NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Tevis, Walter - "Człowiek, który spadł na ziemię"

Maszczyszyn, Jan - "Hrabianka Asperia"

Ukazały się

Bardugo, Leigh - "Królestwo kanciarzy"


 Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

 Rowling, Joanne K. - "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz"

 Majka, Paweł - "Berserk"

 Luceno, James - "Katalizator"

 Cichowski, Rafał - "Pył Ziemi"

 Patykiewicz, Piotr - "Tajemnica mroku"

 Cholewa, Michał - "Echa"

Linki

Williams, Tad - "Marchia Cienia"
Wydawnictwo: Rebis
Cykl: Williams, Tad - "Marchia Cienia"
Tytuł oryginału: Shadowmarch
Tłumaczenie: Paweł Kruk
Data wydania: Maj 2006
ISBN: 83-7301-770-4
Oprawa: miękka
Format: 125×195mm
Liczba stron: 723
Cena: 39,00
Tom cyklu: 1



Wywiad z Tadem Williamsem

Katedra: Witam w imieniu naszych czytelników. „Pamięć, Smutek i Cierń” był Twoim pierwszym dużym projektem…


Tad Williams: Tak naprawdę moją pierwszą książką było „Tailchasers Song”…


K: Owszem, ale o ile wiem, nie została ona wydana w Polsce (popr. - ukazała się jako „Pieśń łowcy”), i o ile wiem, nie należała do zbyt grubych powieści.


TW: Faktycznie, jak na moje standardy, to nie.

K: W każdym razie „Pamięć, Smutek i Cierń” jest klasycznym fantasy, ale przyniósł Ci dużą popularność – zwłaszcza w Polsce, i jak przypuszczam, w innych krajach także?

TW: Tak. Z pewnością również książki z tego cyklu były moimi pierwszymi, jakie zaczęły się ukazywać za granicą.

K: Czy uważasz więc, że ten rodzaj tolkienopodobnej fantastyki ma przyszłość?

TW: Kiedy zaczynałem pisać „Pamięć, Smutek i Cierń”, nie uważałem, że piszę tolkienopodobną fantasy, ale że piszę o tolkienopodobnej fantastyce. George R. R. Martin zaczął pisać swój cykl – o czym był uprzejmy poinformować – dlatego, że przeczytał moje książki. Powiedział: „Pokazałeś, że jeszcze można interesująco wykorzystać te ograne motywy”.

K: Owszem, gdy czytałem oba cykle, nasunęło mi się sporo skojarzeń.

TW: Tak, Martin był na tyle miły, że stwierdził, iż pokazałem, jak można jeszcze zaprezentować coś oryginalnego na tym polu. Myślę, że zarówno on, jak i ja uważamy, że samo to, iż ktoś pokazał coś w niezwykle dokładny, wierny sposób, to nie znaczy, że my musimy robić tak samo. Piszę epicką fantasy, bo ją uwielbiam. Uwielbiam Tolkiena, Fletchera Pratta i Andersona. Ale jednocześnie chciałem wskazać na złe rzeczy – np. czerpanie z Tolkiena bez zrozumienia. Również w tej książce jest wiele ukrytych komentarzy czy nawiązań, które nie wszyscy czytelnicy dostrzegli... lub dostrzegają.

K: Uważasz więc, że czytelnicy nadal oczekują tego typu fantastyki?

TW: Tak.
Myślę, że to prosta droga, którą podążają niektórzy ludzie, czytając – i przeżywając – wkoło i wciąż Tolkiena. Efektem tego są te „dodatki” naśladujące tolkienowską, tak zwaną, epicką fantasy. Przed nim ten gatunek w zasadzie nie istniał. Było kilka pozycji, ale niewiele. Obecnie jest to cały podgatunek literacki. Nie jest to jednakże nic nowego. Takie zjawiska miały miejsce wcześniej. Na przykład Conan Doyle w zasadzie stworzył od podstaw powieść detektywistyczną. Oczywiście, przed nim pojawiały się tego typu utwory, ale to Conan Doyle jest uważany – i słusznie – za ojca gatunku.
Myślę zatem, że tak długo, jak ludzie będą wpasowywać się w pewne już istniejące formy czy konwencje, ale jednocześnie będą kreatywni, jest przyszłość dla każdego gatunku – także dla epickiej fantasy. Jednak kiedy tylko stanie się to rodzajem wprawki, powielania wzorców typu: „Zawsze coś takiego czytałem i odpowiadało mi to, więc chcę więcej tego samego”, wtedy odpowiedź brzmi „Nie”. Niemniej uważam, że jest wielu dobrych pisarzy, którzy będą do tej konwencji powracać i utrzymywać ją nadal przy życiu. Niezależnie od tego, ilu złych autorów również będzie tworzyć w tym podgatunku.

K: Właśnie, poruszyłeś kwestię złych autorów. Jak wygląda scena pisarska w Stanach? W Polsce mamy jedynie jej fragmentaryczny obraz, być może niesłuszny i fałszywy. Jesteś ty, jest Martin, znajdzie się jeszcze co najmniej kilku wartościowych autorów. Ale na nasz rynek dociera także wiele – śmiem powiedzieć zbyt wiele – słabych powieści, literackiej papki, szajsu.

TW: <śmiech> Tak, to doskonałe podsumowanie niektórych książek.

K: Jakbyś więc podsumował rynek wydawniczy w USA?

TW: Theodore Sturgeon – znasz go zapewne, znany pisarz science fiction, sformułował kiedyś zdanie – nazywane obecnie Prawem Theodore'a Sturgeona. Brzmi ono: „Dziewięćdziesiąt procent wszystkiego to gówno”. Nie wiem, czy to dokładnie oddaje proporcje na rynku amerykańskim, ale doskonale oddaje naturę rzeczy, która okazała się sukcesem finansowym. To jest jak odkurzacz i zasysa niemal wszystko, by się zapełnić – nawet jeśli te rzeczy nie są dobrze wykonane. Obecnie fantasy jest jak ten odkurzacz – zapotrzebowanie jest większe niż ilość dobrej literatury, jaka w obrębie gatunku powstaje. Stąd pisanych jest mnóstwo powieści złych, pochodnych gier fabularnych.
Faktem jest jednak, że gdy ten rynek się zapcha, co nastąpi, gdy czytelnicy zainteresują się czymś innym lub wejdzie nowe pokolenie odbiorców oczekujących czegoś innego, dobrzy pisarze nadal będą tworzyć. Źli pisarze natomiast odejdą, bo nie będzie dla nich miejsca na rynku. Albo przeniosą się do tego, co wtedy będzie na topie.

K: Nie wiem, jak to jest w Stanach, ale w Polsce często zdarza się, że naprawdę dobrzy autorzy mają sprzedaż znacznie niższą niż ci słabi.

TW: Cóż, to jest prawda chyba wszędzie. Niemniej są autorzy lepsi ode mnie, którzy sprzedają więcej książek. Są też gorsi, którzy sprzedają mniej. Nie ma zatem jednej i tylko jednej zasady tym rządzącej.

K: Jaki jest Twój stosunek do nowych ruchów w fantastyce – choćby do już niemal przysłowiowego New Weird?

TW: New Weird?

K: Tak, sztandarowy przykład to Mieville...

TW: Ach tak, już kojarzę. Większość ludzi podążających z tym nurtem inspiruje się rzeczami, które sam również lubię. Mervyn Peake, M. John Harrison, ale też Michael Moorcock – działają mniej więcej na tym samym obszarze.
Wygodnie się poruszam pośród ich twórczości – Jeffa VanderMeera także. Oni piszą o tym wszystkim, co również mi odpowiada, ponieważ mnie inspirują te same rzeczy.

K: Inspirujesz się w swoich książkach historią?

TW: Tak, jak najbardziej! Jestem zafascynowany historią. Myślę, że nie można być dobrym pisarzem fantasy – ale również SF – jeśli nie studiuje się wnikliwie historii. Dlaczego? Ponieważ nasz świat jest tak nieprzewidywalny, że nie można wymyślić większych dziwactw i fantazji niż te, które już zaistniały w naszej historii. Trzeba być dobrze zorientowanym w realiach; wiedzieć, jak wszystko działało, aby móc stworzyć logicznie działające społeczeństwa w światach fantastycznych lub w dalekiej przyszłości.

K: Czyli kładziesz duży nacisk na kreację światów?

TW: Absolutnie tak. To podstawa, na której można budować fabułę.

K: W „Czasie Kalibana” parafrazujesz – a może opowiadasz na nowo – historię znaną z „Burzy” Szekspira. Postaci z tej sztuki były wielokrotnie wykorzystywane przez pisarzy fantastyki – jak choćby Dana Simmonsa w dylogii „Ilion”-„Olimp”. A to zaledwie jeden dramat z wielu. Jak myślisz, dlaczego Szekspir tak chętnie jest wykorzystywany przez współczesnych pisarzy?

TW: Szekspir pisał fascynująco. Osobiście uważam, że stało się tak dlatego, że pisał na potrzeby wizualnego przekazu – teatru, gdzie trzeba było cały czas trzymać ludzi w napięciu, zabawiać. Pracował w konkurencji, ale nie z innymi teatrami, ale rzeczami takimi jak szczucie niedźwiedzia – wiesz, dziura z niedźwiedziem i psami – czy pożeraczami ognia albo żonglerami. Musiał zatem tworzyć tak, by zabawiać ludzi. Kiedy Szekspir tworzył postać, to była to – teraz byśmy powiedzieli – postać rodem z Hollywoodu. Wystarczyło jedno zdanie, kilka słów, by ją opisać. Bohaterowie tacy jak Prospero, Kaliban, Lear, Falstaff, Makbet czy Hamlet byli popularni, bo byli interesujący, a zarazem łatwo można było określić ich osobowość. Pojmujesz ich w mgnieniu oka, ale możesz nad ich studiowaniem spędzić lata. Szekspir był zatem mistrzem w kreowaniu rzeczy przyciągających uwagę. Nie był teoretykiem. Był pisarzem walczącym o publiczność, aby weszła do teatru i zobaczyła jego sztukę.

K: W „Wojnie kwiatów” również czerpiesz garściami z Szekspira, chociażby Tytania i Oberon.

TW: Bardzo możliwe. Te wszystkie rzeczy dotyczące magicznego ludu. Absolutnie nie zaprzeczam. Szekspir wywarł na mnie olbrzymi wpływ. Ale dzieła Szekspira są także, podobnie jak klasyczne mity greckie czy nordyckie, bardzo rozległym polem tworzącym niemalże mitologię samą w sobie. Tak jak te wcześniej wymienione, tyle że ta jest o kilka tysięcy lat młodsza. Została napisana w XV wieku n.e. a nie w XXXV p.n.e. Ale nadal całość tworzy zbiór mitów, do których wciąż się powraca. I pisarze także.

K: „Inny Świat” to książka, czy też może powinienem powiedzieć cykl, którego lektura sprawiła mi wiele przyjemności…

TW: Bardzo dziękuję. Jest to książka, której pisanie sprawiło mi chyba najwięcej radości spośród wszystkiego, co napisałem. Głównie za sprawą kombinacji najprzeróżniejszych rzeczy.

K: Właśnie. Łączysz w niej wiele elementów – różnorakie idee, wizję przyszłości, rozwój wszechobecnej sieci. Nawiązujesz do literatury i filmu – że tylko wspomnę „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”.

TW: Dokładnie tak. W tej książce jest wiele elementów z realnego świata zestawionych z rzeczami, które wymyśliłem. Tworzenie tego było świetną zabawą.

K: Szczególnie spodobało mi się wplecenie w świat przyszłości podań i opowieści z Czarnej Afryki.

TW: Opowieści, które są autentyczne.

K: Zgadza się. Skąd czerpałeś o nich wiedzę?

TW: O, z wielu różnych źródeł. Oczywiście sam robiłem poszukiwania i badania na ten temat. Niektóre z tych opowieści zasłyszałem. Nie miałem konkretnego jednego źródła, ale czerpałem z wielu różnych, w poszukiwaniu tych pasujących. A później, jak zapewne wiesz, następuje proces upraszczania. Zebrane podania należały do różnych plemion Buszmenów, ale ja przyjąłem, że wszystkie są właściwe dla plemienia !Xabbu – zwykle wymawiam to niewłaściwie, przez X albo K. Niemniej wszystkie są prawdziwe, tylko że pochodzą z różnych miejsc na świecie.

K: Czytałeś może „Kirinyagę” Mike’a Resnicka?

TW: „Kirinyagę”? Nie, nie wydaje mi się.

K: Zapytałem, ponieważ Resnick w tej książce zajmuje się podobną tematyką. Zbiór opowiadań...

TW: Tak! Już wiem, o co chodzi. Nie czytałem, ale słyszałem. Sądzisz, że powinienem przeczytać?

K: Myślę, że tak. Jest to historia plemienia, które w przyszłości postanawia wrócić do dawnych tradycji na sztucznie stworzonym świecie. Jednakże życie przodków nie okazuje się tak wspaniałe, jak to się wydawało – szczególnie dla młodych.

TW: Naprawdę? Cóż, jak to młodzi, chcą nowoczesnej kultury. Wygląda interesująco, szkoda, że jeszcze nie miałem okazji z nią się zetknąć.

K: Polecam. A wracając do tematu. W „Innym Świecie” stworzyłeś obraz niezwykle interaktywnej wirtualnej rzeczywistości. Czy w tym kierunku wyewoluuje internet?

TW: Osobiście uważam za prawdopodobne, iż istoty ludzkie takie, jakimi jesteśmy teraz, nie mają szans na kolonizację kosmosu. Sądzę, że naszym przeznaczeniem jest życie informatywne. Takie życie nie potrzebuje tlenu, jedynie matrycy, w której zostanie umieszczone. Czyż więc o wiele lepiej przygotowanym na podbój odległych planet nie jest byt, który może się wyłączyć na pięć tysięcy lat, a później znów się włączyć bez żadnej straty? Bez ciała, o które trzeba się martwić. To jest właśnie jedna z rzeczy, które moim zdaniem w „Innym Świecie” jest interesująca. Idea, że jesteśmy tylko etapem, tylko podstawą, początkiem dla życia, które z nas wyewoluuje. Życiem, które obecnie jest Twoim komputerem, albo moją komórką. Prymitywnym. Ale z czasem będą coraz bardziej wszechstronne i z czasem staną się bardziej wszechstronne od nas. To bardzo stary pomysł w science fiction. Kiedyś uważano, że będą to roboty… ale ja myślę, że nie potrzebujemy ich. Potrzebujemy tylko umysłów.

K: Myślisz, że to nastąpi w przewidywalnej przyszłości?

TW: Nie wiem, czy to nastąpi jeszcze za mojego życia, ale prawie na pewno za życia moich dzieci będziemy musieli podjąć bardzo ważną i trudną decyzję: czy mechaniczna, sztuczna inteligencja jest życiem. Myślę, że to jest problem do rozwiązania w ciągu najbliższych może czterdziestu, może pięćdziesięciu lat. W tym czasie ktoś będzie chciał wyłączyć sztuczną inteligencję, ale pojawią się głosy sprzeciwu argumentujące, że będzie to morderstwo. To coś ma życie i ma prawa. Myślę, że nastąpi właśnie coś takiego. Może za mojego życia, ale na pewno za życia moich dzieci.

K: A czy w książkach próbowałeś ostrzec przed zagrożeniami idącymi z tej strony – choćby pod postacią losów Stevena, brata Renie?

TW: To szczególny przypadek. Nie chciałem przez to nic konkretnego powiedzieć, chodziło raczej o zwykłe rozwiązanie fabularne, aby pchnąć akcję w odpowiadającym mi kierunku. Jestem wielkim fanem wszelkich technologii. Co chwila mamy do czynienia z nowymi odkryciami, diametralnymi zmianami. Czy chodziło o maszynę parową, elektryczność, telewizję, komputer – ludzie początkowo zawsze się obawiali, że zniszczy świat. Inni, że uczyni świat doskonałym, że uratuje go. Faktem jest, że każdy wynalazek zmienia świat po trochu. Prawda leży pośrodku. Ludzie wykorzystują rzeczy w celach zarówno dobrych, jak i złych. Internet może służyć do cudownych rzeczy, ale niektórzy używają go, by zrujnować innym życie. Niszczą. Będziemy zawsze ludźmi i będziemy po ludzku dochodzić do tego, jak używać rzeczy w zgodzie z ich przeznaczeniem lub jak za ich pomocą szkodzić. Nie sądzę zatem, aby internet był w jakikolwiek sposób bardziej podatny na używanie go niezgodnie z założeniami. Niemniej jednak – im bardziej staje się częścią naszego życia, tym więcej rzeczy może pójść źle. Obecnie jedyny sposób by zaistnieć – politycznie i ekonomicznie – wiedzie przez technologię. Jeśli zatem ktoś zaczyna przy niej majstrować, pojawia się duży problem. Coś takiego mamy teraz w Ameryce. Wiele osób czuje, że Republikanie, partia George’a W. Busha, ukradła zwycięstwo w wyborach z 2004 roku prawdopodobnie za pomocą maszyn liczących głosy. Wiesz, teorie spiskowe typu: właściciel największego producenta tych maszyn jest jednocześnie jednym z największych zwolenników Busha; mieszka w stanie, który był najważniejszy, itp. Nieważne. To tylko przykład, który ma uświadomić, że coraz więcej elementów naszego życia powierzamy maszynom. I tym większa jest szansa, że za ich pomocą mogą zostać poczynione szkody. I jest szansa, że się o nich nie dowiemy; bo kto inny kontroluje maszyny.

K: Przedstawiasz wizję niemal jak z „Roku 1984”...

TW: Tak, to prawda po części. Jesteśmy odcięci od rzeczywistości za pomocą tej warstwy mediów, urządzeń.

K: Czytujesz innych pisarzy fantastyki?

TW: Tak, choć nie tak dużo, jak bym chciał, gdyż czytam sporo literatury niebeletrystycznej. Czytam również dużo mainstreamu, klasykę – jak Charles Dickens, Jane Austen. Ale tak, czytam fantastykę.

K: Kogoś konkretnego?

TW: Wspomniałeś o Chinie Mieville’u – bardzo go lubię. Cenię twórcę opowiadań Teda Chianga. Właśnie przeczytałem debiutancką powieść Patricka Rothfussa („The Name of the Wind” – przyp. red.), bardzo ciekawa pozycja. To dopiero pierwsza jego książka, więc nie sądzę, żeby wyszła w Polsce.

K: Nie, nie wyszła. Mamy zwykle co najmniej roczne opóźnienie, a i tak trafia do nas tylko część.

TW: Bardzo dobra, polecam. Jest wielu pisarzy, których czytuję. Oczywiście Michael Moorcock, kiedy coś wyda, Greg Egan, Steven Brust. Jest wielu dobrych autorów. Dan Simmons, o którym wspominałeś.

K: W „Marchii Cienia” powracasz do tradycyjnego fantasy, w którym głównym wątkiem jest konflikt pomiędzy ludźmi a magiczną rasą. Czy nie uważasz, że ten motyw jest używany w fantastyce zbyt często?

TW: Ależ oczywiście. To jak z bajkami – niektóre wątki powtarzają się w koło i w koło. Ale ponownie pojawia się pytanie: co jest w środku? Co dodajesz od siebie? Czy czytelnika obchodzą bohaterowie w sytuacjach, w których się znaleźli? W „Marchii Cienia” umieściłem kilka elementów, które będą lepiej widoczne w drugim tomie. Są inne. Nie są tym, czego czytelnik oczekuje. Pojawi się więcej elementów teologicznych. Bogowie tego świata będą mieli coś do powiedzenia. Tego typu rzeczy pojawią się w drugim tomie. Ale nawet jeśli bym tego nie dodał, to i tak jest to jak taniec. Poruszanie się wśród często używanych motywów jest jak taniec. Możesz tańczyć źle, a możesz być Fredem Astairem. Możesz robić to wspaniale. I pomiędzy nieporadnym pijakiem a tańczącym ten sam taniec Fredem Astairem jest wiele miejsca. Od pisarza zależy, gdzie się znajdzie. Nie to, że mówię, iż jestem Fredem Astairem, ale chodzi o to, że jest przestrzeń, w której można to samo zrobić na wiele różnych sposobów. Ja robię to po swojemu i mam nadzieję, że czytelnik po lekturze stwierdzi: „Nigdy wcześniej nie miałem takiego uczucia przy tego rodzaju książce”.

K: Jakie były najbardziej istotne kwestie, które chciałeś poruszyć w „Marchii Cienia”? Sprawy rodzinne? Wpływ przeszłości, historii na teraźniejszość?

TW: To także. Te wątki są istotnym elementem tego cyklu. W „Marchii Cienia” moim zdaniem ważne było pokazanie, jak trudno jest oddzielić samego siebie, tożsamość, to kim jesteśmy, od naszych rodzin. To jest powód, dla którego tak wiele znakomitych pozycji z literatury, ale także liczne mity, opowiada o rodzinie. To jest gleba, z której wszyscy wyrośliśmy. Spędzamy, a przynajmniej niektórzy z nas, mnóstwo swojego czasu na odpychaniu rodziny od siebie. Ale nie jesteśmy w stanie tego zrobić, bo rodzina jest częścią nas. Kiedy będziesz w moim wieku i będziesz miał dzieci, odkryjesz, że zachowują się tak, jak ty lata wcześniej. Czy to genetyka, czy to przenosi się przez geny?… Mój syn – mamy dwoje dzieci – ma zwyczaje i nawyki identyczne jak moje i mojego brata. Ale nigdy przecież nie widział mnie, jak tak się zachowywałem, bo robiłem te rzeczy, gdy byłem młody. Nie widział też mojego brata, bo ten jest o dziesięć lat młodszy ode mnie i też zachowywał się tak będąc małym chłopcem. A teraz widzę mojego syna zachowującego się w ten sposób, zupełnie jakby nas podglądał. Zachowuje się dokładnie tak samo jak my w jego wieku. W ten sam sposób się martwi o różne rzeczy. Tak samo tłumaczy swoje dobre zamiary, gdy sprawy źle się potoczą. Naprawdę rozpoznaję w nim samego siebie. To jest bardzo interesujące. Czyli tak, książka jest o rodzinie. Jest w tu myśl, że rodzina wisi na nas, jakby przykuta łańcuchem. Nie jesteśmy w stanie się jej pozbyć.

K: „Marchia Cienia” początkowo pojawiła się jako projekt internetowy. Jakie korzyści odniosłeś z takiego rozwiązania i co Cię do niego popchnęło?

TW: Początkowo „Marchia Cienia” miała powstać na potrzeby telewizji, ale to nie wypaliło. Tak więc ogromna większość pierwszego tomu cyklu wcześniej została umieszczona w internecie. Umieściłem tam całą linię fabularną właściwą dla wersji książkowej. Qinnitan, postać, która idzie do pałacu autarchy, nie występowała w wersji sieciowej. Dodałem ją później. Cała reszta jednak była. Zatem książka ma długą historię. Dłuższą niż wersja papierowa. Drugi tom, który niedawno wyszedł w Stanach – pół roku temu, jak myślę – rozszerza tę historię. „Marchia Cienia” od początku była pomyślana jako początek opowieści.

K: Miałeś jakieś komentarze od czytelników podczas publikacji książki w internecie?

TW: O tak, oczywiście.

K: Sugerowali Ci coś?

TW: Szczerze powiedziawszy – nie. Byłem tym trochę rozczarowany. Czytelnicy byli nieco – czy ja wiem? – niechętni temu. Miałem wizję, że będę publikował rozdział co tydzień, a ludzie będą mówić, co im się podoba, a co nie. Ludzie jednak są nieśmiali. Wahali się przed powiedzeniem autorowi na jego własnej stronie, że coś im się nie podoba. Nigdy na nikogo nie krzyczałem, nie kłóciłem się, nie mówiłem: „Jesteś w błędzie, nie będziesz tak do mnie mówił!”. Wręcz przeciwnie, chciałem krytyki. Jednakże, czy to dlatego, że byli zbyt grzeczni, czy też już byli moimi fanami, nie zgłaszali wielu sugestii. Mówili tylko, co im się podoba. Czasem tylko stwierdzali, że chcieliby więcej o danej postaci. Wtedy starałem się dopisać jakąś część z nim/z nią w roli głównej.

K: Wspomniałeś o „Shadowplay” – drugim tomie cyklu. Według zapowiedzi ma się on ukazać w Polsce dopiero na wiosnę 2008. Możesz powiedzieć co nowego się w tej książce pojawi?

TW: Jak wspominałem, położyłem znacznie większy nacisk na to, by pokazać, co się dzieje za kulisami tej opowieści. Oprócz ludzkiego świata, pojawi się coś więcej niż tylko migawka o mitologii i świecie istot magicznych. Barrick i Brione staną się bardziej samodzielni. Będzie można na nich spojrzeć jako na ludzi samych w sobie, a nie tylko przez pryzmat ich pozycji społecznej. Już nie będą traktowani jako dwuosobowy zespół, bo zostali rozdzieleni. Uciekają i są samotni w otwartym świecie. Czytelnik pozna także nieco świata za Granicą Cienia. Dowie się trochę więcej o jego realiach i nie będzie na niego spoglądał wyłącznie jako na miejsce, gdzie znajdują się wrogowie. Moja opowieść jakby rozdziela się na dwa wątki, które zbiegają się na samym końcu. To jest ten środkowy etap i można powoli zacząć obserwować, jak rzeczy zaczynają zmierzać do wspólnego końca. Niewykluczone, że w jakimś przebłysku stanie się możliwe dojrzeć, jak ta historia się zakończy.

K: Ile w sumie będzie tomów?

TW: Tylko trzy.

K: W mojej opinii Twoją twórczość cechuje spokojna, wyważona narracja i rozbudowane, szczegółowe opisy. W Twoich książkach nie ma zbyt wiele akcji?

TW: Owszem, chyba muszę się z tym zgodzić. Przede wszystkim stawiam na położenie podstaw, fundamentów, na których dopiero może rozwijać się fabuła. I akcja też.

K: Czy uważasz, że właśnie tak powinny być pisane książki?

TW: Cóż, w ten sposób na pewno ja lubię pisać powieści. <śmiech> Jeśli jednak piszę opowiadanie, sprawa wygląda już inaczej. Podobnie z komiksami. Jednym z najczęstszych komentarzy do nich jest: „W Twoich komiksach rzeczy dzieją się tak szybko!”. A to dlatego, że właśnie to najbardziej lubię w komiksach. Nie lubię, gdy rzeczy dzieją się w nich powoli. Zatem u mnie wszystko dzieje się tak: bum, bum, bum, bum.
Tak naprawdę wszystko zależy od tego, jaki typ opowieści snujesz. Nigdy nie posunąłbym się do sugerowania innym, jak mają pisać. Mam styl, który mi odpowiada i wydaje się słuszny dla historii, które mam do opowiedzenia. Niemniej żyjemy w dużym świecie i lubię być zaskakiwany przez innych pisarzy i twórców.

K: Czego oczekujesz od dobrej powieści?

TW: Oczekuję tego, bym chciał przewracać kartki podczas czytania. Oczekuję także, by jej treść się do mnie przyczepiła. Bym ciągle o niej myślał, gdy ją skończę. Lubię także, gdy po lekturze mam ochotę usiąść i uciąć sobie pogawędkę z autorem. To zwykle jest dobry znak. Nawet niekoniecznie, gdy mam do powiedzenia coś w stylu: „Nie zgadzam się z tobą w tym i w tym”. To po prostu objaw tego, że chcę bliższego kontaktu z tym dziełem. To zwykle jest dobry znak. Czyli chyba tego właśnie oczekuję: fabuły, która powoduje, że chce się czytać dalej; ale również czegoś, co nie spowoduje, że po zakończeniu lektury odrzucasz książkę i nigdy więcej o niej nie myślisz. Wiesz, gdy bohaterowie albo pomysły zostają z tobą po lekturze.

K: Wspomniałeś o komiksach. Możesz przybliżyć tę gałąź swojej twórczości?

TW: Pisałem dla DC Comics w serii „Aquaman”. Nie wiem, co będę robił dalej, ale na pewno nie poprzestanę na tym, co dotąd, bo lubię pisać komiksowe scenariusze.

K: Te komiksy chyba nie były wydawane w Polsce?

TW: Nie wiem, szczerze powiedziawszy. Na pewno jakieś komiksy z DC Comics były w Polsce wydawane – Superman albo Batman chociażby. Nie wiem jednak, czy jakikolwiek odcinek Aquamana został w Polsce wydany.

K: Czy planujesz napisanie kolejnego opowiadania – po „Człowieku z płomieni” – osadzonego w świecie cyklu „Pamięć, Smutek i Cierń”?

TW: Tak, myślałem o tym. Mam nawet plany, żeby pewnego dnia napisać powieść w tym świecie. Będzie ona nawiązywała do wszystkich poprzednich utworów z tego świata. Nie zabrałem się jednak jeszcze za nią – mam zbyt wiele pomysłów.
Poza tym razem z żoną piszę serię książek dla młodzieży. To również zajmuje mi sporo czasu. Ale myślę, że każdemu z moich czytelników one mogą się spodobać. Będą też nieco krótsze, niż przyzwyczaiłem odbiorców. Zatem mam wielkie plany i mało czasu do ich realizacji.

K: Co jest dla Ciebie najtrudniejsze do napisania – komiks, opowiadanie, powieść?

TW: Powieść. W sensie, że trwa to tak długo. Są dni, kiedy nie masz na pisanie najmniejszej ochoty. Nienawidzisz tego, co piszesz. To jak ze współlokatorem. Są dni, kiedy się myśli, że jeśli jeszcze raz powie, to co zwykle mówi, to zacznę krzyczeć! A innego dnia się myśli, jaki to klawy gość. Świetnie, że z nim mieszkam. Z powieścią jest tak samo. Tyle dni spędzonych nad jedną rzeczą. Z opowiadaniem czy komiksem jest prościej – kilka dni i skończone. Nie ma czasu, by znielubić własne dzieło.

K: W „Wojnie kwiatów” opisujesz społeczeństwo faerie z podziałem na arystokrację i zwykły lud. Inspirowałeś się wzorcami historycznymi? Czy też tak po prostu powinno wyglądać społeczeństwo magicznych istot?

TW: Tak, zdecydowanie czerpałem ze wzorców historycznych. Ale jednocześnie w Stanach Zjednoczonych – to jest jedna z tradycyjnie najlepszych rzeczy w USA – w latach 40., 50., 60. była liczna klasa średnia. I można było stać się jej częścią. Człowiek czuł, że może z niskiej klasy, klasy pracującej, przenieść się do klasy średniej. W okolicach 1980 roku za sprawą cięć w podatkach i zniszczeń spowodowanych przez bardziej liberalną politykę, klasa średnia zaczęła się kurczyć. Odtąd bogaci robią się coraz bogatsi, a klasa średnia zanika, a przynajmniej robi się mniejsza. Pod jednym względem zatem nie piszę o polityce, ale z drugiej strony polityka rzutuje na moją pracę. W „Wojnie kwiatów” pokazuję, jak wyższa klasa społeczeństwa faktycznie ukradła władzę i zatrzymała ją dla siebie. W ten sposób społeczeństwo stało się bardziej spolaryzowane. Zbudowali te wielkie wieże i wyalienowali się od reszty. Po części napisałem coś takiego, bo widziałem to w swoim własnym kraju.

K: Wiem, że w swoim życiu podejmowałeś się najróżniejszych zajęć. Czy obecnie robisz coś jeszcze oprócz pisania?

TW: Obecnie mam dwie prace: jestem pisarzem i jestem ojcem.

K: To ciężka praca.

TW: Może być taka, faktycznie, może być. Bycie ze swoimi dziećmi, zabawa z dziećmi, wychowywanie dzieci – te wszystkie rzeczy, których musisz się podejmować mając dzieci w obecnych czasach. Chodzą do szkoły, więc musisz im pomóc z pracą domową – lub ich do niej zagonić. Mają przedstawienia, na które wypada pójść. Próbujemy także spędzać trochę czasu razem, w gronie rodzinnym, przed pójściem spać. To jest naprawdę jak kolejna praca. Ale ją uwielbiam i nie chciałbym z niej zrezygnować za nic. To nie jest rzecz, którą można się zajmować byle jak. Nie można być rodzicem na pół etatu. Wtedy nie jest się już rodzicem.

K: W jakim wieku są Twoje dzieci?

TW: Dziesięć i siedem lat. Syn ma dziesięć, a córka siedem.

K: Ha, to trudny wiek. Mam akurat brata w podobnym wieku. Mamy jakieś dwanaście lat różnicy między sobą.

TW: O, to tak jak ja i mój brat. W takim razie doskonale wiesz, z czym musiałem się borykać – i z czym przychodzi mi się zmagać teraz.

K: Na koniec kilka pytań, które muszą się znaleźć chyba w każdym wywiadzie. Najpierw powiedz proszę, jak wygląda Twoja praca nad książką. Jesteś zawodowym pisarzem, ale czy wyznaczasz sobie godziny pracy?

TW: To naprawdę ciężko powiedzieć. Czasem dzień poświęcony na pisanie polega głównie na myśleniu. Tak naprawdę mogę wtedy faktycznie spędzić na pisaniu niecałą godzinę. O ile wcześniej spędzę trochę czasu na myśleniu, to przez ten czas napiszę sześć czy siedem stron tekstu – to dlatego, że nie mam wtedy przestojów. Spisuję to, co wcześniej sobie obmyśliłem. Innego dnia piszesz, a potem przerywasz, by zająć się innymi zajęciami – na przykład poszukiwaniem informacji w źródłach, odpisywaniem na maile itp. Później wracasz i znów piszesz. Ale ogólnie rzecz ujmując: tak, wyznaczam sobie czas w ciągu dnia, który poświęcam na pracę nad tekstem. Niemal każdego dnia, siedem dni w tygodniu. Chyba że jest jakiś szczególny dzień, jak na przykład wyjazd gdzieś z dziećmi. Jak wracamy o dziewiątej czy dziesiątej wieczorem, to jestem zbyt zmęczony, by nawet pomyśleć o książce. Niemniej praca to rzecz, która jest cały czas obecna. Z tym że raczej nie spędzam zbyt wiele czasu bezpośrednio przed komputerem; czekam aż jestem naprawdę gotowy by usiąść i pisać.

K: Którzy pisarze mieli na Ciebie największy wpływ?

TW: Oj wielu... W fantastyce – prościej jest powiedzieć o fantasy i science fiction – byli to na pewno J.R.R. Tolkien, Ray Bradbury, Michael Moorcock, Fritz Leiber, Roger Zelazny, Theodore Sturgeon, Philip K. Dick, Ursula K. Le Guin, Harlan Ellison. To byli najważniejsi z nich. A, oczywiście jeszcze Mervyn Peake i T.H. White.

K: Prawdziwa galeria sław.

TW: Tak, to wszystko znakomici pisarze. Oprócz nich było wielu innych. Wspominałem Theodore'a Sturgeona? Dalej: James Tiptree – odegrała wielką rolę, byłem pod dużym wrażeniem jej twórczości i sposobu myślenia. Blish jest też jednym z takich pisarzy. Natomiast Heinlein i Asimov nieszczególnie, nie wychowałem się na ich książkach. Prędzej już inni fantaści, jak Lovecraft, Lord Dunsany czy William Morris. Twórca gotyckich powieści M.R. James. Bardzo dobry pisarz opowieści o duchach. Pisał na przełomie XIX i XX wieku. To jest tylko kilku. Mógłbym tak wymieniać przez godziny. Tylu ich było.
Poza fantastyką, a przede wszystkim science fiction, także było wiele inspiracji. John Updike na przykład. Thomas Pynchon wywarł na mnie duże wrażenie. Kurt Vonnegut, Philip Roth, John Barth. Czytałem bardzo dużo Johna Bartha. John Gardner. Również autorzy niebeletrystyczni, tacy jak Barbara Tuchman, Hunter S. Thompson. To tylko wybrani. Naprawdę mógłbym wymieniać dniami twórców, których dzieła bardzo lubię. Myślę, że wszyscy oni mieli w jakiś sposób wpływ na mnie.

K: Z czego jeszcze czerpiesz inspiracje?

TW: Ze wszystkiego. Ze wszystkiego, o czym myślę, co widzę i słyszę.

K: Czyli jeśli zauważysz coś intrygującego, to o tym myślisz, a później umieszczasz w książce?

TW: Dokładnie. W pisaniu grubych książek najfajniejsze jest właśnie to, że podczas ich tworzenia zauważasz różne rzeczy i wplatasz je w tekst. Rezultat czasem jest zupełnie niespodziewany. Wiesz, wkradają się nawiązania, których początkowo nie zamierzałeś. Różne sytuacje, ludzie, pomysły trafiają do książki. Jest to sięganie do tego, co nas otacza, wyjmowanie stamtąd różnych rzeczy, łączenie i komponowanie w całość z pomysłem na książkę. Jak w gobelinie poszczególne nici. Widzisz kwiat, stwierdzasz, że ci się podoba i zamieszczasz go w tekście. Ktoś coś upuścił, a ty to podnosisz. Trzeba tylko uważnie obserwować otoczenie.

K: Jakie są Twoje plany pisarskie?

TW: Obecnie pracuję nad „Shadowrise”, ostatnim tomem cyklu. Kończę „Dragons of Ordinary Farm” – powieść dla młodzieży, którą piszę razem z żoną. Pracujemy też nad „Urchin’s Luck” – kolejną opowieść o zwierzętach. O szopach tym razem. Myślę nad kilkoma projektami komiksowymi i próbuję zdecydować, co będzie moją następną powieścią – czy to będzie fantasy, czy science fiction. Mam kilka różnych pomysłów.

K: Science fiction? Brzmi interesująco, możesz rozwinąć?

TW: Pewnie. Ma być umiejscowione w przyszłości, na ziemskich koloniach. Będzie traktować o konflikcie między rozumem a wiarą. Wojnie między rozumem a wiarą. W powieści znajdą się też pewne elementy humorystyczne. Ludzie walczący na wojnie będą najemnikami pełnymi genetycznych modyfikacji, gdyż tylko w ten sposób mogą prześlizgnąć się przez wrogie systemy obronne, które są na tyle wyrafinowane, że przepuszczają tylko żyjące istoty, ale nie broń czy mechanizmy.

K: To już wszystko. Bardzo dziękuję za rozmowę.

TW: Cała przyjemność po mojej stronie.


Z Tadem Williamsem rozmawiał Tymoteusz „Shadowmage” Wronka podczas Polconu 2007 w Warszawie. Dziękujemy wydawnictwu Rebis za umożliwienie przeprowadzenia wywiadu.


Autor: Shadowmage


Dodano: 2007-09-25 18:57:42
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

GeedieZ - 10:20 26-09-2007
Z pewnością też książki z tego cyklu były moimi pierwszymi, które zaczęły się ukazywać zagranicą.

"Zagranicą czy za granicą"?

"Czylie tak, książka jest o rodzinie." Czylie :P

"Będzie traktować o konflikcie między rozumem a wiarą. Wojnie między rozumem a wiarą." :>

Ogólnie to chyba ktoś się bardzo spieszył tłumacząc ten wywiad...

Shadowmage - 10:53 26-09-2007
Ups, literówki. A ostatnie to dosłownie to, co powiedział. Niemniej dzięki, poprawię co trzeba.

Grzegorz Szulc - 10:55 26-09-2007
Tailchasers Song ukazało się bardzo dawno temu w Zysku jako Pieśń Łowcy.

Shadowmage - 10:55 26-09-2007
Uuu, faktycznie. Mój błąd (i to spory). Dzięki.

Spike - 00:35 28-09-2007
Pierwsze wrażenie: fajny, obszerny wywiad, sensowne pytania, ogólnie dobra robota.
Drugie wrażenie: jednak uważniejsza korekta zdecydowanie by się przydała. Pomijam już przecinki i inne drobiazgi, ale zdarzają się orty (np. "po środku"), błędna pisownia imion i nazwisk (np. powinien być Fletcher Pratt, a nie Pradd, Theodore Sturgeon, a nie Theodor, Fred Astaire, a nie Aster) czy nieco irytujące anglicyzmy (np. "będziemy znajdować ludzkie drogi"). Nie śpieszcie się tak następnym razem.

Achmed - 13:37 28-09-2007
Poprawione. Znaczy to, co wskazałeś, i jeszcze parę rzeczy, które udało mi się zauważyć. Choć pewnie i tak sporo się ostało. W każdym razie dzięki za wszystkie uwagi. Postaramy się spieszyć powoli następnym razem ;-)

Komentuj


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Delaney, Joseph - "Rytuał"


 Golden, Christie - "Assassin's Creed"

 Atwood, Margaret - "Rok Potopu"

 Gaiman, Neil - "Mitologia nordycka"

 Brennan, Marie - "Historia naturalna smoków"

 Aczel, Amir D. - "W poszukiwaniu zera"

 Łukawski, Jacek - "Grom i szkwał"

 Tregillis, Ian - "Mechaniczny"

Fragmenty

 Miller, Karen - "Skażona magia"

 Mitchell, David - "Slade House"

 Sanderson, Brandon - "Idealny stan"

 Sanderson, Brandon - "Legion"

 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka"

 Liu, Cixin - "Problem trzech ciał"

 Clare, Cassandra i inni - "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS