NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Stephenson, Neal - "Epoka diamentu"

Gromyko, Olga - "Wierni wrogowie"

Ukazały się

Gwynne, John - "Zawiść"


 Weisman, Greg - "Traveler. Wędrowiec"

 Masterton, Graham - "Martwe tańczące dziewczynki"

 Arnopp, Jason - "Ostatnie dni Jacka Sparksa"

 Ziemiański, Andrzej - "Virion. Obława"

 King, Stephen - "Bastion" (2018)

 Mull, Brandon - "Skoczkowie w czasie"

 Poe, Edgar Allan - "Miasto w morzu i inne utwory poetyckie"

Linki


Weber, David - "Spadkobiercy cesarstwa"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Weber, David - "Dahak"
Data wydania: Październik 2007
ISBN: 978-83-7418-168-6
Liczba stron: 528
Cena: 35,90 zł
Tom cyklu: 3



Weber, David - "Spadkobiercy cesarstwa" #4

Rozdział czwarty

Admirał Floty lady Adrienne Robbins, baronowa Nergal i towarzyszka Złotej Nowej, uskoczyła na bok z pośpiechem, który zupełnie nie przystawał do jej wysokiej pozycji, na widok pędzących w jej stronę czwórki ludzkich dzieci, podrośniętego Narhanina i czterech rottweilerów.
Na szczęście dla pani admirał długowłosa dziewczynka prowadząca natarcie zauważyła ją i wszyscy zahamowali tak gwałtownie, że aż powpadali na siebie, tworząc plątaninę rąk, nóg, kopyt i łap.
– Cześć, ciociu Adrienne! – krzyknęła księżniczka Isis Harriet MacIntyre.
Spojrzenie admirał Robbins najwyraźniej nie zrobiło większego wrażenia na Seanie i Harriet, lecz Sandy MacMahan była trochę speszona. Tamman spuścił wzrok, a Brashan, sklonowany syn Brashieela – był młodszy od pozostałych, ale już dorósł, gdyż jego gatunek szybko dojrzewał – wydawał się bardzo zawstydzony. Jeśli chodzi o psy, zwaliły się na ziemię i ciężko dyszały, lecz ich psie zachowanie nie zwiodło Adrienne, gdyż jako jedna z niewielu osób znała prawdę na ich temat.
– Zastanawiam się – powiedziała ponuro pani admirał – jak zareagowałyby ich cesarskie wysokości, gdybym im powiedziała, że ich diablęta omal mnie nie stratowały.
– Tacie to by nie przeszkadzało. – Sean wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Myślałam raczej o jej cesarskiej wysokości – stwierdziła Adrienne i Sean nagle spoważniał. – Tak właśnie sądziłam. Czy podacie mi choć jeden powód, dlaczego mam jej o tym nie mówić?
– Ponieważ nie chcesz nas mieć na sumieniu – zaproponował. Adrienne stłumiła śmiech i nachmurzyła się.
– Moje sumienie jest dość odporne, wasza wysokość.
– Eee... Naprawdę musisz o tym mówić mamie i tacie? – spytała Harriet. Tamman przestępował z nogi na nogę, najwyraźniej wyobrażając sobie reakcję swoich rodziców. Wreszcie kobieta złagodniała.
– Nie tym razem, jak sądzę. Ale... – uniosła groźnie palec, gdy na ich twarzach pojawiły się pełne ulgi uśmiechy – następnym razem nie będę taka wyrozumiała!
Odpowiedzią były chóralne podziękowania.
– No, lećcie, bachory! – pogoniła ich, machając ręką, i kawalkada oddaliła się, tym razem z nieco mniejszym impetem.
Adrienne uśmiechnęła się, patrząc za nimi, po czym podjęła przerwany marsz. Sean, pomyślała, jest ciemnowłosą kopią swojego ojca – ma taki sam wielki nos i odstające uszy i raczej nikt nie nazwałby go przystojnym, ale już widać, że będzie sporo wyższy od obojga rodziców.
Harriet z kolei była młodszą wersją swojej matki – ślicznym dzieckiem, które wyrośnie na oszałamiająco piękną kobietę. Oboje mieli oczy Jiltanith, lecz spojrzenie Harriet było łagodniejsze. Właściwie, pomyślała Adrienne, odziedziczyła charakter raczej po Colinie, podczas gdy Sean łączył absolutną odwagę swojej matki z poczuciem humoru ojca. Nadejdzie dzień, gdy chłopak będzie łamał dziewczęce serca.
Ocknęła się z zadumy, gdy dotarła do celu i drzwi odsunęły się, wpuszczając ją do biura Colina. Cesarz podniósł wzrok znad papierów i wskazał jej krzesło.
– Usiądź, Adrienne. Zaraz do ciebie dołączę.
Admirał Robbins usiadła, wygładzając pedantycznie rękaw munduru, i cierpliwie czekała, aż Colin zakończy pracę nad porcją niekończącej się papierkowej roboty. Wrzucił dane – i swoją decyzję – z powrotem do komputera, po czym pochylił się w jej stronę, zakładając nogę na nogę.
– Widzę, że udało ci się uniknąć stratowania przez stado – zauważył. Spojrzała na niego zaskoczona. – Pamiętaj, że mam w publicznych korytarzach kamery monitorujące. „Diablęta” to najbardziej właściwe określenie!
– Nie są takie złe. Owszem, żywiołowe, ale to mi nie przeszkadza.
– Nikomu nie przeszkadza. To znaczy nikomu poza Tanni. Dzieciaki są słodkie jak miód i doskonale o tym wiedzą. – Potrząsnął głową i westchnął. – Ale do roboty. Dziękuję za tak szybkie przybycie, skoro już o tym mowa.
– Tak właśnie działają imperia, wasza wysokość. Każesz przyjść – idę. Ale muszę przyznać, że rozbudziłeś moją ciekawość. Co może być aż tak ważne, że nie chciałeś tego omawiać przez komunikator?
– Może po prostu zaczynam mieć paranoję – powiedział Colin poważniejszym tonem – ale te demonstracje przeciwko Narhanom są coraz groźniejsze, więc wolałem nie ryzykować przecieków. To, co mam w planach, albo poprawi sytuację, albo piekielnie ją pogorszy.
– Nienawidzę, kiedy jesteś taki tajemniczy, Colinie – westchnęła Adrienne.
– Przepraszam. Po prostu łamałem sobie nad tym głowę od miesięcy, zanim podjąłem decyzję, i jestem wściekły na siebie, że tak długo to trwało. Powinienem był to zrobić od razu. Otwieram Akademię dla Narhan.
– O mój Boże! – Adrienne uniosła ręce i jęknęła. – Dlaczego zawsze mnie to spotyka? Czy masz pojęcie, jak na to zareagują dziennikarze? Będą łazić po całym campusie i zadepczą mi żywopłoty!
– Bez przesady! – Colin roześmiał się. – Pierwsze pokolenie klonów będzie gotowe dopiero wtedy, gdy Sean i Harry... Masz mnóstwo czasu na czarną robotę.
– Czarną, powiadasz? Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo. Na całe szczęście – uśmiechnęła się z wyraźnym zadowoleniem – spodziewałam się tego i już od roku pracujemy nad modyfikacją programu nauczania.
– Naprawdę?
– Oczywiście. Boże, Colinie, przebywam w twoim otoczeniu tak długo, że już wiem, jak działa twój umysł. Czasem zajmuje ci to trochę czasu, ale zazwyczaj dochodzisz do właściwej decyzji.
– Taka twoja postawa – zauważył sucho Colin – powoduje, że nie cieszysz się największą sympatią spośród wszystkich oficerów marynarki w galaktyce.
– Tylko na służbie. Chcesz zobaczyć moją „oficjalną minę dowódcy”? – Jej uśmiech natychmiast znikł, zastąpiony przez surową minę, a zimny, badawczy wzrok testował go przez dobrych dziesięć sekund, zanim znów się rozluźniła. – Trzymam ją w pudełku na toaletce i wyjmuję, kiedy jest potrzebna.
– Boże, nic dziwnego, że kadeci piekielnie się ciebie boją!
– Lepiej niech się boją mnie niż złych facetów.
– To fakt. Ale szczerze mówiąc, chciałbym od ciebie czegoś więcej niż tylko modyfikacji programu nauczania. Chciałbym, żebyś poparła mój pomysł.
– Ależ oczywiście – powiedziała zaskoczona. – A czemu miałabym tego nie zrobić?
– Chodzi mi o to, żebyś pokazywała się publicznie i rozmawiała z mediami – wyjaśnił. Kobieta skrzywiła się.
W Wielkim Edykcie najbardziej podobało jej się to, że gwarantował swobodę wypowiedzi i nie traktował reporterów jak bożków. Imperialne prawo do prywatności i – co ważniejsze – kary za zniesławienie były wstrząsem dla ziemskich dziennikarzy, a jeśli Adrienne Robbins naprawdę kimś gardziła, to właśnie pismakami. Po oblężeniu Ziemi i zakończeniu kampanii Zeta Trianguli zmienili jej życie w prawdziwe piekło.
– Cholera, Colinie. Muszę to robić?
– Obawiam się, że tak – powiedział z niejakim poczuciem winy, gdyż spora część pracowników Pałacu zajmowała się głównie trzymaniem dziennikarzy z dala od niego. Był w o tyle dobrej sytuacji, że Jiltanith była o wiele bardziej fotogeniczna, a poza tym zadziwiająco dobrze czuła się jako osoba publiczna. Colin wiedział, że poddani go szanują, ale kochają Tanni.
Co, pomyślał, świadczy, że opinia publiczna ma wyższy iloraz inteligencji, niż by się spodziewał.
– Słuchaj – mówił dalej – znasz moje podejście do praw Narhan. Są takimi samymi obywatelami jak wszyscy. Oddanie im planety na własność pozwala im unikać wielu nieprzyjemności, ale musimy ich włączyć do administracji i wojska, bo izolowanie ich jeszcze bardziej wszystko pogorszy. Wielu Narhan ma już stanowiska w służbie cywilnej tutaj, na Birhat, ale muszą też trafić do Floty. Nie spodziewam się kłopotów z wojskowymi, ale cywile to zupełnie inna kwestia. Potrzebuję wszelkiej pomocy w propagowaniu tego pomysłu, a ty jesteś drugim po Tanni najlepszym agitatorem, jakiego mam.
Adrienne skrzywiła się, ale wiedziała, że to prawda. Była jedynym żyjącym oficerem, który dowodził dużym statkiem podczas oblężenia Ziemi i kampanii Zeta Trianguli. Co więcej, poprowadziła siły uderzeniowe w ostatnim, beznadziejnym kontrataku, i jej statek jako jedyny przetrwał. Była najczęściej odznaczanym oficerem Floty, należała do takiej liczby ziemskich zakonów rycerskich, że nie umiała ich już policzyć, i była jedyną osobą w historii, która otrzymała najwyższe odznaczenie za odwagę od wszystkich narodów Ziemi, nie wspominając o Złotej Nowej. Czuła się tym bardzo zawstydzona, ale tak było.
Wszystko wskazywało na to, że Colin ma rację.
– Dobrze – powiedziała w końcu. – Zrobię to.

* * *

Francine Hilgemann bardzo powoli zamknęła drzwi samochodu, jednocześnie rozglądając się dookoła. Po drodze nie widziała niczego, co świadczyłoby, że jest obserwowana, lecz ostrożność była warunkiem przetrwania i przez ostatnie lata dobrze na tym wychodziła.
Przeszła spacerkiem przez parking w stronę ruchomego chodnika, który prowadził w głąb jasno oświetlonego kompleksu Pomnika. Niezbyt podobał jej się pomysł spotkania w samym sercu Centrum Shepard, lecz przypuszczała, że to ma jednak sens. Kto by się spodziewał, że para zdrajców spotka się właśnie w takim miejscu?
Zeszła z chodnika i wmieszała się w milczący tłum ludzi otaczających pięćdziesięciometrową obsydianową iglicę i gładki cokół z bojowej stali, na którym wypisano niekończące się rzędy imion. Były to imiona wszystkich osób, które zginęły podczas trwającej tysiąclecia walki z Anu. Hilgemann czuła, że nawet na niej robi to wrażenie, lecz miała mało czasu, więc zaczęła energicznie przepychać się przez tłum.
Równie wiele osób otaczało zniszczony kadłub potężnego statku kosmicznego. Podświetlny okręt wojenny Nergal, którym dowodziła kapitan Floty Robbins, spoczywał na brzuchu dokładnie w tym samym miejscu, w którym wylądował po ostatniej bitwie. Z poskręcanych boków zwieszały się niczym połamane zęby uszkodzone wyrzutnie rakiet i broń energetyczna. Hilgemann nie miała pojęcia, jak statek w takim stanie mógł przetrwać i jak wielkich umiejętności wymagało doprowadzenie takiego wraku do domu i wylądowanie na własnych silnikach.
Po chwili odwróciła się i skierowała w stronę wyjścia służbowego, do którego kazano jej się udać. Drzwi były otwarte, tak jak obiecano. Wślizgnęła się do środka i znalazła się w jakimś magazynie.
– Cóż – powiedziała cierpko, zamykając drzwi i przyglądając się opuszczonej maszynerii – muszę powiedzieć, że to miejsce ma właściwą spiskową atmosferę.
– Być może. – Mężczyzna, który ją wezwał, wyszedł z cienia i słabo się uśmiechnął. – Nie możemy ryzykować zbyt częstych spotkań i z pewnością nie możemy tego robić publicznie, prawda?
– Czuję się jak idiotka. – Dotknęła czarnej peruki skrywającej jej złociste włosy, po czym spojrzała z obrzydzeniem na swoje proste, tanie ubranie.
– Lepsza żywa idiotka niż martwa zdrajczyni – powiedział mężczyzna, a ona prychnęła.
– No dobrze, jestem tutaj. O co chodzi?
– Mam kilka spraw. Przede wszystkim jestem pewien, że wiedzą, iż nie dorwali wszystkich ludzi Anu. – Francine podniosła gwałtownie wzrok, na co odpowiedzią był kolejny słaby uśmiech. – To jasne, że nie wiedzą, kogo nie dorwali, bo inaczej nie prowadzilibyśmy tej melodramatycznej rozmowy.
– Pewnie nie. Co jeszcze?
– To. – Podał jej kość danych. – Ten mały przedmiot jest zbyt ważny, by zaufać naszym zwykłym kanałom.
– O? – Spojrzała na niego z zainteresowaniem.
– To kopia planów najnowszej zabawki marszałka Tsiena: głowicy grawitonicznej – wystarczająco potężnej, by zniszczyć całą planetę.
Francine zacisnęła dłoń na kości i otworzyła szerzej oczy.
– Jego wysokość – powiedział mężczyzna z rozbawieniem w głosie – postanowił jej nie budować, ale ja jestem bardziej postępowy.
– Dlaczego? Żeby im zagrozić, że wysadzimy siebie w powietrze, jeśli nas zidentyfikują?
– Wątpię, by się złapali na ten blef, ale może się przydać przy innej okazji. Na razie chcę tylko mieć sprzęt w gotowości, gdybyśmy go potrzebowali.
– Dobrze. – Wzruszyła ramionami. – Zakładam, że zdobędziesz dla nas wojskowe komponenty, jeśli będą potrzebne?
– Może. Przekażę odpowiedź zwykłą drogą. A przy okazji, jak tam twoje grupy?
– Całkiem nieźle. – Uśmiech Hilgemann był nieprzyjemny. – Właściwie szkolenie jeszcze bardziej pogłębia ich paranoję i utrzymanie ich na smyczy nie jest najłatwiejszą rzeczą na świecie. Może trzeba będzie im dać jakąś misję do wykonania, żeby pozbyli się nadmiaru... entuzjazmu.
– Mogę wybrać parę celów. Jesteś pewna, że o tobie nie wiedzą?
– Są zbyt podzieleni.
– To dobrze. Wybiorę kilka operacji, które będą ich kosztować trochę ofiar. Nie ma to jak dostarczyć paru męczenników za sprawę.
– Ale nie przesadzaj – ostrzegła go. – Jeśli stracą zbyt wielu ludzi, trudno będzie nad nimi zapanować.
– Zrozumiano. Przypuszczam, że to już wszystko. Aha, chcę jeszcze, żebyś przygotowała kolejny list pasterski.
– O?
– Tak. Jego wysokość postanowił chwycić byka za rogi i zacząć przyjmować Narhan do wojska. – Hilgemann pokiwała z namysłem głową, a mężczyzna uśmiechnął się. – Potrzebujemy do rozpowszechniania czegoś bardzo stonowanego – może prośby o modlitwę, by jego wysokość nie popełnił błędu – ale sądzę, że dobrze byłoby też odrobinę podsycić ogień wśród co bardziej twardogłowych.
– Jasne – odpowiedziała biskup z równie słabym uśmiechem.
– W takim razie idę. Zaczekaj piętnaście minut, zanim stąd wyjdziesz.
– Oczywiście. – Była trochę zirytowana jego słowami, choć nie pokazywała tego po sobie. Czy on myśli, że przetrwałaby tak długo, gdyby nie opanowała dobrze swojego zawodu?
Kiedy drzwi zamknęły się za mężczyzną, usiadła na polerce do podłóg i zaczęła się zastanawiać, jak ma napisać kazanie, żeby nie nasączyć go zbyt silnym jadem. Jej dłoń w kieszeni zaciskała się na kości z danymi, które mogły unicestwić cały świat.



Dodano: 2007-10-08 16:17:13
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wodę na sicie"


Artykuły

Wywiad z Dmitrem Glukhovskym


 Wywiad z Joe Abercrombiem

 Modyfikowany Węgiel - powieść a serial

 Co będzie warto czytać z polskiej fantastyki w 2018 roku?

 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

Recenzje

del Toro, Guillermo & Hogan, Chuck - "Wieczna noc"


 Baxter, Stephen - "Proxima"

 Kosik, Rafał - "Różaniec"

 Bradley, Marion Zimmer - "Mgły Avalonu"

 Golden, Christie - "Cisza przed burzą"

 Brzezińska, Anna - "Woda na sicie"

 Miller, Madeline - "Kirke"

 Pettersen, Siri - "Bańka"

Fragmenty

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Wyprawa"

 Straub, Peter - "Upiorna opowieść"

 Hejankowski, Sebastian - "Światłoczuły"

 Lewandowska, Magdalena i Małgorzata - "Drzewo wspomnień"

 Dworakowski, Witold - "Pani Czterdziestu Żywiołów"

 Kiszela, Marcin - "Ostatni prorok"

 Sudomir, Agnieszka - "Szablon"

 Brzezińska, Anna - "Woda na sicie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2018 nast.pl     RSS      RSS