NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Bester, Alfred - "Gwiazdy moim przeznaczeniem" (Wehikuł czasu)

Weeks, Brent - "Gorejąca biel", część 1

Ukazały się

antologia - "Kryształowe smoki 2019"


 Nieściur, Sławomir - "Blokada"

 antologia - "Opowieści niesamowite z języka angielskiego"

 Chokshi, Roshani - "Srebrzyste węże"

 Kamiński, Tomasz - "Polowanie"

 Komuda, Jacek - "Wizna"

 antologia - "Tarnowskie Góry Fantastycznie 2"

 Hill, Joe - "Gaz do dechy"

Linki

Ford, Jeffrey - "Fizjonomika"
Wydawnictwo: Solaris
Cykl: Ford, Jeffrey - "Cley"
Tytuł oryginału: The Physiognomy
Tłumaczenie: Iwona Michałowska
Data wydania: Wrzesień 2007
ISBN: 978-83-89951-89-2
Oprawa: miękka
Liczba stron: 232
Cena: 31,90
Tom cyklu: 1



Ford, Jeffrey - "Fizjonomika"

1.

Opuściłem Dobrze Skonstruowane Miasto punktualnie o czwartej po południu. Był jesienny dzień, niebo ciemne, wiał porywisty wiatr. Konie stanęły dęba, przestraszone gwałtownym podmuchem, a ja niemal wypuściłem z rąk dokumenty opisujące przypadek powierzony mi zaledwie przed godziną przez samego Mistrza, Drachtona Nadolnego. Woźnica otworzył drzwiczki powozu. Miał świński ryjek i zepsute zęby, a z jednego wejrzenia na jego grube brwi i głęboko osadzone oczy wyczytałem, że posiada skłonność do fantazjowania i masturbacji. „Na rubieże!” – ryknął, przekrzykując wiatr i wypluwając słowa na klapy mojego płaszcza. Skinąłem głową i wsiadłem.
Kilka minut później gnaliśmy przez ulice Miasta ku głównej bramie. Na widok mego powozu przechodnie reagowali osobliwym pozdrowieniem w postaci uniesienia jednego palca, które ostatnio rozpowszechniło się wśród gminu. Chciałem je odwzajemnić, ale zbytnio mnie pochłonęły próby odczytania znaków w ich fizjonomii.
Po tych wszystkich latach kręcenia mackami, by wydobyć „duszę”, powierzchowne spojrzenie, wręcz rzut oka na czyjąś twarz potrafił wzbudzić we mnie fascynację. Nos był dla mnie epopeją, usta – dramatem, ucho – wielotomową historią upadku rodzaju ludzkiego. Oko samo w sobie było życiem – a moje oczy myślały za mnie, gdy odjeżdżałem w tę najdłuższą noc z durnym woźnicą, który ani na moment nie dawał wytchnąć koniom, pędzącym jak szalone przez górskie przełęcze skalistego pustkowia, na które zawiodła nas droga. Z pomocą ostatniego wynalazku Mistrza, chemicznego światła o jasnopomarańczowej barwie, zgłębiałem szczegóły oficjalnego manuskryptu. Miałem się udać do Anamasobii – górniczego miasteczka na północnych terytoriach, ostatniego przyczółka krainy.
Czytałem akta sprawy już tyle razy, że słowa się wytarły. Polerowałem przyrządy tak długo, aż ujrzałem w ich czubkach własną twarz. Wpatrywałem się w oświetlone księżycową poświatą jeziora i sękate lasy; w stada dziwnych zwierząt, które podrywały się do ucieczki na widok powozu. Gdy zaś blask Mistrza począł przygasać, przygotowałem zastrzyk czystego piękna i wstrzyknąłem sobie w przedramię.
W miarę blaknięcia światła moje ciało rozjarzało się coraz bardziej, a przed oczyma duszy objawił mi się obraz z manuskryptu: biały owoc, rzekomo rosnący w Ziemskim Raju i posiadający różnorakie właściwości nadprzyrodzone. Mówiono, że od lat tkwi umieszczony pod szkłem na ołtarzu kościoła w Anamasobii, nigdy się nie psując – przeciwnie, zawsze olśniewając idealną świeżością.
Przed laty miejscowi górnicy, wydobywający złoża spiry zalegające pod górą Gronus, przebili się przez ścianę do dużej, naturalnie uformowanej komory z oczkiem wodnym i znaleźli tam ów owoc, trzymany przez uwiędłą dłoń zmumifikowanych zwłok. Historia tego odkrycia na pewien czas wzbudziła zainteresowanie w Dobrze Skonstruowanym Mieście, większość mieszkańców uważała ją jednak za prymitywną bajkę wymyśloną przez szaleńców.
Powierzając mi tę misję, Mistrz z gromkim śmiechem wspomniał o lekceważących uwagach na temat rysów jego twarzy, które wyszeptałem w poduszkę przed trzema laty. Oszołomiony jego wszechwiedzą, patrzyłem bez słowa, jak wbija sobie w szyję strzykawkę czystego piękna. Gdy tłok wciskał w jego wybrzuszoną żyłę fioletowy płyn, na twarzy Mistrza począł wykwitać uśmiech.
– Ja nie czytam – rzekł lakonicznie, wyjmując igłę – ja słucham.
Ugryzłem biały owoc, a wtedy coś z niego wyleciało, trzepocząc skrzydłami, miotając się po wnętrzu powozu, wplątując w moje włosy. Potem to coś znikło, a naprzeciw mnie siedział mój Mistrz, Drachton Nadolny, i uśmiechał się. „Na rubieże” – rzekł, częstując mnie papierosem. Ubrany był na czarno, a na głowie miał zawiązaną damską chustę, także czarną, zaś te aspekty jego fizjonomii, które przed laty odkryły przede mną jego zabójczą ambicję, zostały podkreślone różem i kreską. W końcu rozpadł się niczym układanka, a mnie zmorzył sen.
Śniłem, że powóz zatrzymał się na jałowej, smaganej wiatrem równinie z zamglonym widokiem na odległe, skąpane w blasku księżyca góry. Temperatura znacznie spadła, a gdy wypadłem z kabiny powozu, pytając niecierpliwie o przyczynę postoju, moje słowa przybrały postać pary. Absolutna czystość nieba i miriady gwiazd nad głową zamknęły mi usta. Patrzyłem, jak woźnica odchodzi o kilka jardów od powozu i czubkiem buta zaczyna kreślić wokół siebie okrąg. Następnie stanął pośrodku i wymamrotał coś w stronę gór, a gdy się doń zbliżyłem, rozpiął spodnie i zaczął oddawać mocz.
– Cóż to za idiotyzmy? – zapytałem.
Zerknął na mnie przez ramię.
– Zew natury, ekscelencjo – odparł.
– Nie – sprostowałem. – Mam na myśli ten okrąg i słowa.
– Taki tam drobiazg – odparł.
– Wyjaśnij – zażądałem.
Dokończył swoją czynność, zapiął spodnie i obrócił się twarzą do mnie.
– Widzę – rzekł – że ekscelencja nie ma pojęcia, gdzie się znajdujemy.
W tym momencie jakiś szczegół w karykaturalnie wydatnych płatkach jego uszu wzbudził we mnie podejrzenie, że Mistrz zaplanował tę całą wyprawę po to, by się mnie pozbyć za moje szeptane niedyskrecje.
– Co takiego? – zapytałem.
Ruszył ku mnie z uniesioną ręką, a ja począłem się kulić; on jednak niespodziewanie położył mi dłoń na ramieniu.
– Jeśli dzięki temu poczuje się pan lepiej, proszę mnie kopnąć – rzekł i pochylił się przede mną, zarzucając długie poły płaszcza na plecy, by odsłonić cel.
Kopnąłem siedzenie przede mną i obudziłem się wewnątrz powozu. Otwierając oczy, czułem już, że się zatrzymaliśmy i że poranek w końcu nadszedł. Za oknem, po lewej stronie, ujrzałem stojącego mężczyznę, za nim zaś prymitywne miasteczko, w całości zbudowane z drewna. Nad miastem górowało coś, co wziąłem za górę Gronus, niewyczerpane źródło błękitnej spiry, minerału, dzięki któremu działały piece i silniki Dobrze Skonstruowanego Miasta.
Zbierając swoje rzeczy, dokładnie przyjrzałem się obcemu. Czaszka pochodzenia końskiego, oczy szeroko rozstawione, szczęka masywna – całkowicie dobroduszny i nieskuteczny urzędnik polityczny. Oceniłem, że mogę mu zaufać, i przygotowałem się na spotkanie. Gdy otworzyłem drzwiczki, mężczyzna przestał pogwizdywać i podszedł do mnie.
– Witamy w Anamasobii – rzekł, wyciągając odzianą w rękawiczkę dłoń. Jego otyłość maskowała wydatna broda, wysuniętą górną szczękę – obfitość ciała wokół dolnej.
Uścisnąłem mu dłoń.
– Burmistrz Bataldo – przedstawił się.
– Fizjonomista Cley – odparłem.
– To dla nas zaszczyt – rzekł.
– Macie kłopoty? – zapytałem.
– Ekscelencjo – wystękał, jakby za chwilę miał się rozpłakać – w Anamasobii grasuje złodziej… – Po tych słowach chwycił moją walizkę i razem ruszyliśmy utwardzoną drogą gruntową ku jedynej ulicy miasteczka.
Po drodze burmistrz pokazywał mi poszczególne budynki i rozwodził się nad ich pięknem i użytecznością. Testował moją uprzejmość barwnymi opowieściami o miejscowej historii. Zobaczyłem ratusz, bank, tawernę – wszystkie zbudowane z jasnoszarego, pełnego drzazg drewna, kryte łupkiem. Niektóre, choćby teatr, były całkiem spore i prymitywnie przyozdobione: na części desek wyrzeźbiono twarze, zwierzęta, błyskawice i krzyże. Na południowej ścianie banku ludzie wyryli swoje imiona, co zachwyciło burmistrza.
– Nie mogę uwierzyć, że tu żyjecie – mruknąłem do niego ze współczuciem.
– Na niebiosa, ekscelencjo, jesteśmy zwierzętami – odparł, kręcąc powoli głową – lecz bez wątpienia potrafimy wydobywać błękitną spirę.
– Tak – przyznałem – i to jak dobrze. Pewnego razu jednak, podczas wystawy w Hali Nauk Dobrze Skonstruowanego Miasta, widziałem małpę, która pięćset razy napisała piórem na pergaminie słowa: „Nie jestem małpą”. Każda linijka była starannie wykaligrafowana.
– To cud – rzekł burmistrz.
Zaprowadził mnie do żałosnego, czterokondygnacyjnego budynku w centrum miasteczka, o nazwie Hotel de Skree.
– Zarezerwowałem dla ekscelencji całe czwarte piętro – oznajmił.
Powstrzymałem się od komentarza.
– Obsługa jest doskonała – dodał. – Kremat w gulaszu smakuje wybornie, a wszystkie napoje są gratis.
– Kremat – wycedziłem przez zęby, ale nie kontynuowałem, gdyż lewą stroną ulicy zbliżał się ku nam stary, błękitny człowiek. Bataldo zauważył, że patrzę na steranego życiem staruszka, i zamachał do niego. Starzec miał skórę koloru bezchmurnego nieba.
– Co to za potworność? – zapytałem.
– Starzy górnicy tak długo żyją wśród pyłu spirowego, że cali nim przenikają. W końcu zupełnie twardnieją. Jeśli rodzina takiego człowieka jest biedna, sprzedaje go państwu jako spirową skałę za połowę ceny czystej bryły o takiej samej wadze. Jeśli są bogaci, rejestrują go jako „zahartowanego bohatera” i stawiają na wieczność w mieście jako pomnik osobistej odwagi i lekcję dla młodzieży.
– To barbarzyństwo – powiedziałem.
– Większość z nich nie dożywa starości – rzekł burmistrz. – Zawały w kopalni, zatrucia gazem, upadki w ciemnościach, szaleństwo… Ten tu pan Beaton – dodał, wskazując staruszka – w przyszłym tygodniu zostanie gdzieś znaleziony, ciężki jak kamień nagrobny i nieruchomy jak skała.
Potem wprowadził mnie do westybulu hotelowego i poinformował kierownictwo, że przybyłem. Wymieniliśmy zwyczajowe uprzejmości. Państwo Mantakisowie, zarządzający podupadłą elegancją Hotelu de Skree, byli wręcz podręcznikowymi przykładami fizjonomicznych gaf. Natura ewidentnie zbłądziła podczas tworzenia czaszki starszego pana, czyniąc ją zbyt wąską, by mogła pomieścić prawdziwą inteligencję, i niemal tak długą jak moje przedramię. Gdy całował mój pierścień, wiedziałem już, że niewiele mogę się po nim spodziewać. Ale nie mam, by tak rzec, zwyczaju bić psów. Zaszczyciłem go uśmiechem i aprobującym skinieniem głowy. Twarz pani Mantakis, wydłużona, o ostrych zębach, nosiła natomiast cechy pyska fretki, co znaczyło, że będę musiał przeliczać resztę po każdej transakcji pieniężnej z jej udziałem. Sam hotel, z wyświechtanymi dywanami i połamanym żyrandolem, wołał o pomstę do nieba swoim szarym bezruchem.
– Jakieś specjalne życzenia, ekscelencjo? – zapytał pan Mantakis.
– Lodowata kąpiel o świcie – odparłem. – Poza tym potrzebuję absolutnej ciszy, by móc medytować nad swymi odkryciami.
– Mamy nadzieję, że pański pobyt będzie… – zaczęła staruszka, ale przerwałem jej machnięciem ręki i zażądałem, by mnie zaprowadzono na pokoje. Gdy pan Mantakis brał moją walizkę i ruszał ku schodom, burmistrz oznajmił, że przyśle kogoś po mnie o czwartej.
– Zgotujemy waszej ekscelencji oficjalne powitanie! – zawołał za mną.
– Jak pan sobie życzy – odparłem i zacząłem się wspinać po rozkołysanych schodach.
Moja kwatera okazała się całkiem przestronna: dwa duże pokoje, jeden sypialny, drugi do pracy, z biurkiem, stołem laboratoryjnym i kanapą. Podłogi skrzypiały, jesienna bryza północnych terytoriów dmuchała przez źle uszczelnione okna, a tapeta z pionowymi zielonymi pasami i niezidentyfikowanym gatunkiem różowego kwiatu przywoływała myśli o karnawale.
W sypialni z nieprzyjemnym zdumieniem odkryłem egzemplarz „hartowanego bohatera”, o którym opowiadał mi burmistrz. Stary człowiek w górniczym kombinezonie stał lekko pochylony w kącie, podtrzymując długie, owalne lustro.
– To mój brat Arden – przedstawił go Mantakis, stawiając walizkę obok łóżka. – Nie miałem serca wysyłać go do Miasta jako paliwo.
Nim wyszedł, zapytałem go:
– Co pan wie o tym owocu z Ziemskiego Raju?
– Arden był przy tym, jak go znaleźli – powiedział swoją głupkowatą, powolną mową. – Jakieś dziesięć lat temu. Był całkiem biały i wyglądał jak dojrzała gruszka, w której chce się zatopić zęby. – To rzekłszy, zademonstrował swoje krzywe, żółte zębiska. – Ojciec Garland powiedział, że nie powinniśmy go jeść, bo stalibyśmy się nieśmiertelni, a to wbrew woli bożej.
– I pan kupuje te farmazony? – zapytałem.
– Co takiego? – Uniósł brwi, nie rozumiejąc, co mam na myśli.
– Wierzy pan w to?
– Wierzę we wszystko, w co wierzy wasza ekscelencja – zadeklarował i opuścił pokój.


2.

Studiowałem własne odbicie w lustrze podtrzymywanym przez skamieniałego Ardena, rozważając swój stosunek do powierzonej mi sprawy. O ile było prawdą, że Mistrz zesłał mnie na rubieże za karę, nie oznaczało to jeszcze, iż mam wykonywać powierzone mi zadanie bez należytej staranności. Gdybym zaniedbał swoje powinności, natychmiast by się o tym dowiedział i kazał mnie zgładzić albo zesłać do obozu pracy.
Byle dureń nie uzyskałby statusu Fizjonomisty Klasy Pierwszej w ciągu niespełna piętnastu lat. Od czasu do czasu przeprowadzałem niezmiernie precyzyjne dochodzenia fizjonomiczne. Któż, jeśli nie ja, odkrył osobowość wilkołaka latrobiańskiego w ciele sześcioletniej dziewczynki, kiedy bestia siała zniszczenie w miastach leżących zaraz za kolistym murem? Któż wskazał pułkownika Rasukę jako potencjalnego rewolucjonistę i zapobiegł zamachowi na Mistrza wiele lat przed tym, nim niedoszły zamachowiec sam uświadomił sobie, do czego jest zdolny? Wielu, wśród nich sam Drachton Nadolny, uważało mnie za najlepszego w tym fachu, a ja nie miałem zamiaru szkodzić swojej reputacji niezależnie od tego, jak trywialną sprawą i w jak odległym miejscu przyszło mi się zajmować.
Było to, rzecz jasna, zadanie godne co najwyżej któregoś z tych świeżo upieczonych absolwentów, którzy są tak niezdarni, że kaleczą się własnymi przyrządami. Religijne implikacje tej historii wywoływały u mnie specyficzny ból pośladków. Swego czasu próbowałem nakłonić Mistrza, by zakazał wszelkich praktyk religijnych. Ludność Miasta dawno już zastąpiła je kultem Drachtona Nadolnego, wynikającym najpewniej z pragnienia uczestnictwa w jego niezwykłej formie wszechwiedzy. Tu jednak, na rubieżach, nadal oddawano cześć pustym symbolom.
– Niech sobie wierzą w te brednie – odparł wówczas Mistrz.
– Ale to psuje ich charakter! – zaprotestowałem.
– Wcale mnie to nie martwi – rzekł. – Psucie charakterów to moja specjalność. Religia oznacza lęk, a cuda są monstrami. – Wyciągnął rękę i wdzięcznym ruchem wydobył zza mojego ucha gęsie jajo. Gdy je roztrzaskał o kant stołu, ze środka wyskoczył świerszcz. – Rozumiesz? – zapytał Mistrz.
Właśnie wtedy dostrzegłem, że jego brwi są połączone, a na kłykciach rosną niewielkie kępki włosów.
Zalewało mnie czyste piękno, zmieniając to, co niewypowiadalne, w obrazy, szepty, aromaty. W lustrze, za swym odbiciem, ujrzałem ogród pełen białych róż i żywopłot porośnięty powojem, które następnie przeszły stopniowo w obraz Dobrze Skonstruowanego Miasta. Chromowane iglice, szklane domy, wieże i blanki lśniły w słońcu bardziej gościnnej sfery umysłu. Ale potem i to poczęło znikać, ustępując miejsca posępnemu wystrojowi mojej izby w Hotelu de Skree.
Przez chwilę sądziłem, że narkotyk uraczył mnie jedną ze swoich sztuczek, ściskając dwugodzinne zwykle halucynacje do kilku minut, ale pomyliłem się. Za mną, spoglądając w zwierciadło ponad mym ramieniem, stał profesor Flock, mój dawny mentor z Akademii Fizjonomiki.
Wyglądał całkiem świeżo jak na kogoś, kto dziesięć lat wcześniej pożegnał się z tym światem, i miał bardzo uprzejmy wyraz twarzy jak na kogoś, kto w wyniku moich prześladowań wylądował w jednym z najcięższych obozów pracy – kopalni siarki na południowych rubieżach krainy.
– Profesorze – rzekłem, nie odwracając się, lecz przemawiając do odbicia w lustrze – pański widok zawsze sprawiał mi szczerą przyjemność.
Ubrany na biało, jak niegdyś w akademii, zbliżył się do mnie i położył mi rękę na ramieniu, a ja poczułem jej ciężar, jakby naprawdę tam była.
– Cley – rzekł – posłałeś mnie na śmierć, a teraz mnie wzywasz?
– Przykro mi – odparłem – lecz Mistrz nie tolerował pańskich wykładów z tolerancji.
Pokiwał głową z uśmiechem.
– To było głupie. Przyszedłem ci podziękować za to, że uratowałeś wielkie społeczeństwo przed moimi ekscentrycznymi rojeniami.
– Nie ma pan żalu? – zapytałem.
– Ależ skąd! – zadeklarował. – Zasłużyłem na to, by się usmażyć jak plaster szynki i udusić w oparach siarki.
– W takim razie przejdźmy do rzeczy – rzekłem. – Jak powinienem się zabrać za tę sprawę?
– Dwunasty manewr – podpowiedział. – Anamasobia jest układem zamkniętym. Musisz po prostu odczytać każdy obiekt w mieście, przeanalizować dane i odszukać tego, którego cechy zdradzają inklinację ku przywłaszczaniu oraz religijno-psychotyczną wiarę w cuda.
– Czym charakteryzuje się to ostatnie? – zapytałem.
– Skazą, znamieniem, brodawką lub pieprzykiem, z których wyrastają niezwykle długie czarne włosy.
– Tak podejrzewałem – rzekłem.
– I pamiętaj, Cley – dodał – oględziny muszą być kompletne. Odwróć każdy kamień, zajrzyj do każdej szczeliny.
– Oczywiście – odparłem.
Następnie ułożyłem się na łóżku i poprzez pokój spoglądałem na wizję poruszającego się powoli Ardena i lustra, które w jego rękach przeistacza się w wodospad. Z oddali dobiegały stłumione okrzyki rozkoszy lub przemocy państwa Mantakis, a ja przypomniałem sobie moje ostatnie romantyczne spotkanie.
Pewnej nocy, kilka miesięcy wcześniej, gdy zakończyłem pracę nad sprawą Gruliga – chodziło o odrażające zabójstwo ministra finansów, któremu odcięto głowę – postanowiłem odświeżyć się w Wierzchołku Miasta. Wjechałem szklaną windą na dach sześćdziesięciokondygnacyjnej budowli, gdzie pod kryształową kopułą znajdował się bar ze stołami i krzesłami, kobietą grającą na harfie i wieczornym widokiem na obszar tak wielki, że zdawał się całym światem.
Podszedłem do czarującej istotki, która samotnie zajmowała stolik przy oknie, i postawiłem drinka. Nie pamiętam jej imienia ani rysów twarzy, lecz wciąż mam w głowie specyficzny aromat, nie perfum, lecz jakby dojrzałego melona. Opowiadała mi o swoim dzieciństwie, o rodzicach i jakimś problemie, z którym się zmagali, a gdy nie mogłem już znieść tej pustej gadaniny, zaoferowałem dziewczynie pięćdziesiąt nadoli za pojechanie ze mną powozem do parku.
Kiedy tam zmierzaliśmy, przygotowałem dla niej koktajl, a gdy odwróciła wzrok, wlałem do środka sporą dawkę czystego piękna. Prostemu ludowi nie zezwalano na używanie narkotyku, więc pomyślałem, że może to wywołać ciekawy skutek. Wkrótce po wypiciu dziewczyna zaczęła krzyczeć, nawiedzana przez jakąś tajemniczą wizję, więc posadziłem ją sobie na kolanach, by pocieszyć. W końcu stało się jasne, że prowadzi rozmowę ze swym nieżyjącym bratem. Ja tymczasem wciąż usilnie uspokajałem jej ciało.
Gdy legła na marmurowej płycie starego pomnika ofiar wojny, pod ogromnymi, rozkołysanymi dębami, z zadartą spódnicą i nogami skierowanymi ku Psiej Gwieździe, wsunąłem swój instrument rozkoszy w palec wskazujący mojej skórzanej rękawicy, by uniknąć kontaktu z niższą chemią. W mgnieniu oka było po wszystkim; po latach żmudnych ćwiczeń opanowałem tę technikę do perfekcji. „Kocham cię” – powiedziałem i pozostawiłem ją tam. W ciągu następnych tygodni zastanawiałem się, jak często o mnie myśli. Z ciepłym uczuciem melancholii odpłynąłem w sen. Ostatnim, co zapamiętałem, było falowanie koszmarnej tapety i zimny wiatr północnego terytorium uderzający o szyby.
O czwartej zbudził mnie głos pani Mantakis.
– O co chodzi? – zawołałem.
– Przyszedł pan Beaton, by zaprowadzić waszą ekscelencję do domu burmistrza – odparła.
Szybko wstałem i począłem się odświeżać. Zmieniłem koszulę, uczesałem się i oblizałem zęby. Dopiero gdy wkładałem płaszcz, dotarło do mnie nazwisko Beaton. Nim doszedłem do westybulu, przypomniałem go sobie – i oto stał przede mną, zgarbiony, błękitny, ledwie trzymający się na nogach. Ruszył ku mnie, szurając nogami, i tak powoli, że zdążyłbym w tym czasie wypić filiżankę herbaty, wręczył mi list od burmistrza. Gdy mamrotał, z jego otwartych ust wypadło kilka ziaren błękitnego pyłu i potoczyło się na dywan.
„Ekscelencjo – pisał burmistrz – jako że dziś rano wyraził Pan takie zainteresowanie stanem Beatona, pomyślałem, że może ucieszy Pana okazja do dokładniejszego przestudiowania go. Gdyby podczas wspólnej wędrówki nieuleczalnie zesztywniał, proszę po prostu iść dalej drogą, którą Pana prowadził, a dotrze Pan do mego domu. Z poważaniem, Bataldo”.
Skończywszy lekturę, spostrzegłem, że błękitny człowiek już zdążył zamienić swój ludzki status na mineralny. Nie wydał żadnego dźwięku – żadnego pożegnalnego jęku czy okrzyku, żadnego szmeru ciała ustępującego kamieniowi. Po prostu stał, wpatrując się we mnie pustym, wyczekującym wzrokiem, z wyciągniętą ręką i palcami rozsuniętymi jedynie na tyle, że zmieściłby się między nimi list. Dotknąłem jego twarzy: cała, nie wyłączając zmarszczek i brody, była gładka jak błękitny marmur. Gdy cofałem rękę, jego oczy nagle spojrzały w moje i zastygły. Ten nieoczekiwany ruch przestraszył mnie na chwilę.
– Może ogrzejesz w zimie moje mieszkanie – powiedziałem zamiast epitafium. Potem zadzwoniłem po właścicieli.
Gdy pojawiła się pani Mantakis, zapytałem, jak mogę dojść do domu burmistrza. W ciągu niecałych dwóch minut podała mi pięć różnych dróg, z których żadnej za bardzo nie zapamiętałem. Do zachodu słońca pozostało jednak mnóstwo czasu, a ja miałem przynajmniej ogólne pojęcie, dokąd zmierzam.
– Proszę coś zrobić z tym tu Beatonem – powiedziałem. – Wygląda na to, że się zdecydował.
Zerknęła na błękitnego górnika i pokręciła głową.
– Podobno zaraz po narodzinach upuszczono go i upadł na głowę.
Pospiesznie ruszyłem ku drzwiom wyjściowym Hotelu de Skree, a ona trajkotała dalej.
Szedłem pustą ulicą na północ, szukając alejki położonej między sklepem wielobranżowym a tawerną, wymienionymi we wszystkich pięciu opisach drogi. Słońce stało nisko, silny wiatr uderzał we mnie. Idąc samotnie wśród cieni budynków, zastanawiałem się, czy burmistrz zażartował sobie ze mnie, czy też istotnie usiłował zaspokoić moją legendarną ciekawość naukową. Nie ujrzałem w jego twarzy niczego, co pozwoliłoby mi sądzić, że ma odwagę ze mnie dworować, więc porzuciłem podejrzenie o kpinę i skupiłem uwagę na szukaniu drogi. Zimne powietrze dodawało mi wigoru, wytrząsając tkwiące w mym organizmie resztki piękna.
Wkrótce usłyszałem za plecami kroki.
– Ekscelencjo, ekscelencjo! – wołał ktoś, przekrzykując wiatr.
Sądziłem, że wysłali kolejnego przewodnika, ale po odwróceniu się ujrzałem młodą kobietę, niosącą dziecko. Miała na głowie chustę, lecz na podstawie tego, co nie zostało zasłonięte, oceniłem, iż jest dość atrakcyjna. Pozdrowiłem ją.
– Ekscelencjo – rzekła – miałam nadzieję, że zerknie pan na mojego syna i powie mi, czego mogę się po nim spodziewać w przyszłości. – Wyciągnęła dziecko przed siebie i znalazłem się twarzą w twarz z małą, wykrzywioną buźką. Jedno spojrzenie aż nazbyt wyraźnie ukazało mi całą historię. W rysach prostaczka wyczytałem krótką opowiastkę o rozpuście i upadku wiodącym do śmierci.
– Błyskotliwy? – zapytała, gdy tak studiowałem dziecięce kształty.
– Nie aż tak – odparłem. – Ale i nie całkiem tępy.
– Czy jest jakaś nadzieja, ekscelencjo? – zapytała, gdy już wyjawiłem jej wszystkie swoje wnioski.
– Droga pani – odrzekłem zniecierpliwiony – czy słyszała pani kiedyś o mule, który by wydalał złote monety?
– Nie – odparła.
– Ja także. Miłego dnia – życzyłem jej i ponownie ruszyłem na północ.
Gdy wchodziłem w długą alejkę pomiędzy sklepem a tawerną, słońce wskazywało bardzo późne popołudnie, lecz gdym się z niej wynurzył, zapadał zmrok i poczułem pierwsze pomruki wielkiej bestii nocy. Obok jakiegoś krzaka ujrzałem jednego z owych zahartowanych bohaterów, trzymającego tabliczkę z wypisanym ręcznie napisem: TĘDY, EKSCELENCJO. Strzałka pod słowami wskazywała krętą, biegnącą pod górę ścieżkę, znikającą w ciemniejącym lesie.
Wiatr przewiewał mnie na wskroś, każąc iść szybciej. Przekląłem idiotyczny posąg, który sterczał tam, szczerząc błękitne zęby i wytrzeszczając oczy – a wtedy nagle, nie wiadomo skąd, sfrunął wielki czarny ptak i narobił mi na rękaw płaszcza. Wrzasnąłem na niego i ruszyłem śladem jego lotu w górę, w kierunku ośnieżonego wierzchołka Gronusa, gdzie niewątpliwie szalała jakaś potworna zamieć. Plama cuchnęła ananasem i wywoływała we mnie mdłości, ale było zbyt zimno, by zdejmować płaszcz.
Mijając granicę lasu i wstępując w cień drzew, wspomniałem wzrok Beatona, który nagle zwrócił się ku mnie i zamarł… Uświadomiłem sobie, że zapadła noc. Gałęzie były nagie, a ścieżka zasłana stertami żółtych liści. Ponad szkieletowymi koronami jasno świeciły gwiazdy, ale miałem wrażenie, że żadna z nich nie znajduje się tam, gdzie powinna. Zakodowałem sobie, by odpłacić się burmistrzowi za życzliwość, gdy będzie musiał stanąć przed mackami. „Zawsze można przeprowadzić operację chirurgiczną” – powiedziałem na głos, by się pocieszyć. Szedłem powoli naprzód, trzymając się ścieżki najlepiej, jak potrafiłem, i żywiąc nadzieję, że za kolejnym zakrętem ujrzę światła domu.
Musiałem myśleć racjonalnie, by zachować czysty umysł. Nie przepadałem za nieznanym. Od dzieciństwa ciemność stanowiła dla mnie jedno z największych wyzwań. Nie miała twarzy ani żadnych rysów, które można by interpretować; nie dawała wskazówek przydatnych w odróżnieniu przyjaciela od wroga. Fizjonomia nocy była wielką pustką, drwiącą z moich przyrządów i dającą potencjalne schronienie prawdziwemu złu. Nie potrafię powiedzieć, jak wielu moich kolegów po fachu miało ten sam problem i musiało spać przy zapalonym świetle.
Usiłowałem się skupić na zadaniu, rozmyślając o tym, czego mogę się spodziewać i ile czasu zajmie mi odczytanie rysów całego miasta. I właśnie wtedy, przedzierając się przez leśne ostępy, doznałem jednego z tych rzadkich olśnień, które przychodzą bez zastrzyku. „Skoro ci głupcy wierzą, że skradziony owoc ma moc czynienia cudów – rzekłem na głos – może powinienem się rozglądać za kimś, komu po dokonaniu zbrodni diametralnie zmienił się charakter”. Ja sam, rzecz jasna, nie przypisywałem owocowi żadnych nadnaturalnych mocy – uważałem to wszystko za brednie – ale jeśli ktoś wierzył, że owoc zrobi z niego geniusza, nauczy latać albo uczyni nieśmiertelnym, czyż nie zacząłby się inaczej zachowywać? Każdego semestru mówiłem moim studentom w akademii: „Fizjonomista to coś więcej niż jego chromowe instrumenty. Uważny, rozumny umysł jest matką wszystkich narzędzi; pozwólcie, by was nakarmił mlekiem zrozumienia”.
Gdy ta monumentalna myśl odciskała się w mojej głowie, wziąłem kolejny zakręt i ujrzałem rezydencję burmistrza. O dwieście jardów w górę stromego na pierwszy rzut oka zbocza przez baterię okien frontowych przebijał blask świec. Już miałem zacząć podejście, gdy usłyszałem za sobą jakieś odgłosy – początkowo ciche i odległe, lecz rosnące wykładniczo z każdym uderzeniem serca. Przez tych kilka chwil, odkąd to coś wyłoniło się z ciemności jak potwór uwolniony z koszmaru aż po moment, w którym zahamowało o cale ode mnie, wierzgając kopytami w powietrzu, miałem w głowie kompletną pustkę.
Potwór okazał się powozem z czwórką koni. Na koźle zasiadał ten sam wieprzowaty mistyk, który mnie przywiózł z Dobrze Skonstruowanego Miasta. Wyszczerzył zęby w blasku zawieszonej w koźle lampy.
– Mistrz kazał mi pana eskortować – rzekł.
Miałem w głowie milion inwektyw, którymi chciałem go obrzucić, lecz wzmianka o Mistrzu natychmiast zamknęła mi usta. Skinąłem głową i wsiadłem.




Dodano: 2007-09-23 13:53:29
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"


 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Galapagos"


 Adeyemi, Tomi - "Dzieci krwi i kości" i "Dzieci prawdy i zemsty"

 Wilhelm, Kate - "Gdzie dawniej śpiewał ptak"

 Collins, Suzanne - "Ballada ptaków i węży"

 Bradbury, Ray - "Green Town"

 Taylor, Dennis E. - "Gdyż jest nas wielu"

 Butcher, Jim - "Opowieść o duchach"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

Fragmenty

 Elison, Meg - "Księga Bezimiennej Akuszerki"

 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Zamiatin, Jewgienij - "My"

 Urbanowicz, Artur - "Paradoks"

 Sykes, Sam - "Siedem czarnych mieczy"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i lato z diabłem"

 Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS