NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Brennan, Marie - "Historia naturalna smoków"

Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

Ukazały się

Larson, B.V. - "Zagłada"


 Currie, Evan - "Odyssey One: Król wojowników"

 Ryman, Geoff - "Tlen"

 Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilczy księżyc"

 Shannon, Samantha - "Pieśń jutra"

 Tidhar, Lavie - "Stulecie przemocy"

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

Linki


Czarowniki - Wstęp i prolog

Gdzieś w tym miejscu należy się czytelnikom kilka słów wyjaśnienia tej całej afery. Jest to niezwykła sytuacja, kiedy my - internetowy serwis - publikujemy fragmentami książkę niewystępującą w żadnej formie klasycznej publikacji. Raduje mnie fakt, że jest to tekst osoby, która ma pewien styl i warsztat już wypracowany - na pewnym poziomie. Macie więc przed sobą możliwość przeczytania zamkniętego zbioru opowiadań, a nie płacicie za to nic. Z czasem uzupełnimy teksty o pliki PDF gotowe do druku, a także poważnie myślimy o wersji audio owych fragmentów.
Życzę zatem miłej lektury!
Jakub Cieślak

"Mówi się, że gdyby stado małp wyposażyć w sto maszyn do pisania
i dać im nieograniczony czas, powstałyby wszystkie arcydzieła literatury.
Co myślę o `Czarownikach`?
Cztery małpy, dziesięć minut!”
Marcin Potocki

OPOWIEŚCI ZE ŚWIATA CZAROWNIKÓW

Prolog: Miniarmageddon
Wyjaśnienie, skąd się wzięły CZAROWNIKI w moim życiu
i dlaczego duchy postanowiły zdemolować mi mieszkanie.

Gdzieś pośród bezkresnych przestrzeni wszechświata zalęgła się boska pchła, odpad wielkiej myśli stwórcy, który wszystko zaplanował, lecz nie przewidział, że ten śmieć rozpleni się jak robactwo po swojej malutkiej, nic nieznaczącej planecie i zapragnie wkrótce poznać swego stworzyciela tylko po to, aby mu dorównać, być może nawet go przerosnąć.
Człowiek – homo. Homo homini lupus – ecce homo.
Człowiek to takie dziwne stworzenie, które przekonane o swojej wielkości i nieomylności żyje absolutnie nieświadome, że tuż obok rozgrywa się jednak odwieczna walka dobra ze złem. Niektórzy ludzie twierdzą, że kieruje nimi Bóg, jakaś enigmatyczna istota z kosmosu, która ma nas wiecznie w głębokim pow… to znaczy w opiece. Inni twierdzą, że wśród praojców mamy tuzin małp, małpiatek i półgłówków, co znajduje liczne potwierdzenia, na podstawie obserwacji własnych, w życiu codziennym. A jak jest naprawdę? Kim tak naprawdę jest najdoskonalsza maszyna pana Boga, człowiek? Co nim kieruje i dlaczego zaświaty aż tak bardzo się uwzięły na niego, aby przeważyć szalę na stronę dobra lub zła? Oto tajemnica wiary, nad którą zastanawia się czasami każdy z nas. Szczególnie, kiedy coś go gryzie od środka.

Siedziałem w moim własnym, prywatnym pokoju na ozdobnym krześle, jak zwykle wpatrzony w okno i jak zwykle przeżuwałem moje niesamowicie przyziemne dylematy moralne. Za oknem sączył się powoli z nieba deszczyk, lecz nie miałem najmniejszej ochoty sprawdzać, czy był tak letni i przyjemny, jak zwykli go opiewać poeci. Moje dylematy niekoniecznie były w stylu "kurcze, czy ona miała szesnaście lat?", lecz coś w tą mańkę, czyli zżerała mnie totalna chandra o podłożu egzystencjalnym. Trudno powiedzieć, czy za moknącymi szybami usiłowałem się doszukać istoty jestestwa, ale to chyba zresztą zrozumiałe, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że jestem przerażająco nielogicznym facetem w tak okropnie logicznym świecie. Zresztą, logika (z matematycznego punktu widzenia) raczej zaliczana jest do nauk ścisłych, ja natomiast czułem się taki.... nieścisły, wręcz rozlazły, jeżeli tylko wiecie, co mam na myśli. Lenistwo i kiepski humor wyciekały z mojej ziemskiej powłoki i rozlewały się po moim pokoju jak smoła z przedziurawionej beczki. Patrząc na to z perspektywy czasu, smoła nie była wcale najgorszą rzeczą, jaka mnie tego popołudnia spotkała. Tym bardziej, że była to smoła egzystencjalna, że tak powiem, esencja moich przemyśleń wymieszana ze szczyptą beznadziejnego humoru. Trochę jednak wyprzedzam wypadki. Dość, że nastrój miałem parszywy, a w środku mojego jestestwa toczyła się jakaś dziwna walka samego ze sobą. Wziąłem głębszy wdech usiłując rozkoszować się powietrzem i zamknąłem oczy. Niestety, zamiast się uspokoić wkurzałem się jeszcze bardziej, nie ważne, o co! Grunt, że z jednej strony narastała we mnie bezsilna złość, z drugiej natomiast bezgraniczna i niczym nieuzasadniona miłość do całego świata połączona z jakimś dziwnie nieznanym spokojem. Przy okazji cały czas miałem przed oczami mój problem, podstawę moich różnych przemyśleń na każdy temat niezwiązany z gwoździem programu. Nieważne, jak ładny i jak krągły był mój problem - był i nie dawał mi spokoju, a przy okazji wywoływał lawinę niepotrzebnych emocji i zupełnie sprzecznych uczuć. Więc siedziałem wpatrzony w okno i kiedy tak sobie przelewałem płynną złość w czystej postaci do mojej lepszej, lecz pustej połowy wewnętrznego JA jak do pustego naczynia, z tej dobrej, pozornie pustej, wyciekało coś równie ohydnego i wpadało wprost do złej połowy mojego JA, niszcząc po drodze wszystko, co napotkało.

- Powinieneś się uspokoić i zastanowić się nad tym. - powiedział nagle tuż obok jakiś czarująco znany, aksamitny głosik. Spojrzałem w bok zdumiony, bo przysiągłbym, że w mieszkaniu byłem sam, a śpiący w przedpokoju pies nie przemówiłby do mnie tak czystą polszczyzną za żadne skarby świata. Możecie mi wierzyć, prawie zbaraniałem. A wiele mi nie było trzeba! Całe szczęście, że zbaraniałem tylko do połowy, bo przynajmniej mogłem ocenić sytuację na trzeźwo, ale sami przyznacie, że każdy z was zgłupiałby widząc... dziwną, przejrzystą i jasną postać z dobrodusznym uśmieszkiem i SWOJĄ twarzą. Nad głową tego czegoś, co roboczo ochrzciłem sobie ANIOŁEM, jaśniała bladoniebieska poświata, dlatego miałem od razu takie niestosowne skojarzenie. I wtedy zrozumiałem: to moje lepsze JA przyszło mnie uratować i przywrócić spokój wewnętrzny.
- Więc co mam robić? – zapytałem.
- Och, po prostu nie denerwuj się. – odparł mój niebieski JA z błogim uśmiechem.
- Tobie to łatwo mówić, ale ty sobie wrócisz z powrotem do niebios, a ja tu zostanę nadal z tym wszystkim na głowie.
- Ależ wprost przeciwnie! Twoje zmartwienia są także moimi zmartwieniami i w moim interesie leży, aby je załagodzić...
- Chrzanisz, tobie to już nawet interes nie leży! - odezwała się gdzieś z przeciwległego boku jeszcze jedna postać, tym razem o barwie brunatno-szarej, z co najmniej trzydniowym zarostem i... MOJĄ twarzą. Pominę takie szczegóły, jak małe różki, kopyta i ogon, natomiast lekko czerwonej, jakby płonącej aury wokół postaci pominąć nijak nie mogę. Przy okazji pragnę zaznaczyć, że wtedy właśnie zbaraniałem do reszty i poza skromnym "beeee!" nie byłem w stanie wypowiedzieć ani słowa. Po ludzku, oczywiście. Poza tym potulnie czekałem jak owca na rzeź.
- Sieg Heil, kretynie! - to powitanie skierowane było chyba do mnie... Odruchowo podniosłem do góry dłoń i po chwili poczułem się jak ostatni baran.
- Cholera, zawsze musisz się wtrącić?! - zirytował się "niebieski".
- Ktoś musi przecież obronić tego biedaka!
Widząc ich poważne miny i jeszcze poważniejsze zamiary zrobiło mi się tego wspomnianego biedaka żal. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że ta ratowana sierotka, to ja we własnej osobie, bez dodatkowych kolorów w poświacie.
- Przed kim? Przed tobą?
- Przed samym sobą, ciemnoto granatowa.
- Tylko bez poufałości! – niebianin pogroził palcem.
- Spieprzaj!
- Słuchajcie. – przerwałem tą przeuroczą konwersację. - Skoro już tu jesteśmy, to może znaleźlibyśmy jakieś wspólne rozwiązanie problemu?
- Z nim? - żachnął się "czerwony". - Nigdy! Prędzej mi kaktus na jajach wyrośnie! Auuuuuuuu...!
Faktycznie, wyglądało to, jakby na jajach zaczął mu rosnąć kaktus, ale to już mnie wcale nie zdziwiło. Na wszelki wypadek niepostrzeżenie ześlizgnąłem się z krzesła i wlazłem pod stół, gdyż znałem swój charakter, jak własny, wiecznie pusty portfel i wiedziałem, że raczej nie trzeba mi wiele do wszczęcia awantury. Szczególnie z samym sobą, szczególnie przy takim nastroju
- O skubańcu niebieski! - wrzasnął "czerwony" i w tym momencie aureola anielska zamieniła się w bryłę gorącego budyniu.
- Jooooohuuuuuuuuuuuuuuuu! - zawył Anioł zlany gorącą mazią. W powietrzu zapachniało przypalonym mlekiem.
- He, słowo daję! Pavarotti!
- Oż ty! Już ja ci dam takiego bobu, aż ci się odechce wysokiego CE!
Podniosłem obrus, który zasłaniał mi górną część widoku. Obydwaj oponenci przeskoczyli w przeciwległe rogi pokoju wykorzystując moje posagowe meble jako naturalne schronienie. Po chwili wiedziałem, przed czym. Oto przez pokój przemknęło kilka błyskawic, czemu odpowiedziało kilka wybuchów czerwonych kul ognia nadlatujących z przeciwnej strony. Wielki, rzeźbiony kufel na piwo, będący ozdobą mojej góralskiej półeczki, rozprysł się na kilkadziesiąt drobnych kawałeczków. Po chwili szlag trafił mój skrypt z mechaniki, ale tego akurat nie żałowałem.
- Cholera jasna! – wrzasnąłem. – Tylko nie w moja kolekcję kryształów!
Niestety, było już za późno – wielka bryła krystalicznego szpatu rozpadła się od nadmiaru temperatury na dziesiątki malutkich kryształków. Pomyślałem, że te durnie zniszczą mi parkiet…! Tymczasem duch niebieski wziął w dłonie moją tubę z rysunkami dotyczącymi projektu z konstrukcji betonowych i zaczął nią odbijać czerwone ogniki. Wychyliłem się spod stołu, aby zapobiec unicestwieniu owocu pracy moich kilkunastu zarwanych nocy, lecz kiedy poczułem gorący podmuch przed nosem, a po chwili swąd przypalonej grzywki, wpełzłem radośnie z powrotem pod jakże przyjazny mi mebel.
- Ej! - wrzasnąłem zrozpaczony spod stołu. - Czy tu się przestrzega konfekcji Genewskiej?! Pozwólcie opuścić pole bitwy cywilom!
- Ależ synu! To dla twojego dobra! – odkrzyknął duch z piekła rodem, czemu towarzyszyła eksplozja niebieskiej błyskawicy obok jego głowy.
Czerwony ognik znów poszybował nad blatem stołu. Dym w pokoju gęstniał.
- Mam to gdzieś! - wrzasnąłem ponownie - I mam ochotę to przeżyć w jednym kawałku i nie upieczony!
Niebieska błyskawica przemknęła tuż obok fotela, za który udało mi się w końcu wpełznąć.
- Ha! Tu cię mam, błękitny kretynie!
- Ej, co robisz! To ja, ludność cywilna! Auuu! - szybko cofnąłem się na klęczkach za sześćdziesięciowatową, archaiczną kolumnę wielkości małej lodówki, masując intensywnie obolały tyłek. Tymczasem pokaz ogników trwał dalej, rujnując dorobek mojego skromnego, studenckiego żywota. Pewnie trwałoby to dalej, gdybym nie wywiesił na tyczce z przewróconego kaktusa białej chusteczki higienicznej. Gdybym nią tak radośnie nie powiewał. Gdybym się nie powołał na konfekcję Genewską. I było mi raczej obojętne, czy była to konfekcja damska, czy męska.
- Ej, matoły, ja mam dość! – zawołałem zza kolumny.
- Ach, Judaszu, chcesz negocjować?!
- Proszę się nie odwoływać do tradycji judeochrześcijańskiej! To jawne ubliżanie najwyższemu! - aksamitny głos "niebieskiego" przestawał być aksamitny. Pomyślałem, że ktoś go musiał nieźle potraktować podłym wybielaczem na chlorze po godzinie wydzierania się na stadionie sportowym podczas trzecioligowego meczu.
- A co ty, do cholery, masz wspólnego z żydostwem i chrześcijaństwem?
- Wiarę w nieskończoną moc i mądrość Stwórcy spływającą na nas pod postacią łask Bożych przy wtórze anielskiego alleluja…
- Ple, ple, ple, rabbi! – zacharczał „diabeł”. – Gadasz jak potłuczony w sejmie!
- A kysz, meszugene!
- Ej, to co, mogę wyjść? – nie wytrzymałem i postanowiłem im przerwać to milusie randez-vous.
- Dobra, ale tak żebyśmy cię obaj widzieli!
- Jasne, pewnie się rozdwoję!
- Po prostu wyłaź przodem do drzwi z rękami ku górze.
Pomyślałem, że gość jak na anioła był zbyt radykalny.
- Dzięki - rzuciłem z ulga. - To bardzo Jom Kipur i całkiem szabas z waszej strony!
Powoli, kroczek za kroczkiem, wychynąłem zza obitego mebla i z rękami uniesionymi delikatnie ku górze tak, aby obaj je widzieli, wkroczyłem odważnie na linię strzału obydwu duchów.
- Dobra, co proponujesz? – zagaił duch zła.
- Zawieszenie broni i negocjacje! I to bezwarunkowe!
Popatrzyłem niepewnie na jednego, potem na drugiego z przeciwników i od razu zauważyłem drobną zmianę w kostiumach obu panów. Obaj mieli teraz na sobie coś jakby mundury, opaski na czołach przewiązane gdzieś na potylicy oraz ciemne okulary. Tylko, że na ramieniu "czerwonego" widniał wytatuowany pentagram, na ramieniu "niebieskiego" - krzyż. Oczywiście ich plamiaki – bezrękawniki różniły się kolorami, ale to szczegół nie wart więcej, niż dwóch linijek tekstu. Kiedy tak sobie na nich patrzyłem porównując czarno-czerwone plamki kurtki złego z błękitno-szarymi plamkami kurtki dobrego ducha, dokładnie w tym momencie, coś mi zaczęło świtać. Przed oczami stanęła mi płaska bateryjka o napięciu 4,5 volt, dokładnie taka, jaką miałem kupić wczoraj do latarki. Nie kupiłem! Zanim którykolwiek zdążył powiedzieć "ciach po grdyce", oparłem dłonie o blat, przeskoczyłem przez stół i trzasnąłem „diabła” w szczękę obcasem, robiąc niezbyt zgrabny półobrót i "żelazną miotłą" powaliłem „anioła” i wyrżnąłem ozdobnym lichtarzem prosto w michę. Pomijam fakt, że mosiężny lichtarz w kształcie krzyża pięknie się odbił na czole oszołomionego niebianina. Pochwyciłem pod paszki ogłuszonego "czerwońca" i zacząłem wlec w kierunku wciąż nieprzytomnego błękitnego rycerzyka. Kiedy już prawie do niego dochodziłem, przerzuciłem sobie ciągnionego delikwenta przez ramię i z niemałym trudem uniosłem bezwładne ciało do góry. Niebianin ocknął się i popatrzył na mnie z przerażeniem, jakby nagle zdając sobie sprawę z beznadziejności swojej sytuacji, by na pożegnanie rzucić zza swoich ciemnych okularów o rozbitych szkłach:
- Aj lbi bek!
- Asta lumbago, bejbi! - wymamrotał półprzytomny „diabeł”. I wtedy go puściłem. Nastąpił oślepiający błysk, suchy trzask i obaj zniknęli w niewielkiej chmurze dymu, a ja odrzucony siłą eksplozji do tyłu walnąłem łbem o oparcie kanapy. Na całe szczęście, obicie zamortyzowało bolesną rzeczywistość upadku.
- He, udało się! – wymamrotałem sam do siebie.
Tak też właśnie myślałem, co to się stanie, jak dodać ze sobą ładunek ujemny (wybitnie!) i ładunek dodatni... Choć do tej dodatniości to nie jestem do końca przekonany, ale jak widać o wyniku armageddonu zadecydowała elementarna fizyka wykładana w podstawówkach! Warto się uczyć!
Na drugi dzień mój przyziemny problem dostał bukiet kwiatów. Ja dostałem w pysk, bez kwiatów. I proszę: cała ta walka dobra ze złem nie ma sensu, bo zawsze życie zafunduje nam coś absolutnie nieprzewidywalnego. Oj, kocham to! Kocham to życie!

* * *

Minęło zlane deszczami lato, opadła z szarości złota polska jesień i nastała sroga w swej łagodności zima. Ta prawdziwa, mroźna i śnieżna wypadła akurat w czwartek, bo pory roku zwariowały zupełnie, a efekt cieplarniany, El Nino i hemoroidy dyżurnych synoptyków zjednoczyły siły i uwzięły się na nas niewtajemniczonych, dając nam w kość na każdym kroku. Po moim problemie z nastoletnim ciałkiem pozostało miłe i ciepłe w dotyku i w zapachu wspomnienie; zresztą trudno mówić o problemie tej natury, kiedy w życiu człowieka zachodzą aż tak drastyczne zmiany i to w tak krótkim czasie. Och, nie aż takie zmiany! Nie martwcie się, jeszcze przebywam wśród żywych. Nie taką drastyczność miałem na myśli, choć niektórzy smakosze życia twierdzą, że stabilizacja uczuciowa przy boku jednej i tej samej kobiety to jak śmierć, pogrzeb i kremacja w jednym. Więc – ulegając sugestiom kolegów i złośliwościom znajomych - poczułem się delikatnie pogrzebany żywcem, bo moje życie się zdecydowanie ustabilizowało: regularne posiłki z byle czego, byleby tuczyło i cieszyło oko, stała, mizerna pensja i piękna, dojrzała kobieta przy boku... co nieodzownie było rzekomym symptomem mojego przedwczesnego zejścia z padołu przyjemności tego świata. Tylko wypalona dziura w fotelu przypominała mi o niesamowitych wydarzeniach sprzed pół roku, kiedy to odwiedziły mnie dwa dość osobliwe duchy i zdemolowały mój studencki świat. Całe szczęście, moi biedni rodzice wiedzieli, że ich starsze dziecko musi czasem zaszaleć, więc nikogo nie zdziwił połamany, metrowy kaktus, a mama udawała, że nie widzi wypalonej w posagowym fotelu dziury. Wypalonej przez błękitną błyskawicę ciśniętą przez „anioła”. Ale wtedy nie zdawałem sobie sprawy z faktu, że oto otworzył mi się worek z niesamowitymi wydarzeniami, które raz na zawsze odmieniły moje pojmowanie życia, Boga i otaczającego mnie świata. Niemniej, moje ukochane duchy nie chciały o mnie zapomnieć.
O dziwo, nikt nic nie zauważył, nikt nawet nie pytał, jak to się stało. Pamiętam tylko, że coś właśnie pichciłem w kuchni zgodnie z moim własnym przepisem z książki kucharskiej pt.: "Tysiąc potraw w ciągu kwadransa - tanio, pożywnie i niezdrowo". Właśnie realizowałem rozdział „Jak zafundować sobie dwa tysiące kalorii i kilo cholesterolu za cztery pięćdziesiąt”, bo tak mi się jakoś żreć zachciało - pewnie was bulwersuje taka wulgarna forma czasownika "jeść"? Mnie też, ale tak mocne słowa najlepiej oddają charakter mojego ówczesnego łakomstwa, a głód jest najgorszym doradcą. Szczególnie kulinarnym. Być może zrealizowałbym ambitny plan nie wychodzenia poza budżet obiadu i pewnie nawet nie przypaliłbym wody na herbatę, gdybym kątem oka nie dostrzegł dziwnej postaci otoczonej niebieską poświatą. „Znowu!” – pomyślałem ze zgrozą. Szybko odwróciłem się, lekko przestraszony, zamierzając się trzymanym w ręku surowym jajem. Kurzym, uściślając. Przede mną stał mój lepszy, niebiański JA odziany w jedwabne kimono z długim mieczem u pasa. Akurat byłem po lekturze „Apokalipsy…”, więc to ostatnie mnie nie bardzo zdziwiło.
- Tylko bez żadnych fajerwerków! Dość mam po ostatnim waszym wybryku! - zagroziłem aniołowi jajkiem, ale nie wierzę, aby ta groźba odniosła należyty skutek.
- Ależ drogi przyjacielu, dobra nowinę przynoszę! - niebiański głos płynął gdzieś pod sufitem. Na wszelki wypadek rozejrzałem się wkoło, czy aby jest sam.
- Co, zaszyjesz mi dziurę w fotelu? Tego akurat to ci nie daruję!
- Ależ synu, to nie dotyczy sfery materialnej... – „anioł” zrobił błogą minkę. Skąd on wytrzasnął tą mimikę, przecież ma moją twarz, mój głos, ale dałbym głowę, że ja takich słodko-głupawych min nie robię.
- No to się pałuj, bucu jeden. I ani się waż wyciągać z pochwy tego pogrzebacza! - wskazałem widelcem na miecz wiedząc, że w konfrontacji mój oręż mógł się okazać niewystarczający.
- Chciałbym tylko dobra nowinę obwieścić...
- Igła i nici są w drugiej szufladzie. – zauważyłem nader uprzejmie.
- Ależ nie… - zaczął niebianin, ale brutalnie wpadłem mu w słowo
- "Nie pokój wam przyszedłem czynić, lecz miecz"? Nic z tego, serdeńko, nie u mnie w mieszkaniu! Wybij to sobie z tej zakutej w aureolę, niebieskiej pały!
- Hej matoły, dużo straciłem? - odezwał się jakiś chrapliwy, znajomy głos od strony okna, tuż za mną. Odwróciłem się z widelcem gotowym do ataku. Jak zwykle, mój oręż okazał się niestosowny do sytuacji. Pod oknem stał mój gorszy JA, cały w czerwonej poświacie, a na dodatek w mundurze kapitana armii cesarstwa Nipponu. Ale nie to mnie niepokoiło: o wiele bardziej mnie martwił jego breloczek - taki sobie samurajski miecz z netsuke w kształcie nagiej, rogatek kobietki z ogonkiem.
- Bakajaro! - zaklął szpetnie po japońsku wysłannik sił dobra.
- Koncikusio! - zawtórował mu po japońsku i równie szpetnie diabeł.
- O'szit! - wyrwało mi się i mógłbym przysiąc, że brzmiało to prawie po japońsku. Przy okazji dałem nura pod stół. Jakiś taki odruch mi się w ciągu pół roku wykształtował... Sam nie wiem, czemu.
- Znowu wpychasz swój czerwony ryj w nie swoje kartofle?!
- Jestem nieodłączną częścią ciebie, szanowny kolego. Nie zapominaj o tym! - skrzywił się czart.
- … tylko wiecznie spóźniony. – dodałem spod stołu kombinując, jak tu uniknąć zdemolowania kolejnego pomieszczenia w mieszkaniu.
- Stań do walki! - niebieski duch dobył miecza. - Załatwmy to po męsku: tu i teraz!
- Hej, a nie chcielibyście pójść sobie na podwórko? - wyrwało mi się, na wspomnienie dziury w fotelu. – Tam jest piaseczek i dużo miejsca, srają kotki i śpiewają ptaszki…
I wtedy coś mi zaświtało we łbie. Drzwi! Złapałem ciężką, żeliwną brytfannę i choć była pusta i zimna, raźno ją porwałem i zbliżyłem się w stronę balkonu.
- No dobra, możecie się pozabijać - udałem zmartwionego. - Niech mi tylko który otworzy drzwi na balkon, bo musze żarcie wystawić...
Tak jak przypuszczałem. Głupców nie sieją, a co dwie minuty rodzi się frajer. Nawet taki nadprzyrodzony. Nawet w mojej kuchni. W momencie, gdy czerwony duch z diabelskim uśmieszkiem i nadzwyczaj usłużnie otwierał mi drzwi, rzuciłem mu na nogę całokształt żeliwnego ciężaru brytfanny. W jedną dziesiątą sekundy później, gdy diabeł zapowietrzył się odrobinę i posiniał lekko na - jakby nie było - mojej twarzy, złapałem wysłannika niebios i korzystając z faktu, że stracił równowagę i zaplątał się we własne kimono, wypchnąłem na balkon. W następnym ułamku sekundy w ślad za nim poleciał agent piekieł, a ja tymczasem szybko zamknąłem drzwi balkonu na rygiel raźno podśpiewując "hu-hu-ha, nasza zima zła!". I tak dalej. Pewnie było w tym i odrobinę racji (w tym śpiewaniu, rozumie się!), bo termometr za oknem wskazywał akurat minus piętnaście stopni. Pewnie dlatego pomyślałem, że nasze wzajemne relacje odrobinę pochłodniały, he, he!
- Czy wiecie, co to jest... - zagadałem do zaskoczonych i już odrobinę zmarzniętych istot nadprzyrodzonych, dygoczących w lekkich, jedwabnych kimonach nijak nie pasujących do typowo polskiej, mroźnej zimy. - Czerwone i niebieskie, jest za szybką i puka?
- Twój anioł stróż za oknem na mrozie - odparł wybitnie beznamiętny, ale zawsze mój głos tuż za moimi plecami. Odwróciłem się i po raz pierwszy od ponad pół roku zbaraniałem.
- Czy chciałeś coś dodać? – zapytał duch uśmiechając się półgębkiem.
- Beeeeeeeeee! - wydusiłem z siebie na widok postaci w szarym habicie. Postaci z moją twarzą. Zważywszy na okoliczności, moja wypowiedź okazała się i tak wybitnie inteligentna.
- Be? A cóż to za maniery? - zapytał gość wyraźnie ubawiony sytuacją.
- Cholera, ilu was jeszcze jest? – nie wytrzymałem.
- Cóż za pytanie! Czy życie cię jeszcze niczego nie nauczyło?
Nie nauczyło. Trudno, żeby nauczyło, gdy się ma na karku dwadzieścia kilka lat i perspektywę kilkudziesięciu lat do emerytury, której się na oczy nie zobaczy.
- Ej, tylko bez takich mi tu! – szybko pochwyciłem spoczywający na kuchennym stole widelec.- Jak będziesz fikał, to wylądujesz na balkonie razem z tamtymi świrami. A po godzince, jak już trochę zesztywniejecie, przyjdę was odciąć od podłoża. Wtedy pogadamy o pogodzie i innych milusich rzeczach.
- Nie mam z nimi nic wspólnego! - obraził się szary duch.
- Trele – morele! Mam ci odegrać fanfarę na nosie?
- Słowo honoru, o ile wierzysz w honor!
- Tylko na kasecie. – przypomniała mi się jakaś polska kapela o takiej właśnie nazwie. - To kim ty niby jesteś?
- Może na początek ci wyjaśnię, kim oni są. – tajemniczy duch w habicie wskazał na drzwi balkonowe i wyraźnie się zamyślił. - Hmmm.... wy, śmiertelnicy nazywacie to zjawisko aniołem stróżem...
- He, kręcisz coś, kolego. - sięgnąłem do szafki z garami. – Ich jest dwóch, a na dodatek chyba za sobą nie przepadają.
- Ależ skąd! – duch machnął ręką. - I odłóż tą patelnię; w przeciwieństwie do nich ja mam szybszy refleks. Wracając zaś do twojego anioła stróża, to, co widzisz, to dwie różne postacie tego samego hmmmm... zjawiska... czy jak to tam sobie nazwiesz.
- Tak, jasne! I to zjawisko wpadło w furię i zdemolowało mi lokum, a teraz chcieli z siebie zrobić szaszłyki w mojej własnej kuchni. Fajnie, ale tego kitu, to ja nie łykam!
- Zdarza się nawet najlepszym. - odparł spokojnie szary.
- Tak, a co dopiero im... Ale powróćmy do tematu - coś ty za jeden i czego mi tu?
- Jestem duchem czasu.- wypaliło widmo wyraźnie dumne z poczynionego wyznania.
- Jasne - przytaknąłem równie spokojnie. - A ja jestem David Coperfield, Uriah Heep i świerszcz za kominem. Co ty mi tu za opowieści wigilijne zasuwasz?
Tym razem duch czasu przybrał poważną minę.
- Musisz się pogodzić z istnieniem różnych duchów, które w odniesieniu do ciebie pokażą ci twoje własne oblicze w krzywym zwierciadle, oczywiście. - Tym razem (dla odmiany) ja spoważniałem, bo jeżeli mówił prawdę, to jeszcze niejeden nieziemski popapraniec mógł mi się w chałupie objawić i narozrabiać.
- Posłuchaj, kretynie, ja jeszcze żyję. Należę do świata żywych, więc dlaczego i z jakiej racji mam się przejmować duchami? - Spoważnieliśmy obaj, a atmosfera stała się miła i przytulna, jak w rodzinnym grobowcu. Przysiągłbym, że powiało chłodem.
- Z jakiejś nam nie znanej przyczyny od pewnego czasu jest ci dane widzieć oba światy...
- Nam? – zapytałem niespokojny o to, co mi się jeszcze nagle może objawić.
- No duchom, ze świata duchowego, ma się rozumieć.
- Wiesz co? - przerwałem mu w pół słowa. - Jeżeli naprawdę uważasz, że te dwa cymbały na balkonie to nic innego, jak stuprocentowe duchy, to powiedz mi, skąd w moim fotelu wzięła się namacalna i, jak najbardziej rzeczywista, dziura?
- No i właśnie - uśmiechnął się dobrodusznie szary. - Dochodzimy do sedna sprawy: po prostu niektóre elementy świata duchów zaczęły przy tobie przenikać do świata rzeczywistego. Nazwałem to dla własnych potrzeb anomalią parazmysłową.
- Anormalią parazmyśloną! – żachnąłem się. – Niby to czemu zapracowałem sobie na tak wątpliwy zaszczyt?
- Anomalia parazmysłowa występuje niezmiernie rzadko. – wyjaśnił duch. – mamy z nią do czynienia, gdy ktoś pogodzi się już ze śmiercią, a w ostatniej chwili udaje mu się jej ujść. Następuje wtedy otwarcie wrót innego świata, lecz nie ma kodu zamknięcia, dzięki czemu drzwi pozostają uchylone. Przez ta szparę w drzwiach mogą przenikać duchy, dzięki czemu je widzisz.
- Matka jak zobaczy tych dwóch durniów na balkonie, to zawału dostanie. – mruknąłem.
- Uwierz mi, nie zobaczy. – duch przybrał protekcjonalny wyraz twarzy. – Dziurę w fotelu też widzisz tylko ty.
- No i pięknie. Teraz już przynajmniej wiem, skąd spadli ci dwaj miłośnicy mrożonych balkonów. Z innego świata. Dobrze, panie zegarynka. – stuknąłem habit paluchem. Duch wewnątrz był całkiem namacalny. - Co ty tu robisz i czemu masz moją gębę?
- Po pierwsze - jestem duchem TWOJEGO czasu, dlatego więc mam twoją twarz, głos, maniery... To oczywiście w celu lepszej integracji. Po drugie, to właściwie będę zmuszony cię cofnąć w czasie do punktu wyjścia, na chwilę przed tym, jak uaktywnił się w tobie dar widzenia. Oczywiście nie będziesz pamiętał nic.
I od tego momentu coś mnie zaczęło niepokoić, bo wynikało z tego, że przeżyję prawie rok życia raz jeszcze. Fajnie, tylko jak mi się życie inaczej ułoży? Jeżeli podejmę niewłaściwe decyzje? Jeśli na przykład – nie zrobię dyplomu, nie podejmę pracy w tym zakładzie, nie spotkam właściwej kobiety i będę siedział w domu na bezrobociu…
- Czy przyszłość jest określona? – zapytałem ni z gruszki, ni z pietruszki.
- No, co ty! – uśmiech ducha mówił mi już wszystko. – Każdy jest kowalem własnego losu.
Wcale mnie to nie ucieszyło, choć można się było w tym pokrętnym rozumowaniu doszukać i dobrej strony.
- A każdy kowal to artysta. – podsumowałem. – Czyli jestem artystą pośród innych artystów? Nie ma szarych ludzi na tym świecie?
- Rzekłeś panie. – duch skłonił się iście po japońsku. – Wygadałeś się już? Mogę zaczynać?
- Phi, a jak to zamierzasz zrobić?
- Mam tu gdzieś księgę zaklęć, poczekaj chwilę. Momencik ...- zaczął nerwowo szukać po kieszeniach. - Cofnę ten twój czas i wyprostuję anomalię do poziomu mieszczącego się w granicach błędu, wtedy przejście między światami nie otworzy się nigdy w takich okolicznościach… Gdzie jest ta cholerna książka?
Gdy duch wytrząsał z kieszeni papierosy "Nadprzyrodzone", pułapkę na myszy, kawałki kredy szkolnej, prezerwatywy, długopisy i resztę przeróżnego, absolutnie niepotrzebnego szmelcu, ja odwróciłem się i otworzyłem małą, oprawną w czerwoną skórę książeczkę na pierwszej lepszej stronie. Zapytacie, czy mi aby nie wstyd? Pewien międzywojenny doliniarz powtarzał zawsze, że „dobrej buchanki nigdy nie wstyd, a dobry krawiec powinien być uważany za artystę”. Słowem: nie było mi wstyd. Zapytacie, kiedy? Tajemnica! Zapytacie jak? Zręczne ręce, trzeba było uważać.
Tymczasem gdy zjawa szukając nerwowo po kieszeniach pakowała jednocześnie do gęby "Nadprzyrodzonego" bez filtra, odwróciłem się do niej przodem i z miną Johna Wayne'a (jest boski, uwielbiam filmy z Łajnem!) odczytałem pierwsze lepsze zaklęcie modląc się w duchu, aby zadziałało. Nie uśmiechało mi się raz jeszcze zdobywać dyplom, pracę i kobietę.
I jak myślicie? Stało się: wszystkie trzy duchy - dwa przecież suszyłem na balkonie - zaczęły maleć mocno gestykulując przy tym łapkami w stanowczym proteście przeciwko zaistniałej sytuacji, po czym zmieniły się w różnokolorowe iskierki, które po zatoczeniu kilku kółeczek wokół kuchennej lampy, zlały się w jedno. Nastąpił głuchy błysk tak jasny, jak miniaturowe słoneczko. W niewielkiej chmurce dymu na stół kuchenny lekko opadła opasła księga oprawna w skórę z tajemniczym i nic mi nie mówiącym tytułem „Opowieści ze świata Czarowników”. Dzięki tej właśnie księdze dziś mogę wam prawić opowieści o wesołych Czarownikach, którzy żyją gdzieś w przyszłości i w dziwny sposób są ze mną związani jak Bolek z Lolkiem, jak Timur ze swoją drużyną, jak Numa z Pompiliuszem. Wszystkie te wesołe historyjki są w środku, w tej wyczarowanej z trzech niezbyt mądrych duchów księdze... Możecie mi wierzyć, ale czasami się zastanawiam, dlaczego czarowników jest aż trzech, przy czym każdy z nich jest jakby częścią mnie tak, jakby każdy miał moją twarz, maniery i skrzywione poczucie humoru, ale moje wątpliwości mijają, gdy czasami kątem oka uda mi się dojrzeć dwa podejrzane cienie na balkonie w sytuacji co najmniej śmiesznej - jak jeden usiłuje udusić drugiego. I nie jest wcale ważne, czy duszonym jest czerwony, czy niebieski cień.




* * * * *
* * * * *
Przypisy, czyli wyjaśnienie trudnych słów:
HOMO HOMINI LUPUS (łac.) – człowiek wilkiem człowiekowi; ECCE HOMO (łac.) – oto człowiek; KONFEKCJA GENEWSKA – oczywiście chodzi o Konwencję Genewską, co i tak wynika z dalszego tekstu; PAVAROTTI LUCIANO – jeden z trzech najsłynniejszych tenorów; SZPAT – krystaliczna odmiana węglanu wapnia używana jako polaryzator do szkła; MESZUGENE - (jidysz) oznacza tyle, co „pomylony”; JOM KIPUR – jedno z najważniejszych świąt żydowskich; ŻELAZNA MIOTŁA – bardzo nisko wykonywany z obrotu cios karate nogą; AJ LBI BEK – fonetyczny zapis ulubionych słów Schwarzeneggera w filmie „Terminator”; ASTA LUMBAGO BEJBI – podobnie, lecz słowa już są trochę przekręcone; HEMOROIDY – żylaki odbytu; NETSUKE – ozdóbka w formie małej rzeźby, charakterystyczna dla kultury Japonii; NIPPON – nie mylić z ippon – japońska nazwa Japonii; BAKAJARO, KONCIKUSIO – ordynarne japońskie przekleństwa; O`SZIT – moja wersja okrzyku „o shit!”; DAWID COPERFIELD, URIAH HEEP, ŚWIERSZCZ ZA KOMINEM – bohaterowie prozy Karola Dickensa, autora „Opowieści wigilijnej”; BUCHANKA – rzeczy ukradzione; KRAWIEC – tu – kieszonkowiec, złodziej; BOLEK I LOLEK – para sympatycznych urwisów, bohaterowie polskiej kreskówki; TIMUR – Temer Lenk vel Tamerlan – wódz z mongolskiego plemienia Barkasów, w 1360 roku rozpoczął podbój świata; NUMA POMPILIUSZ – rzymianin, którego imię często znajdujemy w żartach, np. „w którym roku Numa wyszła za Pompiliusza?”.



Autor: Dudziński, Tomasz Marcin
Dodano: 2007-10-28 12:36:31
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Benton, Michael J. - "Gdy życie prawie wymarło"


 Dashner, James - "Gra o życie"

 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Chmielewski, Artur - "Achromatopsja"

 Roth, Veronica - "Naznaczeni śmiercią"

 Hamilton, Peter F. - "Otchłań bez snów"

 Sanderson, Brandon - "Bezkres magii"

Fragmenty

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

 Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Bardugo, Leigh - "Królestwo kanciarzy"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Miller, Karen - "Skażona magia"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS