NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Knaak, Richard A. - "Malfurion" (Blizzard Legends)

Wolfe, Gene - "Cień i Pazur"

Ukazały się

antologia - "Opowieści niesamowite z języka niemieckiego"


 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Zagubiona przyszłość" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Proxima" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Kosmiczni bracia" (reedycja)

 Vonnegut, Kurt - "Rysio Snajper" (2020)

 Caldecott, Andrew - "Miasteczko Rotherweird"

 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

 Gwynne, John - "Gniew"

Linki

Weber, David - "Spadkobiercy cesarstwa"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Weber, David - "Dahak"
Data wydania: Październik 2007
ISBN: 978-83-7418-168-6
Liczba stron: 528
Cena: 35,90 zł
Tom cyklu: 3



Weber, David - "Spadkobiercy cesarstwa" #2

Rozdział drugi

– Skończyłeś, Horusie?
Książę Terry podniósł wzrok i skrzywił się, gdy Lawrence Jefferson wszedł do jego biura.
– Nie – powiedział kwaśno, wrzucając kość danych do zabezpieczonej szuflady – lecz przez ostatnich dziesięć lat nie udało mi się tego osiągnąć, więc równie dobrze możemy już iść. Moje wnuki nie obchodzą codziennie dwunastych urodzin i nic nie jest od tego ważniejsze.
Jefferson roześmiał się, a Horus wstał i nakazał komputerowi na biurku zamknąć szufladę; dopiero wtedy na ustach starego mężczyzny również pojawił się uśmiech. Spojrzał na aktówkę Jeffersona.
– Widzę, że ty nie zostawiasz swojej pracy w biurze.
– Ja nie idę na przyjęcie. Poza tym to nie jest moja praca, to kopia raportu Gusa dla admirała MacMahana na temat demonstracji przeciwko Narhanom.
– Aha. – W głosie Horusa słychać było wyraźny niesmak. – Wiesz, każdy ma w takim czy innym stopniu uprzedzenia, ale ta niechęć do Narhan to czysta bigoteria.
– To prawda, lecz uprzedzenia różni od bigoterii głupota. Odpowiedzią na to jest edukacja. Narhanie są po naszej stronie, musimy to tylko tym idiotom udowodnić.
– Wiesz, wątpię, by dobrze przyjęli twoją terminologię, Lawrence.
– Mówię tak, jak to widzę. – Jefferson wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Poza tym jesteśmy tu sami i jeśli to wycieknie, będę wiedział, komu to zawdzięczam.
– Będę o tym pamiętał.
Horus wyłączył komputer przez łącze neuralne i wyszli z biura. Dwaj trzymający straż uzbrojeni marines stanęli na baczność. Ich obecność była czystą formalnością, lecz Hector MacMahan bardzo poważnie traktował ich obowiązki.
Obaj mężczyźni zjechali staromodną windą na parter. Biała Wieża w starym Centrum Shepard NASA była kwaterą główną Horusa podczas oblężenia, i choć naciskano, by przeniósł się z Kolorado, nie ustąpił, podkreślając, że Centrum Shepard nigdy nie było stolicą żadnego państwa, a to pozwoli zmniejszyć niechęć między narodami. Poza tym tutejszy klimat mu odpowiadał.
Przeszli przez dziedziniec w stronę terminalu trans-mat. Jefferson w duchu cieszył się ze swoich bioulepszeń, gdy widział, jak jego oddech zamarza w lodowatym powietrzu. Nie był w wojsku, więc nie dostał pełnego zestawu implantów tak jak Horus, który był dziesięć razy silniejszy niż zwykły człowiek, lecz to, co miał, pozwalało mu radzić sobie z drobiazgami w rodzaju temperatury poniżej zera. Było to bardzo przydatne, ponieważ Ziemia nie wyszła jeszcze do końca z krótkiej epoki lodowcowej spowodowanej bombardowaniem w okresie oblężenia.
Przez cały spacer rozmawiali o drobiazgach, ciesząc się chwilą prywatności, choć Jefferson był nieco zdeprymowany brakiem ochroniarzy. Dorastał na planecie, na której terroryzm był ulubioną metodą „protestu” pozbawionych przywilejów nacji, a raport w aktówce dowodził, że jego macierzysty świat bardzo niechętnie godzi się z gwałtownym rozwojem techniki. Mimo to akt przemocy wymierzony w gubernatora Ziemi był niemal nie do pomyślenia. Horus nie tylko przeprowadził Ziemian przez rzeź oblężenia, ale także był ojcem ich ukochanej cesarzowej, i tylko skończony szaleniec mógłby go zaatakować, żeby coś w ten sposób udowodnić.
Tyle że w historii Ziemi nie brakowało szaleńców, pomyślał Jefferson.
Weszli do punktu trans-mat i mężczyzna poczuł niepokój. Urządzenie nie robiło wielkiego wrażenia – ot, otoczona barierkami platforma szerokości dwudziestu metrów – lecz świadomość, co ono potrafił, sprawiała, że zastępca gubernatora zaczął trząść się ze strachu i zwolnił kroku.
– Nie przejmuj się – uśmiechnął się Horus. – I nie myśl, że tylko ciebie to przeraża!
Obaj mężczyźni weszli na podest i bioskanery, które Colin MacIntyre kazał zainstalować w każdym punkcie trans-mat, zaczęły ich sprawdzać. Trans-mat okazał się katem Czwartego Cesarstwa – pozwolił broni biologicznej, która wyrwała się spod kontroli, zainfekować światy oddalone o setki lat świetlnych – i Colin nie chciał, by tamta historia się powtórzyła.
Skanery potwierdziły, że są czyści, i Jefferson ścisnął spoconą ręką aktówkę, gdy potężne kondensatory zawyły. Urządzenia trans-mat wymagały astronomicznej mocy, nawet jak na standardy Imperium, i pełne naładowanie trwało niemal dwadzieścia sekund. Później zabłysło światło... i Horus wraz z Lawrencem Jeffersonem zeszli z innego podestu już na planecie Birhat, osiemset lat świetlnych od Ziemi.
I właśnie dlatego to wszystko jest takie przerażające, pomyślał Jefferson, pozostawiając za sobą trans-mat, że człowiek nic nie czuje. Nic. To nie jest naturalne. Ale czyż to nie jest ciekawe, że tak myśli człowiek napakowany czujnikami i implantami neuralnymi?
– Cześć, dziadku. – Generał MacMahan wyciągnął dłoń do Horusa, po czym odwrócił się w stronę Jeffersona. – Colin prosił, bym wyszedł wam naprzeciw. Jest bardzo zajęty.
– Zajęty? Czym? – spytał Horus.
– Nie wiem, ale wydawał się nieco udręczony. Sądzę... – Hector uśmiechnął się – że to ma związek z Cohanną.
– O, na Stwórcę! Co ona znowu wymyśliła?
– Nie wiem. Chodźcie, transport na was czeka.

* * *

– Niech to diabli, Hanno! – Colin spacerował przed biurkiem, zza którego kierował Imperium, pocierając nos gestem, który jego podwładni aż za dobrze znali. – Tyle razy powtarzałem, że nie możesz realizować każdego pomysłu, który wpadnie ci do głowy!
– Ale, Colinie... – zaczęła protestować Cohanna.
– I skończ z tym swoim „ale, Colinie”! Czy nie mówiłem ci, że masz dostać moją zgodę na kolejne eksperymenty genetyczne, zanim się do nich zabierzesz?
– Oczywiście, że tak, i ja ją dostałam – odparła z zadowoleniem baronowa Cohanna, cesarski minister biotechnologii.
– Że co?! – Colin popatrzył na nią z niedowierzaniem.
– Mówię, że dostałam twoją zgodę. Siedziałam z Brashieelem tutaj, w twoim biurze, i powiedziałam ci, co mam zamiar zrobić.
Colin odwrócił się do potężnego centaura, który spoczywał na splecionych nogach pośrodku dywanu. Ten spojrzał w jego stronę łagodnymi oczami o podwójnych powiekach.
– Brashieelu, czy pamiętasz, by ona coś o tym mówiła?
– Tak – odpowiedział spokojnie Brashieel przez czarne pudełko umieszczone na pasku szelek. Jego narządy mowy nie były przystosowane do ludzkich języków, lecz nauczył się wykorzystywać syntezator mowy kierowany przez łącze neuralne, który pozwalał mu wyrażać nie tylko słowa, ale i emocje.
Colin odetchnął głęboko, po czym usiadł na biurku i splótł ręce na piersi. Brashieel rzadko się mylił, a triumfująca mina Cohanny utwierdziła go, że kobieta rzeczywiście coś o tym wspominała.
– No dobrze – westchnął. – Co dokładnie mówiła?
Brashieel zamknął wewnętrzne powieki i skoncentrował się, a Colin cierpliwie czekał. Sama obecność obcego wystarczała, by niektórzy ludzie dostawali ataku wściekłości – co Colin rozumiał, choć tego nie akceptował – gdyż Brashieel był Achuultanem, a co gorsza, jedynym ocalałym z floty, którą zaledwie godziny dzieliły od zniszczenia Ziemi. Został jednak przywódcą pojmanych przez Colina jeńców, z których większość – nie wszyscy, ale większość – była oddana sprawie zniszczenia pozostałych Achuultan bardziej nawet niż sama ludzkość.
Przez siedemdziesiąt osiem milionów lat lud Gniazda Aku’Ultan przemierzał galaktykę i niszczył wszystkie rozumne rasy, na jakie się natknął. Jedynie ludzkości udało się przetrwać ich najazdy – i to aż trzy razy, przez co zyskała wśród Achuultan miano „demonicznych zabójców gniazd”. Po uwięzieniu Brashieel i jego towarzysze dowiedzieli się o czymś, o czym reszta ich rasy nie miała pojęcia. Okazało się, że Achuultanie zostali zniewoleni przez samoświadomy komputer, który kierował niekończącą się rzezią ras, które im w żaden sposób nie zagrażały, tylko po to, żeby móc zachować władzę.
Nie wszyscy ludzie im ufali, dlatego tym Achuultanom, którzy poprosili o obywatelstwo Imperium, Colin oddał planetę Narhan. Planeta uniknęła broni biologicznej z bardzo prostego powodu – nikt na niej nie mieszkał, gdyż grawitacja 2,67 razy większa od ziemskiej sprawiała, że ciśnienie na poziomie morza było zabójcze dla ludzi pozbawionych bioulepszeń. Powietrze było nieco zbyt gęste nawet dla płuc Achuultan, a sama planeta leżała w niezbyt wygodnym miejscu – znajdowała się tak daleko od Birhat, że podróżujący za pomocą trans-mat musieli się przesiadać na Ziemi, by dotrzeć do stolicy – lecz osadnicy zakochali się w jej surowej urodzie i zaczęli budować nowe Gniazdo Narhan jako lojalni poddani ludzkiego wodza.
– Cohanna składała raport na temat postępów inżynierii genetycznej w zakresie odtworzenia kobiety Narhan – powiedział w końcu Brashieel. Zbuntowany komputer zlikwidował możliwość rozmnażania poprzez wyeliminowanie wszystkich achuultańskich samic. Zostało tylko zapłodnienie in vitro. – Później zaczęła się dyskusja nad jej sugestią, by zwiększyć długość naszego życia, tak aby była porównywalna z długością ludzkiego życia.
Colin pokiwał głową. Achuultanie – Narhanie, poprawił się – byli więksi i o wiele silniejsi od ludzi. Do tego o wiele szybciej dojrzewali, ale ich przeciętna długość życia nie przekraczała pięćdziesięciu lat. Bioulepszenia, które otrzymali wszyscy lojalni dorośli Narhanie, przedłużyły ich życie prawie do trzystu lat, lecz nadal było to o wiele mniej niż w przypadku ludzi z implantami.
W przeciwieństwie do ludzi, Narhanie nie mieli żadnych uprzedzeń do biotechnologii. Uważali ją za coś oczywistego, biorąc pod uwagę swoje własne pochodzenie i fakt, że Isis, ziemskiej siostrze Jiltanith, udało się w ciągu ostatnich kilku lat sprowadzić na świat sklonowane dzieci. Możliwość odtworzenia samic ich gatunku jeszcze bardziej umacniała taką postawę.
– Dyskutowaliśmy nad praktycznymi aspektami tego zagadnienia – mówił dalej Brashieel – i ja wspomniałem o Dzwoneczku.
– Wiem, że to zrobiłeś, ale ja z pewnością nie wyraziłem na to zgody.
– Obawiam się, że muszę się nie zgodzić – stwierdził Brashieel i Colin skrzywił się.
Należąca do Hectora MacMahana wielka, radosna półlabradorka, półrottweilerka Dzwoneczek zakochała się w Narhanach. Colina to bawiło, gdyż we wszystkich filmach science-fiction, jakie kiedykolwiek nakręcono, psy od pierwszego spojrzenia nienawidziły „obcego zagrożenia”, ale dla Narhan było to coś więcej niż tylko zabawa. W Gnieździe Aku’Ultan nie było żadnych domowych pupilów, dlatego niemal każdy z nich natychmiast sprawił sobie czworonożnego przyjaciela, lecz psy, podobnie jak wszystkie inne ziemskie zwierzęta, nie były w stanie żyć w trudnych warunkach panujących na planecie.
– Słuchaj, wiem, że zezwoliłem na ograniczone bioulepszenia, byście mogli zabrać psy ze sobą, ale nie myślałem o niczym takim.
– Oczywiście nie mogę wiedzieć, o czym myślałeś, lecz ta kwestia się pojawiła. – Colin zacisnął zęby. Narhanie byli równie inteligentni jak ludzie, lecz za to mieli słabą wyobraźnię i wszystko brali zdecydowanie zbyt dosłownie. – Cohanna mówiła, że dzięki inżynierii genetycznej mogłaby stworzyć psy, które nie potrzebowałyby implantów, a ty się zgodziłeś. Później przypomniała ci o sukcesach Dahaka w kontaktach z Dzwoneczkiem i zasugerowała, że mogłaby również poprawić umiejętność porozumiewania się z nimi.
Colin otworzył usta, po czym zamknął je gwałtownie, odtwarzając w myślach tę rozmowę. Rzeczywiście Cohanna o tym wspomniała, a on się zgodził, ale, do diaska, powinna była wiedzieć, co miał na myśli.
Zamknął oczy i policzył do pięciuset. Dahak przez całe lata upierał się, że warczenie, wycie i skomlenie Dzwoneczka ma więcej znaczeń, niż ludzie sądzą, i tak długo zajmował się analizą wydawanych przez nią dźwięków, aż w końcu udowodnił, że miał rację. Psy nie były myślicielami. Ich funkcje poznawcze były ograniczone, a umiejętność myślenia symbolicznego niemal nie istniała, lecz za to miały o wiele więcej do powiedzenia, niż ludzie przypuszczali.
– No dobrze – powiedział w końcu, otwierając oczy i wpatrując się ze złością w Cohannę. Kobieta odpowiedziała mu niewinnym spojrzeniem. – No dobrze. Przyznaję, że ta kwestia się pojawiła, ale nigdy mi nie powiedziałaś, że masz coś takiego w planach.
– Tylko dlatego, że myślałam, iż to oczywiste – odpowiedziała, a Colin zdusił zjadliwą odpowiedź.
Cohanna była błyskotliwa i ogromnie ciekawa – drobiazgi w rodzaju klimatu politycznego, wojen i pobliskich supernowych były całkowicie pozbawione znaczenia w porównaniu z aktualnie prowadzonym przez nią projektem, niezależnie od tego, czego dotyczył.
– Słuchaj – spróbował ponownie. – Dla wielu milionów Ziemian biotechnologia jest czymś przerażającym. – Skrzywiła się z pogardą dla takiej ignorancji, a on westchnął. – Dobra, mylą się, ale to nie zmienia ich uczuć. Czy pomyślałaś, jak zareagują na twoje mieszanie się w naturalną ewolucję?
– Ewolucja – odparła – to irracjonalny proces statystyczny oznaczający jedynie zachowanie przypadkowych form życia, które są zdolne przetrwać w swoim środowisku.
– Proszę, nie mów takich rzeczy! Może i masz rację, ale zbyt wielu Ziemian traktuje ewolucję jako wyraz boskiego planu dla wszechświata.
– Barbarzyńcy! – prychnęła Cohanna, a Colin westchnął.
– Powinienem ci nakazać, byś zniszczyła wyniki swoich eksperymentów – mruknął, lecz zaraz wycofał się z tych słów, widząc bunt w jej oczach. – No dobrze, nie zrobię tego, przynajmniej nie od razu. Ale zanim obiecam, że tego nie zrobię, chcę je zobaczyć na własne oczy. A tobie nie wolno prowadzić żadnych eksperymentów genetycznych bez mojego wyraźnego – i pisemnego – zezwolenia. Zrozumiano?
W odpowiedzi pokiwała tylko sztywno głową. Colin obszedł biurko i opadł na krzesło.
– Dobrze. Za dziesięć minut mam spotkanie z Horusem i zastępcą gubernatora Jeffersonem, więc musimy to na razie zostawić. Ale zanim wyjdziecie, powiedzcie, czy pojawiły się jakieś problemy – albo niespodzianki – w projekcie Genesis.
– Nie. – Cohanna nieco się rozluźniła. Colin musiał przyznać, że bywała nieznośna, kiedy ktoś nadepnął jej na palce, lecz zaraz wracała do równowagi. – Ale – dodała – dziwię się, że nie sprzeciwiłeś się tej nazwie.
– Żałuję, że o tym nie pomyślałem, kiedy Isis ją zaproponowała. Ale wykorzystujemy tę nazwę tylko dla wewnętrznych potrzeb, a wszystkie raporty są ściśle tajne, więc nie powinno to nikogo zdenerwować.
Cohanna prychnęła, po czym uśmiechnęła się chłodno.
– Cóż, to i tak bardziej jej projekt niż mój, więc nie powinnam się wtrącać. Tak czy inaczej, powinniśmy być gotowi do działania w ciągu roku.
– Tak szybko? – Colin był pod wrażeniem. Przechylił głowę, by spojrzeć na Brashieela. – Co na to twoi towarzysze, Brashieelu?
– Są zainteresowani i może trochę przestraszeni. W końcu pojęcie kobiety wciąż jest dla nas dość dziwne, a pomysł, by płodzić potomstwo z towarzyszem z gniazda, wydaje się... osobliwy. Większość jednak chciałaby zobaczyć, jakie one są. Jeśli o mnie chodzi, czekam z niepokojem, chociaż jestem bardzo zadowolony z Brashana.
– Tak, można by powiedzieć, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. No dobrze, musimy kończyć. – Gdy jego goście wstali, jeszcze na pożegnanie pogroził Cohannie palcem. – Mówiłem poważnie, jeśli chodzi o eksperymenty, Hanno! I chcę je zobaczyć na własne oczy.
– Zrozumiano – odpowiedziała.
Cohanna opuściła biuro wraz z Brashieelem, wymieniając po drodze powitania z Horusem, Hectorem i Jeffersonem, a Colin z westchnieniem odchylił się na krześle. Boże! Połączenie narhańskiego braku wyobraźni i kogoś w rodzaju Cohanny to proszenie się o kłopoty. Będzie musiał bardziej na nią uważać.
Otworzył oczy i ujrzał swojego teścia wpatrującego się w dywan. Uniósł brew, czekając na wyjaśnienie, a wtedy Horus roześmiał się.
– Po prostu sprawdzam, ile krwi popłynęło.
– Nawet nie wiesz, jak bliski jesteś prawdy – mruknął Colin. – Jezu! Tyle razy robiłem jej wykłady na ten temat! – Podniósł się, by uścisnąć Horusa, po czym wyciągnął rękę do Jeffersona. – Miło pana znów widzieć, panie Jefferson.
– Dziękuję, wasza wysokość. Być może widywalibyśmy się częściej, gdybym nie musiał tutaj przybywać przez trans-mat. – Jego strach był tylko na wpół udawany, i Colin roześmiał się.
– Wiem. Kiedy po raz pierwszy korzystałem z szybu transportowego, omal się nie zmoczyłem, a trans-mat jest jeszcze gorszy.
– Ale za to skuteczny – przyznał ze słabym uśmiechem zastępca gubernatora. – Cholernie skuteczny, a niech go diabli!
– To prawda.
– Powiedz mi, Colinie, co znowu wymyśliła Hanna? – spytał Horus.
– Ona... – Colin przerwał, po czym wzruszył ramionami. – To nie może wyjść poza moje biuro, ale chyba mogę wam powiedzieć. Wiedzieliście, że modyfikowała genetycznie psy dla Narhan? – Goście pokiwali głowami. – Cóż, poszła trochę dalej, niż chciałem. Pracowała nad paroma miotami Dzwoneczka, żeby dać im prawie ludzką inteligencję.
– Co? – Horus zamrugał. – Myślałem, że powiedziałeś jej, żeby nie...
– Powiedziałem, ale ona tłumaczyła mi, że chce „usprawnić ich umiejętność porozumiewania się z Narhanami”, a ja jej pozwoliłem. – Skrzywił się. – Ale byłem głupi.
– O, na Stwórcę – jęknął Horus. – Czemu ona nie może mieć choć w połowie tyle rozsądku, co inteligencji?
– Ponieważ wtedy nie byłaby Cohanną. – Colin uśmiechnął się, po czym zaraz spoważniał. – Najgorzej, że pierwszy miot jest już dorosły, a ona uczyła psy poprzez implanty. Jeśli rzeczywiście obdarzyła je ludzką lub prawie ludzką inteligencją – jeśli zmieniła zwierzęta doświadczalne w ludzi – to nie jestem pewien, czy mam prawo, o prawie moralnym nie wspominając, uśpić je jak zagłodzone bezdomne zwierzęta.
– Proszę mi wybaczyć, wasza wysokość – wtrącił niepewnie Jefferson – ale sądzę, że powinieneś dobrze się nad tym zastanowić. – Colin uniósł brew, a wtedy mężczyzna wzruszył ramionami. – I tak mamy dużo problemów z przeciwnikami Narhan. Ostatnia demonstracja była straszna, a wcale nie odbyła się w jednym z bardziej reakcyjnych rejonów, lecz w samym Londynie.
– W Londynie? – Colin spojrzał ostro na Horusa, natychmiast zapominając o eksperymencie Cohanny. – Jak było?
– Niedobrze – odparł Horus. – Znów były hasła „dobry Achuultan to martwy Achuultan” i przepychanki, ale zaczęły się dopiero wtedy, gdy demonstranci wpadli na kontrdemonstrację, co może być oznaką rozsądku. Taką w każdym razie mam nadzieję.
– Mój Boże! – westchnął Colin. – Wiecie co, walka z Achuultanami była o wiele prostsza.
– To prawda. Mimo to sądzę, że czas pracuje na naszą korzyść. – Colin skrzywił się, a Horus uśmiechnął. – Wiem. Jestem równie zmęczony powtarzaniem tych słów, jak ty ich wysłuchiwaniem, ale to prawda. Czas to jedyna rzecz, której nam nie brakuje.
– Może. Ale skoro już przy tym jesteśmy, kto zorganizował demonstrację?
– Gus się tym zajmuje – odpowiedział Jefferson – ale wiemy, że oficjalnym organizatorem była grupa zwana LLI: „Ludzie dla Ludzkiego Imperium”. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to banda chuliganów wspieranych przez grupę niezadowolonych intelektualistów. „Jajogłowi” to najwyraźniej naukowcy, którym nie podoba się, że wiedza, której poświęcili całe życie, w ciągu jednej nocy okazała się przestarzała i nieprzydatna. Wydaje się – dodał ze słabym uśmiechem – że niektórzy z naszych nieustraszonych pionierów myśli wcale nie są takimi pionierami, jak sądzili.
– Trudno mieć do nich pretensje – stwierdził Horus. – Jak sam powiedziałeś, Lawrence, przez całe życie pracowali na swoją pozycję przywódców intelektualnych, a teraz zostali odsunięci na bok.
– Wiem. – Colin spochmurniał i przez chwilę wpatrywał się w swoje dłonie, po czym znów podniósł wzrok. – Ale jednak wydaje się to dość dziwnym połączeniem. Chuligani i profesorowie? Ciekawe, jak oni się skontaktowali?
– Dziwniejsze rzeczy działy się już na świecie, wasza wysokość, ale zadaliśmy sobie z Gusem to pytanie i on sądzi, że odpowiedzią jest Kościół Armagedonu.
– Cholera – powiedział Colin z niesmakiem.
– To nieeleganckie, ale właściwie określenie – stwierdził Horus. – Właśnie to mnie najbardziej martwi. Kościół zaczął jako zwykły związek fundamentalistów, którzy postrzegali Achuultan jako prawdziwe zło, ale teraz to jest zwrot w kierunku otwartego rasizmu – o ile mogę użyć tego słowa – i to wyjątkowo paskudnego.
– Owszem. Czy wiemy coś na temat ich przywódców, panie Jefferson?
– Niewiele, wasza wysokość. Ich członkowie nigdy nie próbowali się ukrywać – zresztą po co mieliby to robić, skoro oficjalnie głoszą tolerancję religijną – ale są tak dziwacznym połączeniem różnych odłamów, że ich hierarchia jest niejasna. Wciąż próbujemy dociec, kto im właściwie przywodzi. Ich rzecznikiem jest niejaka biskup Hilgemann, ale obawiam się, że nie mogę się zgodzić z Gusem co do jej prawdziwej władzy. Wydaje mi się raczej ich tubą niż prawdziwym decydentem, ale obaj tylko na ten temat spekulujemy.
– Omówicie to z Ninhursag?
– Oczywiście, wasza wysokość. Przywiozłem raport Gusa i zaraz po tym spotkaniu udaję się do Matki. Spróbuję razem z admirałem MacMahanem i może Dahakiem wyciągnąć coś z tych danych.
– Życzę powodzenia. Hursag od ponad roku próbuje coś na nich znaleźć. No dobrze. – Colin wstał i wyciągnął rękę do zastępcy gubernatora. – W takim razie nie będę pana zatrzymywał, panie Jefferson. Musimy wraz z Horusem udać się na przyjęcie urodzinowe, a dwójka dorastających dzieciaków z piekła rodem obrzydzi nam życie, jeśli się spóźnimy.
– Oczywiście. Proszę pozdrowić ode mnie cesarzową i dzieci.
– Na pewno to zrobię w przerwie między prezentami, ciastem, ponczem i ogólnym zamieszaniem. Powodzenia w pracy nad raportem.
– Dziękuję, wasza wysokość. – Jefferson wyszedł, a Colin i Horus udali się do części Pałacu przeznaczonej dla cesarskiej rodziny.



Dodano: 2007-10-08 16:17:13
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Recydywista"


 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

Fragmenty

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS