NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Szostak, Wit - "Chochoły" (Powergraph)

Corey, James S.A. - "Wojna Kalibana"

Ukazały się

Gwynne, John - "Zawiść"


 Weisman, Greg - "Traveler. Wędrowiec"

 Masterton, Graham - "Martwe tańczące dziewczynki"

 Arnopp, Jason - "Ostatnie dni Jacka Sparksa"

 Ziemiański, Andrzej - "Virion. Obława"

 King, Stephen - "Bastion" (2018)

 Mull, Brandon - "Skoczkowie w czasie"

 Poe, Edgar Allan - "Miasto w morzu i inne utwory poetyckie"

Linki


Weber, David - "Spadkobiercy cesarstwa"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Weber, David - "Dahak"
Data wydania: Październik 2007
ISBN: 978-83-7418-168-6
Liczba stron: 528
Cena: 35,90 zł
Tom cyklu: 3



Weber, David - "Spadkobiercy cesarstwa" #5

Rozdział piąty

Sean MacIntyre elegancko wylądował i odciął dopływ mocy.
– Nieźle – powiedział Tamman z fotela drugiego pilota. – Niemal równie dobrze jak ja.
– Naprawdę? A który z nas ściął czubek sekwoi w tamtym miesiącu?
– To nie była wina pilota – powiedział wyniośle Tamman. – O ile dobrze pamiętam, ty byłeś nawigatorem.
– To niemożliwe. Przecież udało ci się wrócić do domu – powiedział kobiecy głos.
Tamman uśmiechnął się z wyższością, a Sean wzniósł oczy do nieba, prosząc o cierpliwość. Potem uderzył przyjaciela w ramię i zaczęli się siłować.
– Znów się zaczęło, Sandy! – krzyknęła Harriet.
– Zbyt dużo testosteronu, Harry – powiedział młodszy głos, pełen współczucia. – Ich biedne, prymitywne, męskie mózgi aż nim ociekają.
Tamman i Sean przerwali walkę w milczącej zgodzie, po czym ruszyli z pragnieniem zemsty w stronę przedziału pasażerskiego. Ich zdecydowany marsz został jednak gwałtownie przerwany, gdy Sean wpadł na coś wielkiego i solidnego, aż jęknął.
– A niech cię, Brashanie! – mruknął, pocierając potężny nos, który odziedziczył po ojcu.
– Ja tylko otwieram luk, Seanie – powiedział mechaniczny głos. – To nie moja wina, że nie patrzysz, którędy idziesz.
– I to ma być nawigator! – prychnęła Harriet.
– Ta wygadana smarkula – zauważył Tamman – ma szczęście, że jest księżniczką i nie mogę jej sprać po tyłku tak, jak na to zasługuje.
– Nie wątpię, że chciałbyś położyć ręce na moim tyłku, ty zbereźniku!
– Nie martw się, Tam – powiedział ponuro Sean. – Z przyjemnością cię zastąpię, jak tylko... pewien przerośnięty kuc zejdzie mi z drogi!
– Och, broń mnie, Brashanie! – krzyknęła Harriet, a Narhanin roześmiał się i zablokował wyjście z kokpitu w chwili, gdy właz się otworzył. Dziewczyny wybiegły na zewnątrz, a za nimi podążył Gawain, brat Galahada, wąchając gęste powietrze dżungli.
– Zdrajca! – Sean kopnął przyjaciela... i skrzywił się z bólu.
Brashan miał zaledwie dziesięć ziemskich lat, o sześć mniej niż Sean, lecz był już wystarczająco dojrzały, by otrzymać pełne bioulepszenia. Efekt wzmocnienia zawsze był proporcjonalny do naturalnej siły i wytrzymałości danej jednostki, a Narhanie byli jak na ludzkie standardy bardzo, bardzo twardzi.
– Bzdura. Po prostu dojrzalsza jednostka próbuje cię chronić przed skutkami twojej własnej porywczości – odpowiedział Brashan i zbiegł po rampie.
– Jasne – prychnął Sean i podążył za nim razem z Tammanem.
Było południe czasu lokalnego i Bia płonął nad ich głowami. Birhat orbitował o niemal minutę świetlną dalej od swojej gwiazdy klasy G0 niż Ziemia od Sol, lecz znajdowali się prawie dokładnie na równiku i powietrze było gorące i nieruchome. W oddali słychać było wysoki, przenikliwy pisk miejscowych odpowiedników ptaków, a wysoko nad nimi szybował podobny do nietoperza pseudodaktyl.
Sean i Tamman zatrzymali się, by sprawdzić swoje karabiny grawitacyjne (bez pełnego bioulepszenia nie mogli posługiwać się normalnym karabinem energetycznym). Magazynki na dwadzieścia nabojów zawierały trzymilimetrowe strzałki supergęstego środka wybuchowego; strzelby wystrzeliwały je z prędkością ponad pięciu tysięcy metrów na sekundę, co oznaczało, że mogły bez trudu przebić pancerz przedimperialnego czołgu.
– U mnie wszystko w porządku.
Rzeczowy ton Seana był daleki od wcześniejszego rozbawienia. Tamman pokiwał głową, potwierdzając gotowość swojej broni, i ruszyli w kierunku pozostałych. Sean skrzywił się, widząc, że Sandy już zajęła swoje ulubione miejsce na potężnym grzbiecie Brashana.
Przypuszczał, że przyczyną takiego zachowania są jej geny, z którymi stało się coś dziwnego. Jej rodzice nie byli karłami, a mimo to ona miała zaledwie metr czterdzieści wzrostu. Gdyby nie oczy Hectora MacMahana i kości policzkowe Ninhursag, Sean podejrzewałby, że jest odmieńcem z historii, które matka opowiadała mu na dobranoc. Oczywiście nie miała jeszcze piętnastu lat, ale Harriet w tym wieku mierzyła już prawie metr osiemdziesiąt.
Nie żeby niski wzrost Sandy w czymś jej przeszkadzał, pomyślał ponuro. Była tak bardzo zaawansowana w nauce, że to już wcale nie było śmieszne, a kiedy się kłócili, ona zawsze miała rację. Jak choćby w sprawie obwodów molekularnych. On był przekonany, że problem wynikał z błędu w podstawowej macierzy, a ona upierała się, że przypływ mocy wywołał zwarcie w bloku alfa. Oczywiście okazało się, że miała rację. Jak zawsze. To doprowadzało go do szału.
Ale przynajmniej przewyższa ją o co najmniej sześćdziesiąt centymetrów, pomyślał markotnie.
Dogonili pozostałych i Sean znacząco postukał w pistolet grawitacyjny Harriet. Siostra skrzywiła się, ale wyciągnęła go i sprawdziła. Sandy oczywiście już wcześniej sprawdziła swój pistolet.
– W którą stronę? – spytał Brashan i Sean zatrzymał się, by dostosować swój wewnętrzny inercyjny system nawigacyjny do obserwacji, które poczynił podczas lotu.
– Około pięciu kilometrów, kierunek zero dwadzieścia dwa – powiedział.
– Nie mogłeś nas posadzić trochę bliżej? – spytała Harriet, a on w odpowiedzi wzruszył ramionami.
– Mówimy o obecności tyranotopsów. Naprawdę chciałabyś, żeby któryś z nich nadepnął na nasz pojazd? Mógłby go trochę połamać.
– Racja – przyznała i wyciągnęła maczetę, gdyż zbliżyli się już do potężnych pnączy i paproci porastających skraj polany.
Jak zawsze Harriet stanęła z Seanem na szpicy, a pochód zamykał Brashan. Gawain przedzierał się przez gęste poszycie, zataczając szerokie kręgi. Sean wiedział, że to ze względu na obecność Brashana matka i ojciec nie sprzeciwiali się ich wyprawom. Nawet tyranotops – przerażająca istota przypominająca krzyżówkę ziemskiego triceratopsa i tyranozaura – miałby problem z całkowicie ulepszonym Narhaninem, zwłaszcza że Brashan nosił ze sobą ciężki karabin energetyczny.
W zaroślach mieszkały dziwne ptaki i zwierzęta – wiele z nich należało do gatunków, których nikt nigdy wcześniej nie widział – które od czasu do czasu zrywały się w panice na widok biegającego Gawaina. Po uderzeniu broni biologicznej stara stolica Cesarstwa przeżywała drugą młodość. Toksyna nie dotarła do zamkniętych i dobrze chronionych ekosystemów cesarskich ogrodów zoologicznych, a gdy awaria urządzeń sprawiła, że mieszkańcy ponad tuzina tlenowo-azotowych planet wydostali się wreszcie na wolność, broń przestała już działać. Potem przez ponad czterdzieści tysięcy lat doboru naturalnego powstał ekosystem, który był niczym opiumowa wizja przyrodnika.
Na dobrą sprawę Birhat był dziewiczą planetą i należał tylko do nich. W porządku, do nich i trzech czwartych miliarda innych ludzi, ale i tak mieli mnóstwo wolnej przestrzeni, gdyż większość wciąż rosnącej populacji układu Bia zamieszkiwała okolice nowej stolicy lub olbrzymie orbitalne kompleksy przemysłowe, gdzie w pocie czoła pracowano nad wskrzeszeniem Cesarstwa. W tej chwili znajdowali się pośrodku Kontynentalnego Parku Narodowego imienia Seana Andrew MacIntyre’a, który Korona stworzyła ku czci wuja Seana, zabitego w walce z buntownikami Anu.
Wiedzieli, że już niedługo będą cieszyć się wolnością. Poprzedniego roku Sean po raz pierwszy został oficjalnie przedstawiony Matce jako dziedzic, gdyż zgodnie z Wielkim Edyktem Matka musiała zaakceptować poziom intelektualny i profil psychologiczny przyszłego następcy tronu. Wyposażono go wtedy w kody implantów identyfikujące go jako spadkobiercę, i była to najbardziej przerażająca chwila w jego życiu – wyraźny znak, że zbliża się dorosłość.
Jego przyjaciele zamierzali razem z nim wstąpić do Floty Bojowej, i już wkrótce – za rok, może dwa, jak oceniał Sean – także nie będą mieli wolnego czasu.
Ale teraz nie chcieli o tym myśleć; czekało na nich stado tyranotopsów i mieli zamiar nacieszyć się tym do syta.

* * *

Chłodny wiatr wpadał przez balkon, gdyż na północnej półkuli Birhat trwało lato i Colin wyłączył pola siłowe, które w razie potrzeby chroniły balkon przed żywiołami.
Przed nim w ciemnościach nocy leżało miasto Fenix, a daleko poniżej lśniły wody wijącej się niczym wąż rzeki Nikkan. Fenix było dziełem cywilizacji grawitonicznej. Jego wieże górowały nawet nad okolicznymi potężnymi pseudosekwojami, a Pałac był najwyższą z nich. Być może niektórzy sądzili, że miało to symbolizować pozycję jego mieszkańców, lecz tak naprawdę zadecydowały względy praktyczne. Oczywiście rodzina cesarska miała tutaj luksusowe apartamenty, lecz poza tym na terenie Pałacu urzędowało wielu imperialnych funkcjonariuszy i administracyjnych biurokratów, i było tak ciasno, że zaczęto już budowę nowego aneksu, który miał poprawić sytuację na jakiś czas.
Colin westchnął i otoczył ramieniem Jiltanith. Jej jedwabiste włosy otarły się o jego policzek, gdy oparła się o niego. Pocałował ją w czubek głowy, po czym objął miasto teleskopowym wzrokiem, radując się grą świateł i magicznymi poruszeniami księżycowego blasku. Ten skomplikowany wzór nigdy nie przestawał go cieszyć, gdyż dorastał w świecie, w którym był tylko jeden księżyc.
Spojrzał do góry. Błyszczący dysk fortecy Matki wisiał niemal nad jego głową, a za nią niebo znaczyło ponad pięćdziesiąt potężnych planetoid. Były o wiele dalej, gdyż przyloty i odloty tak wielu „księżyców” zaburzyłyby cykl przypływów na Birhat, lecz odbijające się od ich kadłubów promienie słoneczne zabarwiały stolicę Piątego Imperium na kolor brązu i hebanu. A po przeciwległej stronie planety – niemal dokładnie nad miejscem, gdzie jego dzieci oglądały tyranotopsy – wisiała kolejna wielka kula zwana Dahakiem.
– Mój Boże, Tanni – wyszeptał – popatrz tylko na to.
– Ano. – Uścisnęła go lekko. – To niczym boża szkatułka klejnotów.
– Sprawia, że to wszystko ma sens, prawda? – Pokiwała głową opartą o jego ramię, a on westchnął i znów spojrzał na odległe planetoidy. – Oczywiście patrzenie na to każe mi również myśleć, jak wiele jeszcze mamy do zrobienia.
– Być może, miłości moja, jednakowoż zrobiliśmy wszystko, ku czemu wezwał nas los. Mniemam, iże wszystko inne zrobimy, gdy czas nadejdzie.
– Tak. – Odetchnął głęboko, radując się nocą, i z zadowoleniem przycisnął policzek do jej włosów.
– Jak sobie radzą dzieciaki, Dahaku?
– Z przykrością donoszę, iż Sean właśnie wepchnął Harriet do błotnistego strumienia. Poza tym wszystko przebiega zgodnie z planem. Analiza osobowości Harriet sugeruje, że wkrótce dokona zemsty.
– I będzie miała cholerną rację – powiedział Colin, a Jiltanith roześmiała się.
– Gorszyś od pomiotu swego, Colinie MacIntyre!
– Nie, tylko starszy i bardziej zatwardziały w grzechu. – On także się zaśmiał. – Boże, cieszę się, że dorastają jak wszystkie normalne dzieciaki!
– „Normalne” rzekłeś? Miłości moja, nawet Furie takowego chaosu nie są zdolne wywołać, jaki ta dwójka po sobie pozostawia.
– Wiem, ale czyż to nie cudowne? – Wzmocnione palce żony uszczypnęły go w żebro niczym stalowe imadło, aż jęknął. – Pomyśl tylko, jakie mogły z nich wyrosnąć królewskie dupki – powiedział, masując bok.
– Ano, prawdę rzeczesz – odpowiedziała Jiltanith już poważniej – i tyżeś je przed tym ocalił.
– Ty też miałaś swój udział.
– Ano, ale to ty ciepła ich nauczyłeś, mój Colinie. Kocham je – wiedzą o tym oboje – ale życie nie nauczyło mnie, jak dobrze młode chować.
– I tak dobrze sobie poradziłaś. Wydaje mi się, że tworzymy całkiem niezłą drużynę.
– To prawda, Tanni – wtrącił Dahak. – Pozostawiony sam sobie Colin z pewnością by je... Sądzę, że odpowiednim określeniem byłoby tu „rozpaskudził”.
– O, naprawdę? To powiedz mi, panie bystrzaku na układach energetycznych, kto był na tyle mądry, by znaleźć im coś ciekawszego do roboty niż tylko siedzenie i jedzenie ze srebrnej zastawy?
– Ty – odparł Dahak z cichym elektronicznym śmiechem. – Muszę przyznać, że nadal mnie to zadziwia. – Colin mruknął coś nieuprzejmego, a Jiltanith zachichotała. – Właściwie – mówił dalej komputer – to był doskonały pomysł, Colinie. Powinienem był sam na niego wpaść.
– W końcu pewnie byś do tego doszedł. Jeśli nie stanie się nic strasznego, Tanni i ja będziemy żyć jeszcze całe stulecia, a zawodowy książę i następca tronu mógłby w tym czasie bardzo się nudzić. Byłoby to potworne marnowanie czasu, gdyby miał tak długo bezczynnie czekać na swoją kolej.
– W rzeczy samej. Klasycznym przykładem z waszej niedawnej historii była królowa Wiktoria i Edward VII. Zmarnowanie potencjału Edwarda bardzo zaszkodziło jego krajowi i...
– Może – przerwał mu Colin – ale ja nie myślałem o Imperium. Chcę, żeby nasze dzieci coś robiły, i to nie tylko dla Imperium. Chcę, żeby w przyszłości mogły spojrzeć wstecz i powiedzieć, że coś osiągnęły, a nie tylko pilnowały swojego stołka. I chcę, żeby wiedziały, że te wszystkie przyjemne rzeczy – pozycja, szacunek, pochlebstwa – nic nie znaczą, jeśli się na nie nie zasłuży.
Milczał przez chwilę, czując poparcie Jiltanith, która tuliła się do niego, i wpatrywał się w niebo, gdzie Matka wisiała niczym uosobienie władzy i wspaniałości cesarza.
– Dahaku – powiedział w końcu – dynastia Herdana rządziła pięć tysięcy lat. Pięć tysięcy lat. To niedużo dla kogoś takiego jak ty, ale to przekracza możliwości pojmowania zwykłego człowieka. I choć trudno mi to sobie wyobrazić, nasze dzieci – i ich dzieci, i dzieci ich dzieci – mogą rządzić jeszcze dłużej. Nie mam pojęcia, co ich czeka i jakie decyzje będą musiały podejmować, ale możemy razem z Tanni dać im jedno, zaczynając tu i teraz od Seana i Harry. Nie dla Imperium, choć będzie to z korzyścią dla niego, ale dla nich samych.
– Co takiego, Colinie? – spytał cicho Dahak.
– Świadomość, że władza oznacza odpowiedzialność. Wiarę, że to, kim są i co robią, jest równie ważne jak to, do czego się urodzili. Zostanie cesarzem powinno być ukoronowaniem całego życia, a nie zawodem, i chcemy, żeby nasze dzieci – nasza rodzina – o tym pamiętały. To dlatego wysyłamy je do Akademii i nie chcemy, by ktoś bez powodu kłaniał im się w pas, choć wielu świrów, którzy dla nas pracują, bardzo by tego chciało.
Dahak milczał przez chwilę – jak na niego bardzo długą – zanim znów się odezwał.
– Sądzę, że cię rozumiem, Colinie, i uważam, że masz rację. Sean i Harriet nie pojmują jeszcze, co ty i Tanni dla nich zrobiliście, ale pewnego dnia zrozumieją. Jesteś mądry, czyniąc służenie ludzkości tradycją raczej niż prawem, gdyż moja obserwacja ludzkiej polityki wskazuje, że prawo łatwiej jest obalić niż tradycję.
– Tak, my też tak sądzimy – stwierdził Colin.
– Nie, miłości moja – poprawiła go cicho Jiltanith. – To tyś tak mniemał i radam z tego, boś w prawie.
– Tanni ma rację, Colinie – powiedział Dahak – i cieszę się, że mi to wyjaśniłeś. Nie rozumiem jeszcze ludzi tak dobrze jak ty, ale mam wiele lat na zdobycie tej umiejętności, i nie zapomnę tego, co mi powiedziałeś. Ty i Tanni jesteście moimi przyjaciółmi i uczyniliście mnie członkiem waszej rodziny. Sean i Harriet są waszymi dziećmi i kochałbym je tylko z tego powodu, nawet gdyby same nie były moimi przyjaciółmi. Ale są moimi przyjaciółmi – i moją rodziną – i widzę, że mam do odegrania rolę, której wcześniej nie spostrzegałem.
– Jaką rolę?
– Matka jest strażnikiem Imperium, Colinie, a ja jestem strażnikiem naszej rodziny. Nigdy o tym nie zapomnę.
– Dziękuję, Dahaku – powiedział Colin bardzo, bardzo cicho, a Jiltanith znów pokiwała głową.



Dodano: 2007-10-08 16:17:13
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wodę na sicie"


Wygraj książkę "Traveler. Wędrowiec"


Artykuły

Wywiad z Brandonem Sandersonem


 Wywiad z Dmitrem Glukhovskym

 Wywiad z Joe Abercrombiem

 Modyfikowany Węgiel - powieść a serial

 Co będzie warto czytać z polskiej fantastyki w 2018 roku?

Recenzje

del Toro, Guillermo & Hogan, Chuck - "Wieczna noc"


 Baxter, Stephen - "Proxima"

 Kosik, Rafał - "Różaniec"

 Bradley, Marion Zimmer - "Mgły Avalonu"

 Golden, Christie - "Cisza przed burzą"

 Brzezińska, Anna - "Woda na sicie"

 Miller, Madeline - "Kirke"

 Pettersen, Siri - "Bańka"

Fragmenty

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Wyprawa"

 Straub, Peter - "Upiorna opowieść"

 Hejankowski, Sebastian - "Światłoczuły"

 Lewandowska, Magdalena i Małgorzata - "Drzewo wspomnień"

 Dworakowski, Witold - "Pani Czterdziestu Żywiołów"

 Kiszela, Marcin - "Ostatni prorok"

 Sudomir, Agnieszka - "Szablon"

 Brzezińska, Anna - "Woda na sicie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2018 nast.pl     RSS      RSS