa rozpuściła się od gorąca żarówki oświetlającej gablotę…
- Dzięki temu namierzyliśmy chłopaka. Potem to już była czysta formalność. – warknął jego magnificencja rektor i wyciągnął dłoń. – Pierścień musi wrócić do gabloty!
- Może i racja. – doszło gdzieś z boku. Dopiero teraz wszyscy przybyli zauważyli, że adepci nie byli w pokoju sami. Na łóżku z boku leżał wysoki mężczyzna o szlachetnych rysach twarzy, ubrany w przepisowy mundurek adepta, zdarty jakby z młodszego brata.
- Nie będzie mi już więcej potrzebny. – to rzekłszy ściągnął pierścień z palca i podał zbaraniałemu rektorowi. Ten zacisnął odruchowo dłoń.
- Mistrz Geminshoen!... – jego magnificencja odrzucił kaptur ukazując gigantyczny wytrzeszcz oczu. – Yhhhhp….!
- Chłopki, dajcie jego magnificencji wody, bo jeszcze nam się tu udusi. – zaordynował mistrz..
Rektor wychylił bez namysłu całą zawartość podanej szklanicy. Jego twarz momentalnie poczerwieniała, oczy jeszcze bardziej wyszły z orbit. Widać było, że biedaczek się zapowietrzył.
- Grubciu, co to było? – mruknął zaniepokojony chudzielec.
- Musiało zostać samogonu z sobotniej imprezki…
- Spokojnie chłopaki. – podsumował mistrz. – Już nabiera kolorków.
Tymczasem rektorowi wrócił głos.
- Jestem zaszcza… szczy… zaszczycony! – skłonił się nisko.
- Ależ szanowny kolego! – Geminshoen chwycił go za ramie podnosząc z bogobojnego ukłonu. – To zaszczyt dla mnie! Jestem pod wrażeniem! Wspaniali nauczyciele, wspaniała szkoła, wspaniali adepci! Jeżeli reszta uczniów jest tak zdolna i tak odważna, jak tych dwóch, to mogę tylko się cieszyć, że zostałem ściągnięty w tak wspaniałe czasy! A teraz chciałbym się trochę porozkoszować tą waszą rozrywką… jak to się nazywa? Holowizja? Ostatnią nowinką, jaką widziałem w dotychczasowym życiu był aeroplan! Tyle mam jeszcze do nadrobienia!
- Ależ oczywiście! – mruknął rektor zadowolony z obrotu sprawy. – A wy zgłosicie się jutro do mnie.
- Na dywanik?
- Po dyplomy. – jego magnificencja był nadal lekko zaskoczony nadzwyczajną odwagą, lub też głupotą uczniów. – Gratuluję, zdaliście z wyróżnieniem, choć nic tego nie wróżyło.
- Hmm, hmm! – przypomniał się policjant. – Rozumiem, że nie wnosi pan oskarżenia? Co z tym gagatkiem?
- Wypuścić! – kaptur znów przykrył siwą głowę. – Może liczyć na nagrodę akademii. Powiedzmy… Osiem krugerandów.
- Dwanaście! – odruchowo podbił chłopak.
- Dycha i ani krugeranda więcej! – rektor poklepał po ramieniu chłopca i przeszedł obok śledczego Wontorka. – Zgłoś się jutro do dziekanatu Wydziału Kabały.
Policjant bezradnie rozłożył ręce.
- Niestety, zgłoszenie zostało dokonane. Coś muszę z tym zrobić.
- Upomnienie? – zaproponował Grubcio.
- Nie bardzo.
- Naganę?
- A co to ja? Dyrektor szkoły? – oburzył się śledczy. – Wpiszę mu w akta kuratelę policyjną. Jak popełni jeszcze jedno wykroczenie, to będzie kurator sądowy. Poza tym nie znoszę czarów!
- Kurator sądowy! No mały, masz to pewne jak w banku! – chudzielec roześmiał się serdecznie, bo wiedział, że siostrzeniec już wkrótce wpakuje się znowu w jakieś tarapaty.
- Dziękuję, panie Wontorek. – skrzywił się Pierwiosnek, ale to już na śledczym nie zrobiło wrażenia. Pożegnał się krótko, zwięźle, wręcz służbowo i wyszedł.
- Ciekawe czasy, lecz skoro żyję dalej, to za coś żyć trzeba. – mistrz przysiadł na łóżku.
- Zostań nauczycielem. – zaproponował chudzielec.
- I co? Mam się zakapturzyć i zapuścić brodę? To zbyt banalne, poza tym wymaga cierpliwości! – Geminshoen puścił szelmowskie oko. – W pierwszym tygodniu pozamieniałbym połowę moich uczniów w żaby!
- Cóż, może coś wymyślimy…
- Hej, a może – skoro macie już dyplomy w kieszeni, będziemy świadczyć usługi dla ludności? Sami mówiliście, że od mojej ostatniej wizyty czary spowszedniały, lecz władają nimi nieliczni…? Przyjmiecie do swojego zboru starego czarusia?
Adepci stali jak wryci. Taka propozycja! Z takich ust!
- Bądź nam szefem! – wrzasnął Grubcio.
- Dziękuję za zaszczyt. – mistrz skinął głową w podzięce. – Tym oto sposobem wasza firma ma szefa-figuranta z markowym imieniem. Fajnie być pierwszym! Muszę się jeszcze dużo nauczyć o tej nowej rzeczywistości…
- Pierwiosnek ci pomoże.
- Dycha. – odruchowo palnął chłopak.
- Czekaj! – mistrz się roześmiał serdecznie. – Jeszcze nie mam pieniędzy! Jeszcze nic nie zarobiłem! Chętnie jednak skorzystam z twojej pomocy. W zamian nauczę cię kilku sztuczek, może ci się to przydać w przyszłości.
- Układ stoi! – z głośnym plaśnięciem chłopak przybił piątkę.
- Mam pytanie: skąd wiedzieliście?
Grubcio odwrócił się, by wygrzebać z półki przybrudzone tomiszcze.
- Z antycznej książki. – odparł.
- „Drugie życie”, autor… Jean-Marc….! Dożył starości!
Tym razem radość mistrza była dla wszystkich zebranych niezrozumiała, ale mimo wszystko cieszyli się z takiego obrotu całej sprawy. Zawsze przecież mogło być gorzej.

Minister Dryblas kroczył zamaszyście po nowiuteńkich wykładzinach kolejnych pięter supernowoczesnego wieżowca Spółdzielni Usługowej. Tuż za nim drobił szybkim kroczkami jego sekretarz, podnóżek i – jak określali niektórzy – przydupas, pan Pijawka, dzierżąc nieśmiertelny kajet.
- Jak to jest? – dopytywał się minister. – Ten ciemny naród nie chce wynająć ani jednego pokoju na trzynastym piętrze?
- Przesądy, ekscelencjo! – zaskrzeczał podnóżek. – Trzynastka jest pechowa, ponad wszelką wątpliwość historia tego dowiodła wielokrotnie!
Dryblas przystanął przed złoconym portofenetrem i spojrzał zza szarej szyby na miasto.
- To miasto potrzebuje takich miejsc, jak to! Nie ma tu mowy o żadnych przesądach!
- Tak ekscelencjo!
- … ten kraj potrzebuje takich miejsc. – ciągnął polityk. – My wszyscy potrzebujemy… Prawda, durniu?
- Prawda, durniu… - powtórzył jak echo sekretarz. – To znaczy, ekscelencjo!
- Za pięć minut otwarcie… Prasa, holowizja, notable! Przetnę wstęgę i co powiem? Że całe piętro będzie puste, bo naród ciemny? Oddałbym to piętro za symbolicznego krugeranda rocznie temu, kto by tylko chciał!
- Rzekłeś o panie! – rozległo się tuż obok.
Minister i jego podnóżek stanęli jak wryci, bo oto obok zmaterializowało się trzech czarowników w czarnych płaszczach. Najstarszy z nich przemówił:
- Skoro tak, to nasza spółdzielnia czarowników obejmuje jeden z lokali trzynastego pietra w dzierżawę, zgodnie z pańskim słowem – za jednego krugeranda rocznie. A ponieważ założycielami jest mój zastępca oraz ten oto obszerny pracownik, tegoroczni dyplomanci, przysługuje im zniżka dla nowo otwartej firmy.
- Rzekłeś o panie! – rutyna ministra wzięła górę nad zdziwieniem tak niecodziennym wejściem. – Poproszę o stosowne dokumenty…
- Drugi, zechciej dać panu ministrowi kopie naszych dokumentów…
- Oto nasze dyplomy ukończenia Akademii Ezoterycznej z wyróżnieniem, akt rejestracyjny spółdzielni, odpisy zgłoszenia do skarbówki, ubezpieczenie. A dla dziecka kupon rabatowy na nasze usługi…
- Ten kurdupel to mój sekretarz. – minister nie krył, że żart Drugiego go rozbawił. W ogóle nie ukrywał zadowolenia z tak nagłego pojawienia się najemców, bo był to dodatkowy atut przemawiający za atrakcyjnością nowego miejsca.
- Przedstawiam panu także naszego specjalistę od czarów. Oto Trzeci.
- Grubcio jestem. Jak tam pani minstrowa?
- Dziękuję, z pewnością dobrze. – uśmiech ministra był coraz szerszy. - Dzięki Bogu, jestem kawalerem!
- Panie ministrze. – kurdupel szarpnął Dryblasa za rękaw. – Już czas schodzić.
- Gratuluję! – polityk uścisnął dłonie wszystkich czarowników i w asyście nieodłącznego satelity skierował się na schody. Po chwili stał już z nożycami przed wielką, czerwoną wstęgą, prężąc się w blasku fleszy.
- Szanowni państwo! – zaczął minister przecinając srebrnymi nożycami szeroką, czerwoną wstęgę. – Nowy budynek Spółdzielni Usługowej uważam za otwarty. Już dziś jestem pewien, że to arcydzieło techniki inżynierskiej na stałe wpisze się w krajobraz naszego pięknego miasta, zaś sama instytucja stanie się jedną z ważniejszych w całym regionie. Miło mi też zakomunikować, że do otrzymanej przez państwa listy najemców dołączyła sławna Spółdzielnia Czarownicza „1001 Życzeń”, która od dziś rezyduje na trzynastym piętrze tego wspaniałego biurowca… A teraz zapraszam wszystkich do Sali bankietowej na drobniutki poczęstunek i lampkę szampana.

* * * * *
* * * * *
Przypisy, czyli wyjaśnienie trudnych słów:
HOLOWIZJA – system telewizji trójwymiarowej; ATALMA – sztylet z czarną rękojeścią i magnetycznym ostrzem, nieodłączny atrybut osoby parającej się magią; GRIMMUAR – od słowa „grimorium” – księga zaklęć czarnoksiężnika; WIELKA WOJNA – I Wojna Światowa; BITWA POD VIERDUN vel PIERDUN – bitwa pod Verdun, prawdziwa, bezsensowna masakra, która nie przyniosła rozstrzygnięcia; CYNTHIA CHRYSLER – supermodelka, czarowniczy odpowiednik Cindy Crawford; MARMUR,, FLAUROS – demony; YPRES – miejsce słynnej bitwy, podczas której Niemcy po raz pierwszy użyli gazów bojowych; BAJOŃCZYCY – pułk Legii Cudzoziemskiej składający się głównie z Polaków; KRUGERAND – fikcyjna jednostka walutowa, obecnie złota moneta RPA, nazwa pochodzi od słowa „rand”, waluty RPA oraz nazwiska prezydenta Krugera; WEDGE- jeden z kijów do golfa; FORKAS, FENIKS – dwa bardzo poważne demony; WONTOREK ESKULAP,ŚLEDCZY- postać lekko karykaturalna, będąca zlepkiem Herkulesa Poirot, Sherlocka Holmesa i porucznika Columbo; przed wojną pan Wontorek, gruby przemysłowiec, był bardzo popularną postacią żartów rysunkowych.



Autor: Dudziński, Tomasz Marcin
Dodano: 2007-10-28 12:40:42
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Księcia głupców"


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Delaney, Joseph - "Rytuał"


 Golden, Christie - "Assassin's Creed"

 Atwood, Margaret - "Rok Potopu"

 Gaiman, Neil - "Mitologia nordycka"

 Brennan, Marie - "Historia naturalna smoków"

 Aczel, Amir D. - "W poszukiwaniu zera"

 Łukawski, Jacek - "Grom i szkwał"

 Tregillis, Ian - "Mechaniczny"

Fragmenty

 Miller, Karen - "Skażona magia"

 Mitchell, David - "Slade House"

 Sanderson, Brandon - "Idealny stan"

 Sanderson, Brandon - "Legion"

 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka"

 Liu, Cixin - "Problem trzech ciał"

 Clare, Cassandra i inni - "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS